Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieszawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2013

Zaginiona Nieszawa raz jeszcze

Badacze odkrywający od ubiegłych wakacji średniowieczną Nieszawę spod zamku dybowskiego, podsumowując pierwszy sezon swojej toruńskiej przygody opracowali film o założonym i zburzonym w XV wieku mieście. Oto on. Śledzę ich poczynania od pierwszego kroku, zatem jeśli ktoś ciekaw jest szczegółów, proszę wcisnąć etykietkę „Nieszawa”.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Nieszawa wychodzi spod ziemi

Stąpa człowiek po ziemi od tylu lat, ale to co się pod nią kryje, nadal go zaskakuje. Średniowieczna Nieszawa, która została założona obok zamku dybowskiego, ukryta jest jakieś pół metra pod poziomem gruntu. Dziś można przejść nad nią nieświadomie, podziemnego istnienia jej reliktów nic nie zdradza, dokoła są tylko nabrzeżne pola. Dzięki temu jednak stały się one archeologiczną sensacją, podobnych miejsc, gdzie na gruzach zburzonego setki lat temu nic już nie wyrosło, jest w Europie niewiele. O prowadzonych tam na przełomie lata i jesieni, dość nowatorskich jak na polskie warunki badaniach archeologicznych, już kiedyś pisałem ODKOPYWALIŚMY MIASTO POMPEJĘ, teraz dostałem ich wyniki i z błogosławieństwem badaczy z warszawskiej firmy Prodigi, się nimi dzielę. Niżej można więc zobaczyć, jak zaginione wędrujące miasto prawdopodobnie się prezentowało. Wędrujące, bo pierwotnie Nieszwa powstała w sąsiedztwie zamku w Wielkiej Nieszwce. Stąd Krzyżacy ruszyli na podbój północy, tu również mieli swoją jedyną położoną na lewym brzegu Wisły warownię, którą jednak podczas Wielkiej Wojny w 1410 roku zajęli Polacy. Po traktacie w Mełnie AD 1424 osada została na rozkaz Władysława Jagiełły zburzona, jednak w roku 1425 monarcha lokował ją ponownie, naprzeciw i na przekór krzyżackiemu wtedy Toruniowi. Miasto rozwijało się szybko, konkurując handlowo ze swoim wielkim sąsiadem. Bardzo skutecznie, czego dowodzi choćby najazd torunian i Krzyżaków w 1430 roku, po którym Nieszawa dość szybko się jednak otrząsnęła. Nie dotrzymała jednak pola konkurencji, czy też może raczej w pole się zamieniła, gdy Toruń stał się sercem antykrzyżackiej opozycji w drugiej połowie XV stulecia. Jednym z żądań zbuntowanych mieszczan przedstawionych królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi było zburzenie Nieszawy. Słowa ciałem się stały i we wczesnych latach 60. XV wieku miasto zostało przeniesione na swoje obecne miejsce. Archeologom, którzy przyłożyli do ziemi ucho swojej maszynerii, nie udało się w zeszłym roku odnaleźć północnej pierzei nieszawskiego rynku, przeszkodziły temu nabrzeżne krzaki i drzewa. Pod znakiem zapytania znajduje się również istnienie ewentualnych fortyfikacji przygranicznego miasta. Okazji do odpowiedzi jednak nie zabraknie, badania tego niezwykłego miejsca będą w tym roku kontynuowane.
Nieszawa z południowej strony. Miasto istniało raptem jakieś 35 lat, rozrosło się jednak do rozmiarów toruńskiego Starego Miasta. Według jego badaczy, miało jakiś tysiąc mieszkańców. Sporo, jak na XV wiek, więcej niż liczył sobie wtedy Grudziądz. Działki w drugiej Nieszawie posiadało wielu prominentów Królestwa Polskiego, co nie znaczy oczywiście, że kiedykolwiek ją odwiedzili.
Archeolodzy mają lada moment wrzucić do internetu film ze swoich poszukiwań. Gdy już to zrobią, postaram się go podpiąć. Poza tym jednak telewizja Planète bardzo konkretnie przymierza się do nakręcenia filmu o zaginionym mieście. Materiał jeszcze nie powstał, ma już pono jednak zagwarantowanych kilkanaście emisji. Jest jednak mały problem, na jego nakręcenie brakuje pieniędzy, stąd więc apel do wszystkich mecenasów kultury w regionie – pomożecie? Sponsorzy zostaną uhonorowani w napisach, a i gazeta pewnie ciepłych słów i nie poskąpi.
Jeszcze raz miasto z lotu ptaka. Budowlą po prawej stronie jest zamek dybowski.
Widok nabrzeża jest bardzo hipotetyczny, północnej części miasta nie udało się jeszcze przebadać, ze względu na roślinność, która nie pozwala wejść tam z aparaturą.
Tak mógł wyglądać rynek w Nieszawie. Był większy od toruńskich, miał jakieś 140 na 140 metrów, rynek Starego Miasta w Toruniu ma 105 na 109 metrów. W jego centrum stał murowany zapewne ratusz, jedno z najcenniejszych odkryć prowadzonych w ubiegłym roku nieszawskich badań.
Kościół św. Mikołaja w oczach współczesnych archeologów i - nieco dalej - naocznych świadków.
Jeszcze raz, pochodzący z XVIII wieku obrazek zamku dybowskiego z narożnym widokiem rozebranych na początku następnego stulecia ruin kościoła św. Mikołaja.
Ulica tamtej Nieszawy. Badania elektrooporowe nie potwierdziły istnienia bruku, co jednak nie musi oznaczać, że go tam nie było. Cenny kamień mógł zostać podczas burzenia zabrany. Nihil novi, kościół św. Mikołaja, na który trafiła podczas swoich badań pani Lidia Grzeszkiewicz-Kotlewska, został pono rozebrany fundamentalnie, czyli z fundamentami włącznie.
Tak to wszystko wygląda z lotu ptaka, czy też raczej urządzenia do badań magnetycznych, które sunie po ziemi i wyłapuje ukryte pół metra pod jej powierzchnią anomalie. W powiększeniu wyraźnie widać, że od ulicy budowle były okazałe, natomiast z podwórek impulsów przyszło znacznie mniej. Najwyraźniej znajdowały się tam szopy, wychodki i inne mniej solidne konstrukcje.

środa, 5 września 2012

Odkopywaliśmy miasto Pompeję...

... jak się odkrywa spodziewane lądy
Gdy okiem ludzkim nie widziane dzieje
Jutro ujrzane potwierdzą poglądy...

Ale mi się ostatnio Kaczmarski na stronie rozgościł. Z korzyścią dla niej, bo wszak co poeta, to poeta. „Pompeja”, której słuchałem w kółko (i krzyżyk;) po powrocie spod Wezuwiusza, a jeszcze bardziej, kiedy zaczytywałem się - naście razy – w „Naszej Pani Radosnej” Władysława Zambrzyckiego, do tej historii pasuje jednak jak ulał. Mógłbym do niej dodać jeszcze jakieś fanfary, bo podobne tematy dmuchają w żagle ciekawości i pozwalają względnie gładko przelecieć nad rafami nudnych na ogół tematów zleconych.
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze miałem telewizor, na Discovery oglądałem program o archeologach, którzy w kilka dni rozwiązywali różne zagadki przeszłości. Dość ekspresowo, ale też jaki oni mieli sprzęt! Obserwacja z powietrza? Proszę bardzo! Samolot już przeleciał? Zatem czas na prześwietlenie ziemi. Tu poszukiwaczom z pomocą przychodziła geofizyka i jej sondujące urządzenia. No tak, a ja kiedyś na wykopaliskach szalałem z łopatą... Ta u Brytyjczyków dochodziła do głosu ostatnia.
Wreszcie przyszedł czas, bym swój ulubiony program zobaczył na polskiej ziemi. Bardzo szczególnej, na pustym polu niedaleko zamku dybowskiego. Niecały metr nad drugą Nieszawą. W miejscu niezwykle wyjątkowym!
Dzieje wędrującego miasta już tu opisywałem, ale chętnie przypomnę. Najpierw wyrosło ono w okolicy obecnej Wielkiej Nieszawki, obok pierwszego zamku krzyżackiego, z którego bracia zakonni ruszyli na podbój północy. Po pokoju melneńskim z 1422 roku Nieszawa znalazła się w granicach Korony, została zburzona i jakiś czas później ponownie lokowana nieco dalej, u stóp królewskiego zamku dybowskiego. Co do tego zburzenia oraz przeniesienia opinie naukowców są jednak różne, kiedyś pewnie będzie można do tej sprawy wrócić. Nowa Nieszawa, czyli ta właśnie odkrywana, narodziła się, by konkurować z krzyżackim wtedy Toruniem. Obdarzona królewskimi przywilejami (z tego co wiem rzeczywiście wyjątkowymi), rozwijała się błyskawicznie i szybko została poważnym handlowym zagrożeniem dla giganta zza drugiej strony wiślanej granicy. Nie mam pod ręką „Historii Torunia”, ale jeśli dobrze pamiętam, to przynajmniej pod względem odprawianych transportów z pszenicą, prymat mu odebrała. O tym, jak wielkie te zagrożenie było świadczy chociażby wypad Krzyżaków i torunian, którzy w 1431 roku najechali Nieszawę i częściowo ją spalili. Wtedy zresztą narodziła się bajka o przejściu pod rzeką prowadzącym od kościoła Świętych Janów na Kępę Bazarową. Reszta - tym razem archeologicznych ciekawostek z tym najazdem związanych, do poczytania poniżej.
Nieszawa w tym miejscu trwała przez niecałe 40 lat. Mimo wszystko rozrosła się niemal do rozmiarów toruńskiego Starego Miasta, a więc części starówki zamkniętej ulicą Podmurną. Jej wygląd i granice są dopiero odkrywane, ale choć w chwili gdy to piszę, badania trwają raptem tydzień, wyniki już są imponujące. Jeszcze o nich wspomnę, a wracając do historii... Podczas wojny trzynastoletniej sytuacja polityczna się zmieniła, Toruń, swoim antykrzyżackim powstaniem te krwawe zmagania rozpoczął, a później, ogromnymi sumami, wspierał działania zbrojne przeciw Zakonowi. Przez ten czas wnosząc tyle pieniędzy, ile przez rok wpływało do kasy królewskiej na Wawelu. Mógł domagać się niemal wszystkiego. Zażądał m.in. likwidacji Nieszawy, na co król Kazimierz Jagiellończyk dekretem z 5 sierpnia 1460 roku się zgodził. Wcześniej jednak w tej właśnie Nieszawie, a konkretnie na sąsiadującym z nią zamku, wydał przełomowy dokument dla rozwoju polskiej demokracji, czyli statuty nieszawskie (AD 1454). Na zamku, jednak już po likwidacji miasta i jego przeniesieniu na obecne miejsce, urodziła się jego córka – Anna, która pono została ochrzczona w kościele Świętego Mikołaja. Główna świątynia drugiej Nieszawy przetrwała ją o kilkaset lat i została rozebrana dopiero na początku XIX wieku. Na niższej ilustracji pochodzącej z końca XVIII stulecia, widać jeszcze fragment jej ściany. Resztę zajmują mury zamku.
Wielka historia to jedno, a odkrywanie jej... To już zupełnie insza, znacznie bardziej pasjonująca inoszość. Tym, którzy do tej pory nie zasnęli, proponuję więc, by zmienili obrazek.

Fenomen tej Nieszawy polega m.in. na tym, że jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie na ruinach zburzonego w średniowieczu miasta już nigdy nic się nie odrodziło. Dziś wygląda ono tak... Szczere pole.
Relikty drugiej Nieszawy poszukiwane były bardzo długo, wreszcie wyłoniły się w trakcje trwających przez trzy lata badań ekipy kierowanej przez Lidię Grzeszkiewicz-Kotlewską. Dopiero w trzynastym wykopie! Zdobycze były jednak imponujące, archeolodzy trafili na resztki rozebranego do cna kościoła św. Mikołaja i na dom spalony podczas toruńskiego najazdu w Roku Pańskim 1431. Te ostatnie odkrycie okazało się o tyle cenna, że dom został bardzo szybko odbudowany, jednak ktoś, kto tego dokonał, nie zawracał sobie już głowy piwnicą dawnej budowli. Zasypał ją ze wszystkim, co w chwili ataku się tam znajdowało: stołem, skrzynią, na której ustawiono garnki, rynienką do zbierania tłuszczu na palenisku i pojemnikiem z tkaniną, na jakiej najprawdopodobniej akurat obciekał ser. To co? Chyba przyszedł czas na kolejną zwrotkę piosenki...

W miarę kopania miejski cień narastał
Jakbyśmy wszyscy wracali do domu
Wjeżdżając wolno w świt wielkiego miasta
Cicho, by snu nie przerywać nikomu...

Tym razem jednak odkrywanie nie polega na kopaniu. Puste pole przemierza człowiek z urządzeniem, które robi PING (kto lubi Monty Pythona, ten wie o co chodzi). Sygnały pomagające utrzymać właściwe tempo marszu słychać zresztą już na wale przeciwpowodziowym. Maszynka wygląda może niepozornie, jednak przekazuje do komputera obraz zapierający dech w piersiach. Tak się mówi, ale w tym przypadku nie jest to chyba najwłaściwsza część ciała. Widoki powinny raczej powodować mrowienie w stopach, bo na monitorze pojawia się obraz tego, co jest pod nimi ukryte.
Wygląda to jak zdjęcie satelitarne istniejącej osady – kreski ulic, kwadraty domów... A przecież na powierzchni tego nie ma! Patrzę na te obrazki i co mi przychodzi do głowy? To...

Podniosłem oczy i objąłem wzrokiem
Ulice, stragany, stadiony sklepienia...


No dobrze, jest to dość daleko posunięta przenośnia. Ta Nieszawa, zwana także Nową, istniała zbyt krótko, by dorobić się stadionów i marmurów. Była pono w większości drewniana, jednak doczekała się kilku murowanych budowli, na niestety, oranym dziś polu, widać gotyckie cegły. Jednym z tych gmachów był wspomniany już kościół, innym zapewne stojący na środku rynku ratusz. Kiedy kilka dni temu pojawiłem się na polu pierwszy raz, odkrywający Nieszawę badacze z warszawskiej firmy Prodigi wiedzieli już, że ten rynek miał sto na osiemdziesiąt metrów długości – jego toruński staromiejski odpowiednik jest niewiele większy, ma 105 na 109 metrów. To daje do myślenia i pozwala wyobrazić sobie rozmiary zburzonego miasta. Gdy w środę zajrzałem tam ponownie, poszukiwacze opowiedzieli mi o anomaliach na środku tego placu, które mogą świadczyć o tym, że znajdowała się tu murowana budowla. Odnalezienie nieszawskiego ratusza byłoby sensacją, a co jak nie ratusz, innego i murowanego, mogło stać w sercu głównego placu w mieście? Znaków zapytania wokół tej toruńskiej Troi, kłębi się jednak znacznie więcej, choćby port, którego ślady nad Wisłą wciąż chyba widać... Wiele z nich, podczas tych poszukiwań, na pewno zostanie wyjaśnionych. To dopiero początek badań, niebawem nad terenem dawnego miasta ma się wzbić uzbrojony w kamerę latawiec, lub balon – środek transportu zależy od siły wiatru. Cóż może dać taka obserwacja z góry? Może być ogromnie ważne, bo cholera wie, ale być może wędrująca Nieszawa stanie się symbolem tak bardzo niechcianej nad Brdą kujawsko-pomorskiej metropolii. W każdym razie, powietrzne zdobycze od początku miały tu kluczowe znaczenie. Archeolodzy dofinansowanie badań z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostali chociażby ze względu na bardzo obiecujące widoki, jakie z samolotu uwiecznił od lat szukający z powietrza śladów Nieszawy, archeolog Wiesław Stępień. Fotografując okolice w różnych porach roku stworzył mapę, która dziś służy krążącej po powierzchni ziemi ekipie. To, co zobaczył z samolotu, jest widoczne poniżej i na wszelki wypadek, zostało przez potomków Indiany Jonesa ze Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich podkreślone.
Na pierwszy rzut oka zaskakujące, prawda? Tak na chłopski rozum można sądzić, że tam, gdzie, pod ziemią kryją się fundamenty, roślinność powinna być uboższa, tymczasem tu kępy zieleni pokrywają się z obrysem budynków. Ano rośnie sobie zieloność wysoko, jak średniowieczne, zaśmiecone organicznymi odpadkami, oraz same resztki drewnianych, zatem także użyźniających ziemi szmat budynków, leżą głęboko.
No i co, nie przypomina to wszystko wędrówki po Pompejach?

sobota, 21 kwietnia 2012

Kapitulacja zarośniętego zamku

Toruń posiada coś, czym może z powodzeniem zaimponować każdemu miastu w Polsce. Ba, myślę, że nawet każdemu miastu w Europie, a zatem całemu średniowiecznemu światu! Pod względem liczebności, nawet cuda francuskiej Loary muszą się skryć w cieniu naszych zamków!
Obecne granice administracyjne miasta otoczyły ruiny dwóch średniowiecznych fortec. Krzyżackiej w centrum starówki, jednej z najstarszych na terenie państwa zakonnego, zniszczonej przez zbuntowanych mieszczan w połowie XV wieku, oraz królewskiego Dybowa, położonego na polskim wtedy brzegu Wisły. Jeśli jednak wziąć pod uwagę granicę obecnych satelitów Torunia, a więc tereny podmiejskie zasiedlane i zabudowywane przez jego mieszkańców, liczba i lista zamkowych ruin urośnie do pięciu. Dodać będzie trzeba do niej położoną tuż przy ujściu Drwęcy do Wisły, a więc przy samej granicy miasta królewską Złotorię, w której przed wiekami polscy i krzyżaccy dyplomaci wymienili się podpisanymi egzemplarzami drugiego pokoju toruńskiego. Nieszawkę, krzyżacką warownię położoną na lewym brzegu Wisły, z której zakonnicy w białych płaszczach z czarnymi krzyżami wyruszyli na podbój przyszłych Prus Wschodnich, oraz Zamek Bierzgłowski, placówkę krzyżacką bardzo starą i doskonale zachowaną.
Pięć zamków Toruń zawdzięcza swojej bardzo poważnej w średniowieczu roli, a przede wszystkim przygranicznemu położeniu. Czy nie pisałem tu już, że granice potrafią być bardzo twórcze?
Ruiny Złotorii już tu kiedyś pokazywałem, bo udało mi się sfotografować je podczas rejsu po Wiśle. Na pozostałe zamki na pewno przyjdzie czas, teraz jednak z tej gotyckiej listy odmalowanej czerwienią cegieł, biorę na cel Dybów. Ruiny chyba każdemu mieszkańcowi Torunia bardzo bliskie, w sensie mentalnym, a przede wszystkim geograficznym. Kto ich nie nawiedził? I kto nie słyszał szalonej opowieści o zbudowanym przez Krzyżaków podziemnym przejściu pod Wisłą? Historia ta bierze podobno swój początek w XV stuleciu, gdy oprawcy z krzyżackiego wtedy Torunia nagle pojawili się pod polskimi murami, choć nikt nie zauważył, by przeprawiali się przez rzekę. Ciąg dalszy miała w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy to, podczas budowy mostu drogowego, podobno pod dnem rzeki natrafiono na gotyckie sklepienie. Legenda co jakiś czas odżywa do dziś, przesłaniając prawdziwe i bardzo burzliwe dzieje Dybowa...
W tytule napisałem o jego kapitulacji. Chciałem dzięki temu przypomnieć m.in. bardzo barwny napoleoński epizod tego miejsca, oraz zwrócić uwagę na martwy punkt, w jakim dybowskie ruiny tkwią obecnie.

Jak widać, w porównaniu z widokówką z wczesnych lat XX wieku, którą, razem z pozostałymi archiwalnymi widokami zamku, zawdzięczam gospodarzowi strony oToruniu.net, ostatnie stulecie resztek warowni specjalnie nie zmieniło.

Zamek i jego otoczenie pod koniec XVIII wieku.
Mury, które w tym momencie, z poziomu ziemi i ceglanej wysokości, prezentują się od strony głównej bramy wejściowej (wjazdową ją przecież nazwać nie można, bo nikt tu już przecież nie wjeżdża), wiążą ze sobą jedną z najbardziej szalonych miejskich legend. Wielu szuka wydumanego tajemniczego przejścia pod Wisłą, nikt jednak jakoś głośno dziś w mieście nie wspomina o wydarzeniach prawdziwych i z całą pewnością na legendę zasługujących. One zresztą mnie do zamku przywiodły 18 kwietnia 2012 roku, w okrągłą (z lekkim przymrużeniem oka) rocznicę kapitulacji napoleońskiej załogi Dybowa. Przez ponad dwa miesiące, od początku lutego 1813 roku, garstka Francuzów broniła wałów usypanego wokół zamku szańca gwiaździstego, którego pozostałości są zresztą widoczne do dziś. Chociaż napoleoński oddział liczył pono raptem 40 osób, powierzonej placówki nie oddał. Atakujący Rosjanie weszli do zamku dopiero po kapitulacji całej toruńskiej twierdzy, właśnie 18 kwietnia...


Do zamku dybowskiego, choć jego ruiny od centrum Torunia są oddalone o rzut beretem, turyści raczej nie zaglądają. Szkoda, bo ciekawszego miejsca w tym mieście zabytków można ze świecą szukać. Forteca powstała w połowie lat 20. XV wieku z rozkazu króla Władysława Jagiełły, w czasach porachunków Polski z Zakonem, stanowiąc zresztą dla monarchów Krakowa główną kwaterę. W jednej z nieistniejących dziś komnat przyszła zresztą na świat królewna Anna Jagiellonka, córka wojującego wtedy z Krzyżakami króla Kazimierza.
Po drugim pokoju toruńskim, Dybów przestał być jedną z kluczowych polskich warowni granicznych, stał się siedzibą wojewody i... jednym z najważniejszych punktów dla obrony miasta. Francuzi, o których wspominałem wyżej, nie byli jedynymi, którzy to dostrzegli. Już podczas Potopu, na początku lipca 1656 roku, komendant okupującego Toruń szwedzkiego garnizonu, generał Bartold Hartwig von Büllow nakazał zamek wysadzić, by usunąć w ten sposób dogodne stanowisko artyleryjskiego ostrzału twierdzy. Konsekwencje tej destrukcyjnej decyzji okazały się jednak dość nieznaczne, co zresztą niemal pół wieku później, Szwedzi wykorzystali, prowadząc z tego miejsca mordercze bombardowanie w roku 1703. Zamek z ustawionymi na nim oblężniczymi bateriami można zobaczyć na obrazie wiszącym w Ratuszu Staromiejskim, jednej z ofiar tego ostrzału.
Swoje militarne znaczenie forteca Jagiełły zachowała aż do XIX wieku. Jeszcze wtedy Prusacy mieli zamiar zamienić ją na fort, ale choć opracowali stosowne plany i w średniowiecznych murach wybili strzelnice, od realizacji projektu, na szczęście ostatecznie odstąpili

Dybów z przedwojennego lotu ptaka.
Ze wczesnych czasów, gdy dzieckiem w kolebce będąc, zamiast łeb urywać Hydrze, zwiedzałem różne ciekawe miejsca, pamiętam zamkową bramę zamkniętą wielkimi drewnianymi wrotami. Zamkniętą, a więc we wrotowym komplecie istniejącą, choć zapewne dość krótko, bo najwyżej od czasów próby częściowej renowacji w czasach Gierka. Wtedy jednak, za ceglaną ścianą, zaczynała się chyba jeszcze bardziej nieprzebyta ściana roślin, która została usunięta podczas prac archeologicznych w pierwszych latach tego wieku.
W latach 70. pomieszczenie nad bramą było zadaszone i wykorzystywane przez harcerzy. Kiedyś jednak wybuchł tam pożar, który pewnie – to moja hipoteza – wydobył się z bardzo fajnego kominka, który w zasadzie trwa tam nienaruszony do dziś. Harcerze przecież nie palą papierosów, więc skąd by miał tam wziąć się ogień? Płomienie zniszczyły jednak ten lokal tylko częściowo. Dobrze pamiętam całkiem nieźle rozbudowane drewniane elementy konstrukcji dachowej... Ostatnie potężne belki można tam było zobaczyć jeszcze w 2004 roku. Dziś jednak nie po nich śladu. Szkoda.
Ta sama brama, ale już z korony murów.
Pozostałości zamku, którego nikt już prawie nie odwiedza, znajdują się raptem kilkaset metrów od placu Rapackiego, a więc od jednego z najbardziej ruchliwych punktów centrum Torunia, które zresztą jest podobno jednym z najbardziej przeładowanych samochodami miejsc w Polsce. Zamek pozostaje jednak sielski i cichy.
Latem 2009 roku wydawało się, że złe czasy dybowskich ruin przeszły do przeszłości. Zamkiem zainteresowało się muzeum w podwarszawskich Otrębusach, które na początku lipca zorganizowało tam nawet dużą imprezę rycerską, z okazji 555. rocznicy podpisania Statutów Nieszawskich. Tak, tak, swój autograf pod dokumentem, który położył fundamenty pod demokrację szlachecką, Kazimierz Jagiellończyk złożył właśnie tutaj, gdzie przed wojną trzynastoletnią rozkwitała, na pohybel krzyżackiemu wtedy Toruniowi, druga Nieszawa. Najsłynniejszy moment w swojej historii, miasto przeżywało jednak mając już wyrok śmierci na karku. Zbuntowani przeciw zakonowi torunianie swój udział w wojnie, bardzo zresztą istotny, uzależnili m.in. od zburzenia Nieszawy. Jak podają historycy, sumy, które podczas całego konfliktu powędrowały z kasy miejskiej na antykrzyżackie wojska zaciężne, równały się rocznym dochodom całego skarbca królewskiego. Polski monarcha więc słowa dotrzymał i przeniósł Nieszawę w obecne miejsce. Resztki wędrującego miasta były jednak u stóp zamku widoczne jeszcze do XIX wieku. Dopiero wtedy miały zostać, wraz z ziemią, zgarnięte na budowę wału przeciwpowodziowego.
Jeśli zaś chodzi o błysk nadziei, ten dość szybko zgasł. Miasto zgodziło się wydłużyć czas dzierżawy, by ułatwić inwestorowi wyciągnięcie z tych ruin zysków, ten jednak uznał, że warunki na inwestowanie w teren zalewowy dużych sum, nadal są bardzo ryzykowne. Wycofał się zatem, a po nim już nikt już tu żadnej ciekawej wizji nie przyniósł. Jakaś warszawska firma chciała z zamku zrobić stajnię dla quadów, co naturalnie nie przeszło. Kilku lokalnych oszołomów nosi się natomiast z zamiarem odbudowy zamku. Na ten pomysł, który by może został zaakceptowany na Litwie, szkoda mi słów.
Po tym, gdy muzeum w Otrębusach rozesłało wici, do Dybowa ściągnęło kilka oddziałów pancernej piechoty, wspartych artylerią. Pojawili się także Kozacy, ale chyba najwyraźniej pomylili epoki... Przez trzy dni w każdym razie, miastem wstrząsały armatnie wystrzały, którym czasem odpowiadały alarmy samochodowe. Zgromadzone pod murami rycerstwo jadło, piło i okładało się mieczami. Mieszczanie, którzy przekroczyli Wisłę, by to zobaczyć, pocili się kreśląc piórem gotyckie litery, podjadali i popijali. Pod koniec drugiego dnia imprezy, zbrojna część towarzystwa zainscenizowała bitwę. Scenariusz widowiska był dość prosty, pod murami zamku rozłożyła się wioska, w której trały wesołe pląsy przerwane przez atak wrednych Krzyżaków - pawich czubów naturalnie nie zabrakło. Gwałty całej niewinnej ludności przyniosły pohańbienie i zagładę, trwały jednak stosunkowo krótko, ponieważ na horyzoncie pojawiły się zastępy kumpli Zawiszy.

Gdy zaszło słońce ryknęły działa,
Rwą się okopy, mur wali.
Wieś się pod zamkiem spaliła cała,
Polacy bitwę wygrali.

Tak sobie zacząłem relację z tej imprezy i nawet w gazecie, która nadmiaru literatury nie lubi, to przeszło;).

Momenty były...

... i zadyma też była. Niemal stuprocentowa.
Myślałem, że zasadziwszy się na murach, będę miał pierwszorzędny widok na bitwę. Nie miałem, chyba lepiej bym zrobił zostając na ziemi. Generalnie jednak...
... inscenizacje różnych grup rekonstrukcyjnych mają to do siebie, że najlepiej bawią ich bezpośrednich uczestników.
Trupy wędrownych aktorów, bądź też aktorzy wędrownej trupy...
Rozpisałem się o zamku, ale to nie on mnie tym razem w ten rejon miasta sprowadził. Jakiś czas temu wpadło mi w łapy przedwojenne zdjęcie wieży spadochronowej. Właściciel fotki i syn jej autora, mówił, że podobno znajdowała się ona w Toruniu (wieża, fotka zresztą również) w Toruniu. Zbaraniałem, bo nigdy o takowej nie słyszałem. Zamieniłem się jednak w całe stado baranów, gdy od pana Orłowskiego, gospodarza strony oToruniu.net usłyszałem, że stała ona podobno gdzieś niedaleko Dworca Głównego. Co za cholera?! Dlaczego akurat tam, a nie na lotnisku? I dlaczego nie zachowała się na żadnym znanym dziś zdjęciu? Przecież musiała wystawać ponad Kępę Bazarową! Rozumiem, że wszyscy na ogół z wyspy podziwiają starówkę, ale przecież sam widziałem kilka obrazków przeciwnych! Na filmie Magiery wypatrzyłem przecież antenę Pomorskiej Rozgłośni Polskiego Radia, która, choć pomorska, jak sama nazwa wskazuje, znajdowała się w kujawskiej części miasta. Maszt nadawczy widziałem, ale wieża spadochronowa mi jakoś w oko nie wpadła. Dziwne.
Niewyraźną fotografię umieściłem na stronie, ktoś z Państwa napisał, że również o niej słyszał... No dobrze, zatem mamy tu do czynienia z miejską legendą. Czy kryje się gdzieś w niej ziarenko prawdy?
Skorzystałem z okazji i fotkę, wraz ze stosownym apelem, puściłem w gazecie. Papierowe urządzenie do odkrywania toruńskich tajemnic znów okazało się niezawodne. Jeden czytelnik uraczył mnie opowieścią o tym, jak przed wojną z tej wieży skoczył. A w zasadzie zjechał po stalowej linie, mając za plecami rozwiniętą czaszę spadochronu. Działo się to prawdopodobnie w roku 1937, przy okazji jakichś „drzwi otwartych”, bo informator mówił, że przeczytał w prasie ogłoszenie o skokach dla każdego. Płacąc jakieś grosze, wlazł na wieżę i, nim znów stanął na ziemi, najadł się nieco strachu. Na sygnał rozniesiony po regionie przez prasę, odpowiedział również jeden z naszych najbardziej zagorzałych kolekcjonerów toruńskich ciekawostek z przeszłości. Pamiętał wieżę w czasie okupacji, gdy podkradał się do niej jako dziecko i obserwował trenujących tam skoczków niemieckich. Zaprowadził mnie do miejsca, w którym ona stała i rzeczywiście, znajdowało się ono na tyłach sąsiadującego dziś z Dworcem Głównym motelu, który zresztą – nomen omen – nazywa się obecnie „Tower”. Spadochroniarskie tradycje z pewnością nie mają jednak z tą nazwą nic wspólnego. Motel powstał we wczesnych latach 90., wieżę natomiast, najprawdopodobniej wysadzili Niemcy, wycofujący się z Torunia zimą 1945 roku.


Skaczący z wieży spadochroniarze lądowali, jak wynika z relacji świadków, na łące położonej nad brzegiem Małej Wisełki, czyli odnogi oddzielającej Kępę Bazarową od polskiej strony krzyżackiej granicy. Temu zresztą zawdzięcza inną swoją nazwę – Polska Wisła. Dziś trudno raczej sobie wyobrazić, że ten ciek wodny dorównywał kiedyś szerokością Wiśle właściwej. W lipcu 1658 roku, podczas oblężenia miasta przez wojska austriacko-polskie, sojusznicy puścili tędy brandery, które zniszczyły most. Teraz ciężko by było spławić tędy płonący materac... Miasto myśli o pogłębieniu Wisełki i zamianie jej na raj dla kajakarzy, przed tymi planami ciągle piętrzą się jednak gigantyczne trudności.
A jeśli już o materacach mowa... Ciężko dziś uwierzyć w dawną szerokość rzeczki, sporej dozy fantazji wymaga też chyba obraz kąpiących się w niej ludzi. Tymczasem ja, dziecięciem będąc, się w niej taplałem. Czego generalnie wolę nie wspominać, bo zaraz mnie wszystko zaczyna swędzieć. W tych czasach, całkiem niedaleko, znajdowało się ujście rury ściekowej toruńskich zakładów drobiarskich... Na samą myśl o takiej lekkomyślności można się w-kurzyć.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Przystanek pierwszy - Sandomierz

Uff, kolejne wspomnienie skarbów Torunia wywoła chyba u mnie mdłości. Przewietrzę zatem nieco stronę i napocznę archiwum wakacyjne. Za oknem panują grudniowe ciemności, więc chyba miło będzie popatrzeć na sfotografowane słońce. Bo też pogodę podczas całej podróży miałem wspaniałą. Nie rozumiem ludzi, których wczesna jesień skłania do marudzenia. Wrzesień jest przecież ozdobą kalendarza
Zanim ruszyłem na Ukrainę, by podbić wreszcie wymarzoną Czarnohorę, postanowiłem przeprowadzić błyskawiczny wypad po Polsce odwiedzając stare i dawno niewidziane kąty. Pierwszy na tym szlaku znalazł się Sandomierz. Cudne miejsce, jedno z najpiękniejszych miasteczek w kraju. Amerykanie pysznią się swoim San Francisco, co by jednak powiedzieli stając na rynku w San Domierzu? Swoją drogą, pod względem „świętych” miast, Polska może konkurować z dawnym hiszpańskim imperium. Na jego mapach było San Francisco, San Diego, San Sebastian... My mamy Sandomierz, Sanniki (czyli miasto Świętego Mikołaja – San Niki;-).
Najbardziej fotogenicznym punktem Sandomierza jest jego rynek z ratuszem, który w kraju ustępuje pola jedynie temu toruńskiemu. Przed nim kilka lat temu spoczęła kotwica, symbol powiązania miasta z niebem. Niebo zakotwiczyło się tu tak mocno, że w 2010 roku spowodowało powódź. Zabawa symbolami bywa czasami niebezpieczna...

Ratuszowy rzygacz minę ma dość niewyraźną...
Sandomierz reklamuje się jako miasto pięknie podświetlone. Czy słusznie? Przyjechałem z Torunia, miasta, które doznało naprawdę wielkiej iluminacji, wieczorem spojrzałem więc na Sandomierz dość krytycznie... Przy katedrze efekty świetlne przesłaniały drzewa, Ucho Igielne, czyli furta w murach, była pod tym względem częściowo nieczynna (z czterech lamp ukrytych w ziemi świeciły się tylko dwie). Iluminacja Świętego Jakuba była w ogóle porażką. Najlepiej na tym wieczornym tle prezentował się ratusz.
Studnia przed ratuszem. Widać ją chyba na „Ludziach Wisły” Forda, nie mogę jednak porównać, bo film gdzieś zgubiłem:(.
Kamienica Oleśnickich przy sandomierskim rynku, za którą znajduje się wyjście, bądź wejście, do legendarnych podziemi. Nie rozumiem tego. Sandomierz jest jednym z najładniejszych miast jakie nosi polska ziemia. Swoją główną atrakcją uczynił jednak lochy... Zwiedziłem je kiedyś i słowo daję, że każdemu turyście, który trafi kiedyś do drugiej stolicy Małopolski, polecam mieć oczy szeroko otwarte na powierzchni. Bo wizyta pod nią może przynieść wyłącznie rozczarowanie.
Zamek. A raczej to, co z niego po Potopie zostało...
Święte miejsce
Sandomierska katedra nie jest specjalnie fotogeniczna. Przynajmniej wtedy, gdy tonie w liściach...

Nie lubię kolejek. Zwiedzając więc teraz Sandomierz, nie wlazłem z tego powodu na szczyt Bramy Opatowskiej, nie zajrzałem także do wnętrza katedry. W sumie szkoda, robiłem do niej jednak ze cztery podejścia, i za każdym razem trafiałem na wycieczkę, albo na nabożeństwo. Podczas mszy kościołów nie zwiedzam, bo szukam w nich na ogół nie tego, czego pragną wierni. Ich punkt widzenia szanuję i nie przeszkadzam.
Z poprzednich wizyt pamiętam ten święty przybytek wytapetowany scenami męczeństwa różnych świętych. Prezentował się niczym przedsionek rzeźni, pełno tam było odciętych głów i innych kończyn. Najsłynniejszym wizerunkiem tego katowanego cierpienia była scena mordu rytualnego. Żydzi wrzucali tam do nabitej kolcami beczki jakieś katolickie dziecię, ale głównymi ofiarami byli tu właśnie oni, a nie legendarne dziecię.
Obraz wisiał, budził kontrowersje... Sam go przed laty widziałem, kościelna głowa Sandomierza była wtedy uosobieniem radiomaryjnego betonu. Jak jest teraz, nie wiem. Oglądając wystawę przed katedrą, ze zdumieniem zobaczyłem jednak, że ten piękny kościół posiada wiele innych, znacznie piękniejszych malunków.

O, mistrz Kadłubek... Mój ulubiony błogosławiony kronikarz;)
Zamek widziany z katedry, tuż przed zmierzchem.
Po reformie administracyjnej Sandomierz stał się miastem miłośników rocka;). Ten samochód stał akurat przed katedrą.
Do mnie dzieci wdowy!
Nie można odwiedzić Sandomierza i nie zobaczyć Świętego Jakuba. Nie można też zobaczyć Świętego Jakuba nie wspominając „Popiołów”. Kościół najkorzystniej wygląda od strony katedry. Gdzieś w tym miejscu, książę Gintułt, grany zresztą w filmie przez torunianina – Piotra Wysockiego – musiał zakrzyknąć swoje: Do mnie dzieci wdowy!

Obrazki czarno-białe są naturalnie kadrami z „Popiołów” Andrzeja Wajdy.
Latem katedra jest raczej mało fotogeniczna, zza drzew w zasadzie jej nie widać. Na filmie prezentuje się jednak lepiej. Jest trochę przydymiona, jednak tylko na tym zyskuje.
Święty Jakub oblężenie przetrwał.
Słynny portal dawniej i obecnie.

U Wajdy fortyfikacje wyglądają inaczej. Wydaje mi się jednak, że ten usypany przed kościołem wał, dziś ozdabiający okolicę Domu Księży Emerytów i sąsiadujący z Aleją Ludzi Dobrej Woli, mógł w 1809 roku stanowić zaporę dla Austriaków. Ale to tylko moje przypuszczenie.

Miejsce spoczynku
Kotwicę rzuciłem w motelu przy Zamkowej. Przed laty witałem tu nowy wiek. Ciekawy, stary budynek, jeszcze made in Russland, blisko centrum miasta, ozdobiony fantastycznymi starymi piecami...



Piecowa paszcza jest raczej skromna, a do tego, obsługuje swoim ciepłem dwa pokoje. Do tego jeszcze trzeba dodać okna pamiętające cara, przypominające o jego smutnym losie, przy pomocy przenikającego przez drewniane ramy wiatru... Zimą raczej tego miejsca nie polecam, w cieplejszych czasach trudno jednak o lepszą kwaterę. Kilka razy już tu wspominałem, jak byczo się śpi w starych murach, prawda?
Varia...ci
Ten dom położony jest przy drodze prowadzącej z katedry, w stronę zamku i kościoła Świętego Jakuba. Kiedyś mieszkał tam pewien staruszek i kot łasy na kocie chrupki.
Dziś chatka jest opuszczona, staruszek zapewne więc umarł. Śladu kota również nie znalazłem... Przynajmniej w tym miejscu, sierściuchy mają przecież siedem żyć...
Budynek również jest jednak bardzo żywotny. Nie sprawia rozsypującego się wrażenia.

Sandomierz zakotwiczył się pod niebem, osiadł również nad rzeką. Wielkie łabędzie pływają po przystani, której podczas poprzedniej wizyty w tym mieście jeszcze nie widziałem.
Po nazwisku, to po pysku... A za wykorzystanie kawałka nazwiska, powinno się oberwać po kawałku pyska;). Drogowskaz znajduje się na rozdrożu między katedrą i zamkiem.
Schody prowadzące ku Wiśle. U ich stóp znajdował się dom rodzinny Myśliwskiego. Z tego punktu widzenia owego miejsca nie widać, na lewo od latarni, można jednak dostrzec skraj Gór Pieprzowych - najstarszych w Polsce. Kiedyś się na nie wspinałem. Fajne miejsce, dużo komarów i wymytych w lessie dziur. Zwiedzanie okolic polecam więc raczej za dnia.
Łoj, ten budynek sąsiadujący z tymczasowo zasiedloną przeze mnie ulicą Zamkową, pamiętam jeszcze w wersji zamieszanej... Na murze wisi jednak tabliczka „do remontu”, a nie „do rozbiórki”. Budujące. Czy dla tego domu również?
Podróże podobno kształcą, ta jednak mnie zawstydziła. Biegając po historycznej części Torunia człowiek powinien zadzierać nos bardzo wysoko, by podziwiać wszystkie zbudowane cuda. Jednak ja, jako mieszkaniec Mokrego i pracownik starówki, na ogół oczy mam utkwione w miejskim bruku. Spojrzenie wyżej jest niezwykle ryzykowne, bo skazuje obserwatora na wdepnięcie w psie gówno. Podczas podróży odwiedziłem wiele miast – polskich i ukraińskich. Widziałem przy okazji kilka psich kup, tylko kilka. Idąc do pracy, mijam ich znacznie więcej...
Toruń, co tu dużo gadać, jest najbardziej zasranym ze wszystkich miast jakie widziałem. Czy prezydent Michał Zaleski, siedzący w swoim fotelu już trzecią kadencję, świata nie zwiedza?! Gdyby tak było, na pewno by tę bolesną prawdę dostrzegł. Tymczasem, nasze miasto wydało spore pieniądze na promocyjną akcję odsrywającą, dzięki której gówna, wszechobecne na ziemi, pojawiły się również na bilbordach. Gówno to dało, kupy wyrosły nad gruntem, wzbudziły tam kontrowersje, zniknęły i niczego nie zmieniły. Bo nie mogły. Jak pokazał przykład innych miast, najlepszym orężem w walce z zasranymi chodnikami i trawnikami, jest straż miejska wlepiająca gówniarzom – czyli posiadaczom psów, którzy po swoich pupilach nie sprzątają – ciężkie mandaty. U nas się tego nie robi, miasto zatem tonie w psim nawozie. I bardzo dużo na tym traci.

Brama Opatowska – przywitała mnie w starym Sandomierzu i pożegnała. Z jej wysokości widać całe stare miasto, tym razem się jednak na nią nie wspiąłem, bo – podobnie jak przed bramą katedry – pod prowadzącymi na szczyt schodami rozłożyła się spora kolejka, do której nie chciało mi się podłączyć.
Panorama
Pojawiłem się w tym mieście wiele lat przed ojcem Mateuszem i od razu poczułem się jak u siebie w domu. Uwielbiam takie małe miasteczka, które na niemal każdym kroku przypominają o swojej dawnej wielkości. Zupełnie jak Chełmno, niedoszła stolica państwa zakonnego... Przed wiekami Sandomierz był przecież drugim miastem Małopolski.
Tych podobieństw jest zresztą więcej. Ratusz, piękny przykład polskiego aliansu gotyku i renesansu. Zrezygnuję tu z lokalnego patriotyzmu i przyznam, że sandomierska wersja tego połączenia nie ma sobie równych. Ratusz, no i jeszcze ta panorama wiślana... Torunia pod tym względem nic nie przebije. Zawieszone na wzgórzach Chełmno wygląda z rzeki cudownie, ale nie jestem pewien, czy Sandomierz nie jest pod tym względem bardziej obiecujący, bo co my tu widzimy? Katedrę, gotycki dom Długosza i wielki renesansowy gmach Collegium Gostomianum. Pięknie to wygląda, jednak za tą cudowną architektoniczną barierą kryją się domy o antycznych piwnicach i przeważnie powojennych nadbudowach. Nadbudowa, hmm, Marksem to nieco pachnie... Bez względu jednak na bazę, Chełmno być może z Wisły wydaje się bardziej odległe, jednak w obrębie swych murów, kryje niemal same średniowieczne oryginały. Sandomierz tymczasem jest bardzo obiecujący na wyciągnięcie ręki, lecz o ile za bramami Chełmna, niemal na każdym kroku człowiek otwiera paszczę ze zdumienia, tu często trafia na efektowną dekorację. Kiedy jednak wejdzie na sandomierski rynek, zobaczy studnię i ratusz...

Zamek od strony rzeki i przystań, po której dzień wcześniej pływały wielkie łabędzie.
Kiedy przed laty pierwszy raz przechodziłem przez ten most, uderzył mnie widok ostróg na Wiśle. Uderzył dość boleśnie, bo w Sandomierzu wyglądały one jak nowe, a w Toruniu trudno było dostrzec ich ślady. Minęło kilkanaście lat, u nas ślady „główek”, bądź doskonale pamiętanych z dzieciństwa medalików, na których się bawiłem (nie mam pojęcia, dlaczego je tak nazwałem), zatarły się niemal całkowicie. A tu nadal ktoś o nie dba.
Panoramę zostawiłem za sobą i spojrzałem na północny kraniec dawnej Galicji. Ta część Sandomierza miała się w międzywojniu pięknie rozbudować... Wrzesień 1939 roku przyszedł jednak zbyt szybko, by miasto mogło stać się planowaną stolicą Centralnego Okręgu Przemysłowego. Drugi brzeg nadal więc wygląda zadupiowato, choć gdzieś za tymi krzakami, powinna być stocznia, w której na początku lat 80. powstał bardzo prototypowy prom – dziś jedna z największych atrakcji Nieszawy. Idąc na dworzec kolejowy, minąłem ulicę Stoczniową, każdemu miastu na trasie mogłem jednak poświęcić średnio 24 godziny, a sandomierska doba zbliżała się właśnie do końca...
Dawid i Goliat
W sumie nie wiem, co mam w tu napisać. Brakuje mi słów. Ta fotografia jest karykaturą.
Ograniczę się więc tylko do wskazówki, że na taki obrazek wpada się na dawniej austriackim brzegu Wisły. Obie świątynie stoją przy ulicy Lwowskiej, prowadzącej na świętej pamięci dworzec kolejowy.

W odróżnieniu od betonowego świętego gówna, na kapliczce warto zawiesić oko. Kolejne dziesięciolecia zapewne niczego pod tym względem nie zmienią, sakralny Dawid nadal będzie ciekawy, a Goliat... żałosny.


Nie ma takiej stacji - Sandomierz
Jak każdy cywilizowany człowiek, do Sandomierza postanowiłem się wybrać pociągiem. Podczepiony do lokomotywy środek lokomocji jest najlepszych ze wszystkich, jakie dała nam ewolucja. Można sobie poczytać, popatrzeć przez okno... Już o tym kilka razy pisałem. Aby podczas podróży jak najwięcej zobaczyć, listę połączeń i noclegów przygotowałem sobie w domu. Na początku zatem, w wyszukiwarkę internetowego rozkładu jazdy wpisałem: Toruń Główny – Sandomierz. Wyskoczyły wyniki, spojrzałem na godziny... Siedem, całkiem nieźle. Zaraz, zaraz, a dlaczego mam się tyle razy przesiadać? I po jaką cholerę pojawiły się tu pociągi Eurocity? Przyjrzałem się dokładniej... No tak, siedem godzin... plus 24, nie spojrzałem wcześniej na daty dzienne. Czegoś takiego nie są jednak w stanie wyczarować nawet Polskie Koleje Państwowe. Dokąd więc mnie ten rozkład jazdy chciał doprowadzić? Do Sandominic w Rumunii? Pysznie, ale nie o to miasto mi akurat chodziło. Pewnie, z rozpędu, Sandomierz wpisałem niedokładnie i durna sieć wpisała cel podróży automatycznie.
Kolejny raz wypełniłem więc rubryczki dokładniej. I zdębiałem. Nie ma Sandomierza! Jak to? W Polsce masowo zamyka się linie kolejowe, jednak ofiarami decydentów padają jedynie szlaki niezelektryfikowane, które zresztą ostatnio wracają do łask. Sam akurat nieco wcześniej czytałem, że Przewozy Regionalne pojawiły się w Zamościu i okolicach. Tymczasem przez Sandomierz biegnie przecież ważna, dwutorowa linia, tędy wiedzie najkrótsza droga z Warszawy do Przemyśla! Tyle razy tędy jechałem, na sandomierskim dworcu zdarzyło mi się nawet przed laty spać – to piękne miasto, które chce być turystycznym pępkiem kraju, było pozbawione taniej bazy noclegowej, zresztą chyba pod tym względem, nic się tam nie zmieniło.
No dobra, w kraju powstało jednak wiele spółek kolejowych, na początku się nawet z tego cieszyłem, bo to przecież zawsze jest jakaś konkurencja dla PKP. Życie jednak pozbawiło mnie tej radości, bo odezwało się w tym przypadku przysłowiem: Gdzie kucharek sześć... Może więc połączenia z Sandomierzem obsługują jakieś Koleje Małopolskie, o których nic nie wiem? Zacząłem więc szukać jakiegoś stacyjnego rozkładu jazdy, trafiłem jednak na stronę, na której wyczytałem, że rzeczywiście, linia, z powodów technicznych, kilka lat temu została zamknięta, a w opuszczonym budynku stacji rozgościła się dyskoteka. Sic transit gloria mundi... Chyba nawet silna dawka Barei nie uodporni mnie na taką porcję nonsensu.
Cóż więc, pociągiem dojechałem do Kielc, a dalej przebijałem się autobusem.


Na odszukanej stronie wyczytałem, że linia sandomierska ma zostać wyremontowana w okolicach 2020 roku. Jeśli do tego czasu nie będzie jej trzeba budować od nowa, gotów jestem zjeść swoją czapkę. A nawet rękawiczki i szalik – co mi tam! Po kilku latach od zamknięcia szlaku, wygląda jednak na to, że wełniana dieta mi raczej nie grozi.

Chwała? W takim miejscu raczej dość umiarkowana.
Przez takie tory, po których nic nie jeździ, również nie można przechodzić?
No jasne...
Reklamę zauważyłem wracając z dworca. Firma ma swoją siedzibę w Chwałkach, a z takim nazwiskiem szefa, chwalić się może niesamowicie. Choćby tak – Wziąłem Kwaska i mój dom od razu nabrał kolorów;)
צומיר
Jedyna zaleta tego, że ciężar publicznego transportu dźwiga dziś w Sandomierzu wyłącznie dworzec autobusowy polega na tym, że aby zobaczyć cmentarz żydowski, nie trzeba specjalnie gnać na miejski koniec świata. Kirkut znajduje się tuż przy dworcu, można go zatem zwiedzić przy okazji. A że dworzec jest na zadupiu... To już insza inszość.


Wiele cmentarzy żydowskich już zwiedziłem, ale wciąż chylę czoła przed sandomierskimi kamieniarzami. Na zdjęciach może tego aż tak nie widać, kto mi jednak nie wierzy, może sam pojechać i zobaczyć. Na pewno na tym nie straci.



Ściana płaczu? I cmentarz również, bo choć jego piramidalne lapidarium można znaleźć chyba we wszystkich poświęconych polskim Żydom książkach, nekropolia sprawia dość przygnębiające wrażenie. Przez płot sąsiaduje ze szkolnym internatem, ale jego mieszkańcy najwyraźniej wpadają tu tylko po to, by się napić lub napalić. Młodzieżowe ekipy sprzątające, jeśli takowe Sandomierz posiada, najwyraźniej udzielają się gdzie indziej.

No i co tobie łachu jakiś parchaty dało to, że do tych tablic dodałeś swoje litery?
Bożnica z kirkutem nie sąsiaduje. Położona jest na starówce, jak niemal wszystko w Sandomierzu - bardzo malowniczo. Im bardziej krętymi ścieżkami człowiek chadza, tym generalnie dla niego ciekawiej i lepiej. Odbiór takich przypadkowych migawek może być jednak trudny, więc przywiezione widoki postanowiłem nieco poukładać. W tym przypadku, tematycznie.
Świątynia, jeśli dobrze pamiętam, pochodzi z XVII wieku. Wewnątrz znajduje się dziś Archiwum Państwowe, oraz jakieś, pamiętające jej świętą przeszłość, freski, których znów zresztą nie udało mi się zobaczyć.
Obok synagogi można znaleźć P jak Początek. Nigdzie jednak nie było widać Końca.
Tak sobie wyobrażam Kielce...
Pierwszy raz jednak po aparat, sięgnąłem podczas tej wyprawy w Kielcach, gdzie musiałem się przesiąść z pociągu na autobus. Okolice obu dworców mocno się zmieniły, trafiłem akurat na wielkie wykopki, budowę jakiejś drogi. Obok przystani autobusowej został rozebrany jakiś budynek, którego nie pamiętam – gleba była mocno nasiąknięta potłuczonymi cegłami. Mimo wszystko, sam dworzec PKS nadal jest równie obłędny jak kiedyś.