Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mosty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mosty. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2016

Most z dedykacją

Niedawno sypnęło mostowymi rocznicami. 9 marca minęły 163 lata odkąd ruszające lody na Wiśle zniszczyły drewnianą toruńską przeprawę, zabierając nie tylko most, ale również pracujących na nim robotników. Więcej na ten temat tutaj.
Kilkanaście dni później stuknęło 145 lat odkąd toruńska Rada Miasta podjęła decyzję o budowie kolejnego drewnianego mostu, który okazał się ostatnim. O tym też napisałem w cotygodniowej porcji gazetowych staroci.

Mostowe wątki wrzucam również tutaj, ze specjalną dedykacją dla pana Marka Gotlibowskiego, który lubi mi z Piątej Strony wybierać stare zdjęcia, wykazując jednak dużo mniej zaangażowania w podpisywaniu źródeł. Nigdy też nie zapytał się o zgodę na ich ponowne wykorzystanie. Tak przy okazji - na zdjęciu widać ostatni drewniany most toruński z drugiej połowy XIX wieku, a nie fragment wojennej przeprawy, jak raczył pan na swojej stronie napisać.
Podobni kłusownicy niestety mnożą się w internecie jak króliki. Na Facebooku powstają kolejne strony, których autorzy żonglują kradzionymi zdjęciami nie oglądając się na nic. Pół biedy, jeśli te fotografie służą im jako ilustracje jakichś własnych odkryć. Na ogół jednak chodzi tylko o to - Łoł, mamy fajne stare zdjęcie - klikajcie! 
Jeden z takich ekspertów wrzucił raz zdjęcie bazyliki w Chełmży i ogłosił konkurs. Zapytał, co to jest? Internauci zaczęli więc odpowiadać - to jest bazylika w Chełmży, zostali jednak szybko skorygowani, ponieważ zdaniem gospodarza, zdjęcie przedstawiało... kościół na Podgórzu.
Inny specjalista ozdobił swoją stronę fotografią przedstawiającą kilku facetów kąpiących się w Wiśle, na tle zniszczonego podczas wojny toruńskiego mostu drogowego. Pod zdjęciem umieścił apel do czytelników, aby odezwali się ci, którzy rozpoznają swoich dziadków. Problem w tym, że kąpieli zażywali żołnierze niemieccy. Wątpię, aby nieszczęśnikowi chodziło o dziadków z Wehrmachtu. Po prostu zdjęcie zwinął, właściciela nie zapytał o szczegóły.
Smutny do bólu jest przypadek kolejnego kłusownika, który wrzucił na swoją stronę film Bogusława Magiery. Skopiował go z płyty dołączonej do książki Katarzyny Kluczwajd "Toruń między wojnami". Skontaktował się z nim wnuk pana Bogusława, odbił się jednak od ściany głupoty i arogancji. Kłusownik, zamiast posypać głowę popiołem, ruszył do ataku. Bo skąd on może wiedzieć, że ma do czynienia z potomkiem autora?! (Nazwisko ofiarodawców pojawia się na początku skradzionego filmu, jest też w książce) I kiedy autor zmarł, bo może prawa autorskie już nie obowiązują?! (autor został zamordowany przez Niemców w obozie koncentracyjnym, nie trzeba się wysilać, żeby się tego dowiedzieć. Poza tym, skoro żyją spadkobiercy, ich prawa do filmu nie przemijają).
To tylko jedna strona medalu. Jeśli chcecie chwalić się archiwalnymi zdobyczami, proszę bardzo, róbcie to jednak tak, żebyście nikogo nie okradali. Kupowane na aukcjach stare zdjęcia, które z takim zapałem podbieracie kosztują i to często sporo. 
Gdybym przyszedł do restauracji, nażarł się tam za 200 złotych, wyszedł i nie zapłacił, to właściciel tej knajpy pewnie by się bardzo wkurzył. I słusznie. A co ma zrobić kolekcjoner, kiedy ktoś kradnie mu zdjęcie kupione za 200 złotych?
Jak by zareagował właściciel sklepu z odzieżą, gdybym mu zwinął marynarkę? Zdjęcia potrafią kosztować więcej niż marynarki, a przerzucane z jednej złodziejskiej strony na drugą, bardzo tracą na wartości.
A co z podkradanymi i puszczanymi dalej bez podpisu zdjęciami żyjących fotografów? Czym te zdjęcia różnią się od krawatów czy obiadów?
Lubicie państwo stare zdjęcia? To uszanujcie źródła, z których je bierzecie, bo inaczej te źródełka wyschną. 
Mój kolega kupił kiedyś w antykwariacie album ze zdjęciami niemieckiego sapera, który na początku I wojny służył w Toruniu. Wchodził z aparatem wszędzie, więc niemal każda fotografia jest bezcennym skarbem. Są tam zdjęcia przygotowanego do wojny jednego z toruńskich fortów, obrazki z przejścia granicznego w Pieczeni oraz fotografia mostu, jaki podczas wojny zbudowali w Toruniu saperzy. Tego, o którym krążyły legendy, że podobno istniał i jeździła po nim kolejka wąskotorowa. O tej przeprawie się mówiło, nikt jej jednak nie widział. Aż do teraz. Zdjęcie sapera jest jedynym, jakie do tej pory wypłynęło. Poprosiłem kolegę, żeby się swoim skarbem podzielił. Napisałem o moście w gazecie, dołączyłem zdjęcie. Wyraźnie podpisałem, skąd je mam, jednak ci, którzy puścili je dalej, już sobie tego trudu nie zadali. Do dziś mam z tego powodu wyrzuty sumienia i o rzadkie zdjęcia nikogo nie proszę. Zresztą prawdziwi zbieracze coraz częściej na publikacje zdjęć się nie godzą. Bo po co, przecież zaraz ktoś zdjęcia ukradnie...

czwartek, 30 lipca 2015

Królowa pokazuje swoje skarby

Raz na jakiś czas z wody wyłaniają się zatopione miasta, odzywają się dzwony pochłoniętych przez żywioł kościołów. Tak się dzieje w bajkach, podobnie bywa jednak również w rzeczywistości.
Chociażby teraz, kiedy Wisła niemal wyschła i chwali się swoimi skarbami, odsłaniając m.in. szkielety wraków.
Na przykład dwóch wraków pod Bobrownikami.
Dwóch z siedmiu, jakie leżą w tej okolicy. To dość specyficzne miejsce, przekopując gazety sprzed wieku, kilka razy natknąłem się na informację o tym, co na bobrownickich płyciznach utknęło.
Na tych nieszczęśnikach swoje piętno odcisnęły jednak nie mielizny, ale wojny. Pierwsza jednostka została zatopiona przez bolszewików w 1920 roku.
Drugą, najprawdopodobniej parowiec „Spółdzielnia Wisła” posłały na dno niemieckie bombowce we wrześniu roku pamiętnego.
Oba leżały mi na sercu już od lat. Raz przepłynąłem nad nimi podróżując holownikiem z Płocka do Fordonu. Mieliśmy jednak na holu wielką barkę, na zaporze we Włocławku zwiększono więc zrzut wody, żebyśmy mogli przepłynąć na fali nad zdewastowanym dnem rzeki. Zobaczyłem więc wtedy tylko żółte boje oznaczające spoczywające w sąsiedztwie zagrożenie. Relację z podróży i zdjęcie znaku kiedyś już tu wrzuciłem. Teraz wreszcie udało mi się zobaczyć to, przed czym boja ostrzega.
Szkoda, że stało się to na wariackich papierach. We wtorek wieczorem okazało się, że upadła koncepcja tekstu przewidzianego na dwie strony magazynu. W środę teoretycznie wszystko powinno być gotowe, my zaś, razem z fotoreporterem, dopiero wtedy ruszyliśmy w teren, bez żadnego przygotowania. Cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary.
Z brzegu niewiele było widać, łódź udało nam się jednak załatwić praktycznie od ręki. Dzięki panie Marianie.
Z wody wszystko wygląda ciekawiej. Na zdjęciu zamek w Bobrownikach.
Przy okazji bardzo przepraszam, ale nie zauważyłem na czas, że mam upaprany jeden obiektyw.
Trafiliśmy na jakiegoś ptasiego modela…
Który na nasz widok najwyraźniej chciał podnieść swój autorytet udając godło.
Przy wraku z 1920 roku udało nam się wysiąść, wokół statku osadziło się sporo piasku.
Tożsamość zatopionych pod Bobrownikami statków jest dyskusyjna. Większość źródeł podaje, że w starciu z bolszewikami na dno poszedł służący we flotylli wiślanej „Moniuszko”. Okręt ten (zmobilizowany, więc ta nazwa mu przysługuje), miał być jednak później wydobyty, by pływać po królowej polskich rzek przez kilka dekad.
 Te żałosne szczątki nie mogą więc należeć do niego.
Rozwiązania zagadki szukałem na brzegu. Od wędkarza, którego zapytałem o łódź dowiedziałem się, że statek płynął z pomocą Warszawie. Został ostrzelany przez rosyjskie działa ustawione na górkach pod Bobrownikami. Załodze udało się jeszcze dopłynąć do kępy wiślanej, która wtedy się tam znajdowała. To w każdym razie opowiadała mu mama, która urodziła się w 1914 roku i cały czas mieszkała w Bobrownikach.
Susza pozwala zobaczyć wraki, ale jest też dla nich zgubna. Poprzednio, kiedy Wisła opadała tak nisko, z rzeki słychać było łomot młotków. Pozostałości statków były rabowane przez poławiaczy złomu z obu brzegów – dobrzyńskiego i kujawskiego. Przepraszam, że zapytam: gdzie jest konserwator zabytków? Co na to opiekunowie miejsc pamięci narodowej? Ile mamy podobnych pamiątek z sierpnia 1920 roku?
I tych z września 1939 roku?
No dobra, na wraki się już napatrzyliśmy…
A jak te statki wyglądały w bardziej naturalnych dla siebie warunkach? Oto jeden z nich – „Chopin”. Zdjęcie zostało zrobione w latach 30. i trafiło do rodzinnego archiwum Tadeusza Pokrzywnickiego.
Cóż nam zresztą po „Chopinie”, pod Toruniem mieliśmy jeszcze większy skarb. W Kaszczorku na brzegu Drwęcy, przy jej ujściu do Wisły, stał „Kiliński”.
Statek, który w 1920 roku pod banderą Rzeczypospolitej walczył z bolszewikami, służąc w tej samej flotylli co wrak spoczywający pod Bobrownikami.
„Kiliński”, rocznik 1899, przetrwał do pierwszej połowy lat 90 XX wieku. Służbę kończył na lądzie, jako hotel. Pamiętam, że miał dość specyficznego właściciela, jednak w chwili swojej śmierci był chyba ostatnim z wiślanych bocznokołowców, na dodatek statkiem z wojenną przeszłością. Nie wiem, kto podpisał dokument posyłający „Kilińskiego” na złom. Wiem jednak na pewno, że ten ktoś powinien za życia cierpieć męczony co najmniej poważnymi wyrzutami sumienia, by później smażyć się w piekle na głębokim oleju.
Swoimi trzema zdjęciami „Kilińskiego” podzielił się ze mną pan Janusz Papierkiewicz, któremu bardzo za to dziękuję.
Podczas pospiesznego polowania na wraki nie udało nam się niestety dotrzeć do pozostałości XVIII-wiecznej barki pod Bógpomożem. Zabrakło na to czasu. Z tego samego powodu musiałem również odłożyć na później poszukiwania berlinki z cegłami, której dziób przy tak niskiej wodzie powinien być widoczny przy lewym brzegu Wisły na wysokości Winnicy. W Toruniu pojechaliśmy jeszcze tylko na Kępę Bazarową, gdzie rzeka odsłoniła pozostałości przystani oraz XIX-wiecznych mostów.
Może zresztą i starszych. Pierwszy drewniany most w tym miejscu został zbudowany w latach 1497 – 1500, ostatni (na zdjęciu) spłonął na początku lipca roku 1877. Przez ten czas mosty były niszczone przez lód, ogień i różne operujące w rejonie Torunia armie. W praktyce oznaczało to, że co kilka lat most był w zasadzie w całości odbudowywany.
Ślady mostów wyłaniają się z wody również w innych miejscach. Tu na przykład mamy najprawdopodobniej pozostałości przeprawy wojennej z lat 1940 – 1945. Fragmenty konstrukcji są doskonale widoczne z mostu drogowego.
Buszujący nad rzeką koledzy dopatrzyli się już reliktów co najmniej pięciu toruńskich mostów. Poza tym drogowym z czasów wojny, przeprawą XIX-wieczną, złowili również m.in. prawdopodobne pozostałości mostu wzniesionego przez saperów na początku I wojny światowej. Drewniane belki widać po zachodniej stronie starej przeprawy drogowej. Na zdjęciu natomiast prezentują się jeszcze pozostałości mostu z czasów okupacji.

sobota, 3 maja 2014

Tryptyk wielkanocny. Kolej na Żnin

Ja tu już chyba kiedyś byłem. Bardzo dawno, bo nic nie pamiętam. Szkoda, miasto i okolice musiały wyglądać wtedy mocno inaczej. Mury pewnie były bardziej szare i spękane, wokół nieczynnego dziś dworca kolejowego zapewne unosił się jednak zapach bigosu – tym w każdym razie zawsze, jak pamiętam, waniały dworcowe restauracje. Jakaś restauracja nadal się na dworcu znajduje, nie pachnie już jednak bigosem, zaprasza ludzi z ulicy i od strony martwych torów dostać się do niej nie można.
Kiedyś z pewnością było tu ciekawiej również ze względu na tory kolejek wąskotorowych. To jedyny rodzaj kolei, który dziś w Żninie funkcjonuje – fragment torów przy dworcu wąskotorowym widać na załączonym obrazku. Sezonowo wykorzystywana jest jednak tylko linia turystyczna, jeszcze kilkanaście lat temu było ich znacznie więcej…
Generalnie jednak współczesny Żnin zobaczyłem bardzo ciekawy. 
Żnin ma bardzo sympatyczny rynek z gotycką wieżą ratuszową, oraz bocznymi ulicami kryjącymi inne ciekawostki. Na przykład stary napis.
 Ładne stare bramy.
Ślady po ciężkiej balandze:-).
I park nad jeziorem, z rzeczką, a nad nią mostem kolejkowym.
Tory, choć wiekowe, są w dobrym stanie.
Takie wąskie…
Hmmm, gdy byłem mały, nałogowo budowałem na różnych ciekach wodnych zapory. W sumie to mi to zostało na dłużej, bo kiedy próbowałem spiętrzyć Stupnicę pod Birczą, mały już nie byłem. Ta zapora nie należała jednak do udanych, bo na środku nurt był tak wartki, że mi woda porywała kamienie.
Kościół. Nie sfotografowałem całości, bo zagapiłem się na krzyż, który słońce zmieniło w krzyż prawosławny.
Kino „Pałuczanin”, solidny kawałek modernizmu. Niestety wygląda na martwe.
Współczesny podróżnik ma przechlapane, podobnie jak miasta, które odwiedza. Dziś wjeżdża się do nich przez opłotki tras wylotowych, na ogół niezbyt imponujące, no może z wyjątkiem Chełmna, bo to chyba z każdej strony każe człowiekowi szczęką asfalt zamiatać zanim jeszcze przy drodze pojawi się tabliczka z nazwą. Dawniej, gdy podróżowało się jeszcze pociągami, wkraczało się do miast przez bramy triumfalne dworców kolejowych. Obudowane kolumnami wież ciśnień.
Oto dworzec, o którym wspominałem we wstępie.
Od strony miasta relikty kolejowe prezentują się zdecydowanie lepiej. Otoczenie torów śmierdzi trupem.
Ślady dawnego życia jeszcze tu i tam pozostały…
Generalnie jednak dworzec wyzionął ducha na początku lat 90. ubiegłego wieku, kiedy po ponad stu latach na linii do Szubina zlikwidowany został ruch pasażerski.
Linia normalna padła, sąsiedni dworzec wąskotorowy sezonowo trzyma się jednak mocno. My trafiliśmy tam poza sezonem, i tak jednak obrazki znad torów wyniosłem stamtąd zupełnie inne.
Wywołałem pachnącego tanim bigosem ducha restauracji dworcowej, nie jestem jednak pewien, czy to on w czasach świetności gastronomicznego przybytku na stacji w Żninie, panował nad powonieniem okolicznych mieszkańców. Żnin słynął również ze swojej cukrowni, zamkniętej na początku obecnego stulecia, po 110 latach działalności. Ten ciekawy fragment pruskiego muru do zakładu chyba jeszcze nie należał, fabryczny kompleks zaczyna się jednak tuż za nim. Fotopstryka czas gonił, a raczej fotopstryyk starał się dogonić czas, który już mu uciekł. Być może tu jeszcze wróci i zaległości nadrobi.

środa, 5 marca 2014

Tryptyk wiosenny. Urwisy z doliny młynów

Jak ja lubię późną zimę, czy też bardzo wczesną wiosnę! Coś takiego, gdy śnieg leży jeszcze tu i tam, na gałęziach nie ma jeszcze ani jednego liścia i tylko woda się burzy. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Z kilku wypadów w góry wczesną wiosną? A może z Pasłęka, gdzie często kiedyś butami badałem głębokość pozimowego błota?
Ruszając w sobotę na zorganizowaną przez Anię wycieczkę, nie miałem okazji, aby poszukać odpowiedzi na te pytania. Dałem się zawieźć w ciemno, zresztą, mając przed sobą miejscowości, które się nazywają Imbirkowo i Nietrzeba, nie miałem innego wyjścia. Pojechałbym tam nawet wtedy, gdyby czekały tam na mnie gargamelie. Nasz szlak tymczasem wyznaczały stare młyny… Oj, po takich drogach, szczególnie jeśli wiodą one przez malowniczą ziemię dobrzyńską, chętnie bym pieszo chodził!
Stare młyny bardzo lubię, ten w Nietrzebie, który widać na zdjęciu poniżej i na wielu innych fotografiach końcowych, okazał się na dodatek miejscem bardzo niezwykłym. Cały czas nie daje mi spokoju.
Wspomnienie gór zapewne dało o sobie znać w Imbirkowie, które było pierwszym przystankiem naszego wiosennego tryptyku. Ziemia dobrzyńska jest tak ciekawie pofałdowana, że mogłaby zdezorientować ufoludki. Spadłby tam taki jeden z drugim przybysz z kosmosu i pewnie by wpadł w konsternację nie wiedząc, czy przypadkiem nie znalazł się gdzieś na Podkarpaciu, bądź przynajmniej w górach świętokrzyskich. Mnie przywitał tam głośny szum spienionej wody.
Szumiała dla Państwa tak wydajnie niewielka rzeczka Ruziec, nad którą młynów było kiedyś sporo.
Słuchałem jej i rzucałem w głąb spojrzenia ze starego i nowego mostu. Oba znajdowały się kawałek od młyna. Tego, jak do młyńskiego koła docierała spiętrzona pod starą przeprawą woda, niestety nie rozgryzłem. Zabrakło mi na to czasu, bo widoków było zbyt wiele. Bardzo lubię marcowe błoto, słońce i wszechobecną mgłę.
Młyn, jak wielu innych jego kompanów, jest dziś nieczynny.
Jest jednak wspaniały i piękny, jak wszystkie stare młyny.
No i ta mgła… I widziany przez nią kościół (a może kościuł?) we wsi Ruże. 
No i sam młyn. Z tego miejsca prezentuje się najlepiej, tuman był jednak zbyt duży.
Tryptyku odsłona druga, sanktuarium w Oborach w powiecie golubsko-dobrzyńskim.
Takie miejsca najlepiej zwiedza się od kuchni, bądź też od cmentarza. Ten zaś jest bardzo ciekawy i fantastycznie położony. Od klasztoru można do niego dotrzeć po wchodach. Na dość niepewnie złażące z nich panie patrzyliśmy z pewnym rozbawieniem, które jednak zniknęło bez śladu, kiedy sami toczyliśmy się w dół po tych wybojach.
Tak, to bardzo interesujący cmentarz, pełen starych nagrobków.
Symbol wielokulturowej przeszłości tej pięknej ziemi.
Rozpięty na cmentarnych krzyżach Chrystus, gdyby tylko mógł, na pewno by nad tym miejscem załamał ręce.
Co za cholera hammeritem, potocznie zwanym hemoroidem, w każdym razie środkiem do konserwacji metalu zapaćkała tu również kamień?
Kto ciebie chłopczyku…
Wraz z tobą dziewczynko...
I całą kaplicą, tak bardzo zapaskudził farbą?
No, prawie całą. Krzyża na szczycie pacykarz na szczęście nie ruszył.
No, ale to? Cement się komuś nad nagrobkiem rozlał? Co za partacz to robił? Na czyje zlecenie i jak dawno temu, skoro "odnawiane" cmentarne zabytki są dziś w takim stanie? Gdzie był wtedy konserwator zabytków?
O, na boku jest dość pokaźna tabliczka wychwalająca inicjatora, profesora Mirosława Karajewskiego. „Renowacja” odbyła się w 2013 roku? Nigdy bym nie uwierzył!
Chciałbym wierzyć, że pacykarz pana profesora oszukał, jednak ta tablica… Profesor, bohater głośnej niedawno afery plagiatowej, skoro zgodził się na jej umieszczenie, musiał przecież robotę odebrać. Poza tym, między okaleczonymi nagrobkami, wystawił swoją rodzinną kamienną landarę. Czy duchy pochowanych w sąsiedztwie dawnych gospodarzy tej ziemi nie dadzą mu za te partactwo spokoju?
Mimo wszystko jest to bardzo interesujący cmentarz.
Nawet jeśli wykonane dobrze ponad sto lat temu płyty z katakumb (ta powstała w Warszawie), są dziś przytwierdzone do ściany nowymi wkrętami. Stary czy nowy, ważne, że pozwolił płycie się zachować. Ostatecznie, mały wkręt to nie to, co kubeł z farbą cementem, czy rozchlapywanym na kamieniach środkiem do konserwacji metalu.
Pięknie położony cmentarz znajduje się nieco na uboczu. Dumą sanktuarium jest m.in. szopka.
Całkiem niezła szopka… Takiego nagromadzenia kiczu dawno nie widziałem.
Miś jakby z Berlina wzięty, jest plastikowy.
A jeden z wizytujących to cudo mędrców ma strasznie skacowaną minę.
Jak ja takie ogłoszenia lubię:-).
Wracając do figurek, tych jest wkoło całe mnóstwo. Archanioł w tej galerii prezentuje się zdecydowanie najlepiej, reszty nie chciało mi się fotografować.
Po co i nad czym się tu znęcać? Kiczowata zasłona i tak nie jest w stanie zakryć ciekawego klasztoru karmelitów.
Szkoda tylko, że braciszkowie najwyraźniej nie są świadomi wagi posiadanego skarbu. Jak widać, wymienili sobie okna na plastikowe, idąc przy tym po najmniejszej linii oporu. Jeszcze raz zapytam się zatem, gdzie był konserwator?
No, dość już tego. Pora dać się ponieść fali pozytywnych doznań. Ta szykowała się bardzo wysoka, sam się nie spodziewałem, jak bardzo. W zasadzie nie mogłem, byłem przecież wieziony w nieznane. Piaszczysta droga, tu i ówdzie obsadzona garbatymi wierzbami. Brakuje tylko Chopina, który przecież w okolicy bywał i również się tymi krajobrazami zachwycał
Fryderyka nie spotkaliśmy, dość często wpadaliśmy jednak na spacerujące po zamarzniętych oczkach wodnych łabędzie. Kolejny urok bardzo wczesnej wiosny.
Telepiąc się taką właśnie trasą dotarliśmy ostatecznie do bardzo niezwykłego miejsca, w którym czas zatrzymał się dobrze ponad sto lat temu. Piaszczysty trakt, woda, a nad nią drewniany młyn w Nietrzebie, zbudowany około 1850 roku i wciąż jeszcze czynny, choć dziś elektryczny.
Jakby tego było mało, młyński weteran w zasadzie mógłby zrezygnować z pracy, snując opowieści ze swojej przeszłości. Bardzo bogatej! Podczas powstania styczniowego był świadkiem, a w zasadzie uczestnikiem bitwy.
Została ona opisana na stojącej przy młynie tablicy, na jej podstawie zatem historię streszczam.
22 kwietnia 1863 roku dotarł tu liczący jakieś sto osób oddział powstańczy dowodzony przez majora Szermętowskiego. Złożony był z ochotników z Prus Zachodnich, którzy nieco wcześniej, przekradając się przez graniczną Drwęcę, zamoczyli broń i w Nietrzebie zatrzymali się, by dojść do ładu. Tu jednak zostali zaatakowani przez dwukrotnie liczniejszy oddział kozaków.
Schronili się do młyna, odparli kilka szturmów, w końcu musieli jednak placówkę oddać. W lesie ich kozacy wysiekli, pozbierane przez okoliczną ludność trupy były podobno tak pokiereszowane, że trudno było ustalić tożsamość zabitych. Mimo wszystko, wśród sześciu powstańców pochowanych 25 kwietnia na cmentarzu w pobliskim Chrostkowie (ofiar zapewne było więcej), tylko jeden spoczął w mogile jako całkowicie bezimienny. Pozostałymi byli: Stanisław Bronisz z Trzebiełucha powiecie chełmińskim, niejaki Cyroch, rzeźnik z Chełmna, Teofil Chrapkiewicz, terminator malarski z Golubia, A. Osiński z Wielkopolski, Wiśniewski z Wąbrzeźna i ktoś o nazwisku Romanowicz. Na miejscu powstańców upamiętnia wystawiony koło młyna 130 lat po bitwie pomnik.
Dziś jest tu bardzo cicho i pięknie.
Urocze uroczysko, prawda?
W zbudowanych z masywnych bali ścianach nie widać 150-letnich dziur po kulach, a jedynie te zostawione przez korniki.
Do lat 30. ubiegłego wieku młyn był pokryty gontem. Teraz na jego dachu króluje blacha, ale dość świeża, właściciel musi więc o swoje drewniane cudo bardzo dbać.
Jak już wcześniej wspominałem, młyn jest nadal czynnych, choć napędzany prądem. Turbina wodna zachowała się jednak do dziś, Ani udało się jej elementy sfotografować przez szczelinę w deskach. Mi zdjęcie nie wyszło, podobnie jak inne, gdy przez okno próbowałem zmieścić w kadrze wnętrze młyńskiego weterana.
No i jeszcze jeden dowód troski właściciela o posiadane przez niego dobro kultury – przed budynkiem zostały wyeksponowane kamienie młyńskie.
Jeden z nich został do Kongresówki sprowadzony z Prus…
ale nazywa się kamieniem francuskim.
Podobnych skarbów ziemia dobrzyńska kryje jeszcze wiele i choć relację swoją kończę w miejscu nazwanym Nietrzeba, to dzięki niemu głównie zdaję sobie sprawę z tego, że ten szlak zwiedzić trzeba koniecznie. Ja tam więc jeszcze wrócę, mam nadzieję, że szybko.
W kilka bardzo miłych godzin obskoczyliśmy trzy bardzo ciekawe miejsca, tytułowy tryptyk jest więc chyba jasny. A skąd się wzięły urwisy z doliny młynów? Młyny jakie tam są, każdy zobaczył… Kiedyś telewizja pokazywała serial pod takim tytułem. Zapamiętałem z niego jednak tylko nazwę oraz to, że w jedną z głównych postaci wcielił się tam Kowalewski.
Przypomniałem to sobie przy okazji naszej eskapady, ponieważ w jednym z napotkanych i opuszczonych domów Ania znalazła piękne żeliwne okno przygotowane do wyniesienia na złom. Zostało uratowane i niebawem zapewne zawiśnie na ścianie, w towarzystwie innych tego typu zdobyczy wyniesionych z gruzowisk na burzonej toruńskiej „Chełmiunce”.