niedziela, 24 czerwca 2012

Piękna Helena... toruńska

Wielka, na mojej stronie, nieobecna. No, może niezupełnie, bo o Helenie Grossównie, pochodzącej z Torunia królowej polskiego przedwojennego srebrnego ekranu, kilka razy już gdzieś mimochodem wspominałem. Taka postać zasługuje jednak na więcej uwagi, tym bardziej, że przecież to z podszeptu „Nowości” w 2009 roku, miasto przypomniało sobie o „Helence z Torunia”, podczas jednego z wydań festiwalu filmowego Tofifest. Cóż, wtedy jeszcze Piątej Strony nie było, wszystkie związane z Grossówną odkrycia opisywałem zatem tylko w gazecie, a w niej na ogół mieści się tylko ułamek całości, który zresztą na ogół później ginie gdzieś w archiwum.
Tofifest umieścił swoją poświęconą Grossównie tablicę na ścianie Naszego Kina, które przez te trzy lata zostało jednak zamknięte. Co jakiś czas wracają więc dyskusje dotyczące jej przeniesienia w jakieś lepsze miejsce (budynek jest w tej chwili opuszczony, ale miała się w nim ulokować knajpa sportowa), a ponieważ niedawno zagadnął o to odwiedzający Toruń syn Grossówny, korzystam z okazji, by swoje zaniedbanie naprawić.
Tytułową fotografią podzielił się ze mną pan Krzysztof Trojanowski, toruński biograf aktorki. Grossówna, bardzo efektownie prezentuje się tu na deskach Teatru Miejskiego w Toruniu w operetce “Piękna Carrena” (“Noc w San Sebastian”) Ralpha Benatzky`ego w reżyserii Witolda Zdzitowieckiego. Zdjęcie pochodzi z kwietnia 1931 roku.

Na przedwojenne polskie filmy zawsze patrzyłem z przymrużeniem oka, być może dlatego nie zauważyłem wcześniej, że niektóre z nich są dobre. Pewnie, mimo oczu częściowo zamkniętych, uszy pozostały otwarte, dawno temu zwróciłem więc uwagę na doskonałą muzykę. Reszta jednak... Dziwiłem się i dziwię nadal, dlaczego w kraju pełnym tylu wspaniałych umysłów powstawały tak przesłodzone filmy? A przecież bywalcy Ziemiańskiej często bywali w powstanie tych trzeszczących dzieł zaangażowani. No dobrze, może zarzut dotyczący słodyczy nie jest trafiony, przed wojną, jak wspomniał Wańkowicz, cukier przecież krzepił.
W filmach z Grossówną słodyczy nie brakuje, jest też jednak coś, co powoduje, że większość z nich można dziś oglądać z wielką przyjemnością i nie chodzi mi tu tym razem o samą aktorkę, która z pewnością byłaby ogromną ozdobą nawet najgorszej szmiry. To „coś” docenili również w 2009 roku widzowie towarzyszącego Tofifestowi przeglądu filmów z panią Heleną. Przy okazji przenosin tablicy może trafi się okazja na powtórkę z rozrywki?


Krzyk zachwytu? Zgadzam się. Od „Zapomnianej melodii” bardziej sobie co prawda cenię „Pawła i Gawła” – choćby ze względu na scenę w obozie cygańskim (rany, co za muzyka!). Nieco bardziej osłodzona „Melodia” również jednak udowadnia, że przedwojenne polskie kino miało dość asów w rękawie, by zaimponować Hollywoodowi. Grossówna i piosenka, z której ten kadr pochodzi, z pewnością do nich właśnie należą.
Trzy lata temu Helena Grossówna przypomniała się w Toruniu z wielkim hukiem. Tofifest, poza tablicą pamiątkową, zorganizował także przegląd jej filmów, przed ekran ściągając tłumy. „Nowości”, jako drugi współudziałowiec całego zamieszania, rozpoczęły naturalnie poszukiwanie pamiątek. Znalazło się ich sporo, bo odezwali się ludzie, którzy panią Helenę pamiętali, dali o sobie znać również jej toruńscy krewni. Pan Andrzej Marchewka przyniósł do redakcji kilka zdjęć, między innymi to, na którym widać Helenę Grossównę spacerującą po Toruniu razem z Gerardem Marchewką, ojcem pana Andrzeja i siostrzeńcem pani Heleny.
Grossównę na stronie zaniedbałem, impulsem do tego, by chwycić za pióro, stała się wizyta jej syna, pana Michała Cieślińskiego. Powinienem jednak puścić je w ruch już dawno, przede wszystkim w gazecie. W 2009 roku, ufundowana przez Tofifest tablica ku czci aktorki trafiła na ścianę „Naszego kina” przy Podmurnej, ostatniej takiej placówki w mieście. Miała tu sławić filmowe tradycje miasta, jednak niestety, ze dwa lata później kino zostało zamknięte. Dziś więc tablica ozdabia pusty budynek, który przez moment miał się zresztą stać knajpą sportową. Straciła swój sens i wobec niepewnej, ale raczej na pewno nie filmowej przyszłości lokalu, powinna zostać przeniesiona. Tylko dokąd? Najlepszy byłby teatr, gdzie – jak widać na załączonym wyżej obrazku – Grossówna stawiała swoje pierwsze kroki na scenie. Poza tym jest jeszcze kamienica, dawna siedziba domu towarowego Stefana Kałamajskiego, gdzie w latach 20. przyszła aktorka zarabiała na naukę w szkole baletowej będąc subiektką na stoisku z konfekcją męską. Tu zresztą poznała swojego pierwszego męża, Jana Gierszala, który podczas okupacji zginął w obozie koncentracyjnym, wtedy jednak był jednym z twórców polskiego teatru w Toruniu, a później zarządcą francuskich dóbr Poli Negri. Znajomość z sąsiadką z Lipna bardzo zresztą pomogła pięknej Helenie w karierze i pod koniec lat 30. otworzyła bramy Hollywoodu, zamknięte jednak wybuchem wojny. W styczniu 1940 roku, razem z Dymszą i Bodo, miała płynąć do Ameryki, kupiła już nawet bilet na statek...
Na fasadzie dawnego królestwa ciuchów Kałamajskiego tablica jednak zginie. Dziś, w tej kamienicy przy Szerokiej kwateruje McDonald`s.
Bardzo lubię słuchać pana Michała, sfotografowanego niżej i patrzącego na poświęconą matce tablicę. Rękawy ma pełne anegdot i ciekawych opowieści. „Z Piotrem Fronczewskim wychowaliśmy się za kulisami warszawskiej Syreny”. Po wojnie Grossówna, która w tym teatrze zakotwiczyła, miała podobno szansę zostać jego szefową. Warunek był jeden – musiała się zapisać do partii, czego nigdy nie zrobiła.
Ojcem chrzestnym pana Michała był Adolf Dymsza. Dowiedziałem się więc np., że wybitny komik pod koniec życia stracił słuch z powodu komplikacji zdrowotnych spowodowanych pełzaniem w błocie, bodajże na planie „Dodka na froncie” (1936). Scena ostatecznie do filmu nie trafiła... Inna opowieść, tym, którzy nie znali ojca pana Michała, Dymsza opowiadał: „Wiesz, trzymałem jego małego do chrztu”.
Tadeusz Cieśliński, ojciec pana Michała, to już inna historia. Przez pierwszych kilkanaście lat Polski ludowej nie mógł znaleźć pracy, bo mu jej dysponenci cały czas powtarzali, że ma życiorys pisany Maczkiem. A pewnie, w u przyszłego generała, w 10 Brygadzie Kawalerii Pancernej służył już w 1939 roku. Pod koniec wojny pułk 1 Dywizji, którego był oficerem, wyzwolił obóz w Oberlangen, gdzie więzione były uczestniczki powstania warszawskiego. Tam poznał panią Helenę.
Z tym obozem również zresztą wiąże się ciekawa opowieść, jaką złowiłem podczas ostatniej wizyty pana Michała w Toruniu. Wspomniał, że siedział kiedyś w jakiejś kawiarni i usłyszał, że sąsiadki przy stoliku obok, wspominają swój pobyt w Oberlangen. Zaintrygowany podszedł więc do nich, przedstawił się i zapytał, czy spotkały tam jego matkę – Helenę Grossównę. Te się strasznie wzruszyły i zaczęły wspominać, jak to one, je dziewczynki w zasadzie, podtrzymywała tam na duchu.
Ech, ktoś powinien te wszystkie opowieści spisać.

Pomyślałem, że tablicę dobrze by było przenieść do szkoły przy Łąkowej, w której Grossówna się uczyła i, jak wspominała jej koleżanka z klasy, a zarazem prababcia mojego redakcyjnego kolegi Tomka Bielickiego, tańczyła na ławkach. Idea bardzo mi się spodobała, bo moja dawna podstawówka liczy sobie już ponad sto lat, kolejne będzie liczyła dalej i, w odróżnieniu od kina, na pewno nikt jej nie zamknie. Dzięki temu będzie też można ponieść oświaty kaganek, bo uczniowie szkoły pamięć aktorki na pewno będą kultywować, z korzyścią dla pamięci i siebie. Teraz jednak mam co do tego dość mieszane uczucia. Tablicę przy Podmurnej, nawet tkwiącą na ścianie opuszczonego budynku, mijają jednak jacyś przybysze, przystają przy niej i czegoś się dowiadują. Wiem, bo przecież redakcja ma swoją siedzibę vis-a-vis, a moje okno wychodzi akurat na świętej pamięci kino. Pod szkołę na Mokrem nikt taki nie zajrzy, zatem najlepiej by chyba było przenieść tablicę w jakieś inne związane z aktorką miejsce na starówce (teatr?) i uczynić Grossównę patronką szkoły. Mam prawo coś takiego zaproponować, bo pamiętam, że w połowie lat 80. ubiegłego wieku, razem z innymi uczniami zrzucałem się po 20 złotych na tablicę ku czci Hanki Sawickiej, wtedy tam panującej. Od momentu detronizacji w III RP, szkoła jest bezimienna... Jeśli więc będzie trzeba, mogę się dorzucić do kolejnej tablicy, co mi tam.
Z uzupełnianiem strony nie należy się guzdrać, bo niedokończone wpisy mogą się zdezaktualizować. Poprzednio napisałem, że tablicą najlepiej by było ozdobić dom aktorki. Trzy lata temu, gdy szukaliśmy toruńskich śladów Grossówny, większość czytelników wspominała, że jej rodzinne gniazdo znajdowało się przy dawnej ulicy Wodnej, a więc obecnej PCK – na jej rogu z ulicą Dekerta.
Budynek, jak widać na zdjęciu, niestety już nie istnieje, jednak nie był to jedyny adres, jaki się wtedy pojawił. Ktoś inny, nie pamiętam już, kto wspomniał, że dom stoi do dziś. Przy okazji sprzedał całkiem apetyczną historię o tym, jak wielka kinowa gwiazda przyjeżdżała przed wojną w odwiedziny do rodziny, co w połowie Mokrego było sygnałem do pospolitego ruszenia, bo po pierwsze, można było zobaczyć królową srebrnego ekranu, a po drugie, jej samochód. Ze względu na drobiazgowość opisu, ten ślad wydał się również bardzo autentyczny. No i słusznie, pan Bohdan Orłowski z oToruniu.net sprawdził w przedwojennych księgach adresowych, że w latach 20 i 30 wdowa Waleria Gross mieszkała przy Wodnej 30. Dom ten stoi do dziś na rogu PCK i Głowackiego.

Niezwykle ucieszony zachowanym wciąż jeszcze znaleziskiem, dostałem wiadomość, która poziom radość jeszcze podniosła. Pani Elżbieta Komassa, bibliotekarka szkoły przy Łąkowej znalazła Grossównę w spisie uczniów tej placówki. Pochylony nad stuletnim papierem rozdziawiłem gały ze zdumienia. Zgodnie z wymogami niemieckiego porządku odnotowano tam: Helena Groβ, ojciec nie żyje (Leonard Gross był rzeźnikiem, zmarł jakoś w 1909 roku – tych informacji naturalnie w kronice szkolnej nie było). Matka Waleria, uczennica urodzona 25 listopada 1904 roku została przyjęta do szkoły 1 kwietnia AD 1911 i opuściła jej mury 30 września roku 1918, kończąc klasę 6 „b”. Wszystko się zgadza, a do tego dochodzi jeszcze sporo nowych informacji. Najbardziej zaskakującą okazał się adres. Familia przyszłej aktorki musiała się na Wodną przeprowadzić już w wolnej Polsce, bo w szkolnej księdze jest napisane Lindenstraβe 71. A więc Kościuszki i to daleko, gdzieś za młynem!
Przed wojną, na Wybrzeżu, na wszelkie kłopoty był detektyw Bednarski. Lektura tego rozdziału utwierdzi każdego czytelnika w słusznym przekonaniu, że wszelkie problemy dotyczące przedwojennego Torunia najskuteczniej rozwiązuje pan Bohdan Orłowski. Mając w ręku kolejny adres, ponownie zgłosiłem się więc do niego z prośbą o koordynaty po zmianie numeracji. Dostałem je od ręki, z informacją, że w archiwum gospodarza strony oToruniu.net dom numer 84, bo nim stała się poprzednia 71. nie zostawił po sobie żadnego śladu, zatem pewnie już nie istnieje. Rzeczywiście, zniknąć musiał już bardzo dawno temu. Biała kamienica po prawej stoi przy Kościuszki 87, czerwona w głębi ma numer 85. Dom Grossówny zajmował więc na pewno plac obok, który odkąd pamiętam, jest pusty.
Sporo napisałem o budynkach, gdy tymczasem przecież głównym bohaterem tej opowieści jest człowiek. Oto więc rodzina Heleny Grossówny z archiwum pana Andrzeja Marchewki.

sobota, 16 czerwca 2012

Klucz czarno-biały

Ależ mi się dostało..! Zdjęć, i to jakich! Ogłosiłem w gazecie zbiórkę fotografii dawnego Mokrego, najpierw więc dostałem potężną porcję czarno-białych kruków od pana Andrzeja Kamińskiego, dawnego fotoreportera „Nowości”, a później swoimi skarbami zasypali mnie czytelnicy. Ile tego jest! I jakie to robi wrażenie. Z pierwszej porcji wyszła całkiem, moim zdaniem, apetyczna strona w gazecie: ZDJĘCIA, KTÓRE SPORO MÓWIĄ Resztę będę pewnie trawił jeszcze długo i z wielką przyjemnością. Mając tak wspaniały klucz do czarno-białego Torunia, nie można powiesić go na haczyku, by na nim bezczynnie wisiał. Ciąg dalszy zatem nastąpi, niech się tylko zorientuję w terenie i nieco pobiegam. Na pierwszy rzut oka wrzucam okolice skrzyżowania Kościuszki z Batorego. Przed przebudową w połowie lat 70. ponad 30 lat później.
Strasznie się te drzewa rozrosły. Budynku willi, w której była lecznica weterynaryjna, prawie nie widać. I tramwaj jedzie w przeciwną stronę. Signum temporis?
Hura, jest też słup ogłoszeniowy z rogu Kościuszki i Grudziądzkiej, o którym kiedyś pisałem, że go pamiętam. Zmiotła go przedostatnia duża przebudowa Kościuszków, gdy z ich wylotu zniknął bruk, a sam wylot został nieco przesunięty. Wszystko się tak bardzo pozmieniało, że trudno dziś tu robić fotki tych samych miejsc z dzisiaj. Tym razem mi się chyba jednak udało wcelować.

Wykopaliska zaczęły się od poszukiwań Bożej Męki, czyli kapliczki, o której sporo słyszałem – ba, nawet ją widziałem, ale nie pamiętam, bo oglądałem wtedy świat z dziecięcego wózka. Dziś, dzięki gazetowym czytelnikom, widzimy się ponownie. Cały czas nurtuje mnie jednak pytanie, w którym miejscu ta święta budowla stała? Gdzieś tu, na obecnym placu Zwycięstwa, moi protoplaści lokalizują ją w okolicy wierzb po prawej płaczących, tak ten obiekt nazywają także ofiarodawcy zdjęcia. Gdzie dokładnie? Chyba będzie trzeba zorganizować jakąś wizję lokalną.
Źródło Bożej Męki z Mokrego biło jednak nieco dalej, na XVIII-wiecznym cmentarzu, który w czasach II RP został rozorany przedłużeniem ulicy Podgórnej, oraz zastawiony blokami stojącymi dziś przy ulicy Staszica, która wtedy była częścią ulicy Czarnieckiego. Kapliczka z cmentarzem zniknęły, a co się stało z nazwą? Została przeniesiona na sąsiadkę? Tego muszę się dowiedzieć.

Poza fotografiami starego Mokrego, dostałem też wiele innych. Między innymi ten ciekawy kawałek dawnej linii kolejowej do Czarnowa z budynkiem dzisiejszego seminarium duchownego na odległym planie.
Stare zdjęcie zostało naturalnie zrobione ze znacznie większej odległości, dziś jednak na powtórkę tego ujęcia nie ma co liczyć – kawałek dalej budynek seminarium znika za zasłoną zieleni. Stanąłem sobie zatem jakoś w miejscu wylotu torów ze stacji Toruń Zachodni, dwa drzewa rosnące na środku ulicy stały przed jej wejściem.

sobota, 9 czerwca 2012

Wyścig z czasem

Strona robi mi się nieco monotematyczna. Widać na niej Włęcz latem, wczesną wiosną, wiosną przechodzącą w lato... Spacerek po stronach sąsiadów może jeszcze bardziej to poczucie monotematyczności zwiększyć. Tylko pozornie! „Wszyscy mówią: kocham cię” Allena opiera się na obrazach pokazujących Nowy Jork w różnych porach roku, każdemu ujęciu towarzyszy komentarz: Nowy Jork jest najpiękniejszy wiosną, latem, jesienią, zimą. Włęcz jest pod tym względem Nowemu Jorkowi podobny. Nawet zabłocone przedwiośnie, chyba najmniej atrakcyjny moment w polskim krajobrazie, w tym miejscu robi wrażenie. Jak długo jeszcze? To zależy w dużej mierze od tego, jak bardzo okoliczny krajobraz zmieni się podczas budowy progu na Wiśle, oraz od tego, czy zapaleńcom z Osieka i Czernikowa uda się uratować drewnianą, pochodzącą z końca XVIII wieku chatę przy cmentarzu. Wyścig z czasem jest bardzo trudny, bo ten na opuszczony dom wpływa bardzo destrukcyjnie, a poza tym, biegnie bardzo szybko. Szybciej, niż koła biurokratycznej machiny wypluwającej czasami jakieś pieniądze, które można przeznaczyć na remont. Remont, bądź odbudowę, bo spora część konstrukcji chałupy nadaje się wyłącznie do wymiany. Na szczęście chata ma sporą grupę obrońców, a tych przepełnia zapał i determinacja. To pozwala mieć nadzieję na przyszłość, bo przy takim zestawie można nawet przecież motyką zaorać Słońce.
Takie operacje zapewne najlepiej przeprowadza się nocą, gdy Słońce nie świeci, my wybraliśmy się do Włęcza nad ranem, gdzie i tak początkowo sprzątanie chałupy trzeba było prowadzić w mroku. Mocno zawilgoconym i tak strasznie zasyfionym, że początkowo rozglądaliśmy się szukając tu jakichś dzikich lokatorów. Teraźniejszych żadnych jednak nie było, bałagan zostawili po sobie poprzedni, którzy mieszkali tu przez wiele lat i progi chaty opuścili dopiero na początku tego roku.
Na zdjęciu scenka z odguzowywania.

Ja tu widzę niezły burdel...
... i bardzo fajny piec. W Pasłęku były znacznie większe, ale jestem pewien, że frajda z rozpalenia tu ognia będzie porównywalna, jeśli nie większa, bo też szanse na rozpałkę są nadal dość niepewne.
Po kilku godzinach pracy śladu po burdelu już nie było. Ciekawe, na jak długo...?
Schody. Może nie do nieba, ale na poddasze. A jeśli jednak do nieba? W takim razie droga do raju musi być stroma i, ze względu na spróchniałe stopnie, niebezpieczna.
Na poddaszu natomiast jest ładny butelkowy komin, oraz obraz nędzy i rozpaczy. Co ja tu będę dużo pisał, jest tam mocno przewiewnie. Jaskółki sobie latają, jedna z nich dociera nawet tędy do swojego gniazda na parterze.
Coś z Gierymskiego. W rzeczywistości są to resztki czegoś do obróbki świniaka, ale tak ustawione, kojarzyły się z „Trumną chłopską”.
Na sąsiadującym z chatą cmentarzu wszystko po staremu. Dąb się majestatycznie rozpościera, pomniki stoją, a mój ulubiony żeliwny wskaźnik zakrzywienia świata (szczegółów proszę szukać TUTAJ) nie odchylił go nadmiernie od normy.
Wierzby. Nie mogłem się powstrzymać.
Co najmniej od momentu otwarcia granic Unii Europejskiej, czy może raczej od chwili, gdy przed rodakami otworzyły się niektóre zachodnie rynki pracy, Polacy czują wielki pociąg do kolonizowania Zielonej Wyspy. Nas też on ogarnął, choć na Zieloną Kępę, największą w okolicy wyspę wiślaną, udaliśmy się nie pociągiem, ale pieszo. Mimo bardzo niskiego stanu wody, i tak w pewnym momencie trzeba było zrzucić buty i zacząć brodzić. Czasy, w których Wisła była jedną z najbrudniejszych rzek kontynentu na szczęście już minęły, więc nikomu z nas od tego broda (bądź brodawki) chyba nie wyrosły. Na ewentualne zanieczyszczenia nikt zresztą nie zwracał uwagi. Kto by się przejmował takimi przyziemnymi rzeczami w tak niezwykłym miejscu?
„U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!”

O, muszla. I to wcale nie klozetowa.
Kępa, jak sama nazwa wskazuje, jest zielona. Po wybudowaniu spiętrzenia na Wiśle, będzie jednak częściowo zalana.
A to widok z Kępy na brzeg, z którego przyszliśmy.
Pięknie wszędzie, ciepło wszędzie... Tymczasem kogoś najwyraźniej rozpiera buta.
Dobra, przyznaję – te wszystkie ładne słowa i próby fotograficznego zapisania niezwykle malowniczego krajobrazu, były tylko zasłoną mającą ładnie ukryć zwykły ludzki pęd do koryta. Pokonawszy odnogę wiślaną, popędziliśmy zatem do koryta Strugi, w którym jednak brodziło się już mniej wygodnie, ze względu na różne przeszkody terenowe. Zapewne przyjemne dla oka, ale dla bosych stóp, już nieco mniej.

To lubię, rzekłem, to lubię...
Włęckie piaski są bardzo żyzne. Rośnie tu wielka lipa, posadzona ponad 300 lat temu przez pierwszych osadników z zachodu, której jakoś nie mam okazji sfotografować. Chyba poczekam do jesieni, bo teraz zbyt mocno tonie w zieleni. Przepraszam za rym, ale to drzewo przyciąga poetów. Michał Kokot powiedział kiedyś o niej, że w tych gałęziach słychać szum dziejów. Inna sprawa, że gospodarzowi Osieckiej Izby Regionalnej wszystko szumi i opowiada różne niesamowite historie. Lokalne nadwiślańskie grunty malowniczo obfitują też w wierzby, które bardzo lubię, oraz fundamenty domów. Pisałem już kiedyś, że pierwsza wizyta we Włęczu uderzyła mnie mnogością opuszczonych budynków, przez te cztery lata, niemal wszystkie takie chaty zeszły już do parteru, albo nawet do piwnicy.
Mądrość ludowa na koniec.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Uwaga, tropiciele miejskich tajemnic i zagadek!

W wakacje mam zamiar rozpocząć kolejny cykl wycieczek tam, gdzie w Toruniu na ogół wzrok nie sięga. W poprzednim roku zwiedziliśmy m.in. zamknięty na co dzień Fort V, parowozownię w Kluczykach, stację wodociągów na Bielanach, teatr Baj Pomorski od podszewki, klasztor na Podgórzu, oraz tereny obozu jenieckiego z II wojny.
Tym razem na pewno chciałbym się pofatygować do Grębocina, gdzie miejscowe Muzeum Drukarstwa i Papiernictwa obiecało przygotować coś specjalnego (ciekawe, jak to zrobi, tam przecież wszystko jest bardzo specjalne?). Jeśli się uda dogadać z wojskiem, fajnie by było pochodzić po dawnym miasteczku poligonowym. Marzy mi się także spacer po przedmieściu Świętej Katarzyny, ale tu musi się znaleźć przewodnik gotowy o wszystkim ciekawie poopowiadać. Kołacze mi się po głowie jeszcze kilka innych pomysłów, ale nasz klient, nasz pan – niech więc on określi, gdzie chciałby zajrzeć. Czekam na propozycje, zależy mi szczególnie, by dzięki temu określić ile osób jest zainteresowanych szlakami już wcześniej przedeptanymi. Wiem, że niektórzy się w ubiegłym roku na różne wyprawy nie załapali, innym zależy natomiast by na coś spojrzeć ponownie. Ci wspominają głównie o Forcie V, bo w ubiegłym roku pod bramą stanęło niemal 300 osób, czyli zbyt dużo, by każdy mógł usłyszeć głos przewodnika. Proszę się zatem wyrazić, jeśli wojsko fortu nie sprzeda, jego wrota otworzą się przed nami ponownie.
Na zdjęciach prezentuje się właśnie ta forteca, swym stanowiskiem obserwacyjnym, oraz unikatowymi na skalę ogólnopolską oryginalnymi pisuarami. Zdjęcia do dupy, przepraszam, ale mi w aparacie padła bakteria i musiałem fotki robić komórką. Sam zatem chętnie tam wrócę, by archiwum uzupełnić.