Po Toruniu szaleje groźny wirus. Atakuje oczy, paraliżuje
mózgi, wykręca ludziom języki. Zainfekowani, myśląc o budynkach szkieletowych, plotą jak potłuczeni o starych
ruderach, które trzeba rozwalić w imię rzekomego postępu. Tyle się napisałem o
tym, że jest inaczej, ale wciąż odzywają się ludzie, którzy nakarmieni
propagandą, nie chcą tego zauważyć. Niedawno jeden z czytelników gazety
skomentował kolejny tekst o wyburzanej „Chełmiance” pisząc, że redaktor znów
ubolewa nad zabytkami, które przecież nimi nie są. Na ogół nie udzielam
się na forum, ale tym razem odpowiedziałem, że to nie wpis do rejestru czyni budowlę zabytkiem, lecz jej historia. Idąc tym tropem, przywołuję kolejną „ruderę”,
jedną z ofiar tajemniczych toruńskich pożarów.

Kamienica przy Bydgoskiej 35 „spaliła się” w 2006 roku. Dziś
w jej miejscu straszy wyrwa w zabudowie. Pusta działka, którą miasto próbuje
sprzedać, jak dotąd, bez powodzenia. Być może dlatego, że zgodnie z wytycznymi
konserwatora zabytków, w miejscu kamienicy należy wybudować coś, co będzie
wyglądało, jak stojący tam kiedyś oryginał. Swoją drogą takich atrap będziemy mieli na
Bydgoskiem więcej, podobny los czeka kamienicę przy Bydgoskiej 56, oraz słynną „Zofiówkę”.
Pusta parcela z Bydgoskiej 35 znalazła się na szlaku naszej
wycieczki śladem Bydgoskiego, którego już nie ma, jaką wspólnie z Anią
zrobiliśmy przy okazji tegorocznego święta Bydgoskiego Przedmieścia. Szykując
się na nią przekopaliśmy teczki w archiwum, przez co, po dawniej najbardziej
reprezentacyjnej dzielnicy Torunia, maszerowaliśmy przygarbieni. Okazało się,
że niemal wszystkie spalone i tak bardzo dziś pogardzane obiekty postawili
przed laty toruńscy przedsiębiorcy budowlani, jako swoje rezydencje. To byli
bardzo poważni ludzie, kamienice miały więc być ich wizytówkami, a nie
ruderami.
Pod koniec istnienia, ich stan z pewnością był opłakany, jednak
przecież nie były one remontowane od kilku dziesięcioleci! W takiej sytuacji
nawet żelbetonowe bunkry mogły doznać uszczerbku. Dom przy Bydgoskiej 35,
nawet po pożarze wyglądał okazale. Proszę spojrzeć chociażby na te drewniane
ganki.
Nic dziwnego, w drugiej połowie XIX wieku, dom ten postawił
dla siebie Reinhard Uebrick, w tamtych czasach jeden z głównych budowniczych
miasta. Poza tym radny miejski i autor jednego z pierwszych przewodników po
mieście. Człowiek-niespodzianka, bo gdy oprowadzaliśmy naszą wycieczkę
wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z rezydencją przedsiębiorcy budowlanego. Później
jednak przyszło nam walnąć się w czoła, bo przecież nie był to zwykły
budowlaniec, ale m.in. autor pierwszego projektu obecnego teatru Wilama Horzycy!
W sprawie budowy teatru donosi budowniczy p. Uebrick, że
zamiar budowy istotnie istnieje i prawdą też jest, że w kwotach sięgających
tysiące marek, zadeklarowano się złożyć około trzydzieści tysięcy marek –
pisała „Gazeta Toruńska” w sobotę, 21 grudnia 1895 roku. – Pan Uebrick zaznacza
z uznaniem, że nawet żydowscy współobywatele przyczyniają się do dopięcia celu,
a datki te uważa jako ofiarę, gdyż na oprocentowanie udziałów nie można –
zdaniem jego – liczyć. Dla tego (pisownia, jak zawsze, oryginalna – Sz.S) nie
podziela nadziei, iż wkrótce uda się zebrać sto tysięcy na budowę teatru. Publicznie
sprawy tej nie rozgłaszano, ażeby nie wywołać fałszywego alarmu w razie
trudności zebrania dostatecznego funduszu.
Wyścig o teatralny kontrakt Uebrick ostatecznie przegrał. Poległ
jednak w boju z wielkimi konkurentami, wiedeńskimi budowniczymi europejskich
teatrów, biurem projektowym Fellner & Helmer. Nie zaglądałem do teatralnych
teczek, przekopem jednak gazety z epoki. 13
marca 1902 roku polski dziennik w Toruniu obwieścił, że:
Miejski teatr niemiecki podług projektu budowniczego Uebricka
zostanie pobudowany. Rada miejska uchwaliła na budowę 300.000 marek. Koszta
budowy wyniosą, jak ocenili rzeczoznawcy, coś 370 czy 380 tysięcy marek. Sumę
ponad 300 tysięcy pokryje rząd w „interesie uciśnionej niemczyzny w Toruniu”. Budowę
powierzono firmie Fellner & Helmer.
No i co, proszę szkodliwym wirusem zainfekowanych, czy ktoś
taki mógł zbudować dla siebie na Bydgoskiem ruderę? Dom Uebricka powstał na
przełomie 70. i 80. lat XIX wieku. W 1891 roku został gruntownie przebudowany. Urósł
o jedną kondygnację, doczekał się też bogato zdobionego reprezentacyjnego
wejścia prowadzącego do mieszkania właściciela. Pozostałe cztery, jakie
posiadała ta kamienica, także przykuwały wzrok pięknymi drewnianymi werandami.
Na każdym piętrze pojawiły się wtedy dwuizbowe łazienki. Jak
wynika z archiwalnych dokumentów, kilka lat później w takie luksusy zaopatrzone
zostały już wszystkie znajdujące się w kamienicy mieszkania. Pod koniec XIX
wieku coś takiego wciąż było rzeczą niezwykłą, dla starych ruder zdecydowanie
niedostępną.
Dla starych ruder na pewno, ale nie dla budynków na
toruńskich przedmieściach. W archiwum Ania znalazła sporo śladów powstałych
wtedy łazienek na Chełmińskim Przedmieściu, a ja, przeglądając pożółkłe plany,
mogłem się przekonać, że na początku XX stulecia każde mieszkanie w zburzonej
niedawno kamienicy przy Bydgoskiej 56 miało kibelek i sporą wannę. Dalej
będziecie mi więc ludzie i deweloperzy nawijać o ruderach?!
Nasz architekt z Bydgoskiej 35 zaangażował się w budowę
niemieckiego teatru, nieco wcześniej zadbał jednak o wystrój bastionu polskości
w pruskim Toruniu, czyli gmachu Muzeum przy Wysokiej.
Budowa rozpoczęła się z wiosną roku 1881, a lubo napotkała
trudności techniczne, gorliwością zarządu towarzystwa, kierującego budowniczego
R. Uebricka z Torunia i przedsiębiorcy p. Kobielskiego doprowadzoną została
dość wcześnie za pory suchej pod dach, a teraz już ukończona zupełnie wewnątrz
- informowało popularne w tamtych czasach polskie pismo „Przyjaciel” z 1 lutego
1882 roku. - (...) Na szczególną uwagę zasługuje sala do zebrań i zabaw,
sięgająca przez dwa piętra, z galeryą bardzo obszerną w koło. Wszystko to
budowane i dekorowane według planów i pod ciągłem a pilnem kierownictwem p.
Uebricka w stylu renesansowym. Szkoda tylko, że sala nie większa, bo
przedstawia się zresztą jako prawdziwe świecidełko.
No i co? Nadal będziecie biedni zarażeni chcieli Toruń
zaorać?
Na początku XX wieku Uebrick zbudował na Dębowej Górze fabrykę.
Budowniczy p. Uebrick założy na wiosnę na Mokrem fabrykę sztucznego kamienia piaskowego - donosiła „Gazeta Toruńska” w grudniu 1903 roku. - Budynki fabryczne są już gotowe w pobliżu zakładów gazowych i wodociągowych.
Zmarł w październiku 1917 roku. Zapewne
został pochowany na cmentarzu św. Jerzego, jednak konia z rzędem temu, kto na
najstarszej toruńskiej nekropolii znajdzie jego nagrobek. Dom Uebricka w 1920 roku
stał się własnością firmy Lenartowicz i Szymański, która na podwórku posiadała
garaż. W 1923 roku wszystko wydzierżawiła policja. Okazuje się więc, że znajdujący
się wtedy vis-à-vis konsulat niemiecki był jednak pod obserwacją od chwili
swojego powstania, a nie tylko pod koniec lat 30., kiedy to policjanci
wprowadzili się do sąsiedniej kamienicy na rogu Bydgoskiej i Kujota. W toruńskim
Archiwum Państwowym zachował się ciekawy dokument na temat zawartości
policyjnego garażu. W pierwszej połowie lat 20. przy Bydgoskiej 35 przechowywane
były dwa samochody, motocykl i cztery... konie.
Toruńskie archiwum (na zdjęciu niżej pochodzący stamtąd
projekt jednej z werand z 1891 roku) przechowuje również bogatą korespondencję między magistratem i
właścicielką mieszkań w oficynie domu przy Bydgoskiej 35. Kiedy się przegląda
te pisma z międzywojnia, żal chwyta za serce. Pani Klimkowa, do której od 1924
roku należały oficyny, nie chciała swoim lokatorom naprawić uszkodzonego...
wychodka. Pisma w tej sprawie nie odnosiły skutku, do akcji wkroczyła więc
policja budowlana. Zagroziła, że remont zostanie wykonany na koszt miasta, które
sobie później należność ściągnie poprzez komornika. Pani Klimkowa nadal udawała
głuchą, więc groźba została wykonana. Ubikację naprawiono, a komornik zajął
wpływy z czynszów, czym oporną właścicielkę natychmiast skłonił do współpracy. Dziś podobno tak trudno jest wyegzekwować zaległy remont czy usunąć bezprawnie
powieszoną reklamę.
Uff, to była długa opowieść. Dotyczy ona jednak tylko jednego
z wielu spalonych toruńskich zabytków. Ile jeszcze miejskich korzeni strawiły
płomienie? Ile podobnych historii pogrzebały buldożery grasujące po mieście rządzonym
od kilkunastu lat przez prezydenta Michała Zaleskiego? Jeśli już o gospodarzu
mowa… Zarażonym szkodliwym wirusem się nie dziwię. Przykład idzie z góry.