Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gramatyka naszego języka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gramatyka naszego języka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2012

Wisła jeszcze żywa

Jakie skarby wpadły mi właśnie w łapy! Spadkobiercy rodziny Sczanieckich, jednej z najbardziej zasłużonych dla Pomorza familii ziemiańskich, właścicieli majątku i pałacu w Nawrze koło Chełmży, zgodzili się na publikację wiślanych zdjęć z ich bardzo bogatej fotograficznej kolekcji. Bardzo dziękuję panu Feliksowi Stolkowskiemu, kustoszowi tych zbiorów i strażnikowi pamięci o Sczanieckich, któremu te fotografie zawdzięczam. Zaraz jednak wrzucam je do sieci razem z gorącą prośbą o pomoc w ich identyfikacji. Wiem tylko tyle, że pochodzą pewnie z połowy lat 30. i zostały zrobione przez Antoniego, bądź Bogusławę, najstarsze dzieci ostatniego właściciela Nawry, Jana Sczanieckiego. Obojgu majątek i okolica zawdzięcza zresztą pokaźną dokumentację fotograficzną, tym cenniejszą, że pałac w Nawrze jest dziś ruiną. To w zasadzie wszystko, a zdjęcia są niezwykłe, pokazują królową polskich rzek z czasów, gdy w pełni zasługiwała na takie miano. W latach, niezbyt w sumie odległych, bo czym jest siedem dekad w zderzeniu z historią, która liczy siedem wieków, gdy Wisła w zasadzie była autostradą. Na pomorskim przynajmniej odcinku dobrze utrzymaną i zarządzaną. Pełną statków, wody zdatnej do picia po przegotowaniu i różnego rodzaju budowli regulacyjnych. Była, ale dzięki konsekwentnym zaniedbaniom kolejnych polskich rządów i furiatom pseudo-ekologom, zapewne już nigdy nie będzie. Tym bardziej więc wdzięczny będę za pomoc w identyfikacji tych zdjęć, bo w tej chwili głowy łamie sobie nad tym już kilka światłych umysłów, a pytań jakoś nie ubywa.
Dla porównania, tak Toruń prezentuje się od strony Wisły obecnie. Piękna panorama, prawda? I jak pusto na rzece, nic nie zakłóca fantastycznego widoku...
Trochę nieostre, ale bardzo ciekawe zdjęcie. Mamy na nim toruńskie nabrzeże z torami kolejki portowej, jednostki cumujące i most, najwyraźniej w ostatnim stadium budowy – nie ma jeszcze barierek, a przyszłą jezdnię łączy ze stalową konstrukcją drabina. Przeglądając te wszystkie fotografie, można odnieść wrażenie, że część z nich została wykonana podczas jednego rejsu, który zaczął się tutaj, a później trwał przynajmniej do mostu w Fordonie. Być może tak było, to tylko moje domysły, bo poza ich snuciem, nic innego mi w tym miejscu nie pozostaje. Na pewno jednak przycumowany statek nie jest tym, z którego została wykonana pierwsza fotografia.
Próbujemy rozpoznać statek stojący na sąsiednim zdjęciu przy nabrzeżu. Na pewno jest to parowy bocznokołowiec. Dość słabo widać jego nazwę, zaczyna się na „S”. Może „Światowid”? Kombinujemy tak, bo to jeden z niewielu przedstawicieli toruńskiej floty, który jest nam znany (na zdjęciu z archiwum Barbary Wiśniewskiej, bohaterki jednego z wydań „Albumu Rodzinnego” „Nowości”). W sumie jednak wcale nie musi to być on, w latach 30., któreś z młodych Szczanieckich zrobiło zdjęcie, przez toruński port przewijały się rocznie setki statków.
Te zdjęcia mnie zachwycają. Wielkie wodne przestrzenie, przecinane mnogością różnych jednostek pływających! Poza tym jednak bombardują ulewą znaków zapytania – nic o nich nie wiem. Z małym wyjątkiem, który stanowi lokomotywa tego barkowego „pociągu”, czyli holownik „Uranus”. Jemu zresztą poniekąd zawdzięczam te zdjęcia, bo pisząc kiedyś „historyjkę” do środowych „Nowości” trafiłem w „Słowie Pomorskim” na informację o tym, że „Uranus” tuż przed zimą zawinął do toruńskiego portu, wiodąc kilka barek, bardzo szybko w stolicy Pomorza załadowanych. Kilka dni później odwiedziłem pana Feliksa Stolkowskiego, opiekuna fotograficznego sezamu Sczanieckich, by przygotować kolejny tekst o Nawrze. Przeglądając zdjęcia, wpadłem na tą pyszną fotografię wspomnianego niedawno statku, który zresztą w przedwojennym Toruniu był bardzo częstym gościem, i mnie zamurowało. Dusząc się nieco tym zamurowaniem, wyprosiłem później tą fotografię i wrzuciłem ją do gazety, czyniąc holownik głównym bohaterem publikowanej w jej środowym wydaniu strony „Retro”. Jakich ciekawych rzeczy się przy tym dokopałem! Przede wszystkim dotarłem do bardzo interesującej strony poświęconej temu, co kiedyś po Wiśle pływało, a na niej odkryłem rozdział poświęcony zbudowanemu na początku XX wieku „Uranusowi”, który po wojnie kontynuował swoją rzeczną przygodę jako „Ziemowit”. Jakież było moje zdumienie, gdy przeglądając witrynę ŻEGLUGA SZUWAROWO-BAGIENNA zobaczyłem zdjęcia „Ziemowita”, ex „Uranusa” stojącego w 2007 roku na brzegu Zalewu Zegrzyńskiego. Tyle burz, tyle dziejowych wirów, a on przetrwał! Gdybym był Andrzejem Szmakiem, dyrektorem Biura Toruńskiego Centrum Miasta, albo Michałem Zaleskim, jego prezydentem, to zamiast trwonić pieniądze na pomniki słomianych łabędzi, alabastrowe jaja, lub miny okrętowe (ta ostatnia ma pono upamiętniać przedwojenną toruńską szkołę marynarki wojennej), a więc rzeczy gnijące, bądź z wodnymi tradycjami miasta słabo związane, znając „Uranusa” choćby z dawnej pomorskiej prasy, spróbowałbym go ściągnąć do Torunia i ustawić na bulwarze. Skoro po Wiśle nic już normalnie pływać nie może, to niech przynajmniej ładnie prezentuje się na zabetonowanym wybrzeżu, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu był tętniący życiem port. Zaczątek tej lądowej floty już przecież mamy, dzięki „Katarzynce”. Aby nie być gołosłownym:
„Do Torunia przypłynął parostatek „Uranus” z sześcioma berlinkami; dwie berlinki ładowane towarami, cztery próżne. Parostatek „Uranus” jest jednym z najsilniejszych, wyjeżdżając z Gdańska miał w pociągu 10 berlinek, z których cztery pozostawił w Brdyujściu. Jest to statek niemiecki w prywatnych rękach, lecz pracuje dla „Spół – Wisły”, Tow. Żeglugowego w Gdańsku.
„Słowo Pomorskie” z piątku, 23 października 1931 roku.
„Pociąg” sfotografowany od tyłu. Za „Uranusem” podążają dwie berlinki, a co się ciągnie jako trzecie? Bat piaskarzy?
To jest podobno prom pod Chełmnem. Przed nim na piasku wygrzewa się coś, co wygląda na wrak łodzi, za nim natomiast są jakieś dziwne pływaki. Co to takiego? W tej chwili zdania są podzielone, jedni mówią, że to fragmentów konstrukcji mostu łyżwowego, inni natomiast bronią elementów przeprawy promowej.
Aktualizacja. To na pewno jest prom pod Chełmnem. Tajemnica pływaków nadal pozostaje tajemnicą, jednak na tym sfotografowanym brzegu pojawiła się jeszcze jedna ciekawostka - łódź na piasku, która przypomina wrak, ale faktycznie jest łupiną do przewozu bydła. Wspominana wyżej pani Wiśniewska opowiadała, że na świeckim (czyli tym od strony Świecia) brzegu Wisły pasły się krowy. W drogę ku zielonej trawce ruszały właśnie czymś takim. Swoją drogą, pan Feliks Stolkowski, kronikarz rodu Sczanieckich opowiedział mi, jak bydełko było transportowane na drugi brzeg Wisły do majątku w Grabowie, który pojawia się nieco dalej. Jakiś pomysłowy rybak połączył dwie zwykłe łodzie i przewiózł zwierzęta pakując ich lewe kopyta do jednej, a prawe do drugiej łodzi. Zgoda, tak było łatwiej i szybciej, wyprawa przez najbliższy most z pewnością by zajęła kilka dni. Gdybym był jednak krową, to po takiej podróży pewnie bym odmówił wydawania mleka i domagał się wizyty psychologa. Bądź krowologa, bo psycholog, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się głównie psami.
Pływaki z bliska. Cholera, gdyby te zdjęcia wpadły mi w ręce kilkanaście lat temu, wiedziałbym o tym promie wszystko. Dziś jednak nie wiem nic, swoich chełmińskich dziadków nie mogę już o to zapytać.
Most w Fordonie w latach 30., a więc w czasie gdy był jednym z najdłuższych w Europie – po zniszczeniach wojennych część przęseł zastąpiono nasypem. Nad przeprawą, jak powiedział pan Feliks Stolkowski, widać trakcję łączącą Toruń z elektrownią w Gródku.
Ten sam most z pociągiem, zmierzającym m.in. ku rodzinnej dla autora/autorki tego zdjęcia Nawry.
Tratwy flisackie. Przed wojną, a także i po niej, widok na Wiśle dość powszedni, dziś jednak niezwykle egzotyczny. Zdjęcie trochę nieostre, ale widać, że ktoś nawet na tym drewnianym podkładzie coś gotuje. Poza tym są również szreki, czyli drągi hamulcowe, na które zwróciła uwagę pani Dorota Kunicka z Muzeum Etnograficznego w Toruniu.
Ciekawy obrazek. Barki, zamiast „pociągu” tworzą raczej tyralierę. Dlaczego? I gdzie jest holownik? Zdjęcie zrobione przecież zostało z rzeki, a berlinki nie mogły pływać po niej same, bo nie miały napędu.
Aktualizacja. Dzięki wizycie nad Wisłą wiem już, dlaczego te barki są tak dziwnie połączone. Wilk rzeczny, którego odwiedziłem, zaprawiony w holowaniu wiślanym, wytłumaczył mi, że "pociągi" sprawdzają się przy podróżach w górę rzeki. W dół natomiast najlepiej holować barki spięte równolegle.
Załadunek berlinek gdzieś pod Toruniem. Być może są to okolice Unisławia, choć Adam Zakrzewski, nasz fotoreporter i zapalony wędkarz, który z tego powodu rzekę dość dobrze zna powiedział, że jego zdaniem na rejon Unisławia brzeg jest zdecydowanie zbyt niski. W sumie racja, stoki pradoliny są tam tak wyniosłe, że w jednym miejscu przecinają go nawet liny wyciągu narciarskiego.
To samo miejsce i czas, ale nieco lepiej widać holownik. Na pewno nie jest to „Uranus”, zbyt mały i komin nie ten. Aktualizacja. Oba zdjęcia zostały jednak zrobione w okolicach Unisławia, jednak po przeciwnej stronie Wisły, gdzie wuj młodych Sczanieckich, Zygmunt Cichowski, od lat 30. dzierżawił majątek Grabowo

środa, 2 maja 2012

Wjazd pociągu na stację... i jego wyjazd do Czarnowa

Zanim ruszymy w drogę, z konieczności muszę wszystkich podróżnych ostrzec, że nasz pociąg podróżujący w czasie i przestrzeni, nie posiada osobnych wagonów dla kobiet i nie palących. Poza tym, posiada wyłącznie przedziały drugiej i trzeciej klasy. Mam jednak nadzieję, że nikt nie będzie narzekał na brak komfortu, a przede wszystkim, wrażeń. Wszelkich dodatkowych wyjaśnień proszę szukać w notce poniżej.

Taryfa kolejki Toruń-Czarnowo.
Długość toru nowej kolejki z Torunia do Czarnowa wynosi 28 klm., a na przestrzeni tej urządzonych jest 9, a z przystankiem portu flisackiego 10 stacyi. Odległość jednej stacyi do drugiej i cena biletów 2 odnośnie 3 klasy z dworca Toruń-Północ jest następująca: Stacya ul. Szkolna, 2 klm, 15 i 10 fenigów. Port flisacki, 8 klm. 50 i 30 fen. Przysieki 8 klm. 50 i 30 fen. Górska droga kościelna 11 klm. 70 i 40 fen. Smolnik (Schmolln-Breitenthal) 14 klm. 90 i 50 fen. Pędzewo 19 klm. 1,20 i 75 fen. Wielka Zławieś 21 klm. 1.30 i 0,85 mk. Amthal (?) 24 klm. 1.50 i 0.95 mk. Czarnowo 28 klm. 1.70 i 1.15 mk. Kolejka ta będzie zabierać tylko wagony 2 i 3 klasy, a osobnych wagonów dla kobiet i nie palących nie ma. Na bilety targowe do Torunia i karty niedzielne do wszystkich stacyi jest cena zniżona o tyle, że zwyczajny bilet uprawnia również do podróży powrotnej. Kolejka ta oddana zostanie do użytku publicznego prawdopodobnie w połowie grudnia r. b.
„Gazeta Toruńska” - czwartek, 21 października 1909 roku.


Kilka tygodni temu gazetowe peregrynacje pchnęły mnie na Ś.P. tory linii kolejowej do Czarnowa. Od jednego z czytelników „Nowości” dostałem niezwykle cenne zdjęcie stacji Toruń Zachodni i w związku z tym połaziłem sobie po szlaku wciąż jeszcze znaczonym starymi podkładami oraz budynkami kolejowymi PODRÓŻ WIDMOWYM POCIĄGIEM
Kiedy więc niedawno usłyszałem, że resztki szlaku kolejowego, którym, według pierwotnych planów miały pędzić pociągi szybkiej kolei łączącej Toruń z Bydgoszczą, rozkradają złomiarze, postanowiłem do tematu wrócić WIELKIE PLANY IDĄ NA ZŁOM. Będąc świadkiem torowej degradacji, sięgnąłem do starych gazet, aby przypomnieć zupełnie inne czasy, gdy budowa linii kolejowej łączącej miasto z okolicznymi wioskami, a przede wszystkim służącej do wywozu drewna z miejskich lasów, mogła się wydać opłacalna. Na początku trafiłem właśnie na notkę o przedziałach, postanowiłem zatem kartkować gazetę dalej. Najstarsza odnaleziona informacja o budowie kolejowej pochodziła z niedzieli, 21 lipca 1907 roku.

Projekt budowy kolejki z Torunia do Czarnowa ostatecznie został zatwierdzony.

Krótko i treściwie, choć byłem ciekaw sum, jakie realizacja tego przedsięwzięcia pochłonęła. Tego się nie dowiedziałem, ale dalej będę szukał. Dowiedziałem się jednak, że budowa najprawdopodobniej ruszyła jesienią następnego roku.

Budowę kolejki z Torunia do Czarnowa rozpoczną prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Budowa ukończoną ma być równocześnie z budową przystani nad Wisłą.

„Gazeta Toruńska”, która we wtorek, 21 lipca 1908 roku, nadużywając słowa „budowa” podała ten lakoniczny komunikat, umieściła obok również inną, ale bardzo interesującą informację o elektryfikacji lamp ulicznych przy ulicy Żeglarskiej.

Budowa kolejki z Torunia do Czarnowa postępuje szybko. W sobotę odebrano urzędowo dalszą część toru aż do stacyi północnej.

Taką notkę zamieściła „Gazeta Toruńska” 5 października 1909 roku. Urzędowo odebrany wtedy odcinek toru aż do stacyi północnej dziś wygląda tak:

Trochę dziwię się poprzednikom sprzed wieku. Kolej do Czarnowa ostatecznie została oddana do użytku 28 lutego 1910 roku. Dla mnie oczywistym jest, że relacja z tak istotnego wydarzenia musi się ukazać na gazetowym papierze następnego dnia, a na stronie internetowej nawet tego samego. Ok., dziennikarze „Gazety Toruńskiej” o sieci www nawet nie śnili, jednak dzień po otwarciu kolei, w gazecie pojawiła się tylko mała wzmianka.

Dzisiaj w poniedziałek otworzoną będzie komunikacya na nowym torze kolejki wązkotorowej z Torunia przez Mokre do Czarnowa. Pierwszy pociąg odszedł z dworca na Mokrem o g. 8.14 rano.

Dopiero następnego dnia, dziennik podaje obszerniejszy opis uroczystości.

Kolejka Toruń-Czarnowo.
Jak już wczoraj pokrótce donosiliśmy odbyło się w poniedziałek rano o godz. 8.14 otwarcie i oddanie do użytku publicznego wązkotorowej kolejki z Torunia do Czarnowa. Prócz przedstawicieli rządowych i innych wyższych urzędników, udało się pociągiem tym około 70 osób do Czarnowa. Tylko na dworcu w Pendzewie przybranym uroczyście zebrała się większa liczba osób i nauczyciele z uczniami szkolnemi i nadchodzący pierwszy pociąg powitali wesołym okrzykiem. Zresztą przebieg tej uroczystości miał charakter ściśle oficyalny. Następnym pociągiem o godz. 10.24 wracano z Czarnowa do Torunia. Tym razem zabrało się około 120 osób. O ile z pierwszego dnia komunikacyi zauważyć było można, najważniejszym przystaniem na drodze powrotnej będzie Toruń ul. Szkólna, największa bowiem część podróżnych tam wysiada.

Z opisu wynika również, że pierwszy pociąg do Czarnowa odjechał z dworca Toruń-Mokre, gdy tymczasem zdjęcie, które ma pokazywać uroczystości otwarcia nowej linii kolejowej, zostało przecież wykonane na kolejnej stacji tego szlaku, a więc na Dworcu Północnym.

Skoro najważniejszym na tej drodze żelaznej okazał się przystanek przy ulicy Szkolnej, zaprezentuje się ona Szanownej Publiczności raz jeszcze, na zdjęciu wykonanym ponad 40 lat po oddaniu linii do użytku. Psia krew, wertując kiedyś „Gazetę...” trafiłem na ogłoszenie o tym, że Rada Miasta wykupiła grunt przeznaczony pod budowę stacji. Nie zapisałem sobie jednak, kiedy to było i teraz, mimo długich poszukiwań, tej informacji nie odnalazłem:(.
W piątek, 13 maja 1910 roku, podobnie zresztą jak i wielu swoich innych wydaniach z tamtych czasów, „Gazeta Toruńska” opublikowała rozkład jazdy kolejki do Czarnowa. Wynika z niego, że w każdą stronę, dziennie kursowały trzy pociągi. Z dworca na Mokrem wyjeżdżały o 7.53, 2.25 i 8.06. Stację w Czarnowie opuszczały z wybiciem 9.50, 4.25 oraz 9.39. Doba, najwyraźniej, była wtedy rozliczana według 12-godzinnego zegara.
Frapuje mnie powtarzająca się tu wąskotorowość tej linii, najwyraźniej nie jedynej, ta sama gazeta podaje również rozkłady jazdy wąsko (czy też, jak jest w niej napisane – wązko) torówek z Mokrego do Lubicza, a także z Chełmży do Mełna. Jak widać na zdjęciach poniżej, zachowane fragmenty kolei do Czarnowa rozstaw torów mają normalny...
Cóż jeszcze jednak w tym rozkładzie mamy? No proszę, wahadłowe kursy pociągów między największymi toruńskimi dworcami! Niemal sto lat później ten pomysł odżył, jednak do dziś nie udało się go zrealizować...

Przekopałem stare gazety, nie mogłem też sobie odmówić przyjemności spaceru po torach. Za ich skrzyżowaniem z ulicą Grunwaldzką trafiłem na rozjazd i resztki zwrotnicy. Bardzo ciekawej.


Nieco dalej zachowany szlak kolejki się skończył...
Zdjęcie ostatniej stacji czarnowskiej linii kolejowej umieściłem we wpisie poświęconym pociągowemu widmu. Drugi koniec prezentowanego wyżej rozjazdu, przed wojną, kończył się natomiast za bramą kompleksu zajmowanego przez baon balonowy. Dawni aeronauci dali Toruniowi jeden z najpiękniejszych pomników, odsłonięty w parku na Bydgoskim Przedmieściu w 1937 roku, zniszczony przez Niemców podczas okupacji i nadal czekający na odbudowę. Hmm, chciałem napisać, że obok pamiętającej jeszcze pruskie czasy hali sterowcowej, rozebranej kilka lat po II wojnie (poniżej widok hali z lat 20.), w czasach II RP rozwijali skrzydła adepci polskiego baloniarstwa. Częściowo jest to prawda, ponieważ ludzie wyszkoleni w Toruniu podbijali wtedy przestworza całego świata. Trudno jednak raczej powiedzieć, by przy ulicy Balonowej rozwijali skrzydła, raczej byli pod gazem. Dosłownie. Jeden ze starych toruniaków opowiadał mi, że widział baloniarzy, którzy przychodzili do zbiornika gazowego, w którym dziś mieści się planetarium, tam tankowali do pełna i później wracali do swojej jednostki. Sześciu chłopa, w roli balastu, holowało na linach szybujący balon zaporowy. Towarzyszył im podoficer, który pilnował, by żaden z nich przypadkiem nie zakurzył. Musiało to bardzo komicznie wyglądać!
Przygoda kolejowa wyrwała mnie także z miasta. Wylazłem z redakcji i tak jakoś, myśląc o początkach czarnowskich torów wybrałem drogę do domu prowadzącą brzegiem Kaszownika, w którym żaby robią w tej chwili większy hałas, niż przejeżdżające obok samochody. Ostatecznie jednak trafiłem na pobliski dworzec autobusowy, skąd akurat za chwilę miał odjechać autobus do Złejwsi Wielkiej. Pomny wszystkiego tego kolejowego, co mi nie wpadło w obiektyw poprzednio, kupiłem bilet i władowałem się do pojazdu. Szczerze mówiąc, pojechałbym dokądkolwiek, żeby tylko choć przez kilka godzin sobie popodróżować.
Wygląda na to, że przemierzając autobusem dawny szlak kolejowy, wszystkie jego najciekawsze miejsca minąłem. Następnym razem będzie trzeba zwiedzić Górsk i Pędzewo, była stacja w Złejwsi nie robi specjalnego wrażenia, a dawnego dworca w Toporzysku nie udało mi się odnaleźć. Tak, maszerując sobie, dotarłem znów do Czarnowa, przy okazji jednak zwiedzając miejscowy kościół Świętego Marcina, pochodzący z XIV wieku i ozdobiony XVIII-wieczną drewnianą dzwonnica. Tyle razy go mijałem nie podchodząc bliżej, skorzystałem więc z okazji, by w miarę możności to zmienić.

Świątyni nie zwiedziłem, drzwi do niej zastałem zamknięte, na dodatek bronione przez przysiadłego na klamce lwa. Wolałem go specjalnie nie naciskać.
Ostatnia fotka ze specjalną dedykacją dla sąsiada Grzegorza, którego kiedyś uderzyła ukryta pod dachem jakiejś wiekowej chaty symbioza drewna i plastiku. Podpisując się pod zdjęciem wspomniałem, że również takiego dziwoląga widziałem – oto i on. Stoi w Czarnowie, kawałek za kościołem.
Podczas swojego krótkiego wypadu w tamte strony, wcieliłem się w klasycznego amerykańskiego gówniarza (po angielsku kał-boy), maszerowałem więc w stronę zachodzącego słońca i mając jego rozświetlone ryło skierowane prosto w obiektyw, przy właściwym ujęciu tego architektonicznego dziwactwa musiałem się nieco nagimnastykować.

Od bydgoskiej strony chałupa prezentuje się całkiem przyzwoicie.

czwartek, 9 lutego 2012

MojRzeszów

Rzeszów w zasadzie powinien być moją czwartą stacją na drodze ku Ukrainie. No, powiedzmy, że trzecią i pół, bo do miasta dotarłem już po zmroku i opuściłem je przed świtem.
Szukałem rynku, korzystając ze wskazówek tubylców, dotarłem do jakiegoś placu, który mógł nim być. Zdziwiła mnie jednak panująca w tym miejscu wieczorna pustka. O tym, że coś jest nie tak, przekonałem się czytając tabliczki z nazwami ulic – Berek Joselewicz, nawet w MojRzeszowie, nie jest chyba patronem traktu przebiegającego przez serce miasta... Kiedy wpadłem na znany mi ze zdjęć budynek synagogi, wszystko stało się jasne. Trafiłem do centrum miasta dawno już wymarłego. Dosłownie, bo obok bożnicy znalazłem park z tabliczką, że tu przez kilkaset lat, aż do II wojny światowej, znajdował się cmentarz żydowski. O dziwo (niektórzy, zamiast „O, dziwo!” mówią „O, kurwa”), właściwy rynek – bardzo żywe centrum miasta – znajdował się o krok dalej.
Synagoga wyszła kiepsko, ale jedno zdjęcie zrobiłem szukając noclegu, a drugie idąc przed świtem na dworzec. Ranne na pewno jest gorsze. Hm... ranne?
„Ojcze, ty krwawisz!
Ależ nie synu, to tylko moje ranne pantofle...”


Obecna stolica wschodniej Małopolski bardzo mnie zaskoczyła. Jak dotąd, znałem ją tylko od strony architektonicznie dość paskudnego dworca kolejowego, który po ostatnim remoncie, jest na pierwszy rzut oka równie brzydki, ale jednocześnie olśniewająco czysty. Tym razem zanurzyłem się nieco w głąb miasta i zobaczyłem m.in. bardzo ładny i tętniący nocnym życiem rynek. Nocne życie? To lubię, rzekłem, to lubię! Dałem więc w nie nura, tym bardziej, że kwaterę główną ulokowałem w tutejszym PTSM-ie, położonym bardzo praktycznie, bo przy samym rynku, ale wciąż jeszcze hołdującym standardom z lat 70. (przy cenach już zdecydowanie współczesnych).
Rzuciłem kotwicę w knajpie przy rynku i do późnej nocy nie tykałem kabestanu. Po mieście także już specjalnie nie chodziłem. Zdjęcia w ciemnościach wychodzą mi dość umiarkowane, a Rzeszów na pewno wart jest, jeśli nie mszy, to na pewno powrotu za dnia. W Czarnohorze został mi jeszcze do zdobycia Pop Iwan, więc na pewno ja tu jeszcze wrócę!
Na zdjęciu widać rzeszowski ratusz.

- No i czego mi tak stoisz nad głową – mówi orzeł do Tadeusza Kościuszki, który wdrapał się na cokół stojący w sercu rzeszowskiego rynku.
Kolejne kroki stawiałem już na Ukrainie. Mimo tego, że w Mościskach passing was for bided, przebudowane na Euro 2012 przejście przekroczyliśmy całkiem sprawnie.

piątek, 3 lutego 2012

Przystanek drugi - Przemyśl

Górną część szafek w swojej kuchni ozdobiłem kolekcją starych kufli od piwa, kamionkowych butelek i antycznych żelazek. Trzymam tam również dwie wielkie, pochodzące spod Tamy Brodzkiej śruby mocujące kiedyś podkłady zlikwidowanej linii kolejowej Iława-Brodnica, oraz dwie pary swoich własnych butów. Siedmiomilowych, jeśli nie lepiej! Nowotarski Wojas produkował kiedyś naprawdę wspaniałe obuwie. Przy odrobinie silnej woli, obecnie firmowane tym znakiem buciory, również jednak mogą zanieść człowieka daleko.
Podczas ubiegłego urlopu, to odległe wspomnienie obuwniczej świetności zaniosło mnie najpierw do Sandomierza PRZYSTANEK PIERWSZY. Jak napisałem, do tego pięknego miasta musiałem dotrzeć autobusem, ponieważ kolej zamknęła tam tory. Tak samo więc przyszło mi zatem Sandomierz opuścić. Autokar rozpoczynał swój kurs w Warszawie, gdzie najpierw musiał się zmierzyć z korkami, w Małopolsce miał już zatem ponad godzinę spóźnienia. Później tego raczej nie nadrobił, w Przemyślu pojawiłem się więc już po zmierzchu.
W podobnej scenerii zobaczyłem miasto za pierwszym razem, gdy wysiadłem z pociągu i zamiast miasteczka (w książce, dzięki której starałem się przeprowadzić wtedy pionierskie rozpoznanie, Przemyśl nie prezentował się zbyt okazale), zobaczyłem miasto. Pamiętam, że zagadnąłem wtedy napotkanych na stacji policjantów o miejscowe schronisko PTSM. Gliniarze występowali w dwóch sztukach, jeden był gruby, a drugi chudy. Obaj zrobili wielkie oczy, p-oczym szczuplejszy zapytał bardziej krągłego – PTSM? A co to jest? Bardziej krągły okazał się być również bardziej pojętnym, odpowiedział więc swojemu koledze, że to taki dom dla turystów. Szerokości oraz długości geograficznej, dzięki którym mógłbym te miejsce w przemyskiej przestrzeni zlokalizować, już mi jednak nie podał.
Odwiedzając miasto po latach, tym bardziej więc nie zawracałem sobie głowy podobnymi poszukiwaniami, udałem się pod adres już sprawdzony. Przy okazji złowiłem także kilka nocnych widoków miasta – w sumie, tak jak kiedyś – niespecjalnie ciekawych. Naprawdę warta tego, by zawiesić na niej oko, była chyba tylko dzwonnica rzymskiej katedry, która na zdjęciu na pewno nie robi równie ciekawego wrażenia.

Lubię zaglądać do starych bram. Szczególnie takich ozdobionych starymi napisami.
Ranek, jaki mnie w Przemyślu przywitał, był upalny i szczególny. 17 września, trudno się było obudzić w miejscu bardziej symbolicznym, które czwarty rozbiór Polski podzielił wzdłuż Sanu. Swój aparat fotograficzny zaniosłem więc wtedy najpierw w stronę usadowionego nad rzeką bunkra sowieckiej linii Mołotowa. Zapamiętałem go jako bryłę zaniedbanego betonu, zobaczyłem jednak w formie odnowionej.

W jednej z największych twierdz Europy fortyfikacyjnych pamiątek można znaleźć wiele. Chociażby Bramę Sanocką z czasów CK, na którą można trafić mijając sowiecki bunkier. Podróżując po Polsce szykowałem się do skoku na nowe szlaki Ukrainy, w kraju jednak wziąłem na cel przede wszystkim ścieżki już wcześniej przedeptane. Zajrzałem więc w ten kąt Przemyśla, bo tu pierwszy raz zobaczyłem kiedyś, bardzo wtedy zaniedbane, resztki legendarnej fortecy. Kawałek za nią były natomiast krzaki, w których przed laty, rozbiłem swój pierwszy przemyski obóz. W środku nocy rozłożyłem wtedy po omacku namiot, ograniczając się tylko do jego rozwinięcia. Na podłodze położyłem śpiwór, przykryłem się tropikiem. Szykując sobie spanie w takich okolicznościach, rano człowiek budzi się na ogół obok jakiejś krowiej kupy, bądź wcześniej, wyrywają go ze snu mrówki. Ja miałem warunki idealne, bo trafiłem na dziką plantację mięty. Do dziś jednak ona nie dotrwała, kawałek za bramą forteczną zobaczyłem wędrujące w górę krzesełka wyciągu, tereny obozowe zajęły obiekty sportowe. No cóż – na zdrowie!
Podczas pierwszych wizyt w Przemyślu wpadła mi w oko kamienica na Zasaniu, zamykająca plac, do którego uchodzi droga prowadząca z mostu. Tym razem się na nią nie napatrzyłem, bo kraj był ogarnięty gorączką przedwyborczą, fasada domu zniknęła więc pod wyborczymi szmatami, które zasłoniły widok z wielu jej okien.
Tu scena polityczna zaprezentowała się niemal w całości. Województwo zaznaczone na mapie Polski w jej prawym dolnym rogu zdominowane było jednak przez plakaty kandydatów prawicy – w sumie nihil novi pod karpackim słońcem. W Przemyślu kampania wyborcza atakowała na każdym kroku. Niektórzy parlamentarni kandydaci, nie pamiętam już ich barw klubowych, postanowili zresztą na tym ogniu upiec dwie pieczenie. Jeden przy tej okazji reklamował np. swoją hurtownię dywanów – czyżby latających? Inny natomiast oferował okazyjne wyprzedaże.

O synagodze na Zasaniu (ej, aż się prosi, by temu Zasaniu wtłoczyć w odpowiednie miejsce jedną literkę „r”. Nie będę jednak prosięciem i nie spróbuję tu tego zrobić) czytałem w jakiejś książce, że była ładna. Widziałem tam nawet zdjęcie fresków zdobiących jej wnętrze jeszcze w latach 60. Do niedawna mogłem się założyć, że budynek był tam opisany w czasie przeszłym, miał stać w miejscu obecnej stacji benzynowej. Kiedyś je mijałem, nie zrobiłem jednak zdjęcia, więc teraz postanowiłem ten błąd naprawić. Jakże się zdziwiłem, gdy dotarłem na miejsce i za płotem stacji zobaczyłem... synagogę. Bo przecież tak charakterystyczny budynek nie może być niczym innym! Jaką gapą musiałem być wcześniej, że go nie zauważyłem?!
A oto główna synagoga Przemyśla, budynek w 1910 roku ufundował Mojżesz Scheinbach. Dziś jest tu biblioteka, gdy trafiłem tu przed laty pierwszy raz, nie było nic, teraz jest wystawiona przez Fundację Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego tablica, z której – poza datą budowy i nazwiskiem sponsora – można wyczytać, że w 1939 roku w Przemyślu mieszkało 20 tysięcy Żydów, którzy stanowili 30 procent społeczności miasta.
W przemyskiej dzwonnicy mieści się dziś muzeum dzwonów i fajek. A może raczej fajek i dzwonów, bo często najpierw pali się fajkę, a później inni słyszą bijące dzwony. Podobno ciekawe miejsce, jak można jednak pod taką instytucją ulokować parking? Wielka fajka u stóp wieży staje się wtedy eksponatem przymusowo wciśniętym w krajobraz.
Tym razem nie udało mi się dotrzeć na przemyski kirkut, bardzo zresztą interesujący, bo dowodzący tego, że przemyska społeczność żydowska była silniej niż gdzie indziej zasymilowana. Wspiąłem się jednak na górę cmentarzy wojennych, której nie widziałem podczas poprzednich wizyt w tym mieście. Wlazłem na nią i się zdziwiłem, najpierw pozytywnie, bo idąc wzdłuż cmentarnego płotu, po drugiej jego stronie zobaczyłem jakąś grupę Węgrów. Ładnie śpiewali, ale nie wiem o czym – niech ktoś spróbuje zrozumieć węgierski. Niestety, zanim znalazłem w tym płocie jakąś dziurę i przedostawszy się przez nią na drugą stronę ruszyłem nazad w stronę Madziarów, ich już tam nie było. Zostały po nich jednak kwiaty, które wskazały mi drogę to kwatery CK żołnierzy. Ta składała się głównie z wielkich połaci trawy oraz dość nielicznych krzyży – czarnych i bezimiennych.
Tablica mówi bardzo ładnie o pojednaniu i o odnowieniu cmentarza w 2004 roku dokonanego rękami miasta oraz austriackiego Czarnego Krzyża. Nigdzie jednak nie widać ani jednego nazwiska. To mnie zdziwiło, ale później na Ukrainie, gdzie również trafiłem na kilka podobnych nekropolii, zastałem to samo. Sasza, nasz górski przewodnik mówił zresztą, że przynajmniej we wschodnich Karpatach, cmentarze wojenne są na ogół bezimienne, bo dziś przeważnie nie wiadomo, kto na nich leży.
Nawet po śmierci – porządek musi być. Tu leżą umundurowani poddani cesarza z Berlina. Nie jestem już dziś pewien, ale wydaje mi się, że krzyże za tym murem również były raczej ozdobione liczbami, a nie nazwiskami. Wojskowi, choć uzbrojeni często po zęby, bywają jednak często bardziej ulotni od cywili.
Brama kwatery niemieckiej.
Tu bezimienne krzyże, tam pośmiertny porządek, a zaraz obok tablica i dwa krzyże. Tylko tyle, ku czci 9.000 pochowanych Rosjan. Czy może raczej żołnierzy armii carskiej, bo pewnie nie wszyscy czuli się Rosjanami?
Rosyjską mogiłę odwiedził przede mną ktoś z Wielkiej Brytanii i zostawił na niej krzyżyk z makiem.
Fajna inicjatywa, ale co jest jej motorem? Promocja miasta? Eee, drodzy gimnazjaliści i ich nauczyciele...
Oryginalna odmiana „złego psa”.
Uff, santo subito wizerunek powinien być chyba jednak jakoś prawnie chroniony, by nikt już więcej nie robił mu krzywdy.
Kopuła, jak sama nazwa wskazuje, służy do... No dobra, nieważne. Ta pancerna pamiątka z przemyskich fortów wzięta spoczywa dziś przed przemyskim muzeum, dość nowoczesnym budynkiem, który mi do sąsiadującej z nim starej zabudowy niespecjalnie pasuje. Podobno jednak muzeum ma bardzo bogate zbiory, jednak na podziwianie ich zabrakło mi czasu. Na każde miasto przed wypadem na Ukrainę miałem przeznaczoną niecałą dobę.
A swoją drogą, wydaje mi się, że ta kopuła kiedyś prezentowana była gdzie indziej, jakoś bliżej zamku. Może jednak się mylę? Zresztą co to znaczy, przedmiot ważący kilka ton również może podróżować. Podróże kształcą.

Kiedyś, w krakowskim jeszcze „Przekroju” przeczytałem, że w Przemyślu odsłonięty został pomnik dobrego wojaka Szwejka. Gazeta ozdobiła nawet swój tekst zdjęciem monumentu. Przy najbliższej wizycie w Przemyślu skorzystałem więc z okazji, by ten pomnik znaleźć. Samodzielne poszukiwania nie przyniosły rezultatu, udałem się więc do informacji turystycznej, gdzie usłyszałem, że taki pomnik powstał w Sanoku. Wydało mi się to trochę dziwne, jednak nie załamywałem rąk, Sanok podczas tych podkarpackich peregrynacji również zamierzałem odwiedzić. Bardzo się zresztą z wizyty tam ucieszyłem, to bardzo ładne miasto. Pomnika Szwejka jednak nie znalazłem. Poszedłem więc do informacji turystycznej, by tam szukać pomocy. Na miejscu jednak nieco osłupiałem, bo usłyszałem, że pomnik powstał nie w Sanoku, ale w... Przemyślu.
Tym razem zastałem dobrego wojaka siedzącego na przemyskim rynku, gdzie wcześniej na pewno go nie było. Dziś szwejkowe podobizny można zresztą spotkać we wszystkich historycznych punktach Przemyśla. Wojak stał się wizytówką działającego tu i opiekującego się takimi miejscami stowarzyszenia.

Katedra grekokatolicka. Przed wielu laty stanąłem na jej progu pewnej niedzieli i zostałem za nim na dwie msze. Ikony, śpiewy, kadzidła, do których dokładał się jeszcze zapach drewnianych rusztowań... To była prawdziwa świątynia zapachów! Tym razem jej wrota zastałem zamknięte, mogłem sobie tylko przez szybę popatrzeć na ikonostas.
Przemyski brzeg rzeki nie jest najlepszym miejscem do fotografowania miejskich świątyń. Najciekawiej prezentują się one z Zasania, skąd widać trzy kościoły, jeden nad drugim. Oko obiektywu trzeba jednak kierować na nie przy zachodzie słońca, ja tymczasem po Przemyślu latałem rano. Patrząc na Przemyśl z drugiego brzegu, musiałem więc bardzo mrużyć oczy.

Front katedry zdobi tablica ku czci Jana Pawła II, który przekazał ją grekokatolikom po awanturze wokół przemyskiego karmelu. Hm, dziś patrzę na szambo jakim poznańska prowincja franciszkanów zalewa Toruń i strasznie żałuję, że na rozsądek polskiego papieża liczyć już nie można...
Ulica Katedralna. Nazwa bardzo uzasadniona, stojąc na niej człowiek widzi dwie katedry – unicką i katolicką. Tu, ze schodów tej pierwszej, widać drugą. Nazwa swojego szczególnego znaczenia, nabrała jednak z czasem. Wcześniej przecież grekokatolicy główną świątynię swojej diecezji lokowali nieco wyżej.

Ta sama dzwonnica za dnia, oświetlona słońcem.
Dwa straszne bliźniaki z przemyskiej katedry katolickiej.
Zacny Fredro tu leży... Nie ten, bo pisarz spoczywa w Rudkach pod Lwowem. Zacnych Fredrów osiadła na tej ziemi familia wydała jednak więcej, jeden z przodków hrabiego Aleksandra był nawet przemyskim biskupem.

Józef Sebastian Pelczar, biskup przemyski z początku XX wieku. Ciekawy człowiek, czytałem jego pisma.
Ze specjalną dedykacją dla mistrza Romana Sucha, którego korzenie tkwią zresztą gdzieś na Podkarpaciu. Objadałem się właśnie obiadem, gdy po drugiej stronie placu dworcowego wpadł mi w oko ten napis, a że sztućce były mi równie podręczne jak aparat, odłożyłem te pierwsze i wypaliłem z Cannona. Pod nosem miałem też słynny dziś budynek głównej przemyskiej stacji kolejowej, w połowie września był on jednak jeszcze szczelnie opakowany rusztowaniami. Zeżarłem więc, co miałem zeżreć, w tymczasowej kasie kupiłem bilet i ruszyłem w stronę przystanku numer trzy. Słońce świeciło jak głupie, upał żarł się z nieba. Miło to wspomnieć, szczególnie teraz, gdy świat jest skuty mrozem.