Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prusy Wschodnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prusy Wschodnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 stycznia 2014

Nieme historie


Czasami słyszę głosy... Spokojnie jednak, ich pochodzenie na ogół jest mi znane, zbudowane z krwi i kości, zatem nie ma powodów do niepokoju. Czasami więc słyszę głosy, że wrzucam na stronę zbyt mało zdjęć, a przede wszystkim, sadzę zbyt wiele liter. To chyba dobrze, ponieważ świadczy o tym, że zachowuję należyte proporcje – obrazami zajmuję się amatorsko, z pisania natomiast żyję. Tym razem wyjdę głosom naprzeciw, fotografii, bardzo zresztą ciekawych, będzie dużo, a opisów prawie wcale, z tej prostej przyczyny, że na temat tego co jest na zdjęciach, nic w zasadzie nie wiem.
Kolekcja pochodzi ze zbiorów pana Olgierda Jędrzejewskiego, a jako pierwszy dotarł do niej szanowny Obserwator Toruński, który całą ich serię umieścił na swojej stronie pod tytułem „Skarby Pana Olgierda”. Zainteresował mnie tym ogromnie i właścicielowi mnie zaanonsował, za co jestem mu wielce zobowiązany. Z panem Olgierdem spotkałem się nieco później i w nieco innych, niż sobie wcześniej wyobrażałem, okolicznościach. Biedny człowiek boryka się z problemami zdrowotnymi, a co za tym idzie również finansowymi, część swoich pamiątek musiał zatem sprzedać. Kupiłem to co toruńskie, natomiast piękne zdjęcia morskie, które pojawią się w następnej części, skopiowałem. Problemy pana Olgierda się nie skończyły, zatem gdyby ktoś zainteresowany chciał fotografie z życia marynarzy Polskiej Marynarki Wojennej na przełomie lat 20. i 30. nabyć, służę pomocą.
Jak już wspomniałem, okręty na Piątą stronę wypłyną niebawem, w pierwszym rzucie wrzucam natomiast zdjęcia z Torunia. Wszystkie dotyczą intendentury VIII Dowództwa Okręgu Korpusu i zapewne również powstały pod koniec lat 20. Są jedną wielką tajemnicą, pan Olgierd w zasadzie nic nie jest w stanie o nich powiedzieć, a że poza jednym wyjątkiem nie są opisane, trudno zmusić je do mówienia. Na dodatek, ja nie mam bladego pojęcia o organizacji przedwojennego toruńskiego garnizonu, zatem opieram się tylko na tym, czego się dowiedziałem od ludzi bardziej światłych, lub wyczytałem w stosownym rozdziale „Księgi pamiątkowej dziesięciolecia Pomorza 1920-1930”.
Na początek zatem coś, czego jestem pewien, czyli brama Zakładów Mundurowych, które mieściły się w koszarach Żymirskiego, czyli Przyczółku Mostowym. Dziś jest to wejście do fabryki serów i wygląda nieco inaczej.
Ciekawe zdjęcie ma równie interesujące towarzystwo. Tu widzimy wnętrze Przyczółka, a za jego murem bardzo okazale prezentuje się Dworzec Główny, wtedy nazywany Toruniem Przedmieście. Tego może jednak lepiej nie przypominać, ponieważ obecne władze miasta nie są dla przedmieść łaskawe. Jako główna, stacja ma przed sobą lepsze perspektywy, lada moment ma się zacząć jej gruntowny remont.
Dalej w tle także widoczne są tory, na pierwszym planie można jednak zobaczyć przyczółkowe budynki, które – jak mi powiedział Adam Kowalkowski (sam niestety jeszcze nigdy na terenie przyczółka nie byłem), już nie istnieją. Takie ładne kawałki „pruskiego muru”... Toruń w kratkę, jak budowle szachulcowe nazwał na swoim blogu Jarek Jaworski, choć są wizytówką miasta, mają się obecnie jeszcze gorzej niż jego przedmieścia.
 Tu się w zasadzie kończą pewniki i zaczyna historia zupełnie niema. Portrety ludzi związanych ponad 80 lat temu z toruńską intendenturą, z których bardzo bym chciał wycisnąć wiele informacji – ludzkie opowieści są przecież najbardziej zajmujące, lecz zrobić tego nie mogę, ponieważ pięknie uwiecznione postacie i ich potomkowie, uparcie milczą. Z dwoma małymi wyjątkami, oto pierwszy z nich. Wspomniany wcześniej Adam Kowalkowski, chodząca encyklopedia przedwojennego Torunia, tłumaczył mi swego czasu, gdzie znajdowała się siedziba władz intendentury VIII DOK i w jakich obiektach rozlokowały się jej poszczególne warsztaty. Jestem pod tym względem mniej rozgarnięty, zatem chyba wszystkiego należycie nie przyswoiłem. Główne gniazdo miało się jednak mieścić na Rudaku, zakłady mundurowe zajmowały pomieszczenia Przyczółka Mostowego, a gdzie pracował ten pan? To bardzo ważny człowiek, Alojzy Jędrzejewski, dziadek pana Olgierda. Jego zdjęcie, jako jedyne w toruńskiej części kolekcji jest podpisane. Dzięki temu wiemy kto to i kiedy dał się uwiecznić. 
Tego zdjęcia, jako rodzinnej pamiątki, pan Olgierd mi nie sprzedał. Pozwolił jednak na chwilę pożyczyć, zekanować i wykorzystać. Odbiłem zatem obie istotne strony fotografii.

W dwóch przypadkach uwiecznioną postać udało się rozpoznać, co do tożsamości dwóch kolejnych snuję domysły. Przeczytałem poświęcony intendenturze rozdział w „Księdze pamiątkowej dziesięciolecia Pomorza” wydrukowanej zresztą w Toruniu czcionkami Pomorskiej Drukarni Rolniczej SA przy ul. Bydgoskiej 56. Adres ten budzi dziś w mieście ogromne emocje, kamienica, na której zapleczu znajdowała się drukarnia, a później także redakcja depeszowa „Nowości”, ma być lada moment zburzona. W jej miejscu ma powstać bardzo kontrowersyjny nowy blok, przed którym jednak inwestor odtworzy fasadę pierwotnego domu. Projekt doczekał się już uznania na stronie Polisz Arkitekczer, dokąd trafiają architektoniczne potwory z całego kraju. Zasługuje na kilka słów więcej, więc niebawem na Bydgoską wrócę, tymczasem jednak ucinam dygresję pochylając się znów nad starymi zdjęciami.
Księga opisuje przedwojenne początki intendentury, wspomina, że podwaliny dla toruńskiego oddziału położył już w listopadzie 1919 roku podpułkownik Krzyżagórski. Dalej autor opracowania, porucznik Józef Wroński, skupia się na ogromnych kłopotach pierwszych lat, oraz na szkolnictwie. Kuźnia przyszłych kadr tak bardzo go pochłonęła, że o tym na przykład, gdzie znajdowała się kuźnia właściwa, w ogóle nie wspomina. Pisze jednak, że w 1927 roku szefem toruńskiej intendentury został kapitan Jan Więcek. Zdjęcia z rodzinnego albumu pana Olgierda są zapewne nieco starsze, bo pochodzą pewnie z 1925 roku, Więcek jest jednak pierwszym wspomnianym w 1930 roku kapitanem, jaki został tu szefem. Przed nim kierownicze stanowiska pełniły wyższe szarże. Być może zatem to on? Na pewno jest kapitanem, a kierowniczy majestat  bije z każdego cala jego osoby.
Być może też pochylający się nad nim porucznik jest Józefem Wrońskim. Może, bo to wszystko to tylko moje domysły, w których zgrzyta fakt, że zdobyte informacje datowane są na 1927 rok, tymczasem zdjęcia pochodzą najprawdopodobniej z roku 1925. 
A to mój drugi pewniak. Wkurzony tym, że fotki są tak ciekawe, ale tak bardzo nie chcą mi nic o sobie powiedzieć, opublikowałem kilka z nich w gazecie. Nie robiłem sobie specjalnie nadziei, ale się nie zawiodłem. Jedna z czytelniczek „Nowości” rozpoznała swojego ojca. Wincenty Lewandowski, który jak widać naprawiał maszyny, urodził się w 1903 roku w Wielkopolsce.
Techniczne uzdolnienia rozwijał m.in. w warsztacie Katafiasa przy Rynku Nowomiejskim. Niezwykłe miejsce, gdzie nie tylko reperowano rowery, ale także samochody, swego czasu wyczerpująco opisał na kartach „Albumu rodzinnego” mojej gazety, mistrz Roman Such. W Toruniu wciąż jeszcze żyją potomkowie legendarnego – proszę mi uwierzyć na słowo, przeglądam stare gazety, więc wiem, co piszę, przedsiębiorcy. Reklama, jaką widać poniżej, jest jedną z wielu opublikowanych na łamach „Gazety Toruńskiej”. Ukazała się w marcu 1906 roku, jest więc w niej mowa o rowerach, zwanych wtedy powszechnie kołowcami, nie ma jednak jeszcze słowa o samochodach. Pierwsze auto pojawiło się na ulicach Torunia raptem rok wcześniej.
Miałem oszczędzać słowa, tymczasem plotę jak najęty. Dalej będę jednak grzecznie milczał, bo też reszta zdjęć jest niestety dla mnie milczeniem. Tabula rasa. Znam pana marszałka z portretu, jego krewna, pani Piłsudska, mieszkała zresztą w Pasłęku niedaleko domu moich dziadków. Jeszcze ją pamiętam. Podoficer siedzący przy na portretowym tle przy biurku zastawionym ciekawymi urządzeniami, jest mi już jednak całkowicie obcy.
 O rozdzielających korespondencję paniach już nawet nie wspomnę.
Podobnie, jak i o siedzibach poszczególnych warsztatów.
Warsztat rymarzy. Ten, zdaniem Adama Kowalkowskiego, mógł znajdować się w którymś z pomieszczeń fortecznych sąsiadujących z obecnym rondem Pokoju Toruńskiego na pograniczu Mokrego i Jakubskiego Przedmieścia. Jak już wspomniałem, struktura przedwojennego miejscowego garnizonu jest mi całkowicie obca, jednak to wydaje się mieć ręce i nogi. W „Księdze pamiątkowej Pomorza”, w rozdziale na temat intendentury, jest zdjęcie całego zespołu zrobione na tle sali z zegarem w zajmowanym dziś przez X LO dawnym kompleksie koszarowym przy ulicy Dobrzyńskiej, jeden swój koniec opierającej o wspomniane rondo.
Swoją drogą szkoła jest od Dobrzyńskiej odgrodzona pięknym parkanem z cegieł i misternie powyginanych metalowych prętów pochodzących jeszcze sprzed 1920 roku. Do niedawna były tam również rozłożyste drzewa, jednak, jak większość starych i okazałych drzew w Toruniu, rośliny zostały wycięte. Zajmująca się tym ekipa uszkodziła przy okazji spory kawałek historycznego parkanu, co i tak od dawna był w opłakanym stanie. Z roku na rok ten  stan się tylko pogarsza, a wyczyny panów wywijających mechanicznymi piłami tylko pogorszyły sytuację. Obok tego ogrodzenia chodzę niemal każdego dnia, byłem więc świadkiem wycinki, zauważyłem ubytek, fragment wywalonego muru przez kilka dni leżał zresztą obok miejsca, z którego wyleciał. Później jednak zniknął, a szczerba pozostała. Dałem znać miejskim konserwatorom zabytków, nic się jednak nie zmieniło. Nieśmiało wspomniałem o tym na łamach gazety w rubryce interwencyjnej. Bez skutku. Zwracam się zatem z bardzo otwartą prośbą do dyrektora Andrzeja Drozdowskiego. Zdaję sobie sprawę z tego, że ma Pan teraz na głowie inne problemy, zabiegam jednak bardzo o poprawę stanu kombinacji tworzących ogrodzenie cegieł, ponieważ pojawiły się one na długo przed tym zanim Pan i ja zaczęliśmy przemierzać ulice Torunia i powinny stać nadal także wtedy, gdy obu nas już zabraknie.
 Jeszcze jedna fotka, a na niej nieznany pan cywil i równie obcy pan wojskowy.
Na koniec zdjęcie prawie całej oglądanej wcześniej w poszczególnych odsłonach ekipy. Gdzieś w Toruniu, jednak w miejscu mi całkowicie nieznanym. Może ktoś na te miejsca oraz twarze pojawiających się w nich ludzi, rzuci choć odrobinę blasku oświaty kaganka? Bardzo na to liczę, a niebawem wezmę się za wrzucanie zdjęć morskich i będę przy tym milczał jak grób, pozostając w tych sprawach zielony jak ogórek na wiosnę.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Kriegerdenkmal


Niebawem znów będę musiał wyjechać z „Piątą stroną” za granicę, trzeba rozliczyć się z jesiennej wyprawy do Obwodu Kaliningradzkiego. Mam nadzieję, że nie utknę tam na tak długo, jak zakopałem się w Berlinie. W stolicy Prus Wschodnich i jej okolicach spędziłem niecałe trzy dni, przywiozłem też stamtąd 500 zdjęć mniej niż ze stolicy Niemiec, ale... Dolina Pregoły jest bagnista i bardzo wciąga. Poza tym to odcięty granicą kawałek bardzo mi bliskiego regionu, w którym spędziłem piękne dzieciństwo. Wyprawę zapowiadam, tymczasem zaś staram się przed nią nieco dokształcić i zapraszam do swojego kąta Prus Wschodnich.
Ten wstęp nie jest przypadkowy. Jesienią jadąc z Wystrucia do Gąbina, byliśmy świadkami ponownego odsłonięcia założonego w międzywojniu cmentarza wojennego, na którym spoczywają żołnierze obu stron toczonych tam w 1915 roku bojów. Zdaje się, że uroczystość, w której braliśmy udział, nie była odosobnionym przypadkiem troski Rosjan o podobne pamiątki przeszłości. Kręciłem się po wysprzątanej łące, wokół stojącego w jej centrum pomnika i było mi cholernie wstyd. Pod Pasłękiem, niedaleko domu moich dziadków, znajdowało się podobne pole, z którym ludzie obeszli się jednak zupełnie inaczej.
Cmentarz w Pólku został założony podczas I wojny światowej przy znajdującym się w sąsiednim Krośnie obozie jenieckim. Do jego baraków trafiło prawie 15 tysięcy osób, głównie jeńców z armii rosyjskiej, znaleźli się tam jednak również Francuzi, Anglicy i Rumuni. Pierwszy raz, na teren cmentarza, dotarłem jakoś na początku 1988 roku, już z daleka było widać, co tu się znajduje, dzięki równym szpalerom drzew posadzonych przez Niemców w latach 20. Za zaporą krzaków znalazłem wysoki ceglany pomnik z tablicą spisaną po niemiecku i rosyjsku. Obok niego leżały jeszcze dwa z czterech kamiennych słupków, na których kiedyś opierał się otaczający pomnik łańcuch (poznałem po śladach rdzy i jakichś jego smętnych resztkach). Na cmentarzu, poza wykopami – pamiątkami działalności jakichś okradających groby kretynów – trafiłem na dwie tablice nagrobne. Tylko jedna była czytelna, wśród bodajże 10 nazwisk znalazłem kilka ewidentnie polskich. W sumie na tym cmentarzu pochowano ponad tysiąc osób.
Grzebiąc w starych toruńskich gazetach wiele razy wpadałem na wzmianki z mojego Pasłęka, przez „Gazetę Toruńską” tytułowanego Holądem (po niemiecku miasto nazywało się Preußisch Holland), były to jednak same drobnostki. Ani tymczasem, na łamach niemieckiej „Thorner Zeitung”, udało się znaleźć prawdziwą perłę: relację z odsłonięcia pomnika na cmentarzu przy obozie jenieckim. Tego samego, który ukazał się moim oczom 25 lat temu, a który dziś... no, o tym za chwilę.
Pasłęk. Pomnik zmarłych rosyjskich jeńców wojennych. Poświęcenie pomnika na cmentarzu, który został założony dla zmarłych rosyjskich jeńców w pobliżu obozu jenieckiego, nastąpiło w Święto Zmarłych. Delegacje jeńców i rosyjski personel sanitarny zaciągnęły wartę przed pomnikiem. Na uroczystości pojawił się korpus oficerski obozu jenieckiego, rosyjski duchowny, który sprawuje duchową posługę wobec jeńców, katolicki proboszcz Austen i superintendent Graf, któremu powierzono duchową posługę wobec jeńców ewangelickich. Przy małym ołtarzu ozdobionym rosyjskim krzyżem grecko-katolicki duchowny odmówił przepisowe modlitwy, a utworzony z jeńców chór wykonał liturgiczne śpiewy. Następnie duchowny wygłosił mowę po rosyjsku. Potem proboszcz Austen wygłosił mowę po niemiecku. Superintendent Graf wskazał na znaczenie pomnika.
„Thorner Zeitung”, 5 grudnia 1916 roku.

To może zabrzmieć jak tani sentymentalny chwyt, proszę mi wybaczyć, jednak po otrzymaniu tej notatki zacząłem szperać w internecie i znalazłem zdjęcie z opisanej uroczystości. Nawet niektórzy z wymienionych dostojników są tu oznaczeni i podpisani! Niestety, nie wiem gdzie ta fotografia była wyesponowana, bo mocno poruszony, zapisałem ją sobie nie odnotowując źródła. Szukałem później, ale bez skutku, właściciela bardzo zatem przepraszam, że mu ten skarb ukradłem. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarza, jednak tekst, obraz i przede wszystkim, miejsce, mają dla mnie ogromne znaczenie.
Wspominałem o resztkach podpasłęckiego cmentarza, jakie zastałem w 1988 roku. O tym, jak się on prezentuje na zdjęciach z lat międzywojennych, które widziałem, wspominał nie będę, bo mi brakuje słów. Pisałem też o wstydzie... Ostatni raz Pasłęk odwiedziłem kilka lat temu, szczegółowo to zresztą na stronie opisując. Przymykając oczy minąłem wtedy dom dziadków - bardzo strasznie się tam wszystko zmieniło, przeleciałem przez wąwozy, które w dzieciństwie dostarczyły mi wrażeń porównywalnych pewnie z tym, czego doświadczył Kolumb odkrywając zakamarki Ameryki. Przeskoczyłem szosę i... nie mogłem zlokalizować cmentarza.
Kiedy byłem mały dziwiło mnie, że takie miejsce można było tak bardzo rozwalić. Dlaczego? Bo to poniemieckie? To jeszcze mógłbym zrozumieć, na efekty podobnego myślenia, lub bezmyślności raczej, się napatrzyłem. Cmentarz nie był przecież niemiecki, spoczywają tam m.in. Polacy. Jakże to tak, Niemcy ich pamięć uszanowali, a „swoi” zniszczyli?
Widok sprzed 25 lat można było próbować usprawiedliwić kilkoma dziesiątkami lat komuny. Nie wiem jednak, jaki diabeł wstąpił w ludzi później. W 1988 roku pod Pólkiem znalazłem cmentarz zdewastowany, ale jednak czytelny, chociażby dzięki zasadzonej przez Niemców zieleni. W czerwcu roku 2010 na cmentarz szedłem po omacku, bo nawet drzewa zostały tam zdemolowane.
To, że w tym bajzlu znalazłem resztki pomnika można chyba uznać za cud. Przypomnę, że wystawiony w 1916 roku, A.D. 1988 stał jeszcze cały. Później przez jakiś czas też, bo w „Gazecie Pasłęckiej” wyczytałem, że znajdująca się na nim tablica została przeniesiona do muzeum.
Obrazy zniszczenia pochodzą sprzed ponad trzech lat. Zdaje się, że przez ten czas kogoś wreszcie ruszyło sumienie, w sieci znalazłem w każdym razie wzmiankę o porządkach. W tekście można też znaleźć informacje na temat obozu z I wojny (jeńcy trafili w okolice Pasłęka również po 1939 roku) i jego zdjęcie.
Nie wiem, jak cmentarz pod Pasłękiem wygląda teraz. Jakoś nie chce mi się jednak wierzyć, by kiedykolwiek zapamiętany przeze mnie pomnik został odbudowany. Dobrze, że przynajmniej krzaki zostały wykarczowane. Tymczasem, stojąc na cmentarnym polu pod Gąbinem, stolicy najbardziej wschodniej rejencji Prus Wschodnich, o dziś Gusiewem w Obwodzie Kaliningradzkim, bardzo się wstydziłem. Rosjanie o takich cmentarzach pamiętają, a ile wojennych nekropolii rozsianych gęsto po polskiej stronie granicy wygląda dziś tak jak ten „mój” cmentarz pod Pasłękiem, lub jeszcze gorzej?

sobota, 14 grudnia 2013

Toruń skrzydlaty, lub też propelery w piasku


Dmuchawce, latawce, wiatr... Oj, długo będzie mi się tłukła po głowie ta piosenka, przy akompaniamencie warkotu lotniczego silnika.
Żadna z wrzucanych tu historii nie czekała na swoją premierę tak długo, początki toruńskiego lotnictwa chodzą mi po głowie od dobrych dwóch lat. Wiedziałem, że nasze lotnisko zostało otwarte w 1913 roku, ale choć pilnie szukałem, nigdzie nie mogłem znaleźć szczegółowych informacji na ten temat. Odpowiedzi na liczne nurtujące mnie pytania nie doszukałem się nawet na bardzo ciekawej, jubileuszowej wystawie przygotowanej latem tego roku przez Muzeum Okręgowe w Toruniu z okazji stulecia lotniska. Bombardowałem wyszukiwarkę Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej różnymi słowami, o których myślałem, że będą w tej sprawie kluczowe, nie przyszło mi jednak do głowy, aby polować na „wojskowe stacye dla żeglugi napowietrznej”, jak przed wiekiem nazywano lotniska, czy też latawce (stąd piosenka), bądź jedno- i dwupłaszczyznowce, jak często nazywano wtedy samoloty. Załamany, zacząłem przekopywać archiwalne wydania „Gazety Toruńskiej” numer po numerze, z wielką korzyścią zresztą dla spraw innych, bo wydobyłem dzięki temu masę innych ciekawych informacji. Ślady pierwszych popisów lotników nad Toruniem też znalazłem.
A wszystko to zaczęło się tak łatwo i niewinnie... Jak to zwykle w tej sytuacji bywa, tropiąc coś innego, trafiłem na wzmiankę o początkach toruńskiej aeronautyki. To dzięki balonom właśnie Toruń uczynił swój pierwszy krok w chmurach, pękate kule i wrzeciona pojawiły się na naszym niebie zanim jeszcze na horyzoncie zaczęły majaczyć samoloty. Stosownie wcześniej również Toruń doczekał się balonowego zaplecza.
„Balon wojskowy M 1 zwieziono wczoraj w czwartek do Torunia – pisała „Gazeta Toruńska” 11 września 1911 roku. - Statek napowietrzny spakowany w czterech wagonach kolejowych pozostanie na dworcu Toruń Północ aż do piątku, 15 bm., do którego to dnia hala balonowa i wszelkie przygotowania mają być ukończone. Niebawem rozpoczną się też jego wzloty”.
Widoczna niżej, na zdjęciu z 1913 roku hala balonowa była jednym z dwóch tego typu obiektów wzniesionych w obrębie toruńskiej twierdzy. Drugi – hala sterowcowa – powstał na Podgórzu, który był wtedy jeszcze samodzielnym miastem. O tym porcie niestety nic nie wiem, nie mam też zdjęcia, zainteresowanym polecał łowy w internecie.
Budowla na Bielanach została rozebrana w latach 50. XX wieku. Przed wojną znajdowała się tu kuźnia polskich balonowych talentów, które do 1939 roku sięgały po najważniejsze aeronautyczne światowe trofea.
Bardzo interesujące zdjęcie wnętrza hali balonowej, wraz z jej – najprawdopodobniej obsługą – sprzed 1920 roku dostałem kiedyś od profesor Magdaleny Niedzielskiej. Pozwoliłem sobie nim ozdobić ostatnie wydanie swojej strony w „Nowościach”.
Co zaś działo się dalej w 1911 roku? Wygląda na to, że balon M 1, upchnięty w wagonach stojących na bocznicy przy opuszczonym i zapomnianym dziś Dworcu Północnym, który przypominam przy pomocy archiwalnej fotografii z czasów jego otwarcia w 1910 roku, nie czekał długo na okazję, by zaprezentować się w całej swojej okazałości.
„Wzloty balonu M 1 rozpoczną się prawdopodobnie dziś we wtorek po południu – informowała „Gazeta Toruńska” 13 września A.D. 1913. – Hala balonowa jest już tak dalece przygotowaną. Prace nad jej ukończeniem potrwają jeszcze kilka tygodni”.
POST SCRIPTUM Dworzec na zdjęciu jednak nie jest Dworcem Północnym, ale stacją w Czarnowie. Więcej o tym tutaj.

Z tamtej wyprawy w przeszłość wyniosłem jeszcze jeden ciekawy szczegół dotyczący balonowego zaplecza, a konkretnie ulicy oddanej do użytku w sierpniu 1911 roku.
„Prace nad budową portu wojskowego dla żeglugi napowietrznej, mianowicie główna ulica prowadząca tam, ukończoną ma być najpóźniej do 15 sierpnia. W tym czasie ma nadejść przeznaczony dla Torunia balon”.
Notka ta pojawiła się w wydawanym w Toruniu polskim dzienniku 10 sierpnia. Opisywanej w niej główną drogą była ulica Balonowa, dziś jedyna w Toruniu pamiątka niezwykle bogatej historii. No, poza ulicą, są jeszcze resztki toru prowadzącego do hali, w której miejscu (hali, nie bocznicy) dobiega właśnie końca budowa sali widowiskowo-sportowej. Tor jest ślepy, zarośnięty i mało kto w jego okolice zagląda. O stanie jego zachowania oraz zapomnienia, można się przekonać zerkając na zdjęcia, jakie zrobiłem kilka lat temu pisząc o początkach linii kolejowej do Czarnowa.
Śladów dawnej balonowej chwały mieliśmy w Toruniu więcej. W 1937 roku, w parku na Bydgoskim, odsłonięty został pomnik poległych aeronautów, podobno był to najpiękniejszy pomnik przedwojennego Torunia. Był, bo niestety, został zniszczony przez Niemców podczas okupacji i nigdy go już nie odbudowano. Monument być może wróci, kiedy Unia Europejska znów pozwoli skorzystać ze swojego skarbca – magistrat ma w każdym razie takie plany. W tej chwili są one dość ogólne, ale na pewno będę gorąco kibicował temu, aby nabrały wyrazu.
Z balonami poszło łatwo, zacząłem więc zbierać zdjęcia do lotniczej opowieści pewny, że ślady pierwszych samolotów również odnajdę bez problemu. Jak już wspomniałem, srodze się przy tym zawiodłem i polując na aeroplany, musiałem przesiewać wszystko, czym w 1913 roku żyło miasto i okolica. Czasami dość odległa, w jednym z archiwalnych numerów „Gazety Toruńskiej” znalazłem na przykład informację o tym, że Poznań doczekał się nowej atrakcji, dwóch koziołków na ratuszowej wieży, które co jakiś czas robią sobie – jakby to można było językiem obecnej młodzieży powiedzieć – ustawkę. Szukałem zatem i szukałem, a na pierwszy trop (nie miałem pojęcia, kiedy konkretnie w tym 1913 roku z lotniska wzbił się pierwszy samolot) trafiłem oczywiście zupełnie przypadkiem rozglądając się wśród starych gazet za czymś zupełnie innym.
„Wojskowe porty dla żeglugi napowietrznej. Jak wiadomo, w ostatnim czasie urządzono w na wschodniej granicy Prus trzy porty dla wojskowych balonów i latawców, i to w Toruniu, Królewcu i Poznaniu. Oficyalne oddanie do użytku tych stacyi dla żeglugi napowietrznej nastąpić ma w dniu 15 lutego r.b. Ponieważ we wszystkich trzech miejscowościach mają być przygotowani oficyerowie do służby lotniczej, dlatego odkomenderowano z Dőberitz do tych trzech miast po dwóch oficerów lotników”.
Stacye dla żeglugi napowietrznej... Nigdy bym na to nie wpadł! Wiadomość ta ukazała się na początku stycznia i zapowiadała konkrety w połowie lutego. Z miejsca więc tam poleciałem i... nic nie znalazłem. Wertowanie prasy sprzed lat jest naprawdę pasjonującym zajęciem. Każdy kolejny numer kusi wizją ukrytych w nim skarbów, tym silniejszą, że w wielu archiwalnych wydaniach te skarby się rzeczywiście znajdują. Zabawa przypomina jednak czasami walenie głową w mur. Marudzę z tego powodu już któryś raz, jakby to jakaś martyrologia była, ale nic z tych rzeczy. Zacząłem czesać gazetę numer po numerze, odnajdując przy okazji kolejnych szpiegów, decyzję o budowie Garbatego Mostka i wiele innych ciekawych rzeczy. Na ślad pierwszych lotników natrafiłem w maju. Tak jak to wcześniej z balonami było, pierwszy samolot, razem z balonem zresztą, przyjechał do Torunia koleją. Pierwszy lotniczy krok w chmurach „Gazeta Toruńska” opisała w niedzielę, 18 maja.
"Lotnicy wojskowi w Toruniu. Prócz latawca, o którym donosiliśmy, zwieziono do Torunia także jeden dwupłaszczyznowiec. Latawce umieszczone są na placu dla ćwiczeń wojskowych pod Barbarką i znajdować się będą w Toruniu tylko przez lato podczas ćwiczeń artyleryi w strzelaniu. Pierwszego wzlotu dokonał porucznik Dotten. Podczas lądowania wpadł latawiec w piaszczystą dolinę i propelerami wbił się w piasek. Latawiec uległ nieznacznemu uszkodzeniu, lotnikowi nic się nie stało".
Propelerami wbił się w piasek... Uwielbiam język dawnej prasy! Jak widać, stan lotniska pozostawiał wtedy sporo do życzenia. Nieco inaczej rzecz się miała w połowie sierpnia 1917 roku, kiedy to na lotnisku pojawiły się słonie z cyrku Hagenbecka. Wtedy w każdym razie, na Bielanach była już w każdym razie kantyna. Niezwykłą historię zwierząt, które pomagały ludziom wyciągnąć niezwykle ciężki głaz, opisywałem już w „Nalocie słoni na toruńskie lotnisko”. Wykorzystałem tam również prezentowane obecnie zdjęcie, do jednego i drugiego sięgam jednak ponownie, ponieważ obrazków z początków naszego lotniska nie zachowało się wiele, a poza tym, w sprawie przygody ze słoniami, udało mi się niedawno odsłonić kilka ciekawostek. Podzielę się nimi na końcu.
Pierwszy toruński lotnik miał twarde lądowanie. Kim był? W gazetowych relacjach jego nazwisko pojawia się jeszcze kilka razy, w doniesieniach z manewrów, jakie odbywały się w mieście w drugiej połowie 1913 roku. To dzięki nim właśnie do Torunia przylecieć miały pierwsze samoloty.
Bohater pojawi się na scenie za chwilę, tymczasem warto by było przyjrzeć się temu, jak podniebne akrobacje odbierali nasi przodkowie, a patrzyli się oni w górę z rozdziawionymi paszczami.
„Latawce ponad Toruniem. Latawce wojskowe, o których już wspominaliśmy, codziennie od wczesnego rana szybują w powietrzu nad Toruniem i okolicą. Mieszkańcy z zainteresowaniem śledzą ruchy swobodnie w powietrzu unoszących się aeroplanów, a gawiedź uliczna wita je okrzykami”.
Wspominając go na początku, „Gazeta Toruńska”, która też na swoich lamach zamieściła w czwartek 22 maja cytowaną wyżej wiadomość, zrobiła błąd w nazwisku, jaki później poprawiła. Nie Dotten, lecz Detten, a konkretnie, Günther von Detten, jeden z zapowiedzianych w styczniu instruktorów, który przybył do Torunia, by szkolić miejscowych zdobywców przestworzy. Pierwszy pilot na pewno nie był miejscowy. Posiłkując się informacjami zamieszczonymi w lokalnej prasie, wygrzebałem go w sieci. Człowiek sporo się u nas nalatał, bo też manewry prowadzone były z ogromnym rozmachem.
„Latawcem z Torunia do Mecu. Podczas odbywających się obecnie ćwiczeń otrzymali lotnicy wojskowi nakaz udania się w ważnej sprawie drogą napowietrzną z Torunia do Mecu. Nedporucznik Detten z porucznikiem Pickertem jako obserwatorem, wzbili się wczoraj po południu w powietrze o godz. 5 minut 45 na jednopłaszczyznowcu. W niespełna godzinę wylądowali szczęśliwie w Poznaniu, a o godz. 8 minut 45 przybyli do Berlina. Dla zapadającego zmroku w dalszą drogę udali się dopiero nad ranem”.
Lotniczy rajd przez niemal całe ówczesne Niemcy? Czemu nie. Zlecenie dowództwa, niestety, nie zostało wykonane.
„Wypadek lotnika. Donosiliśmy już o tem, że na rozkaz władzy lotnik wojskowy nadporucznik Detten z 161 pułku piechoty udać się miał na latawcu z Torunia do Mecu. Podróż wraz z pasażerem odbył szczęśliwie aż do Hildesheimu. Tutaj za miastem latawiec zahaczył się o drzewo, przewrócił się i spadł. Na szczęście lotnikom nic się nie stało, lecz aeroplan zupełnemu uległ zdruzgotaniu”.
Hildesheim, pod którym rozbił się von Detten znajduje się w Dolnej Saksonii. Jak już wspominałem, skutecznie udało mi się ślad tego człowieka odnaleźć. Urodził się w 1879 roku w Wesel, służył początkowo we wspomnianym przez „GT” 161 (reńskim) pułku piechoty, m.in. w niemieckiej Afryce. Zginął, już jako kapitan, w 1916 roku nad Francją niedaleko Verdun. 21 czerwca.
21 czerwca? W swój lot z Torunia do Metzu, von Detten wyruszył 21 czerwca 1913 roku, czyli równo trzy lata przed swoją śmiercią. W internecie wykopałem jego zdjęcie. Dowiedziałem się też, że był zięciem malarza Franza von Lenbacha, słynnego portrecisty Bismarcka.
Fotografie z bardzo dawnych lat już mi się skończyły. Z konieczności muszę zatem dać ilustrację nieco młodszą, oto toruńskie lotnisko w czasach II RP.
Manewry z lata 1913 roku miały bardzo szeroki zasięg. Czasami dużo szerszy, niż dowódcy, wysyłający swoich lotników na drugi koniec kraju, zamierzali.
„Toruński balon wojskowy w Rosyi. We wtorek wieczorem wzbił się w powietrze wojskowy balon bez sterowania „Gronau” pod kierownictwem nadporucznika Böhnera z dwoma jeszcze pasażerami, porucznikami Afheldtem i Schmidtem – donosiła „Gazeta Toruńska” w sobotę, 21 czerwca. - Balon zaginął bez śladu i dopiero wczoraj nadeszła wiadomość, że wylądował po stronie granicy rosyjskiej. Po załatwieniu zwykłych w tym przypadku formalności, władza rosyjska balon wydała i aeronautom wojskowym zezwolono wrócić do Prus”.
Bardzo jestem ciekaw, co to były za zwykłe w tym przypadku procedury. Uczestnicy zorganizowanej przez „Nowości” wakacyjnej wycieczki szlakiem dawnej granicy między zaborami po Lubiczu, przekonali się o tym, że w 1913 roku rosyjscy pogranicznicy witali nadlatujące od pruskiej strony balony ołowiem. To, jakie sławy siedziały w ostrzeliwanym koszu, nie miało znaczenia. Relacja z wyprawy znajduje się tutaj, a burzliwy, lecz zupełnie dziś nieznany obraz życia na granicy pięknie i ciekawie niebawem odmaluje Ania, jeśli nie na swojej stronie, to na pewno w wydanym doktoracie.
Sto lat temu nad Toruniem ruch panował duży. Ludzie witali samodzielnie szybujące aeroplany okrzykami, balony naruszały granicę... W tym stadzie nie zabrakło również sterowca.
„Zeppelin nad Toruniem. Wczoraj w południe około godz. 1 szybował nad miastem naszem statek napowietrzny Z1, który przybył z Królewca i bez wylądowania wrócił z powrotem na miejsce swojego pobytu”.
W ten sposób obecność Zeppelina nad Toruniem odnotowała polska prasa w piątek, 25 lipca. Hmm, znów Królewiec pojawił się na horyzoncie? Niebawem będę więc musiał znów rozstać się z Toruniem, by podzielić się wrażeniami z jesiennej wizyty stolicy Prus Wschodnich. Na to przyjdzie czas, teraz zaś wrzucam zdjęcie, którego podpis mówi o sterowcu nad Barbarką. Czy to jest wspomniany Z1? Nie wiem i zapewne nigdy się tego nie dowiem.
No proszę, wydawało mi się, że nie starczy mi ilustracji do zobrazowania tej historii, powyciągałem więc swoje niezbyt udane fotografie toruńskiego lotniska sprzed dwóch lat. Tymczasem podzieliłem się już w zasadzie wszystkimi swoimi odkryciami z przeszłości. Z czasów, kiedy nasze lotnisko było jednym z trzech założonych na wschodniej granicy Prus, a później, choć służyło wojsku, było jednym z najważniejszych w przedwojennej Polsce.
Dziś po dawnej chwale zostało tylko wspomnienie. Pas startowy służy głównie aeroklubowi, lub strażackim dromaderom. Obok, jak widać na załączonym obrazku, pasą się potomkowie Pegaza. Aeroklub Pomorski kronikę swych dziejów również ma jednak bardzo opasłą i ciekawie zapisaną.
Zanim się ostatecznie pożegnam, dorzucę jeszcze jednak kolejne lotnicze wspomnienie manewrów z 1913 roku. Interesujący opis samolotowej podróży znad Szprewy nad Wisłę.
„We wtorek o godz. 4 min. 20 wyruszył z Berlina na samolocie lotnik Ladewik z pasażerem, synem ministra wojny Falkenhagena do Torunia, gdzie wylądował o godz. 7 minut 32. Przestrzeń, wynoszącą między Berlinem a Toruniem 320 kilometrów, odbył on w przeciągu trzech godzin i 12 minut”.
Imponujący wynik! Z czerwca 1913 roku wzięty. Dziś w zasadzie z Torunia do Berlina szybciej by się dało dotrzeć autostradą, jednak wcześniej trzeba by było ją na tym dystansie zbudować...
Za pruskich czasów, kiedy już toruńskie lotnisko okrzepło, wylądowała na nim szkoła obserwatorów lotniczych. Dziś w mieście zapomniana. Niesłusznie, bo to jej właśnie bielańskie piaski zawdzięczają wizytę słoni w 1917 roku, a zdjęcia jej wychowanków i samolotów krążą też cały czas po aukcjach internetowych. Toruńska Flieger Beobachter Schule pozwalała ludziom rozwinąć skrzydła. Jeden z nich, 8 stycznia 1920 roku, a więc 10 dni przed przejęciem miasta przez Polaków, na pożegnanie przeleciał pod obecnym toruńskim mostem kolejowym. Dzięki pomocy jednego z miłośników dawnego Torunia, dostałem fotograficzną relację z tego wyczynu, wraz ze zgodą na jej gazetową publikację. Do zobaczenia w środowym wydaniu „Nowości” 11 grudnia A.D. 2013.
Pruskie dzieje lotniska toną dość mocno w mrokach, jego międzywojenna historia obrosła jednak legendą. Nie ma się czemu dziwić, słynny 4 pułk lotniczy, Stanisław Skalski, a przede wszystkim, mieszkający wciąż w mieście potomkowie toruńskich lotników, z którymi udało mi się pogadać.
Dzieje lotniska opisał major Marian Rochniński, toruński przewodnik i badacz militarnej przeszłości miasta na stronie lotniczapolska.pl. Ja tymczasem w 2011 roku, zamiast grzebać w archiwach, łaziłem po okolicach lotniska i robiłem zdjęcia. Przed starym pruskim schronem położonym obok drogi dojazdowej znalazłem taką dziwną betonową konstrukcję. Co to jest, podstawa przeciwlotniczego reflektora?
Na zakończenie miało być o słoniach. Ich występ na lotnisku spowodowany był potężnym, pięciotonowym głazem, którego ludzie sami nie byli w stanie z ziemi wydobyć. Wspólnymi siłami to się udało i kamień stanął przed kantyną, jako pomnik poległych lotników. Co się z nim później stało? Trudno sobie wyobrazić, by ktoś później coś takiego gdzieś wyniósł. Kamlot musiał więc zostać i wszystko wskazuje na to, że nadal pełni on pomnikową rolę. Zdaje się nawet przypominać to, z czym zmagały się słonie. Zdjęcie wydobywanego niemal sto lat temu głazu, wraz z opisem zaczerpniętym z niemieckiej prasy, dostałem od profesor Niedzielskiej. Wrzuciłem je do gazety, proszę sobie porównać. Aby tego dokonać trzeba odszukać na tej stronie wpis o nalocie słoni na toruńskie lotnisko (można na skróty, przez umieszczony w tej opowiastce link), a później odnaleźć odsyłacz na gazetową stronę i ewentualnie założyć na niej konto, by się do archiwum dobrać. Droga usłana jest nieco sznurkami, proszę się więc nie poplątać. W razie ewentualnych kłopotów, polecam wspomnieć Aleksandra Wielkiego.

Obszerną relację z akcji słoni na toruńskim lotnisku zamieściła prasa niemiecka. Porzuciłem na jakiś czas przekopywany rok 1913 i przeniosłem się do lata roku 1917, aby sprawdzić, czy wspomniała o tym również gazeta polska. Ta zbliżającą się atrakcję anonsowała często i entuzjastycznie, o słoniach jednak się nie zająknęła. Podała relację z pierwszych przedstawień, odnotowała wypadek, do którego doszło podczas pobytu menażerii Hagenbecka w Toruniu – tygrys poranił trzyletnią indiańską dziewczynkę, wspomniała także o zniknięciu dwóch młodych Arabów, których później odnaleziono gdzieś pod Bydgoszczą. Uciekli, bo byli źle traktowani i chcieli dostać się do Berlina, by tam szukać pomocy w tureckiej ambasadzie. W czasie, kiedy słonie wyciągały kamień, „Gazeta Toruńska” skupiała się na wojennych problemach z żywnością. Brakowało chleba, marmolady, a nawet miało zabraknąć cytryn. Pomyśleć tylko, że kilkadziesiąt lat później, gdy ktoś zobaczył w leżące w sklepie cytryny, rozglądał się wokół w poszukiwaniu kamery, bo skoro one są, to pewnie właśnie film kręcą...
Cyrkami nigdy się nie interesowałem, ale kiedyś warto by było poświęcić im nieco miejsca i uwagi – niestety nie mam zdjęć. Witane były z większym entuzjazmem niż cesarz i różniły się też od cyrków dzisiejszych. W „moim” 1913 roku znalazłem np. relację z wizyty na Mokrem „przedsiębiorstwa” Sarrasaniego. Menażeria przybyła do miasta dwoma specjalnymi pociągami i ulokowała się bodajże przy Wełnianym Rynku. Dziś w tym miejscu stoją bloki.
Hagenbeck, który pojawia się na kartach książek Alfreda Szklarskiego – ojciec Tomka Wilmowskiego łapał dla cyrkowego przedsiębiorcy dzikie zwierzęta – rozłożył się w Toruniu przed Lubicką Bramą. O specjalnych pociągach wiozących jego zapowiedź egzotycznej przygody (ci Indianie i Arabowie), „Gazeta Toruńska” nie wspominała, w widocznym niżej ogłoszeniu wspomniała jednak o nadzwyczajnych wozach kolei elektrycznej podstawianych na początek i koniec przedstawień.
Przy Lubickiej Bramie, czyli gdzie? Spragnione wrażeń społeczeństwo musiał urządzić sobie mały spacerek, by dotrzeć od znajdującego się przy obecnym placu Świętej Katarzyny przystanku kolei elektrycznej do cyrkowego namiotu. Brama Lubicka stała u wylotu dzisiejszej ulicy Dobrzyńskiej, w rejonie współczesnego ronda Pokoju Toruńskiego. Cyrk musiał się więc rozłożyć gdzieś w miejscu obecnego sklepu Tesco, lub też nieco dalej, na zastawionym obecnie blokami placu przy dawnej Osie. Pierwsze miejsce można zobaczyć na zdjęciu lotniczym z lat 20. Bramy już tu nie ma, jest natomiast bunkier radiostacji twierdzy Toruń.

poniedziałek, 28 października 2013

Wiatrak w Zielonce Pasłęckiej


Wróciłem właśnie z Obwodu Kaliningradzkiego. Cóż to była za wyprawa! Jaka ciekawa i jaka owocna! W niecałe trzy dni oblecieliśmy pół dawnego Królewca, zwiedzając przy okazji również Wystruć i Gąbin. Nie wiem, jak ja mogłem kiedyś egzystować mając klasyczny aparat fotograficzny, przy którego pomocy, podczas jednych wakacji zapełniałem wizualnymi wrażeniami trzy filmy. Z ostatniego krótkiego wypadku przywiozłem ich ponad 600. W ich kontemplowaniu znów pewnie utonę na długo, zatem spieszę się, aby zakończyć wreszcie berlińską opowieść, wrzucić sporą porcję historii regionalnych – nazbierało się ich mnóstwo, kupiłem też kilka niezwykle interesujących zdjęć z przedwojennego Torunia – i ostatecznie zabrać się za konsumpcję królewieckiego tortu.
Z głową pełną wrażeń znad Pregoły, zasiadłem nad swoim wschodniopruskim archiwum fotograficznym, szukając widoków z przeszłości. Wędkę będę musiał zarzucić nieco głębiej, bo czarno-białych obrazków z Królewca, końcowej stacji kolei, jaka na przełomie 60. i 70. lat XIX wieku przecięła Toruń, oraz ówczesnej stolicy najbardziej na wschód położonej rejencji Prus Wschodnich, nie znalazłem. Wpadłem natomiast na folder zdjęć z Zielonki Pasłęckiej... Jakiś czas temu, opisując swoje wrażenia z Poczdamu, przywołałem ruiny stojącego pod Pasłękiem wiatraka, który na moich oczach rujnował się coraz bardziej. Tamten wpis muszę uzupełnić, ponieważ znalazłem zdjęcie „mojego” wiatraka w całej jego skrzydlatej okazałości.
Z tego co wiem, był to jeden z dwóch młynów wietrznych, jakie w tej wsi się znajdowały. Śladów tego drugiego nigdy jednak nie znalazłem, a i o tym mówię w czasie przeszłym, bo bardzo dawno go nie widziałem. Swoje zdjęcie zrobiłem jakieś 10 lat temu. Nie wiem, czy resztki tej ceglanej wieży jeszcze na wietrznej górce w Zielonce stoją. Pamiętam ją jednak. W moich czasach nie miała już co prawda skrzydeł, ale i tak piękna była.
 

poniedziałek, 2 września 2013

Königsberg is dead

Chwila, moment. Następnego dnia miała być wycieczka do Poczdamu, skąd więc się wziął ten Królewiec? Teleportacja jakaś? Oba miasta są przecież położone dość daleko od siebie... Na upartego, kiedyś moglibyśmy takiego skoku dokonać, przed I wojną podróż pociągiem na trasie Berlin – Królewiec zajmowała bodajże sześć godzin. Dziś coś takiego nie jest już jednak możliwe, bezpośrednich połączeń nie ma, a gdy do Kaliningradu kursował jeszcze podczepiany do różnych pociągów wagon, do celu toczył się 24 godziny dłużej. Ponad dobę! Podróż takim Orient Ekspresem na pewno również była sporym przeżyciem, my jednak nad Pregołę dotarliśmy szybciej korzystając z filmowego ekranu. Ten znajdował się w piwnicy kultury pod jednym z wieżowców Berlina Wschodniego.
W sumie całkiem swojsko, prawie jak na Rubinkowie, czy Skarpie jakiejś...
Tylko jakoś czyściej, schludniej, bardziej zielono. I samochodów prawie nie słychać, bo ptactwo intensywnie drze dzioby.
Kumpel filmowej Amelii pewnie by tu skakał z radości. Zbierał kiedyś ślady stóp odciśnięte w betonie.
 Z tą piwnicą kultury nieco przesadziłem. Betonowy trop wiódł do pomieszczeń na parterze wieżowca, pojawił się w nich Max Gilbert ze swoim filmem, trafiliśmy tam również i my. W dawnej stolicy Prus Wschodnich nigdy nie byłem, o tym, że Königsberg is dead, opowiadał mi już jednak dawno temu mój wuj, który na początku lat 90. miał firmę budowlaną i sporo w Kaliningradzie działał. Wyniósł stamtąd złe wspomnienia oraz wiele ciekawych rzeczy, m.in. wielki (jakieś 1,8 na 5 metrów) obraz przedstawiający szturm Pałacu Zimowego. Każdy z atakujących ma tam rysy twarzy Lenina.
Film robi wrażenie i to pod każdym względem. Zarówno ze względu na obrazki i relacje z królewieckiej przeszłości, jak i kaliningradzkiej teraźniejszości. W tym ostatnim przypadku nie chodzi mi tylko i wyłącznie o zniszczenia, ale o to, co mówią obecni mieszkańcy najbardziej europejskiego miasta Rosji. Skoro zaś o teraźniejszości mowa, warto nadstawić ucha także na to, jak jest ona wyrażana po niemiecku. Pod wieloma słowami dawnych mieszkańców miasta, sam mógłbym się podpisać zamieniając Królewiec na Pasłęk. Pojawiłem się tam wiele lat po wojnie, ale swoją Pruską Holandię wspominam równie idyllicznie i z podobnym żalem. Mógłbym jeszcze to i owo dorzucić, bo wypadając poza Pasłęk, napatrzyłem się również na pozostałości świata, który kiedyś, chociażby ze względu na bliskość Królewca, był wielki, a teraz, po wymianie ludności, położony tuż przy granicy światów, nie jest nawet w stanie żyć swoją przeszłością. Zrobię to przy okazji, gdy uda mi się tam wrócić i gruzy Atlantydy Północy, pofotografować.
Jeśli o niemiecką teraźniejszość chodzi, „Königsberg is dead” zasługuje na uwagę z jeszcze jednego powodu. Proszę zwrócić uwagę na migawki ze zjazdu wschodnich Prusaków i na słowa kretyna przy mównicy. Zdębiałem, gdy usłyszałem, że żaden naród w Europie nie wycierpiał tyle, co Niemcy. W siedzących na sali berlińczykach deklaracja taka wywołała śmiech i negatywne komentarze. Facet jednak przemawiał w gigantycznej sali pełniej ludzi. Czy oni również uśmiechali się z politowaniem?
Wiem, u nas również takie spotkania się odbywają, choć raczej na znacznie mniejszą skalę. Rozumiem ludzi tęskniących za domem, tym we Lwowie, Wilnie. Rozumiem zatem również tych, co z westchnieniem wspominają Breslau i Elbing. Sam przecież wychowałem się w Prusach Wschodnich otoczony ścianami i przedmiotami zostawionymi przez ludzi, których od dziecka chciałem poznać. Nadal mam zresztą taką nadzieję. Potomkowie „naszych Niemców” kiedyś do Pasłęka przyjechali, ale mnie niestety przy tym nie było. Sporo jednak napatrzyłem się i nasłuchałem i wizytach dzieci i wnuków dawnych gospodarzy u naszych sąsiadów. W Zielonce Pasłęckiej pojednaniu przysłużył się np. stan wojenny, dawni niemieccy mieszkańcy tej wsi skrzyknęli się i zorganizowali pomoc dla swoich następców. To działa, natomiast takie wiecowe pohukiwanie na pewno niczego dobrego nie przyniesie. Niemcy zresztą sami powinni wiedzieć o tym najlepiej, od 1933 do 1945 roku podobnych przemów nasłuchali się przecież wiele. Do czego ich one doprowadziły?
Ja już też zatem perorował dłużej nie będę, zapraszam na film.

środa, 21 sierpnia 2013

Są jeszcze sądy w Berlinie!

Znajdę ja słowa, by te wrażenie opisać? Stare młyny mają w sobie coś poruszającego. Wiadomo: wodę, wiatr... Coś w nich jednak siedzi poza tym. Cała masa legend i inne rzeczy, jakie nie pozwalają mi przejść obok obojętnie. Łażę wokół nich od dawna, nigdy chyba jednak nie widziałem i nie słyszałem młyna w ruchu. To tymczasem robi ogromne wrażenie! Trudno się dziwić naszym przodkom, że przysłuchując się tym symfoniom skrzypnięć i trzasków, obciążyli młyny tak bogatym bagażem różnych niesamowitych podań.
Skoro już o opowieściach mowa, wiatrak w Poczdamie należy do najbardziej legendarnych budowli tego typu w Niemczech. Jego sława bierze się z czasów Fryderyka Wielkiego, który wokół młyna rozbudowywał swoją posiadłość i chciał się pozbyć młynarza. Ten nie oddał swej własności bez walki, a naciskany siłą majestatu, miał rzucić słynne zdanie „Są jeszcze sądy w Berlinie!”. Zaufał im i wygrał, wiatrak w każdym razie nadal między pałacowymi zabudowaniami w Poczdamie, stoi.
Piękny wiatrak. O, holender, bardzo piękny! I jakie ma ciekawe żaglowe zapierzenie skrzydeł. Ciekawe, czy nasze holendry też takie miały.
Na zwiedzanie Poczdamu dzień sobie wybraliśmy początkowo pochmurny i na pierwszy rzut oka mało ciekawy. Wiatrak był natomiast kolejnym muzeum na trasie. Wparowaliśmy do niego z ochotą, pokonując kolejne kondygnacje i umieszczone na nich wystawy. Przypomniałem sobie jedno takie młynarskie cudo, które widziałem kilkanaście lat temu, gdy w ogólniaku będąc, pojechałem na wymianę nad Amizę. Podczas wycieczki do Bremy zatrzymaliśmy się wtedy obok młyna, który był wiatrakiem napędzanym jednocześnie kołem młyńskim. W Poczdamie znalazłem jego zdjęcie, ale tak się z tego ucieszyłem, że go nie sfotografowałem. Uwieczniłem za to poczdamski wiatrak z lat 80. Jak widać, władze NRD ludzi pracy, którzy przeciwstawiali się dawniej monarszemu absolutyzmowi, nie darzyły specjalnym szacunkiem.
Ten nieborak miał dużo szczęścia. Wrócił do swoich dawnych kształtów i nadal stoi. Ja krążyłem wokół niego, a po głowie przewalał mi się inny jego kolega z moich rodzinnych stron. Wiatrak w Zielonce Pasłęckiej. Moja mama pamięta go jeszcze ze skrzydłami, ja od dzieciństwa oglądałem tylko wieżę. Ceglaną, kompletną. Aż do pierwszych lat obecnego wieku, gdy zobaczyłem wiatrak mocno nadgryziony zębem czasu. Fotografia jest nieco nieostra, zrobiłem ją jednak z daleka. Sam wlazłem do środka, pod gniazdo mieszkających na ceglanej ścianie bocianów, między rdzewiejące resztki maszyn młyńskich. Zdjęć jednak najwyraźniej nie zrobiłem.
Ciekawe, jak ten wiatrak wygląda dzisiaj? Jeśli w ogóle jeszcze wygląda. Muszę się tam wybrać. Do Pasłęka i okolic. Szczególnie tych. Zimą 1945 roku na stacji w Zielonce doszło do tragedii. Zatrzymał się tam pociąg szpitalny, a na niego wpadł ostatni pociąg ewakuacyjny, jaki wyjechał z Ostródy. Ten szpitalny, mając sprawny parowóz, odjechał, a rannych i pasażerów pociągu ewakuacyjnego, ostrzelały nadjeżdżające sowieckie czołgi. Ja, wychowany w dawnych Prusach Wschodnich pytam się, po co wam Niemcy ta wojna była?
 Wracając do Poczdamu. Wspinaliśmy się na kolejne piętra wiatraka, wyleźliśmy nawet na zewnątrz.
Choćby po to, by zobaczyć maszynerię do manewrowania jego głowicą. Hm, moja babcia z Pasłęka miała zawsze zdzierany kalendarz na ścianie. Ma go zresztą w Toruniu nadal i oby jego kartki zdzierała jak najdłużej. Z dzieciństwa pamiętam, że jego podkładkę zdobił podobny wiatraczny, latający na wietrze holender.
Właziliśmy coraz wyżej, a to skrzydlate siedlisko szatana milczało. Szatana, bo każdy szanujący się stary młyn swego czorta posiadać powinien.
Proszę poczytać sobie stare młyńskie podania, lub też sztuki Jana Drdy. Albo też obejrzeć je w Teatrze Telewizji. Bardzo warto. Oto „Igraszki z diabłem”. Czartowska instrukcja obsługi młyna pojawia się w pierwszych minutach.

A tu, jeszcze chyba bardziej  cudowny "Zapomniany diabeł". Z Gajosem w roli głównej.

Tak więc chodziliśmy sobie po poczdamskim wiatraku i oglądaliśmy wszystko, co trzymał on pod swym krytym gontami jestestwem...
Aż nagle zaczął on śpiewać skubany...
 
Wydobywając z siebie dźwięki wcześniej mi nieznane. Obrazy zresztą również, proszę doczekać do końca tego filmiku i spojrzeć na migające za oknem śmigi. Morda się sama na ten widok w poziomy półksiężyc rozkłada.


Śmigła się kręcą, koła telepią. Legenda się opowiada.

Tak mnie to wszystko zaskoczyło, że w pierwszej chwili na mlewnik spojrzałem krzywo...

On tymczasem powinien prezentować się tak.
Proszę mi wybaczyć, że zapycham przestrzeń niezbyt udanymi własnymi filmikami, ale to naprawdę było niezwykłe uczucie. Tak bardzo, że gdy wiatrak zaczął się kręcić, pierwszy raz zacząłem grzebać przy aparacie, aby przestawić go na filmowanie.


Cudowne miejsce, ale trzeba iść dalej. Kolejne atrakcje wzwywają.
Maszerujemy zatem. Wiatrakowi machamy na pożegnanie, a on macha nam.