Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Rondo Heleny Grossówny

Uff, wreszcie się udało. W czwartek toruńscy radni miejscy klepnęli rondo Heleny Grossówny. Starania o to, aby królowej przedwojennego srebrnego ekranu poświęcić kawałek przestrzeni w jej rodzinnym mieście trwały sześć lat.
Na zdjęciu Grossówna na okładce tygodnika "Kino" z 1937 roku i ze zbiorów pana Krzysztofa Trojanowskiego, który o upamiętnienie Grossówny zabiegał.
Pan Krzysztof najpierw zaproponował, aby Grossówna została patronką bezimiennego wtedy ronda przy ul. Mickiewicza. Pomysł się gospodarzom miasta spodobał i... utknął na mieliźnie zapomnienia.
Na zdjęciu Helena Grossówa w operetce „Piękna Carrena” („Noc w San Sebastian”) Ralpha Benatzky`ego w reżyserii Witolda Zdzitowieckiego wystawionej na deskach toruńskiego teatru w kwietniu 1931 roku. Fotografia ze zbiorów pana Krzysztofa.
Grossówna urodziła się na Mokrem 25 listopada 1904 roku. Półtora roku później, wraz z przyłączeniem Mokrego do miasta, stała się więc mieszkanką Torunia. Udało nam się znaleźć dom, w którym mieszkała - stoi on do dziś na rogu dawnej ul. Wodnej (dziś PCK) i Głowackiego.
Adres przy Wodnej wspominany jest w Toruniu do dziś. Okazało się jednak, że dom przy PCK 30 nie jest tym, w którym przyszła gwiazda się urodziła. Nikt z nas by tego nie wiedział, gdyby nie pani Elżbieta Komassa, szefowa biblioteki w szkole przy Łąkowej, gdzie w 1911 roku Helena rozpoczęła edukację (a ja zrobiłem to samo, w tym samym miejscu 74 lata później;-).
Pani Komassa znalazła spis uczniów z początków XX wieku, a w nim panią Helenę zameldowaną przy Lindenstraβe 71, a więc przy obecnej ul. Kościuszki i to dość daleko, za młynami. To ci psikus...
Ten dom się nie zachował, został zburzony przy okazji przebudowy ul. Kościuszki w latach 70. Na szczęście wcześniej zdążył go sfotografować pan Andrzej Kamiński. Pierwszy dom Grossówny to ta chałupka z dwuspadowym dachem, częściowo zasłonięta przez ciężarówkę.
Grossowie mieszkali tu do jakiegoś 1920 roku, później przeprowadzili się na Wodną, skąd pani Helena ruszyła na podbój teatralnych scen i kinowych ekranów.
W miejscu pierwszego domu ze dwa lata temu powstało rondo, pomyśleliśmy więc, że byłoby idealnym miejscem dla Grossówny. Pan Krzysztof złożył wniosek, przewodniczący Rady Miasta poprzedniej kadencji odesłał jednak pismo na półkę. Rada się zmieniła, pan Krzysztof spróbował zatem po raz trzeci, adresując pismo do obecnego przewodniczącego Marcina Czyżniewskiego. Wniosek przeszedł szybko i bez żadnego problemu.
Mam nadzieję, że fala sukcesu wpłynie również na fundatorów tablicy pamięci Grossówny, która została w 2009 roku umieszczona na ścianie toruńskiego "Naszego kina". Kina już nie ma, pod zapomnianą tablicą balują pijaczkowie. Tablica już dawno powinna zostać przeniesiona, ale jakoś przyrosła do ściany i nie można jej ruszyć, co bardzo martwi m.in. syna Heleny Grossówny pana Michała Cieślińskiego, który bywa w Toruniu częstym gościem.
Grossówna zapewne pojawi się na rondzie w swoje urodziny. Fajnie by było, aby przy okazji w księgarniach pojawiła się również biografia aktorki. Prace nad nią trwają. Po wielu perturbacjach powinna się ukazać w przyszłym roku.
Proponuję umilić sobie czas oczekiwania kilkoma piosenkami z panią Heleną w roli głównej.
Jeszcze jeden kawałek z "Pawła i Gawła" z 1938 roku.
Słynna piosenka bez Grossówny, ale o niej. Z filmu "Piętro wyżej" (1937 r.).
Coś do tańca...
I coś na pamięć. Oba ostatnie kawałki to fragmenty "Zapomnianej melodii" z 1938 roku.

sobota, 2 listopada 2013

Panienka z chmur


Uwielbiam stare gazety! Nienawidzę starych gazet! To jakieś monstrum, które żyje własnym życiem, z ciekawości rozpala głowę, a oczom każe pożerać monitor komputera, lub bibliotecznego czytnika mikrofilmów. Elektryzuje, by za chwilę pokazać figę, albo nawet uniesiony środkowy ręczny palec. Czasami aż boję się do tego potwora podchodzić. W zasadzie zawsze, kiedy szukam czegoś konkretnego, trafiam kulą w płot. Niemal każdy przeglądany numer przedwojennego „Słowa Pomorskiego”, czy jeszcze starszej „Gazety Toruńskiej” rzuca mi w twarz całą masę innych tropów i ciekawostek. Na dłuższą metę można od tego zwariować!
Ile czasu poświęciłem kilka lat temu na przeczesywanie archiwów w poszukiwaniu śladów „Panienki z chmur”, jedynego filmu nakręconego przez działającą w Toruniu wytwórnię filmową Bernarda Marwińskiego... Bardzo dużo! Tak wiele udało mi się dowiedzieć, jednak mimo tego wciąż tłukłem głową (tą rozpaloną wcześniej przez dawne doniesienia prasowe) w mur, bo nie byłem w stanie ustalić personaliów głównych bohaterów. Więcej nawet, nie mogłem nawet na zdjęciu ekipy Marwin-Filmu rozpoznać tytułowej panienki. Przy okazji premiery filmu gazety się nią krztusiły, za każdym razem jednak żonglując pseudonimem, za jakim się skryła. Brzmiał światowo, ale zupełnie nic mi nie mówił, a ja tak chciałem znaleźć imię, nazwisko i adres miejsca zamieszkania, które bym mógł teraz odnaleźć. Prawdziwe dane mogłyby też pozwolić na odtworzenie losów rodziny, a to już jest coś.
Nie pamiętam, czego szukałem jakieś dwa tygodnie temu na łamach przedwojennej prasy, kartkując „Słowo Pomorskie” trafiłem jednak na zdjęcie dziewczyny w stroju lotnika. Nic tylko fotka i podpis: Lilli Dorey, toruńska gwiazda filmowa.
Jezus Maria, Lilli Dorey? Co mi to mówi? Aaa, dzień dobry pani „Panience z chmur”!
Fotografia ukazała się w „Słowie Pomorskim” 18 grudnia 1929 roku. Nadal nie wiem, kim była gwiazda, mogę jednak przynajmniej zlokalizować ją między aktorami. Próbuję przynajmniej to zrobić, bo logika nakazuje, aby tytułowa postać siedziała w centrum, ale wygląda na to, że panienka zajęła miejsce nieco z boku i do tego w bok się patrzy. Tak usadzona i wpatrzona postać odziana jest w każdym razie w coś przypominającego kurtkę lotniczą. W sumie takie umiejscowienie nie powinno mnie dziwić. Dość długo wydawało mi się przecież, że reżyser i producent filmu, Bernard Marwiński, stoi uśmiechnięty i podparty pod boki obok kamery, gdy tymczasem właścicielem Marwin-Filmu okazał się być stojący obok dość niepozorny człowiek w okularach.
Zerkająca w bok postać na zdjęciu zespołowym pasuje do tej, jaka prezentuje się na fotosie „Panienki z chmur”. Zdjęcie zostało zrobione w pałacu w Pluskowęsach pod Chełmżą, a podzieliła się nim ze mną Basia Marwińska, potomkini i kontynuatorka filmowych tradycji Bernarda Marwińskiego. Jeszcze bardziej podobna jest ona jednak do jednej z postaci przedwojennej galerii pięknych pięknych warszawianek, na którą trafiła Ania. Lula Dorey, w latach 30. wschodząca gwiazda polskiego filmu... Jak bardzo wzeszła i co się później z nią stało? Niech ten wpis będzie rozesłanym za nią listem gończym.
Skoro już o Marwin-Filmie mowa... Kiedy ja grzebałem się w berlińskich wspomnieniach, jedna z głównych alejek w Parku Miejskim na Bydgoskim Przedmieściu, doczekała się patrona. Został nim jeden z aktorów Marwińskiego, doskonale czytelnikom tej strony znany Bogusław Magiera.
Na uroczystości byłem, ale zdjęć zbyt wiele nie zrobiłem, bo zaczęło strasznie lać. Jak aleja wygląda dziś, każdy może sobie zobaczyć. Tak natomiast prezentowała się przed wojną, kiedy na jednej z ławek przysiadał widoczny na pierwszej fotografii uczczony w ten sposób nauczyciel, społecznik, filmowiec i aktor, który w październiku 1939 roku został aresztowany przez Niemców i via m.in. Fort VII trafił ostatecznie do Dachau, gdzie zginął.
Na drugim zdjęciu z rodzinnego archiwum pana Bogusława widać zniszczony w czasie wojny i nigdy już nie odbudowany pomnik aeronautów. Podobno najpiękniejszy pomnik przedwojennego Torunia.

czwartek, 3 października 2013

Ślady zbrodni

Ja łaziłem po Berlinie, a za mną cały czas chodził „Kabaret” Boba Fosse’a. Niemal wszystkie stare mury, na jakie patrzyłem, nuciły melodie z tego filmu. Szczególnie tę piosenkę. Jej końcówka nokautuje, ale zarejestrowana tu scena i tak nie oddaje wszystkiego. Jeśli dobrze pamiętam, na filmie towarzyszą jej sceny z żydowskiego ślubu, oraz popisy kretynów w brunatnych koszulach.

Wspomniałem o nucących murach, jednak w Berlinie, o zagładzie, przypomina głównie bruk. Niemcy wpadli na pomysł, by przed domami, w których do wojny mieszkali Żydzi, umieścić tabliczki z danymi ofiar. To bardzo fajna idea, ale za każdym razem, gdy coś takiego znajdowałem, próbowałem sobie wyobrazić, jak takie ślady pamięci by mogły wyglądać np. w Warszawie czy Łodzi. Pewnie mielibyśmy tam mosiężne ulice, bo wszystkie kostki brukowe trzeba by było zastąpić tabliczkami.


poniedziałek, 2 września 2013

Königsberg is dead

Chwila, moment. Następnego dnia miała być wycieczka do Poczdamu, skąd więc się wziął ten Królewiec? Teleportacja jakaś? Oba miasta są przecież położone dość daleko od siebie... Na upartego, kiedyś moglibyśmy takiego skoku dokonać, przed I wojną podróż pociągiem na trasie Berlin – Królewiec zajmowała bodajże sześć godzin. Dziś coś takiego nie jest już jednak możliwe, bezpośrednich połączeń nie ma, a gdy do Kaliningradu kursował jeszcze podczepiany do różnych pociągów wagon, do celu toczył się 24 godziny dłużej. Ponad dobę! Podróż takim Orient Ekspresem na pewno również była sporym przeżyciem, my jednak nad Pregołę dotarliśmy szybciej korzystając z filmowego ekranu. Ten znajdował się w piwnicy kultury pod jednym z wieżowców Berlina Wschodniego.
W sumie całkiem swojsko, prawie jak na Rubinkowie, czy Skarpie jakiejś...
Tylko jakoś czyściej, schludniej, bardziej zielono. I samochodów prawie nie słychać, bo ptactwo intensywnie drze dzioby.
Kumpel filmowej Amelii pewnie by tu skakał z radości. Zbierał kiedyś ślady stóp odciśnięte w betonie.
 Z tą piwnicą kultury nieco przesadziłem. Betonowy trop wiódł do pomieszczeń na parterze wieżowca, pojawił się w nich Max Gilbert ze swoim filmem, trafiliśmy tam również i my. W dawnej stolicy Prus Wschodnich nigdy nie byłem, o tym, że Königsberg is dead, opowiadał mi już jednak dawno temu mój wuj, który na początku lat 90. miał firmę budowlaną i sporo w Kaliningradzie działał. Wyniósł stamtąd złe wspomnienia oraz wiele ciekawych rzeczy, m.in. wielki (jakieś 1,8 na 5 metrów) obraz przedstawiający szturm Pałacu Zimowego. Każdy z atakujących ma tam rysy twarzy Lenina.
Film robi wrażenie i to pod każdym względem. Zarówno ze względu na obrazki i relacje z królewieckiej przeszłości, jak i kaliningradzkiej teraźniejszości. W tym ostatnim przypadku nie chodzi mi tylko i wyłącznie o zniszczenia, ale o to, co mówią obecni mieszkańcy najbardziej europejskiego miasta Rosji. Skoro zaś o teraźniejszości mowa, warto nadstawić ucha także na to, jak jest ona wyrażana po niemiecku. Pod wieloma słowami dawnych mieszkańców miasta, sam mógłbym się podpisać zamieniając Królewiec na Pasłęk. Pojawiłem się tam wiele lat po wojnie, ale swoją Pruską Holandię wspominam równie idyllicznie i z podobnym żalem. Mógłbym jeszcze to i owo dorzucić, bo wypadając poza Pasłęk, napatrzyłem się również na pozostałości świata, który kiedyś, chociażby ze względu na bliskość Królewca, był wielki, a teraz, po wymianie ludności, położony tuż przy granicy światów, nie jest nawet w stanie żyć swoją przeszłością. Zrobię to przy okazji, gdy uda mi się tam wrócić i gruzy Atlantydy Północy, pofotografować.
Jeśli o niemiecką teraźniejszość chodzi, „Königsberg is dead” zasługuje na uwagę z jeszcze jednego powodu. Proszę zwrócić uwagę na migawki ze zjazdu wschodnich Prusaków i na słowa kretyna przy mównicy. Zdębiałem, gdy usłyszałem, że żaden naród w Europie nie wycierpiał tyle, co Niemcy. W siedzących na sali berlińczykach deklaracja taka wywołała śmiech i negatywne komentarze. Facet jednak przemawiał w gigantycznej sali pełniej ludzi. Czy oni również uśmiechali się z politowaniem?
Wiem, u nas również takie spotkania się odbywają, choć raczej na znacznie mniejszą skalę. Rozumiem ludzi tęskniących za domem, tym we Lwowie, Wilnie. Rozumiem zatem również tych, co z westchnieniem wspominają Breslau i Elbing. Sam przecież wychowałem się w Prusach Wschodnich otoczony ścianami i przedmiotami zostawionymi przez ludzi, których od dziecka chciałem poznać. Nadal mam zresztą taką nadzieję. Potomkowie „naszych Niemców” kiedyś do Pasłęka przyjechali, ale mnie niestety przy tym nie było. Sporo jednak napatrzyłem się i nasłuchałem i wizytach dzieci i wnuków dawnych gospodarzy u naszych sąsiadów. W Zielonce Pasłęckiej pojednaniu przysłużył się np. stan wojenny, dawni niemieccy mieszkańcy tej wsi skrzyknęli się i zorganizowali pomoc dla swoich następców. To działa, natomiast takie wiecowe pohukiwanie na pewno niczego dobrego nie przyniesie. Niemcy zresztą sami powinni wiedzieć o tym najlepiej, od 1933 do 1945 roku podobnych przemów nasłuchali się przecież wiele. Do czego ich one doprowadziły?
Ja już też zatem perorował dłużej nie będę, zapraszam na film.

środa, 21 sierpnia 2013

Są jeszcze sądy w Berlinie!

Znajdę ja słowa, by te wrażenie opisać? Stare młyny mają w sobie coś poruszającego. Wiadomo: wodę, wiatr... Coś w nich jednak siedzi poza tym. Cała masa legend i inne rzeczy, jakie nie pozwalają mi przejść obok obojętnie. Łażę wokół nich od dawna, nigdy chyba jednak nie widziałem i nie słyszałem młyna w ruchu. To tymczasem robi ogromne wrażenie! Trudno się dziwić naszym przodkom, że przysłuchując się tym symfoniom skrzypnięć i trzasków, obciążyli młyny tak bogatym bagażem różnych niesamowitych podań.
Skoro już o opowieściach mowa, wiatrak w Poczdamie należy do najbardziej legendarnych budowli tego typu w Niemczech. Jego sława bierze się z czasów Fryderyka Wielkiego, który wokół młyna rozbudowywał swoją posiadłość i chciał się pozbyć młynarza. Ten nie oddał swej własności bez walki, a naciskany siłą majestatu, miał rzucić słynne zdanie „Są jeszcze sądy w Berlinie!”. Zaufał im i wygrał, wiatrak w każdym razie nadal między pałacowymi zabudowaniami w Poczdamie, stoi.
Piękny wiatrak. O, holender, bardzo piękny! I jakie ma ciekawe żaglowe zapierzenie skrzydeł. Ciekawe, czy nasze holendry też takie miały.
Na zwiedzanie Poczdamu dzień sobie wybraliśmy początkowo pochmurny i na pierwszy rzut oka mało ciekawy. Wiatrak był natomiast kolejnym muzeum na trasie. Wparowaliśmy do niego z ochotą, pokonując kolejne kondygnacje i umieszczone na nich wystawy. Przypomniałem sobie jedno takie młynarskie cudo, które widziałem kilkanaście lat temu, gdy w ogólniaku będąc, pojechałem na wymianę nad Amizę. Podczas wycieczki do Bremy zatrzymaliśmy się wtedy obok młyna, który był wiatrakiem napędzanym jednocześnie kołem młyńskim. W Poczdamie znalazłem jego zdjęcie, ale tak się z tego ucieszyłem, że go nie sfotografowałem. Uwieczniłem za to poczdamski wiatrak z lat 80. Jak widać, władze NRD ludzi pracy, którzy przeciwstawiali się dawniej monarszemu absolutyzmowi, nie darzyły specjalnym szacunkiem.
Ten nieborak miał dużo szczęścia. Wrócił do swoich dawnych kształtów i nadal stoi. Ja krążyłem wokół niego, a po głowie przewalał mi się inny jego kolega z moich rodzinnych stron. Wiatrak w Zielonce Pasłęckiej. Moja mama pamięta go jeszcze ze skrzydłami, ja od dzieciństwa oglądałem tylko wieżę. Ceglaną, kompletną. Aż do pierwszych lat obecnego wieku, gdy zobaczyłem wiatrak mocno nadgryziony zębem czasu. Fotografia jest nieco nieostra, zrobiłem ją jednak z daleka. Sam wlazłem do środka, pod gniazdo mieszkających na ceglanej ścianie bocianów, między rdzewiejące resztki maszyn młyńskich. Zdjęć jednak najwyraźniej nie zrobiłem.
Ciekawe, jak ten wiatrak wygląda dzisiaj? Jeśli w ogóle jeszcze wygląda. Muszę się tam wybrać. Do Pasłęka i okolic. Szczególnie tych. Zimą 1945 roku na stacji w Zielonce doszło do tragedii. Zatrzymał się tam pociąg szpitalny, a na niego wpadł ostatni pociąg ewakuacyjny, jaki wyjechał z Ostródy. Ten szpitalny, mając sprawny parowóz, odjechał, a rannych i pasażerów pociągu ewakuacyjnego, ostrzelały nadjeżdżające sowieckie czołgi. Ja, wychowany w dawnych Prusach Wschodnich pytam się, po co wam Niemcy ta wojna była?
 Wracając do Poczdamu. Wspinaliśmy się na kolejne piętra wiatraka, wyleźliśmy nawet na zewnątrz.
Choćby po to, by zobaczyć maszynerię do manewrowania jego głowicą. Hm, moja babcia z Pasłęka miała zawsze zdzierany kalendarz na ścianie. Ma go zresztą w Toruniu nadal i oby jego kartki zdzierała jak najdłużej. Z dzieciństwa pamiętam, że jego podkładkę zdobił podobny wiatraczny, latający na wietrze holender.
Właziliśmy coraz wyżej, a to skrzydlate siedlisko szatana milczało. Szatana, bo każdy szanujący się stary młyn swego czorta posiadać powinien.
Proszę poczytać sobie stare młyńskie podania, lub też sztuki Jana Drdy. Albo też obejrzeć je w Teatrze Telewizji. Bardzo warto. Oto „Igraszki z diabłem”. Czartowska instrukcja obsługi młyna pojawia się w pierwszych minutach.

A tu, jeszcze chyba bardziej  cudowny "Zapomniany diabeł". Z Gajosem w roli głównej.

Tak więc chodziliśmy sobie po poczdamskim wiatraku i oglądaliśmy wszystko, co trzymał on pod swym krytym gontami jestestwem...
Aż nagle zaczął on śpiewać skubany...
 
Wydobywając z siebie dźwięki wcześniej mi nieznane. Obrazy zresztą również, proszę doczekać do końca tego filmiku i spojrzeć na migające za oknem śmigi. Morda się sama na ten widok w poziomy półksiężyc rozkłada.


Śmigła się kręcą, koła telepią. Legenda się opowiada.

Tak mnie to wszystko zaskoczyło, że w pierwszej chwili na mlewnik spojrzałem krzywo...

On tymczasem powinien prezentować się tak.
Proszę mi wybaczyć, że zapycham przestrzeń niezbyt udanymi własnymi filmikami, ale to naprawdę było niezwykłe uczucie. Tak bardzo, że gdy wiatrak zaczął się kręcić, pierwszy raz zacząłem grzebać przy aparacie, aby przestawić go na filmowanie.


Cudowne miejsce, ale trzeba iść dalej. Kolejne atrakcje wzwywają.
Maszerujemy zatem. Wiatrakowi machamy na pożegnanie, a on macha nam.

środa, 17 lipca 2013

Schalom...

Współczesny Berlin doczekał się kilku pomników, które mi się bardzo podobają. Przynajmniej, jeśli chodzi o formę. Jednen z nich został wystawiony na pamiątkę Żydów pomordowanych podczas II wojny w Europie.
Niemal trzy tysiące betonowych bloków symbolizujących macewy zajęło przestrzeń oddaloną o rzut beretem od Bramy Brandenburskiej, na trasie do placu Poczdamskiego.
Z zewnątrz wydają się one niskie i mniej więcej równe.
Stoją na dodatek w nieco absurdalnym otoczeniu dźwigów i ich dzieła – bardzo współczesnej zabudowy.
Tuż przy amerykańskiej ambasadzie...
... z odpowiednio stylizowanym godłem Berlina na witrynie.
Wewnątrz kompozycji teren się jednak bardzo obniża, przez co elementy pomnika – wyrzuty sumienia? – stają się bardziej przytłaczające. Ania zrobiła tu lepsze zdjęcia.

Wnętrza tego labiryntu kryją wejście do muzeum poświęconego ofiarom. Ludzie pono wychodzą z niego płacząc, ale je zdjęć wewnątrz nie robiłem. Kontrola, jak wszędzie w Berlinie, jeśli chodzi o miejsca z Żydami związane, była bardziej drobiazgowa niż na lotnisku. Mnie, przy wejściowej bramce z wykrywaczem metalu zabrzęczały guziki od spodni i schowany w kieszeni bilet komunikacji miejskiej – z metalowym paskiem. Na pocieszenie, pan bramkarz w pewnym momencie odezwał się nieco łamaną polszczyzną.
Muzeum było ciekawe, ale co nowego mógłbym z niego wynieść? Sala z ostatnimi listami ludzi wysłanych na Zagładę. Kolejna, poświęcona unicestwionym podczas wojny rodzinom z różnych zakątków kontynentu... Ozdobiona ich szczęśliwymi zdjęciami sprzed nazistowskiej apokalipsy, czasami nawet filmami, jeśli familia była dostatecznie dostatnia, aby pozwolić sobie na zakup kamery. Fotografie zawsze ostatecznie prezentowały się w różnych odcieniach. Zacienieni zostali zamordowani, garstka wyjaśnionych przetrwała. Opowieści o ich śmierci i ocaleniu płynęły ze słuchawek, wyciskając ze słuchaczy łzy.
Też mógłbym się do głośnika podłączyć. Opowieści, które usłyszałem podczas badań, jakie latem 2006 roku prowadziliśmy dla Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego na Lubelszczyźnie, z powodzeniem by wystarczyły do tego, aby berlińskie muzeum podpisało stały kontrakt z hurtowym dostawcą chusteczek. A podobnych historyjek z innych części Polski mam pełne rękawy...
Większość odwiedzającej te niezwykłe miejsce publiczności, wagę zgromadzonych symboli ma jednak najwyraźniej głęboko w nosie.
 Pomnik ofiar traktując niczym plac zabaw.

Bądź wypoczynku.
 Cóż na to powie wybitna badaczka źródeł antysemityzmu, której korzenie wrosły w biegnącą obok ulicę?
Wiem, co Hanna Arendt mówiła na ten temat w innych sytuacjach. Wobec tego jednak zostaję bezradny. Oddam zatem głos mojej ulubionej pieśniarce ze Szczecina, która w Izraelu wciąż przypomina o pięknym języku jidysz i wszystkim, co wokół niego na wschód od Renu kiedyś wyrosło, a przez debilizm, jak się później okazało, niewinnych kretynów – zostało zgładzone.
Opowieść została pięknie zaśpiewana kiedyś na koncercie w Berlinie.

niedziela, 14 lipca 2013

Plac Poczdamski

Na temat burzliwych dziejów berlińskiego placu Poczdamskiego wymądrzał się specjalnie nie będę. Wszystko, co na ten temat wiedzieć trzeba, można usłyszeć oglądając „Niebo nad Berlinem”. Najpierw rosły tu kamienice, później, trawa (berlińskie okolice podmurne) i wreszcie - wieżowce. Jeden z nich, ale nie pamiętam już, który, zresztą chyba go ostatecznie nie sfotografowałem, jest sztuczny. Niemcy wystawili makietę, by uzupełnić architektoniczną całość. Można? Szkoda, że w Toruniu, architektoniczne standardy preferują raczej tworzenie szczerb w historycznej zabudowie.
Jedna z prowadzących do niego odnóg, ale bardzo proszę mi wybaczyć – nie pamiętam, która, jest niemiecką aleją filmowych gwiazd. Na chodniku, między asfaltowymi nitkami. wmurowano tu symbole z nazwiskami...
Na uwiecznione w ten sposób postacie, można spojrzeć przez ustawione na alei gwiazd wizjery.
Na tle nowoczesnej zabudowy wyglądają one czasami nieco dziwnie, ale...
Jeśli Błękitnego Anioła tu nie zabrakło, to znaczy, że na pewno jesteśmy w Berlinie.
Gut, filmy zostawiamy za sobą i wracamy na plac, na którym właśnie rozpoczyna się happening poświęcony berlińskiemu murowi.
Podobno nic nowego w tym miejscu, bo też plac Poczdamski z murem był za pan brat. Zdaje się, że w tym miejscu, z powodu nieludzkiej ściany, ucierpiały także władze socjalistycznej części miasta, które kordon zbudowały. Za fioletową beczką na kółkach znajduje się dworzec...
Współczesny, czemu nie należy się dziwić, oryginalna zabudowa została przecież w czasie wojny uszkodzona, a po niej, zburzona. Tu jednak, w kilka lat po polskim powstaniu listopadowym, zaczęły się zatrzymywać pociągi na pierwszej w Prusach linii kolejowej. Podziemia pod tym dworcem przecięła również pierwsza w Berlinie linia metra, a później również – przez cały czas opieram się tu na Wikipedii – S-Bahnu.
Wspomniałem jednak o stratach, jakie poniosło NRD z powodu podziału. Przed wejściem do odbudowanego dworca stoi cokół pomnika Karla Liebknechta. Denkmal nigdy nie został w tym miejscu zbudowany.
W pewnym momencie znalazł się bowiem na ziemi niczyjej.
Archiwalnych fotografii muru Berlin jest pełen. Bardzo przepraszam za lichą jakość tej reprodukcji, ale jest to jedyna wersja cokołu, jaką posiadam. Wrócę tam kiedyś, to zrobię lepszą. Taką bez widocznych odnóży obutych w sandały.
A tak poza tym, to wciąż sobie zadaję pytanie... Kiedy w czerwcu 1990 roku zawitałem do Berlina po raz pierwszy, jadąc metrem ze wschodu na zachód, przejechałem dwie stacje, na których podziemna kolejka się nie zatrzymała. Komunistyczna kurtyna dzieląca przemierzaną przez nas trasę dopiero co została zniesiona. Gdzie to jednak było? Tu? Z dawnych lat pamiętam tylko błyski świateł, złowione przez okno metra. Nic więcej.