Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Rondo Heleny Grossówny

Uff, wreszcie się udało. W czwartek toruńscy radni miejscy klepnęli rondo Heleny Grossówny. Starania o to, aby królowej przedwojennego srebrnego ekranu poświęcić kawałek przestrzeni w jej rodzinnym mieście trwały sześć lat.
Na zdjęciu Grossówna na okładce tygodnika "Kino" z 1937 roku i ze zbiorów pana Krzysztofa Trojanowskiego, który o upamiętnienie Grossówny zabiegał.
Pan Krzysztof najpierw zaproponował, aby Grossówna została patronką bezimiennego wtedy ronda przy ul. Mickiewicza. Pomysł się gospodarzom miasta spodobał i... utknął na mieliźnie zapomnienia.
Na zdjęciu Helena Grossówa w operetce „Piękna Carrena” („Noc w San Sebastian”) Ralpha Benatzky`ego w reżyserii Witolda Zdzitowieckiego wystawionej na deskach toruńskiego teatru w kwietniu 1931 roku. Fotografia ze zbiorów pana Krzysztofa.
Grossówna urodziła się na Mokrem 25 listopada 1904 roku. Półtora roku później, wraz z przyłączeniem Mokrego do miasta, stała się więc mieszkanką Torunia. Udało nam się znaleźć dom, w którym mieszkała - stoi on do dziś na rogu dawnej ul. Wodnej (dziś PCK) i Głowackiego.
Adres przy Wodnej wspominany jest w Toruniu do dziś. Okazało się jednak, że dom przy PCK 30 nie jest tym, w którym przyszła gwiazda się urodziła. Nikt z nas by tego nie wiedział, gdyby nie pani Elżbieta Komassa, szefowa biblioteki w szkole przy Łąkowej, gdzie w 1911 roku Helena rozpoczęła edukację (a ja zrobiłem to samo, w tym samym miejscu 74 lata później;-).
Pani Komassa znalazła spis uczniów z początków XX wieku, a w nim panią Helenę zameldowaną przy Lindenstraβe 71, a więc przy obecnej ul. Kościuszki i to dość daleko, za młynami. To ci psikus...
Ten dom się nie zachował, został zburzony przy okazji przebudowy ul. Kościuszki w latach 70. Na szczęście wcześniej zdążył go sfotografować pan Andrzej Kamiński. Pierwszy dom Grossówny to ta chałupka z dwuspadowym dachem, częściowo zasłonięta przez ciężarówkę.
Grossowie mieszkali tu do jakiegoś 1920 roku, później przeprowadzili się na Wodną, skąd pani Helena ruszyła na podbój teatralnych scen i kinowych ekranów.
W miejscu pierwszego domu ze dwa lata temu powstało rondo, pomyśleliśmy więc, że byłoby idealnym miejscem dla Grossówny. Pan Krzysztof złożył wniosek, przewodniczący Rady Miasta poprzedniej kadencji odesłał jednak pismo na półkę. Rada się zmieniła, pan Krzysztof spróbował zatem po raz trzeci, adresując pismo do obecnego przewodniczącego Marcina Czyżniewskiego. Wniosek przeszedł szybko i bez żadnego problemu.
Mam nadzieję, że fala sukcesu wpłynie również na fundatorów tablicy pamięci Grossówny, która została w 2009 roku umieszczona na ścianie toruńskiego "Naszego kina". Kina już nie ma, pod zapomnianą tablicą balują pijaczkowie. Tablica już dawno powinna zostać przeniesiona, ale jakoś przyrosła do ściany i nie można jej ruszyć, co bardzo martwi m.in. syna Heleny Grossówny pana Michała Cieślińskiego, który bywa w Toruniu częstym gościem.
Grossówna zapewne pojawi się na rondzie w swoje urodziny. Fajnie by było, aby przy okazji w księgarniach pojawiła się również biografia aktorki. Prace nad nią trwają. Po wielu perturbacjach powinna się ukazać w przyszłym roku.
Proponuję umilić sobie czas oczekiwania kilkoma piosenkami z panią Heleną w roli głównej.
Jeszcze jeden kawałek z "Pawła i Gawła" z 1938 roku.
Słynna piosenka bez Grossówny, ale o niej. Z filmu "Piętro wyżej" (1937 r.).
Coś do tańca...
I coś na pamięć. Oba ostatnie kawałki to fragmenty "Zapomnianej melodii" z 1938 roku.

piątek, 31 października 2014

Czas popiołów

Po Toruniu szaleje groźny wirus. Atakuje oczy, paraliżuje mózgi, wykręca ludziom języki. Zainfekowani, myśląc o budynkach szkieletowych, plotą jak potłuczeni o starych ruderach, które trzeba rozwalić w imię rzekomego postępu. Tyle się napisałem o tym, że jest inaczej, ale wciąż odzywają się ludzie, którzy nakarmieni propagandą, nie chcą tego zauważyć. Niedawno jeden z czytelników gazety skomentował kolejny tekst o wyburzanej „Chełmiance” pisząc, że redaktor znów ubolewa nad zabytkami, które przecież nimi nie są. Na ogół nie udzielam się na forum, ale tym razem odpowiedziałem, że to nie wpis do rejestru czyni budowlę zabytkiem, lecz jej historia. Idąc tym tropem, przywołuję kolejną „ruderę”, jedną z ofiar tajemniczych toruńskich pożarów.
Kamienica przy Bydgoskiej 35 „spaliła się” w 2006 roku. Dziś w jej miejscu straszy wyrwa w zabudowie. Pusta działka, którą miasto próbuje sprzedać, jak dotąd, bez powodzenia. Być może dlatego, że zgodnie z wytycznymi konserwatora zabytków, w miejscu kamienicy należy wybudować coś, co będzie wyglądało, jak stojący tam kiedyś oryginał. Swoją drogą takich atrap będziemy mieli na Bydgoskiem więcej, podobny los czeka kamienicę przy Bydgoskiej 56, oraz słynną „Zofiówkę”.
Pusta parcela z Bydgoskiej 35 znalazła się na szlaku naszej wycieczki śladem Bydgoskiego, którego już nie ma, jaką wspólnie z Anią zrobiliśmy przy okazji tegorocznego święta Bydgoskiego Przedmieścia. Szykując się na nią przekopaliśmy teczki w archiwum, przez co, po dawniej najbardziej reprezentacyjnej dzielnicy Torunia, maszerowaliśmy przygarbieni. Okazało się, że niemal wszystkie spalone i tak bardzo dziś pogardzane obiekty postawili przed laty toruńscy przedsiębiorcy budowlani, jako swoje rezydencje. To byli bardzo poważni ludzie, kamienice miały więc być ich wizytówkami, a nie ruderami. 
Pod koniec istnienia, ich stan z pewnością był opłakany, jednak przecież nie były one remontowane od kilku dziesięcioleci! W takiej sytuacji nawet żelbetonowe bunkry mogły doznać uszczerbku. Dom przy Bydgoskiej 35, nawet po pożarze wyglądał okazale. Proszę spojrzeć chociażby na te drewniane ganki.
Nic dziwnego, w drugiej połowie XIX wieku, dom ten postawił dla siebie Reinhard Uebrick, w tamtych czasach jeden z głównych budowniczych miasta. Poza tym radny miejski i autor jednego z pierwszych przewodników po mieście. Człowiek-niespodzianka, bo gdy oprowadzaliśmy naszą wycieczkę wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z rezydencją przedsiębiorcy budowlanego. Później jednak przyszło nam walnąć się w czoła, bo przecież nie był to zwykły budowlaniec, ale m.in. autor pierwszego projektu obecnego teatru Wilama Horzycy!
W sprawie budowy teatru donosi budowniczy p. Uebrick, że zamiar budowy istotnie istnieje i prawdą też jest, że w kwotach sięgających tysiące marek, zadeklarowano się złożyć około trzydzieści tysięcy marek – pisała „Gazeta Toruńska” w sobotę, 21 grudnia 1895 roku. – Pan Uebrick zaznacza z uznaniem, że nawet żydowscy współobywatele przyczyniają się do dopięcia celu, a datki te uważa jako ofiarę, gdyż na oprocentowanie udziałów nie można – zdaniem jego – liczyć. Dla tego (pisownia, jak zawsze, oryginalna – Sz.S) nie podziela nadziei, iż wkrótce uda się zebrać sto tysięcy na budowę teatru. Publicznie sprawy tej nie rozgłaszano, ażeby nie wywołać fałszywego alarmu w razie trudności zebrania dostatecznego funduszu.
Wyścig o teatralny kontrakt Uebrick ostatecznie przegrał. Poległ jednak w boju z wielkimi konkurentami, wiedeńskimi budowniczymi europejskich teatrów, biurem projektowym Fellner & Helmer. Nie zaglądałem do teatralnych teczek, przekopem jednak gazety z epoki. 13 marca 1902 roku polski dziennik w Toruniu obwieścił, że:
Miejski teatr niemiecki podług projektu budowniczego Uebricka zostanie pobudowany. Rada miejska uchwaliła na budowę 300.000 marek. Koszta budowy wyniosą, jak ocenili rzeczoznawcy, coś 370 czy 380 tysięcy marek. Sumę ponad 300 tysięcy pokryje rząd w „interesie uciśnionej niemczyzny w Toruniu”. Budowę powierzono firmie Fellner & Helmer.
No i co, proszę szkodliwym wirusem zainfekowanych, czy ktoś taki mógł zbudować dla siebie na Bydgoskiem ruderę? Dom Uebricka powstał na przełomie 70. i 80. lat XIX wieku. W 1891 roku został gruntownie przebudowany. Urósł o jedną kondygnację, doczekał się też bogato zdobionego reprezentacyjnego wejścia prowadzącego do mieszkania właściciela. Pozostałe cztery, jakie posiadała ta kamienica, także przykuwały wzrok pięknymi drewnianymi werandami.
Na każdym piętrze pojawiły się wtedy dwuizbowe łazienki. Jak wynika z archiwalnych dokumentów, kilka lat później w takie luksusy zaopatrzone zostały już wszystkie znajdujące się w kamienicy mieszkania. Pod koniec XIX wieku coś takiego wciąż było rzeczą niezwykłą, dla starych ruder zdecydowanie niedostępną.
Dla starych ruder na pewno, ale nie dla budynków na toruńskich przedmieściach. W archiwum Ania znalazła sporo śladów powstałych wtedy łazienek na Chełmińskim Przedmieściu, a ja, przeglądając pożółkłe plany, mogłem się przekonać, że na początku XX stulecia każde mieszkanie w zburzonej niedawno kamienicy przy Bydgoskiej 56 miało kibelek i sporą wannę. Dalej będziecie mi więc ludzie i deweloperzy nawijać o ruderach?!
Nasz architekt z Bydgoskiej 35 zaangażował się w budowę niemieckiego teatru, nieco wcześniej zadbał jednak o wystrój bastionu polskości w pruskim Toruniu, czyli gmachu Muzeum przy Wysokiej.
Budowa rozpoczęła się z wiosną roku 1881, a lubo napotkała trudności techniczne, gorliwością zarządu towarzystwa, kierującego budowniczego R. Uebricka z Torunia i przedsiębiorcy p. Kobielskiego doprowadzoną została dość wcześnie za pory suchej pod dach, a teraz już ukończona zupełnie wewnątrz - informowało popularne w tamtych czasach polskie pismo „Przyjaciel” z 1 lutego 1882 roku. - (...) Na szczególną uwagę zasługuje sala do zebrań i zabaw, sięgająca przez dwa piętra, z galeryą bardzo obszerną w koło. Wszystko to budowane i dekorowane według planów i pod ciągłem a pilnem kierownictwem p. Uebricka w stylu renesansowym. Szkoda tylko, że sala nie większa, bo przedstawia się zresztą jako prawdziwe świecidełko. 
 No i co? Nadal będziecie biedni zarażeni chcieli Toruń zaorać?
Na początku XX wieku Uebrick zbudował na Dębowej Górze fabrykę.
Budowniczy p. Uebrick założy na wiosnę na Mokrem fabrykę sztucznego kamienia piaskowego - donosiła „Gazeta Toruńska” w grudniu 1903 roku. - Budynki fabryczne są już gotowe w pobliżu zakładów gazowych i wodociągowych.
Zmarł w październiku 1917 roku. Zapewne został pochowany na cmentarzu św. Jerzego, jednak konia z rzędem temu, kto na najstarszej toruńskiej nekropolii znajdzie jego nagrobek. Dom Uebricka w 1920 roku stał się własnością firmy Lenartowicz i Szymański, która na podwór­ku posiadała garaż. W 1923 roku wszystko wydzierżawiła policja. Okazuje się więc, że znajdujący się wtedy vis-à-vis konsulat nie­miecki był jednak pod obserwa­cją od chwili swojego powstania, a nie tylko pod koniec lat 30., kie­dy to policjanci wprowadzili się do sąsiedniej kamienicy na rogu Bydgoskiej i Kujota. W toruńskim Archiwum Państwowym zacho­wał się ciekawy dokument na temat zawartości policyjnego ga­rażu. W pierwszej połowie lat 20. przy Bydgoskiej 35 przechowywa­ne były dwa samochody, motocykl i cztery... konie.
Toruńskie archiwum (na zdjęciu niżej pochodzący stamtąd projekt jednej z werand z 1891 roku) przechowuje również bogatą korespondencję między magistratem i właścicielką miesz­kań w oficynie domu przy Byd­goskiej 35. Kiedy się przegląda te pisma z międzywojnia, żal chwyta za serce. Pani Klimkowa, do której od 1924 roku należały oficyny, nie chciała swoim lokatorom napra­wić uszkodzonego... wychodka. Pisma w tej sprawie nie odnosiły skutku, do akcji wkroczyła więc policja budowlana. Zagroziła, że remont zostanie wykonany na koszt miasta, które sobie później należność ściągnie poprzez ko­mornika. Pani Klimkowa nadal udawała głuchą, więc groźba zo­stała wykonana. Ubikację napra­wiono, a komornik zajął wpływy z czynszów, czym oporną wła­ścicielkę natychmiast skłonił do współpracy. Dziś podobno tak trudno jest wyegzekwować zale­gły remont czy usunąć bezpraw­nie powieszoną reklamę.
Uff, to była długa opowieść. Dotyczy ona jednak tylko jednego z wielu spalonych toruńskich zabytków. Ile jeszcze miejskich korzeni strawiły płomienie? Ile podobnych historii pogrzebały buldożery grasujące po mieście rządzonym od kilkunastu lat przez prezydenta Michała Zaleskiego? Jeśli już o gospodarzu mowa… Zarażonym szkodliwym wirusem się nie dziwię. Przykład idzie z góry.

 

czwartek, 30 stycznia 2014

Dramat (z) Bydgoskiego Przedmieścia


Na początku października 2013 roku nocny pożar strawił kamienicę przy ulicy Bydgoskiej 26 w Toruniu. Zginęły trzy osoby i z tego właśnie powodu zwlekałem z blogowym epitafium dla budynku, jednego z najbardziej niezwykłych na Bydgoskiem.
Przyszłość słynnego przed wojną pensjonatu „Zofijówka” stoi dziś pod znakiem zapytania, który jednak nie wróży raczej nic dobrego. Miasto dopiero przymierzało się, by miejsce odwiedzane przez Witkacego, wpisać do rejestru zabytków. W tym miejscu powinienem w zasadzie przerwać pisanie, bo trudno jest pochylać się nad klawiaturą z opadniętymi rękoma, jednak na tyle długo błąkam się między architektonicznymi skarbami Torunia, by mnie to już przestało dziwić. Zresztą zabytki również już się na Bydgoskiem paliły, jeden z najbardziej bolesnych tego przykładów został niedawno pięknie opisany u sąsiadów na Murze Pruskim. Wpis, jak i całą stronę, bardzo polecam, do historii domu ostatecznie przeniesionego przez niezwykłego człowieka, z ulicy Krasińskiego pod Golub-Dobrzyń, dodam jednak kilka słów. Wpisany do rejestru zabytków obiekt, który kilka lat temu tak bardzo zawadzał właścicielom zajmowanej przez willę działki, można było uratować i u nas zatrzymać. Ówczesny miejski konserwator przedstawił najwyższym władzom Torunia pomysł jej przeniesienia w inne miejsce. Delikatnie mówiąc, nie spotkało się to ze zrozumieniem, oficjalnie ze względu na koszty. W tym samym czasie władze miasta utopiły ponad trzy miliony złotych w grającą fontannę... Wspominam o tym, bo z głównymi gospodarzami miasta ostatnio dość ostro się ściąłem w sprawie ochrony naszego miejskiego dziedzictwa właśnie. Za jakiś czas do tego ścięcia wrócę.
Mam zacząć od pożaru? Nie, złe wiadomości lepiej dozować. Sięgnę zatem do ciekawych początków i późniejszych lat chwały. Przez tych kilka miesięcy sporo pamiątek z tamtych czasów udało mi się zebrać. Z pomocą przyszło tu wiele osób. Widoczną niżej archiwalną fotografię z 1914 roku, na której widać fragment kamienicy, zawdzięczam na przykład pani profesor Magdalenie Niedzielskiej.
Drugi widok pochodzi ze stycznia roku 2014. Na pierwszy rzut oka są dość podobne, w praktyce jednak dzieli je przepaść. Pochodzą z dwóch, zupełnie różnych światów. Na zdjęciu czarno-białym prezentuje się fragment zabudowy najbardziej wtedy eleganckiej dzielnicy miasta, niżej zaś widać... Dramat. Dawne kamienice na Bydgoskiem są dziś na ogół w tragicznym stanie. Efekty wieloletnich zaniedbań remontowych potęguje również to, że od dawna Bydgoskie było dla miasta w zasadzie jedynie składowiskiem mieszkań socjalnych. Było i jest.
To jednak tylko jedna strona medalu. Mimo obecnej mizerii, okolice największego parku w Toruniu nadal są w cenie. Ta cena powoduje jednak chore sytuacje podobne do tej przy ulicy Krasińskiego. Dla inwestorów, w znakomitej większości nie są to już piękne kamienice z bogatą historią, lecz działki pod zabudowę. Oryginalne obiekty burzone są zatem na potęgę. Czego innego można się jednak w naszym mieście spodziewać? Znajomy z ulicy Krasińskiego, która niemal całkowicie została już zastawiona blokami, przytoczył mi kiedyś dialog mieszkańców tej nowej części Bydgoskiego. Dwaj panowie zachwycali się urokami miejsca, w którym przyszło im mieszkać. Wszystko by tu było fajne, gdyby nie te stare budy... Świadomie, bądź mimowolnie, zacytowali słynną już wypowiedź prezydenta miasta, który swego czasu podobnie raczył się wyrazić o głęboko zakorzenionych w toruńskim gruncie kamienicach.
Jakie duchy wypełniają te spękane obecnie i zawilgocone mury? Zaraz zacznę je wywoływać, tymczasem jednak proszę zerknąć jeszcze raz na archiwalne zdjęcie. Ściana domu przy Bydgoskiej 26 pyszni się tu nadal „pruskim murem” i bogactwem drewnianych ozdób, typowym dla tego typu zabudowy, który do niedawna był wizytówką Torunia. Taką samą, jak słynny gotyk na dotyk.
Adres Bydgoska 26 stał się sławny w pierwszej połowie lat 20. ubiegłego wieku, kiedy Kazimiera Żuławska otworzyła tam swój pensjonat. Kamienica została jednak zbudowana znacznie wcześniej, 13 września 1878 roku Wilhelm Pastor kupił działkę od właściciela ziemskiego Carla Henninga i postawił na niej tartak, oraz dom dla siebie. „Rudera” przy Bydgoskiej składa się z dwóch części, pierwsza zaczęła powstawać ta stojąca prostopadle do ulicy. 
Wszystkie te mądrości wyniosłem z toruńskiego Archiwum Państwowego. Starych zdjęć kamienicy tam niestety nie ma, wrzucam zatem ilustrację bardzo współczesną, wykonaną już po pożarze i rozbiórce charakterystycznej wieżyczki.
Na początku XX wieku swoją siedzibę miała tu drukarnia książek Bruna Franke (tel. 293). Mieściła się zapewne w oficynie, ponieważ w części głównej, właściciel oferował mieszkania na wynajem. Stara reklama, jak wszystkie pozostałe, pochodzi ze skarbca pana Bohdana Orłowskiego, miłościwie panującego na oToruniu.net. Opublikowane na łamach „Gazety Toruńskiej” w 1912 roku ogłoszenie o wynajmie, znalazła natomiast Ania.
Dwa mieszkania, każde o pięciu pokojach na 600 i 700 marek rocznej dzierżawy z ogródkiem zaraz do wynajęcia.
Na chętnych nie trzeba było długo czekać, kilka numerów później, w toruńskim dzienniku ukazało się obwieszczenie, że przy Bydgoskiej 26 poszukiwani są lokatorzy już tylko do jednego mieszkania. Jak się później dowiedziałem od ich następców, te dwa mieszkania zajmowały w zasadzie całą kamienicę.
W odrodzonej Polsce Toruń stał się stolicą województwa pomorskiego. Mocno zgermanizowanego, chociaż w samym mieście żywioł polski był podczas zaborów bardzo silny. Szybko zaczęło rozwijać swoje kulturalne skrzydła, m.in. przy wsparciu przybyszy z innych zakątków kraju. Jednym z tych gości była Kazimiera Żuławska, która kupiła kamienicę przy Bydgoskiej i otworzyła tam pensjonat. „Zofijówka” błyskawicznie stała się Parnasem nie tylko dla artystów toruńskich. Często zaglądał tutaj Witkacy, czemu zresztą toruński teatr zawdzięczał prapremiery „Wariata i zakonnicy” - sztuki, na bardzo kościelnie i narodowo zorientowanym Pomorzu nazwanej „Wariatem i pielęgniarką”, oraz „W małym dworku”.
Ogarnął mię jakiś nastrój niesamowity, jakiś dreszcz grozy, czułam, że jednak coś w tem jest, coś, nad czem pomyśleć i zastanowić się jest warto, że jednak utwór to niezwykłej miary.
Tak swoje wrażenia z toruńskiej prapremiery „W małym dworku” opisała 22 lipca 1923 roku na łamach „Słowa Pomorskiego” Zofia Guzowska. Całą recenzję można przeczytać w książce „Toruń między wojnami” Katarzyny Kluczwajd. Tu również, obok reprodukcji oblicza pomorskiej Muzy, jakie wyszło spod pędzla Firmy Portretowej, znajduje się fragment listu Witkacego do Żuławskiej z lutego 1922 roku:
Piszę, maluję itd., ale zaczyna to być tylko snem czyimś o mnie. Nie wiem, jak to się skończy. Może, aby się odetkać, będę musiał przyjechać do Torunia...
Niezwykle ciekawy tekst o Żuławskiej i jej pensjonacie napisał swego czasu Maciej Czarnecki, wtedy dziennikarz lokalnej „Gazety Wyborczej”. Koniecznie proszę przeczytać!
Ja poszedłem nieco innym i bardziej przyziemnym tropem. Dałem nura w archiwalia.
Ważne dla rodzin bez mieszkań. Pensjonat „Zofijówka” Bydgoska 26, poleca pokoje ciepłe, słoneczne na sezon jesienny i zimowy. Wiadomość na miejscu od godziny 3 do 5 po południu.
Takie ogłoszenie ukazało się w „Słowie Pomorskim” 25 września 1921 roku. Generalnie jednak lekkiego życia Żuławska w Toruniu nie miała. Miejscowa policja nachodziła ją m.in. w związku z drutem kolczastym, jaki zleciła rozpiąć w ogrodzie dla – jak tłumaczyła – ochrony jej włości przed zwierzętami. Długo również toczyła się awantura o reklamę.
Według raportu posterunkowego Policji Państwowej urządziła Pani godło bez zezwolenia tutejszego Urzędu, wobec tego nakłada się na Panią grzywnę 300 marek i o ile życzy Pani, aby godło nadal pozostało, należy podać do podpisanego Urzędu wniosek o pozostawienie takowego, z rysunkiem jak godło wygląda, wymiarami tegoż i kolorem liter.
Oto treść jednego z dokumentów, jakie znalazłem w toruńskim Archiwum Państwowym. Papier był zdaje się podpisany przez ówczesnego prezydenta miasta. Czytam to któryś już raz, z niezmiernie wielką fascynacją. Cóż za troska o reklamową stronę Torunia i jaka konsekwencja! Czy to w ogóle było możliwe? Trudno w coś takiego uwierzyć, tonąc w powodzi obecnej pstrokacizny z jednej strony i miejskiej pod tym względem niemocy, z drugiej. Cytowane wyżej pismo zostało wysłane w listopadzie 1922 roku. Żuławska na to odpowiedziała czymś takim:
Szyld ten jest to deska na niebiesko pomalowana z białym napisem „Zofijówka” i nic więcej, umieszczona przy bramie ogrodowej.
Swoją drogą brama ta, ładnie zdobiona, zniknęła gdzieś po październikowym pożarze. Mam nadzieję, że Pytia nie poczuje się zazdrosna, jeśli zabawię się w proroka i napiszę, iż furtka trafiła na złom?
Dzięki uprzejmości dyrekcji naszego Archiwum ozdabiam swoją stronę zdjęciem jednego z dokumentów opatrzonego autografem Żuławskiej.
Korespondencja dotycząca reklamy krążyła między magistratem i Bydgoską 26 do początków 1926 roku. Ostatnie pisma dotyczyły zaległych opłat za szyld, pozostały jednak bez odpowiedzi. W styczniu „Zofijówka” została zamknięta.
Podziw dla służb miejskich sprzed 90 lat każe mi również zajrzeć w inny kąt kamienicy. Reklama „Zofijówki” nie była jedyną przy Bydgoskiej 26, jaką magistrat wziął wtedy pod lupę. We wczesnych latach 20., na pierwszym piętrze oficyny, ulokował się „Chic Parisien”, pierwszy na Pomorzu salon wykwintnych mód damskich. Pochodząca z 1923 roku „Księga adresowa miasta Torunia wraz z Podgórzem i powiatem Toruń-Wieś” podaje, że należał on do Agnieszki Kamińskiej. Tu również reklama była uważnie analizowana, w archiwum przy Idzikowskiego znajduje się zresztą jej piękny projekt. Podobny do tego z reklamy opublikowanej na łamach „Słowa Pomorskiego” 30 sierpnia 1922 roku. Archiwalny szkic reklamy jest kolorowy, jego bledszy odpowiednik z gazety zawiera za to więcej informacji.  
Bydgoską 26 wspomina się dziś głównie dzięki jej wielkiej przedwojennej przeszłości. Tymczasem historia, jeśli nie wyrywa się jej z korzeniami, lubi powtórki i ukrywa wiele innych skarbów. Wiele razy miałem okazję się o tym przekonać, nie rozczarowałem się pod tym względem także tutaj. W 50. latach ubiegłego wieku, mieszkanie znajdujące się na pierwszym piętrze kamienicy, zajął doktor Władysław Polakiewicz, słynny toruński ortopeda, twórca nowoczesnej ortopedii w Szpitalu Miejskim i jej wieloletni ordynator, który zresztą, w swoim prywatnym gabinecie przy Bydgoskiej, przyjmował również prywatnie i nie liczył się przy tym z kosztami. Jego potomkowie skontaktowali się z redakcją i pozwolili dopisać kolejny rozdział bogatych dziejów dawnej „Zofijówki”. Ukazał się on w „Nowościach” bodajże w listopadzie 2013 roku.
Syn doktora nadal mieszka na Bydgoskiem, poza wrażeniami oraz nagranymi wspomnieniami, z jego domu wyniosłem również kopię zdjęcia, jakie zamieściłem w gazecie i pozwalam sobie wrzucić je również „Piątą stronę”. Widać na nim doktora Polakiewicza siedzącego w mieszkaniu przy Bydgoskiej, w towarzystwie siostry Marii, bliskiej współpracowniczki Marii Znamierowskiej-Prüfferowej, założycielki Muzeum Etnograficznego w Toruniu.
No i jak, czy stare mury rzeczywiście zasłużyły na to, by dziś z nimi walczyć? Bardzo przepraszam, obecne władze Torunia oficjalnie przecież o nie bardzo dbają. Skupiają się jednak głównie na starówce, im dalej jednak od niej, tym bardziej stają się ślepe.
Dla jasności dodam, że dom przy Bydgoskiej 26 ma dziś swojego prywatnego właściciela. Właściciel zaś ma problem, bo gdyby obiekt znajdował się w rejestrze zabytków, mógłby się starać o wsparcie finansowe na jego odbudowę. Miasto także znajduje się teoretycznie w tarapatach. Gdyby dawna „Zofijówka” była wpisana do rejestru, miałoby większe możliwości, aby jej historycznych murów bronić. A tak... Nie będę tu wpisywał niecenzuralnych komentarzy, choć powinienem.
Tyle historii, przyszedł czas na smutną teraźniejszość. Przed pożarem „Zofijówka”, czyli jak kto woli, stara buda z Bydgoskiego, nie wyglądała najlepiej. Jej słynna wieżyczka była zabita dechami. 
Świadkowie mówili, że paliła się jak pochodnia.
Ja tego nie widziałem, pożar wybuchł w nocy z piątku na sobotę, na miejscu pojawiłem się przed południem 5 października. Strażacy przygotowywali się akurat do demontażu resztek wieżyczki. Za nimi widać nowe bloki przy ulicy Krasińskiego.
W ostatnich chwilach swojego istnienia, zasłonięta wcześniej deskami konstrukcja, błysnęła resztkami swoich bogatych zdobień.
Drewno opalone, ale wewnątrz wydaje się całkiem zdrowe.
Trudno jest w tej sytuacji walczyć o niezwykłe mury. W pożarze zginęło przecież dwoje dzieci i ich ojciec. Ja nie mogę jednak stać obojętnie i tylko patrzeć, bo przecież razem z kamienicą przepadnie spory kawał historii Torunia. Mam nadzieję, że udało nam się jakoś ten problem rozwikłać, ja pisząc w gazecie o pożarze, nigdy nie zapominałem o ludziach, koleżanka natomiast zorganizowała pomoc dla pogorzelców. Jej się udało, ja na efekty czekam.
Płonąca „Zofijówka” miała swojego prywatnego właściciela, zamieszkana była jednak wtedy przez gminnych lokatorów, którym miasto, mimo wyroków eksmisyjnych, nie było jeszcze w stanie zapewnić lokali zastępczych. Trudna sprawa, ale w Toruniu dość typowa. Miasto musiało właścicielowi zapłacić odszkodowanie za to, że nie jest w stanie poradzić sobie z problemem. Ten również nie miał lekko, skarżył się m.in. na to, że ktoś podkrada mu prąd. Z tego powodu częściowo zresztą odciął dopływ energii. Mieszkańcy narzekali, że po schodach na poddasze musieli wchodzić ze świeczkami. Pożar wybuchł właśnie tam, kamienicę spalił zaprószony ogień. Nie wiem jednak dokładnie, jak do tego doszło.
Balkon widoczny na archiwalnym zdjęciu sprzed wieku, przetrwał nienaruszony. Reszta wygląda jednak gorzej – górną kondygnację strawił ogień, a woda ze strażackich sikawek przelała się aż do piwnicy.
Ze zniszczonych ścian odpada tynk eksponując fragmenty oryginalnej konstrukcji szkieletowej. Jeśli dobrze pamiętam, to połączenie białych cegieł i drewna jest bardzo charakterystyczne dla początków pruskiego muru. Przy Bydgoskiej 26, pierwotne ściany, doskonale widoczne na zdjęciu sprzed wieku, warstwy tynku zakryły w dwudziestoleciu międzywojennym.
Tynk odpada, kamienica zieje pustkami. Po godzinach, bo za dnia trwa tam wielkie piłowanie i odzyskiwanie wszystkiego, co tylko da się sprzedać lub spalić. Jak długo jeszcze?

piątek, 18 stycznia 2013

Koniec i bomba, a kto nie zwiedzał, ten trąba!

Bokiem mi ta tegoroczna Wielka Orkiestra wyszła. A raczej nosem, zresztą pewnie razem z połową mózgu. Zimno było, cholera... I może dlatego na dwie wycieczki zgłosiło się coś koło 30 osób – zebraliśmy nieco ponad 200 złotych. Rok temu zwiedzających było z półtorej setki, co dało zyski proporcjonalnie większe. Nie narzekam jednak, teatr jak zwykle był ciekawy, a Muzeum Artylerii, w którym pojawiłem się po raz pierwszy, zaskoczyło mnie bardzo interesująco. Na zdjęciu naturalnie to nie my się prezentujemy, ale członkinie teatralnej grupy baletowej podczas jakiegoś przedstawienia w dwudziestoleciu międzywojennym.
Muzeum Artylerii przy ulicy Sobieskiego na pierwszy rzut oka kusi swoimi armatami. Prawdziwe jego skarby są jednak z ulicy niewidoczne. W pomieszczeniach kryje wystawę poświęconą toruńskiemu chwytaniu za nogi boga wojny – od początków II RP do współczesności. Jej twórcy przesiedzieli kilka lat w archiwach, a swoimi zbiorami podzieliło się z nimi Narodowe Archiwum Cyfrowe, jest więc tam co oglądać i czytać. Poza wystawą, udało nam się też zwiedzić Izbę Tradycji... Bogatą, bardzo bogatą! Obrazków nie fotografowałem, nie chciałem wykradać tego co nie moje. W sumie jednak to nie zdjęciom i nie armatom zawdzięczaliśmy muzealną włóczęgę trwającą prawie trzy godziny. Na orkiestrową wycieczkę mundurowi ściągnęli przewodnika najlepszego z możliwych, Mirosława Giętkowskiego, dyrektora muzeum w Bydgoszczy. Wielkie dzięki! Zdjęcia łowiłem kątem oka, by nie stracić tego, co mi do ucha wpadało. Przewodnik tymczasem sypał anegdotami w tempie karabinu maszynowego. Jak przed wojną wyglądała fala na tej uczelni? Mówił wykładowca do ucznia, że za 10 minut ma się zameldować w mundurze huzara z 1809 roku. Wywołany pędził więc najpierw do biblioteki, by się zorientować co i jak... Jeśli nie zdążył, to egzaminowany był dalej – proszę wyrecytować pierwszą księgę „Pana Tadeusza”. Nie zna pan? No to proszę podać dopływy Wisły. A jak się wtedy pisało klasówki? Jeden oficer na dokształcie, któremu coś nie poszło, kartki swojej nie oddał. Jak to? Miało zdawać dwudziestu, prac oddano 19... Co to znaczy? Najwyraźniej jakiś żołnierz nie istnieje... No i przestał w armii istnieć. Kanony obowiązujące wśród kanonierów były pono tak rygorystyczne, że na egzaminach wykładowcy po zadaniu pytań wychodzili z sal i nikt ze zdających nie ściągał. Jakże by mógł, przecież na placu boju, jeśli artylerzysta nie obliczy szybko namiarów celu, to stojący przed nim piechurzy poginą. Jakie te szkolenie przyniosło efekty? Nasz przewodnik rzucił kilka przykładów, wywołał m.in. Janusza Pasturczaka (o rangę nie zapytałem), dowódcę baterii pozbawionych celowników starych armat 75 mm, który 3 września 1939 roku pod Bukowcem koło Tucholi stawił czoła Guderianowi. Trzema artyleryjskimi gratami (czwarte działo było wyłączone z użytku) rozwalił Niemcom kilkanaście czołgów, a gdy zaczęła mu się kończyć amunicja, armaty razem z przodkami wysadził. Wziętemu do niewoli Pasturczakowi najeźdźcy zaproponowali posadę wykładowcy w ichniej uczelni, ale ten odmówił. Inny absolwent toruńskiej uczelni, mając do dyspozycji sprzęt równie wiekowy, ale nieco większego kalibru – 100 mm – nad Bzurą zepsuł Niemcom 40 pojazdów. Jego też później szukali, ale nie znaleźli. Jeśli zaś o okupację chodzi, to przez naszą szkołę artylerii przewinęło się 44 przyszłych Cichociemnych, a grupa zamkniętych w obozie jeńców, kształconych w Toruniu artylerzystów, zbudować sobie miała za drutami radiostację, by utrzymywać dzięki niej łączność z rządem w Londynie. Nikt inny pono podobną przedsiębiorczością się nie wykazał. Cóż, wygląda na to, że do muzeum będzie trzeba jeszcze wrócić. Może latem?
Konserwa pancerna, czyli jakieś powojenne działo szturmowe.
Bema pamięci... armata z epoki. Jeden z eksponatów w Izbie artyleryjskiej Pamięci.
Cudzych widoków nie podkradałem, jednak makiety artyleryjskiego dziwoląga z placu Zwycięstwa sobie nie odpuściłem.
W Izbie Pamięci są inne fajne fotki z budowy tego pomnika.
Aha. Od śledzia.
Ładna wieżyczka. Jeśli dobrze pamiętam, choć głowy nie daję, na dawnym budynku stajennym.