Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podgórz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podgórz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 czerwca 2017

Budżet obywatelski. Szymon słupnik

Sporo dziś się mówi o porządkowaniu bałaganu reklamowego. Nic nowego pod słońcem! O tym, że rozklejane na ścianach i płotach afisze nie są miasta ozdobą debatowali już nasi przodkowie w połowie XIX wieku. W roku pańskim 1854 berliński drukarz Ernst Litfaß wynalazł skuteczne rozwiązanie tego problemu - słup ogłoszeniowy, który zresztą na jego cześć został nazwany Kolumną Litfaßa - Litfaßsäule.
Kiedyś takie kolumny stały w Toruniu na niemal każdym rogu, do dziś z najstarszego słupowego pokolenia, przetrwało jednak tylko kilka egzemplarzy. Trzeba się było sporo nagardłować, aby władze miasta przyjęły do wiadomości, że stare słupy reklamowe również są cennymi pamiątkami przeszłości. Nikt ich już nie burzy, ale jakoś nie można się doprosić, aby zostały one wyremontowane. Tymczasem ich znaczenie nie ogranicza się tylko do historii reklamy...
Słynne zdjęcie Hermanna Spychalskiego przedstawiające wojsko polskie wkraczające do Torunia 18 stycznia 1920 roku. Zwróćcie Państwo uwagę na mijany słup reklamowy, na którym nie ma ani jednego plakatu. Dlaczego? Kiedyś opowiadała mi o tym pani Bożena Steinborn, wnuczka Heleny i Ottona Steinbornów. Dzień przed powrotem Polski do Torunia pani Helena zmobilizowała swoich synów oraz ich kolegów, w nocy z 17 na 18 stycznia młodzi ludzie oczyścili centrum miasta z niemieckich plakatów, pozasłaniali również niemieckie tabliczki z nazwami ulic, umieszczając w ich miejscu wypisane na tekturze nazwy polskie.
Słup z Rynku Nowomiejskiego jest moim zdaniem ważniejszym i bardziej poruszającym symbolem tamtych dni, niż pomnik gen. Hallera, jaki kilka lat temu stanął u wylotu ul. Piastowskiej. Swoją drogą, w miejscu pomnika stał wcześniej słup ogłoszeniowy z międzywojnia, w związku z budową został zburzony.
 Ten sam słup oglądany z nieco innej perspektywy, uwieczniony i pokolorowany nieco wcześniej.
Tak świadek historii, kolumna z Rynku Nowomiejskiego wygląda dzisiaj. Jakiś czas temu mówiło się o jej planowanym remoncie, ale nic z tego nie wyszło. Ten słup i tak prezentuje się lepiej do kompana z Zaułku Prosowego, gdzie bujnie rozwija się zieleń... miejska?
O kolumnach Litfaßa pisałem sporo, kampanię na rzecz ich ocalenia zaczynając zresztą na Piątej Stronie. Dlatego też bardzo proszę o wsparcie akcji, która może doprowadzić to dzieło do szczęśliwego końca.
Zgłosiliśmy do budżetu partycypacyjnego projekt renowacji pięciu najstarszych toruńskich słupów reklamowych. Poza tym z Rynku Nowomiejskiego i stojącego przy I LO obejmuje on także Litfassa z ulicy Dobrzyńskiej.
I tego na rogu ul. Bydgoskiej z Sienkiewicza.
Oraz piątej kolumny z Podgórza, a konkretnie z ul. Parkowej.
Projekt znajduje się na liście ogólnomiejskiej ma sygnaturę O0475. Głosować można do 26 czerwca, najwygodniej zrobić to przez internet kilkając tutaj. Każdy mieszkaniec Torunia, który w chwili głosowania ma ukończone 16 lat może zagłosować na maksymalnie trzy projekty z listy ogólnomiejskiej oraz maksymalnie trzy projekty z jednej listy osiedlowej. Bardzo prosimy o wsparcie!
Ernst Litfaß, który swoim wynalazkiem zrewolucjonizował świat reklamy, spoczywa na Dorotheenstädtischer Friedhof w Berlinie.
W stolicy Niemiec nadal jest bardzo życzliwie wspominany, doczekał się nawet placu swojego imienia i pomnika - oczywiście w kształcie Litfaßsäule. Podczas wizyty w Berlinie plac i pomnik jakoś umknął naszej uwadze, ale dotarliśmy na cmentarz.
Nieustająco zachęcając do ratowania toruńskich słupów dorzucam kilka obrazków z kolumnami, które nie doczekały odsieczy.
Polecamy również Państwa uwadze inne przedsięwzięcia zgłoszone przez przyjaciół Toruńskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad zabytkami: projekt renowacji Kamieni głoszących chwałę, czyli wzniesionego w 1915 roku pomnika ofiar wojny stojącego w lesie przy drodze na Barbarkę, oraz wniosek dotyczący renowacji przedwojennej reklamy zakładu fryzjerskiego Franciszka Laksa na fasadzie kamienicy przy ul. Mickiewicza 90.


czwartek, 2 stycznia 2014

Nieme historie


Czasami słyszę głosy... Spokojnie jednak, ich pochodzenie na ogół jest mi znane, zbudowane z krwi i kości, zatem nie ma powodów do niepokoju. Czasami więc słyszę głosy, że wrzucam na stronę zbyt mało zdjęć, a przede wszystkim, sadzę zbyt wiele liter. To chyba dobrze, ponieważ świadczy o tym, że zachowuję należyte proporcje – obrazami zajmuję się amatorsko, z pisania natomiast żyję. Tym razem wyjdę głosom naprzeciw, fotografii, bardzo zresztą ciekawych, będzie dużo, a opisów prawie wcale, z tej prostej przyczyny, że na temat tego co jest na zdjęciach, nic w zasadzie nie wiem.
Kolekcja pochodzi ze zbiorów pana Olgierda Jędrzejewskiego, a jako pierwszy dotarł do niej szanowny Obserwator Toruński, który całą ich serię umieścił na swojej stronie pod tytułem „Skarby Pana Olgierda”. Zainteresował mnie tym ogromnie i właścicielowi mnie zaanonsował, za co jestem mu wielce zobowiązany. Z panem Olgierdem spotkałem się nieco później i w nieco innych, niż sobie wcześniej wyobrażałem, okolicznościach. Biedny człowiek boryka się z problemami zdrowotnymi, a co za tym idzie również finansowymi, część swoich pamiątek musiał zatem sprzedać. Kupiłem to co toruńskie, natomiast piękne zdjęcia morskie, które pojawią się w następnej części, skopiowałem. Problemy pana Olgierda się nie skończyły, zatem gdyby ktoś zainteresowany chciał fotografie z życia marynarzy Polskiej Marynarki Wojennej na przełomie lat 20. i 30. nabyć, służę pomocą.
Jak już wspomniałem, okręty na Piątą stronę wypłyną niebawem, w pierwszym rzucie wrzucam natomiast zdjęcia z Torunia. Wszystkie dotyczą intendentury VIII Dowództwa Okręgu Korpusu i zapewne również powstały pod koniec lat 20. Są jedną wielką tajemnicą, pan Olgierd w zasadzie nic nie jest w stanie o nich powiedzieć, a że poza jednym wyjątkiem nie są opisane, trudno zmusić je do mówienia. Na dodatek, ja nie mam bladego pojęcia o organizacji przedwojennego toruńskiego garnizonu, zatem opieram się tylko na tym, czego się dowiedziałem od ludzi bardziej światłych, lub wyczytałem w stosownym rozdziale „Księgi pamiątkowej dziesięciolecia Pomorza 1920-1930”.
Na początek zatem coś, czego jestem pewien, czyli brama Zakładów Mundurowych, które mieściły się w koszarach Żymirskiego, czyli Przyczółku Mostowym. Dziś jest to wejście do fabryki serów i wygląda nieco inaczej.
Ciekawe zdjęcie ma równie interesujące towarzystwo. Tu widzimy wnętrze Przyczółka, a za jego murem bardzo okazale prezentuje się Dworzec Główny, wtedy nazywany Toruniem Przedmieście. Tego może jednak lepiej nie przypominać, ponieważ obecne władze miasta nie są dla przedmieść łaskawe. Jako główna, stacja ma przed sobą lepsze perspektywy, lada moment ma się zacząć jej gruntowny remont.
Dalej w tle także widoczne są tory, na pierwszym planie można jednak zobaczyć przyczółkowe budynki, które – jak mi powiedział Adam Kowalkowski (sam niestety jeszcze nigdy na terenie przyczółka nie byłem), już nie istnieją. Takie ładne kawałki „pruskiego muru”... Toruń w kratkę, jak budowle szachulcowe nazwał na swoim blogu Jarek Jaworski, choć są wizytówką miasta, mają się obecnie jeszcze gorzej niż jego przedmieścia.
 Tu się w zasadzie kończą pewniki i zaczyna historia zupełnie niema. Portrety ludzi związanych ponad 80 lat temu z toruńską intendenturą, z których bardzo bym chciał wycisnąć wiele informacji – ludzkie opowieści są przecież najbardziej zajmujące, lecz zrobić tego nie mogę, ponieważ pięknie uwiecznione postacie i ich potomkowie, uparcie milczą. Z dwoma małymi wyjątkami, oto pierwszy z nich. Wspomniany wcześniej Adam Kowalkowski, chodząca encyklopedia przedwojennego Torunia, tłumaczył mi swego czasu, gdzie znajdowała się siedziba władz intendentury VIII DOK i w jakich obiektach rozlokowały się jej poszczególne warsztaty. Jestem pod tym względem mniej rozgarnięty, zatem chyba wszystkiego należycie nie przyswoiłem. Główne gniazdo miało się jednak mieścić na Rudaku, zakłady mundurowe zajmowały pomieszczenia Przyczółka Mostowego, a gdzie pracował ten pan? To bardzo ważny człowiek, Alojzy Jędrzejewski, dziadek pana Olgierda. Jego zdjęcie, jako jedyne w toruńskiej części kolekcji jest podpisane. Dzięki temu wiemy kto to i kiedy dał się uwiecznić. 
Tego zdjęcia, jako rodzinnej pamiątki, pan Olgierd mi nie sprzedał. Pozwolił jednak na chwilę pożyczyć, zekanować i wykorzystać. Odbiłem zatem obie istotne strony fotografii.

W dwóch przypadkach uwiecznioną postać udało się rozpoznać, co do tożsamości dwóch kolejnych snuję domysły. Przeczytałem poświęcony intendenturze rozdział w „Księdze pamiątkowej dziesięciolecia Pomorza” wydrukowanej zresztą w Toruniu czcionkami Pomorskiej Drukarni Rolniczej SA przy ul. Bydgoskiej 56. Adres ten budzi dziś w mieście ogromne emocje, kamienica, na której zapleczu znajdowała się drukarnia, a później także redakcja depeszowa „Nowości”, ma być lada moment zburzona. W jej miejscu ma powstać bardzo kontrowersyjny nowy blok, przed którym jednak inwestor odtworzy fasadę pierwotnego domu. Projekt doczekał się już uznania na stronie Polisz Arkitekczer, dokąd trafiają architektoniczne potwory z całego kraju. Zasługuje na kilka słów więcej, więc niebawem na Bydgoską wrócę, tymczasem jednak ucinam dygresję pochylając się znów nad starymi zdjęciami.
Księga opisuje przedwojenne początki intendentury, wspomina, że podwaliny dla toruńskiego oddziału położył już w listopadzie 1919 roku podpułkownik Krzyżagórski. Dalej autor opracowania, porucznik Józef Wroński, skupia się na ogromnych kłopotach pierwszych lat, oraz na szkolnictwie. Kuźnia przyszłych kadr tak bardzo go pochłonęła, że o tym na przykład, gdzie znajdowała się kuźnia właściwa, w ogóle nie wspomina. Pisze jednak, że w 1927 roku szefem toruńskiej intendentury został kapitan Jan Więcek. Zdjęcia z rodzinnego albumu pana Olgierda są zapewne nieco starsze, bo pochodzą pewnie z 1925 roku, Więcek jest jednak pierwszym wspomnianym w 1930 roku kapitanem, jaki został tu szefem. Przed nim kierownicze stanowiska pełniły wyższe szarże. Być może zatem to on? Na pewno jest kapitanem, a kierowniczy majestat  bije z każdego cala jego osoby.
Być może też pochylający się nad nim porucznik jest Józefem Wrońskim. Może, bo to wszystko to tylko moje domysły, w których zgrzyta fakt, że zdobyte informacje datowane są na 1927 rok, tymczasem zdjęcia pochodzą najprawdopodobniej z roku 1925. 
A to mój drugi pewniak. Wkurzony tym, że fotki są tak ciekawe, ale tak bardzo nie chcą mi nic o sobie powiedzieć, opublikowałem kilka z nich w gazecie. Nie robiłem sobie specjalnie nadziei, ale się nie zawiodłem. Jedna z czytelniczek „Nowości” rozpoznała swojego ojca. Wincenty Lewandowski, który jak widać naprawiał maszyny, urodził się w 1903 roku w Wielkopolsce.
Techniczne uzdolnienia rozwijał m.in. w warsztacie Katafiasa przy Rynku Nowomiejskim. Niezwykłe miejsce, gdzie nie tylko reperowano rowery, ale także samochody, swego czasu wyczerpująco opisał na kartach „Albumu rodzinnego” mojej gazety, mistrz Roman Such. W Toruniu wciąż jeszcze żyją potomkowie legendarnego – proszę mi uwierzyć na słowo, przeglądam stare gazety, więc wiem, co piszę, przedsiębiorcy. Reklama, jaką widać poniżej, jest jedną z wielu opublikowanych na łamach „Gazety Toruńskiej”. Ukazała się w marcu 1906 roku, jest więc w niej mowa o rowerach, zwanych wtedy powszechnie kołowcami, nie ma jednak jeszcze słowa o samochodach. Pierwsze auto pojawiło się na ulicach Torunia raptem rok wcześniej.
Miałem oszczędzać słowa, tymczasem plotę jak najęty. Dalej będę jednak grzecznie milczał, bo też reszta zdjęć jest niestety dla mnie milczeniem. Tabula rasa. Znam pana marszałka z portretu, jego krewna, pani Piłsudska, mieszkała zresztą w Pasłęku niedaleko domu moich dziadków. Jeszcze ją pamiętam. Podoficer siedzący przy na portretowym tle przy biurku zastawionym ciekawymi urządzeniami, jest mi już jednak całkowicie obcy.
 O rozdzielających korespondencję paniach już nawet nie wspomnę.
Podobnie, jak i o siedzibach poszczególnych warsztatów.
Warsztat rymarzy. Ten, zdaniem Adama Kowalkowskiego, mógł znajdować się w którymś z pomieszczeń fortecznych sąsiadujących z obecnym rondem Pokoju Toruńskiego na pograniczu Mokrego i Jakubskiego Przedmieścia. Jak już wspomniałem, struktura przedwojennego miejscowego garnizonu jest mi całkowicie obca, jednak to wydaje się mieć ręce i nogi. W „Księdze pamiątkowej Pomorza”, w rozdziale na temat intendentury, jest zdjęcie całego zespołu zrobione na tle sali z zegarem w zajmowanym dziś przez X LO dawnym kompleksie koszarowym przy ulicy Dobrzyńskiej, jeden swój koniec opierającej o wspomniane rondo.
Swoją drogą szkoła jest od Dobrzyńskiej odgrodzona pięknym parkanem z cegieł i misternie powyginanych metalowych prętów pochodzących jeszcze sprzed 1920 roku. Do niedawna były tam również rozłożyste drzewa, jednak, jak większość starych i okazałych drzew w Toruniu, rośliny zostały wycięte. Zajmująca się tym ekipa uszkodziła przy okazji spory kawałek historycznego parkanu, co i tak od dawna był w opłakanym stanie. Z roku na rok ten  stan się tylko pogarsza, a wyczyny panów wywijających mechanicznymi piłami tylko pogorszyły sytuację. Obok tego ogrodzenia chodzę niemal każdego dnia, byłem więc świadkiem wycinki, zauważyłem ubytek, fragment wywalonego muru przez kilka dni leżał zresztą obok miejsca, z którego wyleciał. Później jednak zniknął, a szczerba pozostała. Dałem znać miejskim konserwatorom zabytków, nic się jednak nie zmieniło. Nieśmiało wspomniałem o tym na łamach gazety w rubryce interwencyjnej. Bez skutku. Zwracam się zatem z bardzo otwartą prośbą do dyrektora Andrzeja Drozdowskiego. Zdaję sobie sprawę z tego, że ma Pan teraz na głowie inne problemy, zabiegam jednak bardzo o poprawę stanu kombinacji tworzących ogrodzenie cegieł, ponieważ pojawiły się one na długo przed tym zanim Pan i ja zaczęliśmy przemierzać ulice Torunia i powinny stać nadal także wtedy, gdy obu nas już zabraknie.
 Jeszcze jedna fotka, a na niej nieznany pan cywil i równie obcy pan wojskowy.
Na koniec zdjęcie prawie całej oglądanej wcześniej w poszczególnych odsłonach ekipy. Gdzieś w Toruniu, jednak w miejscu mi całkowicie nieznanym. Może ktoś na te miejsca oraz twarze pojawiających się w nich ludzi, rzuci choć odrobinę blasku oświaty kaganka? Bardzo na to liczę, a niebawem wezmę się za wrzucanie zdjęć morskich i będę przy tym milczał jak grób, pozostając w tych sprawach zielony jak ogórek na wiosnę.

sobota, 14 grudnia 2013

Toruń skrzydlaty, lub też propelery w piasku


Dmuchawce, latawce, wiatr... Oj, długo będzie mi się tłukła po głowie ta piosenka, przy akompaniamencie warkotu lotniczego silnika.
Żadna z wrzucanych tu historii nie czekała na swoją premierę tak długo, początki toruńskiego lotnictwa chodzą mi po głowie od dobrych dwóch lat. Wiedziałem, że nasze lotnisko zostało otwarte w 1913 roku, ale choć pilnie szukałem, nigdzie nie mogłem znaleźć szczegółowych informacji na ten temat. Odpowiedzi na liczne nurtujące mnie pytania nie doszukałem się nawet na bardzo ciekawej, jubileuszowej wystawie przygotowanej latem tego roku przez Muzeum Okręgowe w Toruniu z okazji stulecia lotniska. Bombardowałem wyszukiwarkę Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej różnymi słowami, o których myślałem, że będą w tej sprawie kluczowe, nie przyszło mi jednak do głowy, aby polować na „wojskowe stacye dla żeglugi napowietrznej”, jak przed wiekiem nazywano lotniska, czy też latawce (stąd piosenka), bądź jedno- i dwupłaszczyznowce, jak często nazywano wtedy samoloty. Załamany, zacząłem przekopywać archiwalne wydania „Gazety Toruńskiej” numer po numerze, z wielką korzyścią zresztą dla spraw innych, bo wydobyłem dzięki temu masę innych ciekawych informacji. Ślady pierwszych popisów lotników nad Toruniem też znalazłem.
A wszystko to zaczęło się tak łatwo i niewinnie... Jak to zwykle w tej sytuacji bywa, tropiąc coś innego, trafiłem na wzmiankę o początkach toruńskiej aeronautyki. To dzięki balonom właśnie Toruń uczynił swój pierwszy krok w chmurach, pękate kule i wrzeciona pojawiły się na naszym niebie zanim jeszcze na horyzoncie zaczęły majaczyć samoloty. Stosownie wcześniej również Toruń doczekał się balonowego zaplecza.
„Balon wojskowy M 1 zwieziono wczoraj w czwartek do Torunia – pisała „Gazeta Toruńska” 11 września 1911 roku. - Statek napowietrzny spakowany w czterech wagonach kolejowych pozostanie na dworcu Toruń Północ aż do piątku, 15 bm., do którego to dnia hala balonowa i wszelkie przygotowania mają być ukończone. Niebawem rozpoczną się też jego wzloty”.
Widoczna niżej, na zdjęciu z 1913 roku hala balonowa była jednym z dwóch tego typu obiektów wzniesionych w obrębie toruńskiej twierdzy. Drugi – hala sterowcowa – powstał na Podgórzu, który był wtedy jeszcze samodzielnym miastem. O tym porcie niestety nic nie wiem, nie mam też zdjęcia, zainteresowanym polecał łowy w internecie.
Budowla na Bielanach została rozebrana w latach 50. XX wieku. Przed wojną znajdowała się tu kuźnia polskich balonowych talentów, które do 1939 roku sięgały po najważniejsze aeronautyczne światowe trofea.
Bardzo interesujące zdjęcie wnętrza hali balonowej, wraz z jej – najprawdopodobniej obsługą – sprzed 1920 roku dostałem kiedyś od profesor Magdaleny Niedzielskiej. Pozwoliłem sobie nim ozdobić ostatnie wydanie swojej strony w „Nowościach”.
Co zaś działo się dalej w 1911 roku? Wygląda na to, że balon M 1, upchnięty w wagonach stojących na bocznicy przy opuszczonym i zapomnianym dziś Dworcu Północnym, który przypominam przy pomocy archiwalnej fotografii z czasów jego otwarcia w 1910 roku, nie czekał długo na okazję, by zaprezentować się w całej swojej okazałości.
„Wzloty balonu M 1 rozpoczną się prawdopodobnie dziś we wtorek po południu – informowała „Gazeta Toruńska” 13 września A.D. 1913. – Hala balonowa jest już tak dalece przygotowaną. Prace nad jej ukończeniem potrwają jeszcze kilka tygodni”.
POST SCRIPTUM Dworzec na zdjęciu jednak nie jest Dworcem Północnym, ale stacją w Czarnowie. Więcej o tym tutaj.

Z tamtej wyprawy w przeszłość wyniosłem jeszcze jeden ciekawy szczegół dotyczący balonowego zaplecza, a konkretnie ulicy oddanej do użytku w sierpniu 1911 roku.
„Prace nad budową portu wojskowego dla żeglugi napowietrznej, mianowicie główna ulica prowadząca tam, ukończoną ma być najpóźniej do 15 sierpnia. W tym czasie ma nadejść przeznaczony dla Torunia balon”.
Notka ta pojawiła się w wydawanym w Toruniu polskim dzienniku 10 sierpnia. Opisywanej w niej główną drogą była ulica Balonowa, dziś jedyna w Toruniu pamiątka niezwykle bogatej historii. No, poza ulicą, są jeszcze resztki toru prowadzącego do hali, w której miejscu (hali, nie bocznicy) dobiega właśnie końca budowa sali widowiskowo-sportowej. Tor jest ślepy, zarośnięty i mało kto w jego okolice zagląda. O stanie jego zachowania oraz zapomnienia, można się przekonać zerkając na zdjęcia, jakie zrobiłem kilka lat temu pisząc o początkach linii kolejowej do Czarnowa.
Śladów dawnej balonowej chwały mieliśmy w Toruniu więcej. W 1937 roku, w parku na Bydgoskim, odsłonięty został pomnik poległych aeronautów, podobno był to najpiękniejszy pomnik przedwojennego Torunia. Był, bo niestety, został zniszczony przez Niemców podczas okupacji i nigdy go już nie odbudowano. Monument być może wróci, kiedy Unia Europejska znów pozwoli skorzystać ze swojego skarbca – magistrat ma w każdym razie takie plany. W tej chwili są one dość ogólne, ale na pewno będę gorąco kibicował temu, aby nabrały wyrazu.
Z balonami poszło łatwo, zacząłem więc zbierać zdjęcia do lotniczej opowieści pewny, że ślady pierwszych samolotów również odnajdę bez problemu. Jak już wspomniałem, srodze się przy tym zawiodłem i polując na aeroplany, musiałem przesiewać wszystko, czym w 1913 roku żyło miasto i okolica. Czasami dość odległa, w jednym z archiwalnych numerów „Gazety Toruńskiej” znalazłem na przykład informację o tym, że Poznań doczekał się nowej atrakcji, dwóch koziołków na ratuszowej wieży, które co jakiś czas robią sobie – jakby to można było językiem obecnej młodzieży powiedzieć – ustawkę. Szukałem zatem i szukałem, a na pierwszy trop (nie miałem pojęcia, kiedy konkretnie w tym 1913 roku z lotniska wzbił się pierwszy samolot) trafiłem oczywiście zupełnie przypadkiem rozglądając się wśród starych gazet za czymś zupełnie innym.
„Wojskowe porty dla żeglugi napowietrznej. Jak wiadomo, w ostatnim czasie urządzono w na wschodniej granicy Prus trzy porty dla wojskowych balonów i latawców, i to w Toruniu, Królewcu i Poznaniu. Oficyalne oddanie do użytku tych stacyi dla żeglugi napowietrznej nastąpić ma w dniu 15 lutego r.b. Ponieważ we wszystkich trzech miejscowościach mają być przygotowani oficyerowie do służby lotniczej, dlatego odkomenderowano z Dőberitz do tych trzech miast po dwóch oficerów lotników”.
Stacye dla żeglugi napowietrznej... Nigdy bym na to nie wpadł! Wiadomość ta ukazała się na początku stycznia i zapowiadała konkrety w połowie lutego. Z miejsca więc tam poleciałem i... nic nie znalazłem. Wertowanie prasy sprzed lat jest naprawdę pasjonującym zajęciem. Każdy kolejny numer kusi wizją ukrytych w nim skarbów, tym silniejszą, że w wielu archiwalnych wydaniach te skarby się rzeczywiście znajdują. Zabawa przypomina jednak czasami walenie głową w mur. Marudzę z tego powodu już któryś raz, jakby to jakaś martyrologia była, ale nic z tych rzeczy. Zacząłem czesać gazetę numer po numerze, odnajdując przy okazji kolejnych szpiegów, decyzję o budowie Garbatego Mostka i wiele innych ciekawych rzeczy. Na ślad pierwszych lotników natrafiłem w maju. Tak jak to wcześniej z balonami było, pierwszy samolot, razem z balonem zresztą, przyjechał do Torunia koleją. Pierwszy lotniczy krok w chmurach „Gazeta Toruńska” opisała w niedzielę, 18 maja.
"Lotnicy wojskowi w Toruniu. Prócz latawca, o którym donosiliśmy, zwieziono do Torunia także jeden dwupłaszczyznowiec. Latawce umieszczone są na placu dla ćwiczeń wojskowych pod Barbarką i znajdować się będą w Toruniu tylko przez lato podczas ćwiczeń artyleryi w strzelaniu. Pierwszego wzlotu dokonał porucznik Dotten. Podczas lądowania wpadł latawiec w piaszczystą dolinę i propelerami wbił się w piasek. Latawiec uległ nieznacznemu uszkodzeniu, lotnikowi nic się nie stało".
Propelerami wbił się w piasek... Uwielbiam język dawnej prasy! Jak widać, stan lotniska pozostawiał wtedy sporo do życzenia. Nieco inaczej rzecz się miała w połowie sierpnia 1917 roku, kiedy to na lotnisku pojawiły się słonie z cyrku Hagenbecka. Wtedy w każdym razie, na Bielanach była już w każdym razie kantyna. Niezwykłą historię zwierząt, które pomagały ludziom wyciągnąć niezwykle ciężki głaz, opisywałem już w „Nalocie słoni na toruńskie lotnisko”. Wykorzystałem tam również prezentowane obecnie zdjęcie, do jednego i drugiego sięgam jednak ponownie, ponieważ obrazków z początków naszego lotniska nie zachowało się wiele, a poza tym, w sprawie przygody ze słoniami, udało mi się niedawno odsłonić kilka ciekawostek. Podzielę się nimi na końcu.
Pierwszy toruński lotnik miał twarde lądowanie. Kim był? W gazetowych relacjach jego nazwisko pojawia się jeszcze kilka razy, w doniesieniach z manewrów, jakie odbywały się w mieście w drugiej połowie 1913 roku. To dzięki nim właśnie do Torunia przylecieć miały pierwsze samoloty.
Bohater pojawi się na scenie za chwilę, tymczasem warto by było przyjrzeć się temu, jak podniebne akrobacje odbierali nasi przodkowie, a patrzyli się oni w górę z rozdziawionymi paszczami.
„Latawce ponad Toruniem. Latawce wojskowe, o których już wspominaliśmy, codziennie od wczesnego rana szybują w powietrzu nad Toruniem i okolicą. Mieszkańcy z zainteresowaniem śledzą ruchy swobodnie w powietrzu unoszących się aeroplanów, a gawiedź uliczna wita je okrzykami”.
Wspominając go na początku, „Gazeta Toruńska”, która też na swoich lamach zamieściła w czwartek 22 maja cytowaną wyżej wiadomość, zrobiła błąd w nazwisku, jaki później poprawiła. Nie Dotten, lecz Detten, a konkretnie, Günther von Detten, jeden z zapowiedzianych w styczniu instruktorów, który przybył do Torunia, by szkolić miejscowych zdobywców przestworzy. Pierwszy pilot na pewno nie był miejscowy. Posiłkując się informacjami zamieszczonymi w lokalnej prasie, wygrzebałem go w sieci. Człowiek sporo się u nas nalatał, bo też manewry prowadzone były z ogromnym rozmachem.
„Latawcem z Torunia do Mecu. Podczas odbywających się obecnie ćwiczeń otrzymali lotnicy wojskowi nakaz udania się w ważnej sprawie drogą napowietrzną z Torunia do Mecu. Nedporucznik Detten z porucznikiem Pickertem jako obserwatorem, wzbili się wczoraj po południu w powietrze o godz. 5 minut 45 na jednopłaszczyznowcu. W niespełna godzinę wylądowali szczęśliwie w Poznaniu, a o godz. 8 minut 45 przybyli do Berlina. Dla zapadającego zmroku w dalszą drogę udali się dopiero nad ranem”.
Lotniczy rajd przez niemal całe ówczesne Niemcy? Czemu nie. Zlecenie dowództwa, niestety, nie zostało wykonane.
„Wypadek lotnika. Donosiliśmy już o tem, że na rozkaz władzy lotnik wojskowy nadporucznik Detten z 161 pułku piechoty udać się miał na latawcu z Torunia do Mecu. Podróż wraz z pasażerem odbył szczęśliwie aż do Hildesheimu. Tutaj za miastem latawiec zahaczył się o drzewo, przewrócił się i spadł. Na szczęście lotnikom nic się nie stało, lecz aeroplan zupełnemu uległ zdruzgotaniu”.
Hildesheim, pod którym rozbił się von Detten znajduje się w Dolnej Saksonii. Jak już wspominałem, skutecznie udało mi się ślad tego człowieka odnaleźć. Urodził się w 1879 roku w Wesel, służył początkowo we wspomnianym przez „GT” 161 (reńskim) pułku piechoty, m.in. w niemieckiej Afryce. Zginął, już jako kapitan, w 1916 roku nad Francją niedaleko Verdun. 21 czerwca.
21 czerwca? W swój lot z Torunia do Metzu, von Detten wyruszył 21 czerwca 1913 roku, czyli równo trzy lata przed swoją śmiercią. W internecie wykopałem jego zdjęcie. Dowiedziałem się też, że był zięciem malarza Franza von Lenbacha, słynnego portrecisty Bismarcka.
Fotografie z bardzo dawnych lat już mi się skończyły. Z konieczności muszę zatem dać ilustrację nieco młodszą, oto toruńskie lotnisko w czasach II RP.
Manewry z lata 1913 roku miały bardzo szeroki zasięg. Czasami dużo szerszy, niż dowódcy, wysyłający swoich lotników na drugi koniec kraju, zamierzali.
„Toruński balon wojskowy w Rosyi. We wtorek wieczorem wzbił się w powietrze wojskowy balon bez sterowania „Gronau” pod kierownictwem nadporucznika Böhnera z dwoma jeszcze pasażerami, porucznikami Afheldtem i Schmidtem – donosiła „Gazeta Toruńska” w sobotę, 21 czerwca. - Balon zaginął bez śladu i dopiero wczoraj nadeszła wiadomość, że wylądował po stronie granicy rosyjskiej. Po załatwieniu zwykłych w tym przypadku formalności, władza rosyjska balon wydała i aeronautom wojskowym zezwolono wrócić do Prus”.
Bardzo jestem ciekaw, co to były za zwykłe w tym przypadku procedury. Uczestnicy zorganizowanej przez „Nowości” wakacyjnej wycieczki szlakiem dawnej granicy między zaborami po Lubiczu, przekonali się o tym, że w 1913 roku rosyjscy pogranicznicy witali nadlatujące od pruskiej strony balony ołowiem. To, jakie sławy siedziały w ostrzeliwanym koszu, nie miało znaczenia. Relacja z wyprawy znajduje się tutaj, a burzliwy, lecz zupełnie dziś nieznany obraz życia na granicy pięknie i ciekawie niebawem odmaluje Ania, jeśli nie na swojej stronie, to na pewno w wydanym doktoracie.
Sto lat temu nad Toruniem ruch panował duży. Ludzie witali samodzielnie szybujące aeroplany okrzykami, balony naruszały granicę... W tym stadzie nie zabrakło również sterowca.
„Zeppelin nad Toruniem. Wczoraj w południe około godz. 1 szybował nad miastem naszem statek napowietrzny Z1, który przybył z Królewca i bez wylądowania wrócił z powrotem na miejsce swojego pobytu”.
W ten sposób obecność Zeppelina nad Toruniem odnotowała polska prasa w piątek, 25 lipca. Hmm, znów Królewiec pojawił się na horyzoncie? Niebawem będę więc musiał znów rozstać się z Toruniem, by podzielić się wrażeniami z jesiennej wizyty stolicy Prus Wschodnich. Na to przyjdzie czas, teraz zaś wrzucam zdjęcie, którego podpis mówi o sterowcu nad Barbarką. Czy to jest wspomniany Z1? Nie wiem i zapewne nigdy się tego nie dowiem.
No proszę, wydawało mi się, że nie starczy mi ilustracji do zobrazowania tej historii, powyciągałem więc swoje niezbyt udane fotografie toruńskiego lotniska sprzed dwóch lat. Tymczasem podzieliłem się już w zasadzie wszystkimi swoimi odkryciami z przeszłości. Z czasów, kiedy nasze lotnisko było jednym z trzech założonych na wschodniej granicy Prus, a później, choć służyło wojsku, było jednym z najważniejszych w przedwojennej Polsce.
Dziś po dawnej chwale zostało tylko wspomnienie. Pas startowy służy głównie aeroklubowi, lub strażackim dromaderom. Obok, jak widać na załączonym obrazku, pasą się potomkowie Pegaza. Aeroklub Pomorski kronikę swych dziejów również ma jednak bardzo opasłą i ciekawie zapisaną.
Zanim się ostatecznie pożegnam, dorzucę jeszcze jednak kolejne lotnicze wspomnienie manewrów z 1913 roku. Interesujący opis samolotowej podróży znad Szprewy nad Wisłę.
„We wtorek o godz. 4 min. 20 wyruszył z Berlina na samolocie lotnik Ladewik z pasażerem, synem ministra wojny Falkenhagena do Torunia, gdzie wylądował o godz. 7 minut 32. Przestrzeń, wynoszącą między Berlinem a Toruniem 320 kilometrów, odbył on w przeciągu trzech godzin i 12 minut”.
Imponujący wynik! Z czerwca 1913 roku wzięty. Dziś w zasadzie z Torunia do Berlina szybciej by się dało dotrzeć autostradą, jednak wcześniej trzeba by było ją na tym dystansie zbudować...
Za pruskich czasów, kiedy już toruńskie lotnisko okrzepło, wylądowała na nim szkoła obserwatorów lotniczych. Dziś w mieście zapomniana. Niesłusznie, bo to jej właśnie bielańskie piaski zawdzięczają wizytę słoni w 1917 roku, a zdjęcia jej wychowanków i samolotów krążą też cały czas po aukcjach internetowych. Toruńska Flieger Beobachter Schule pozwalała ludziom rozwinąć skrzydła. Jeden z nich, 8 stycznia 1920 roku, a więc 10 dni przed przejęciem miasta przez Polaków, na pożegnanie przeleciał pod obecnym toruńskim mostem kolejowym. Dzięki pomocy jednego z miłośników dawnego Torunia, dostałem fotograficzną relację z tego wyczynu, wraz ze zgodą na jej gazetową publikację. Do zobaczenia w środowym wydaniu „Nowości” 11 grudnia A.D. 2013.
Pruskie dzieje lotniska toną dość mocno w mrokach, jego międzywojenna historia obrosła jednak legendą. Nie ma się czemu dziwić, słynny 4 pułk lotniczy, Stanisław Skalski, a przede wszystkim, mieszkający wciąż w mieście potomkowie toruńskich lotników, z którymi udało mi się pogadać.
Dzieje lotniska opisał major Marian Rochniński, toruński przewodnik i badacz militarnej przeszłości miasta na stronie lotniczapolska.pl. Ja tymczasem w 2011 roku, zamiast grzebać w archiwach, łaziłem po okolicach lotniska i robiłem zdjęcia. Przed starym pruskim schronem położonym obok drogi dojazdowej znalazłem taką dziwną betonową konstrukcję. Co to jest, podstawa przeciwlotniczego reflektora?
Na zakończenie miało być o słoniach. Ich występ na lotnisku spowodowany był potężnym, pięciotonowym głazem, którego ludzie sami nie byli w stanie z ziemi wydobyć. Wspólnymi siłami to się udało i kamień stanął przed kantyną, jako pomnik poległych lotników. Co się z nim później stało? Trudno sobie wyobrazić, by ktoś później coś takiego gdzieś wyniósł. Kamlot musiał więc zostać i wszystko wskazuje na to, że nadal pełni on pomnikową rolę. Zdaje się nawet przypominać to, z czym zmagały się słonie. Zdjęcie wydobywanego niemal sto lat temu głazu, wraz z opisem zaczerpniętym z niemieckiej prasy, dostałem od profesor Niedzielskiej. Wrzuciłem je do gazety, proszę sobie porównać. Aby tego dokonać trzeba odszukać na tej stronie wpis o nalocie słoni na toruńskie lotnisko (można na skróty, przez umieszczony w tej opowiastce link), a później odnaleźć odsyłacz na gazetową stronę i ewentualnie założyć na niej konto, by się do archiwum dobrać. Droga usłana jest nieco sznurkami, proszę się więc nie poplątać. W razie ewentualnych kłopotów, polecam wspomnieć Aleksandra Wielkiego.

Obszerną relację z akcji słoni na toruńskim lotnisku zamieściła prasa niemiecka. Porzuciłem na jakiś czas przekopywany rok 1913 i przeniosłem się do lata roku 1917, aby sprawdzić, czy wspomniała o tym również gazeta polska. Ta zbliżającą się atrakcję anonsowała często i entuzjastycznie, o słoniach jednak się nie zająknęła. Podała relację z pierwszych przedstawień, odnotowała wypadek, do którego doszło podczas pobytu menażerii Hagenbecka w Toruniu – tygrys poranił trzyletnią indiańską dziewczynkę, wspomniała także o zniknięciu dwóch młodych Arabów, których później odnaleziono gdzieś pod Bydgoszczą. Uciekli, bo byli źle traktowani i chcieli dostać się do Berlina, by tam szukać pomocy w tureckiej ambasadzie. W czasie, kiedy słonie wyciągały kamień, „Gazeta Toruńska” skupiała się na wojennych problemach z żywnością. Brakowało chleba, marmolady, a nawet miało zabraknąć cytryn. Pomyśleć tylko, że kilkadziesiąt lat później, gdy ktoś zobaczył w leżące w sklepie cytryny, rozglądał się wokół w poszukiwaniu kamery, bo skoro one są, to pewnie właśnie film kręcą...
Cyrkami nigdy się nie interesowałem, ale kiedyś warto by było poświęcić im nieco miejsca i uwagi – niestety nie mam zdjęć. Witane były z większym entuzjazmem niż cesarz i różniły się też od cyrków dzisiejszych. W „moim” 1913 roku znalazłem np. relację z wizyty na Mokrem „przedsiębiorstwa” Sarrasaniego. Menażeria przybyła do miasta dwoma specjalnymi pociągami i ulokowała się bodajże przy Wełnianym Rynku. Dziś w tym miejscu stoją bloki.
Hagenbeck, który pojawia się na kartach książek Alfreda Szklarskiego – ojciec Tomka Wilmowskiego łapał dla cyrkowego przedsiębiorcy dzikie zwierzęta – rozłożył się w Toruniu przed Lubicką Bramą. O specjalnych pociągach wiozących jego zapowiedź egzotycznej przygody (ci Indianie i Arabowie), „Gazeta Toruńska” nie wspominała, w widocznym niżej ogłoszeniu wspomniała jednak o nadzwyczajnych wozach kolei elektrycznej podstawianych na początek i koniec przedstawień.
Przy Lubickiej Bramie, czyli gdzie? Spragnione wrażeń społeczeństwo musiał urządzić sobie mały spacerek, by dotrzeć od znajdującego się przy obecnym placu Świętej Katarzyny przystanku kolei elektrycznej do cyrkowego namiotu. Brama Lubicka stała u wylotu dzisiejszej ulicy Dobrzyńskiej, w rejonie współczesnego ronda Pokoju Toruńskiego. Cyrk musiał się więc rozłożyć gdzieś w miejscu obecnego sklepu Tesco, lub też nieco dalej, na zastawionym obecnie blokami placu przy dawnej Osie. Pierwsze miejsce można zobaczyć na zdjęciu lotniczym z lat 20. Bramy już tu nie ma, jest natomiast bunkier radiostacji twierdzy Toruń.

czwartek, 28 listopada 2013

Początek nowej przygody


Zimno się ostatnio na świecie zrobiło, ale mimo tego jakoś krzywo spoglądam na swoje czapki. Bardzo by mi się przydał kapelusz, albo jeszcze lepiej, cylinder. Mógłbym go sobie posadzić na łbie, a później polecieć na Podgórz do Domu Muz przy Poznańskiej, by za jego progiem pokłonić się nisko. Chapeau bas! Paniom-muzom, które przygotowały projekt Inicjatywy lokalne, jeden z dwóch, jakie w województwie kujawsko-pomorskim zasłużyły na dofinansowanie Narodowego Centrum Kultury, oraz – przede wszystkim – Katarzynie Kluczwajd oraz Marii Gessek, które postanowiły odezwać się do mieszkańców lewobrzeżnej części Torunia w sprawie lokalnych pamiątek.
Efektom tego apelu od jakiegoś czasu przyglądam się z ogromną fascynacją. Zdjęć do podgórskiej i rudackiej placówki Domu Muz trafiły setki, jeśli nie tysiące. Do tego jeszcze świadectwa, pamiętniki i szereg innych dokumentów. Na pierwszy rzut oka lewobrzeżne dzielnice miasta – w tym przede wszystkim Podgórz, do 1938 roku miasto samodzielne, leżą na jałowych piaskach. Pozory mylą, bo grunty te, dzięki swoim mieszkańcom, okazały się kopalnią skarbów. Bezcenne zdobycze trafiły w najlepsze możliwe ręce, zostaną zatem odpowiednio wykorzystane. Kluczem do sezamu lewobrzeżnych historii będzie blog, gdzie trafią archiwalne zdobycze. W tej chwili wygląda on może nieco skromnie, ale proszę mieć go na oku. Mniej więcej wiem, co się na nim pojawi, zatem go bardzo polecam.
W ramach sponsorowanych przez Dom Muz Inicjatyw lokalnych udało się przeprowadzić kilka projektów. Dowodem wielkości i wyjątkowości tej inicjatywy może być to, że część z nich rozwijać się będzie nadal. Jedną z takich inicjatyw będzie również „Historii Podgórza ciąg dalszy”. Zdjęcia i inne pamiątki napływają nadal z mocą wodospadu, a w ślad za nimi pójdą niebawem nagrania.
Hmm, strona z historiami mówionymi łazi mi po głowie już od lat. Swego czasu często bywałem w Lublinie, gdzie z wielką frajdą obserwowałem poczynania Bramy Grodzkiej. Opowieści zbieram, kolekcja rośnie jednak bardzo powoli. Na odwiedziny u wszystkich informatorów brakuje czasu, a o budowie nowej strony zawierającej ich wspominki, w tej chwili nie ma nawet sensu wspominać. Ogromnie żałuję, bo to przecież rzecz niezwykle ważna, tym bardziej zatem cieszę się z planów, jakie rodzą się na Podgórzu.
Cieszę się, trzymam kciuki i wszelkie dokumentacyjne wysiłki z przyjemnością wspieram. W tej chwili przekopuję więc swoje fotograficzne zbiory wyciągając z nich to, co z lewobrzeżną częścią Torunia jest związane. Mam nadzieję, że fotograficzni darczyńcy nie będą mieli nic przeciw temu. Do kolekcji dorzucam m.in. widoczne niżej zdjęcie pętli tramwajowej przy Dworcu Głównym. 

wtorek, 9 lipca 2013

Jaśmin, Hegel i inni

Berlin pulsuje życiem, ale jak na wielką europejską metropolię przystało, niezwykle ciekawie prezentuje się również za cmentarnym murem. Przekonałem się o tym dostatecznie, choć zwiedziliśmy tylko dwie sąsiadujące ze sobą nekropolie: cmentarz francuski i ten spod znaku Dorotheanstaedtische. Kto chciałby pod tym względem poszerzyć swoje horyzonty, koniecznie musi zajrzeć tutaj.
Historię stolicy Niemiec znam tak sobie, nad czym ubolewam. O świątyni hugenotów już pisałem, wiem też, że ich potomkowie bardzo długo mieli w Berlinie sporo do powiedzenia. Ojciec mi to powiedział, a on generalnie wie wszystko, resztę dopowiedziałem zaś sobie spoglądając na nagrobki francuskiego cmentarza. Choć Napoleon wydawał się Niemcom symbolem zła, co widać na Kolumnie Zwycięstwa, jeszcze w XIX wieku dawni Francuzi w Berlinie trzymali się mocno. Tu na przykład jest grób jakiegoś słynnego mima, któremu pomnik wystawił sam pruski monarcha.
Tu znów mamy aniołki siedzące przy mogile szanowanego mecenasa sztuki. Pardon, że wywijam ogólnikami, ale po prostu nie miałem czasu na głębsze źródłowe wykopki.
Cmentarz niby francuski, ale jak wszędzie w Berlinie, sporo widać tu polskich nazwisk. Ślad ludzi, którzy po tym gdy po pierwszej wojnie przesuwały się granice, zdecydowali się pojechać na Zachód?
No i jeszcze jedna ciekawostka. Niemcy, podobnie jak i Żydzi, lubią kłaść na nagrobkach kamienie, a także różne inne przedmioty, choćby takie. Na nagrobku pewnej sławnej pisarki, kawałek dalej, zobaczyliśmy także ołówek. 
Dawny „Włocławek”? Gar z identycznym wzorem stoi u moich rodziców w pralni. 
Tak miały wyglądać cmentarze w średniowieczu.
To już widok z nekropolii sąsiedniej. Cmentarne koty. Fotografując je, miałem za plecami grobowiec stojący tuż przed cmentarną bramą. Okrutnie postrzelany. Co tu się wiosną 1945 roku działo? Zobaczyłem ślady burzy dziejowej (i tak się na nie zapatrzyłem, że najwyraźniej zapomniałem uwiecznić), ale nic o utopionych w niej ludziach nie wiem.
Szedłem tu w zasadzie głównie po to, by zatrzymać się zaraz za wejściem. Przy grobie Ernsta Litfaßa, drukarza i wynalazcy słupów ogłoszeniowych. W berlińskim muzeum techniki człek ten ma swój kolumnowy pomnik. Sznurek do prowadzącego w jego kierunku zdjęcia podczepiłem nieco niżej, we wpisie ku czci anhalckiego dworca.
Szedłem tu głównie w tym celu, ale chyba nie tylko ja, bo pochylony nad nagrobkiem pan, również się na jego widok bardzo ożywił. Hmmm,  można się ożywić na cmentarzu? Pewnie, że tak! Proszę patrzeć i czytać dalej, ja to udowodnię. No dobra, nie ja – ten cmentarz sam to zrobi.
Kolumny Litfaßa kiedyś same rzucały się w oczy, stojąc na każdym rogu. Dziś zostało ich już niewiele, w Toruniu pewnie upolowałem wszystkie: Axis mundi, Piąta kolumna z Podgórza. Ktoś tam na górze najwyraźniej musiał kibicować mojej berlińskiej podróży, bo na kolejny kolumnowy okaz nadziałem się w Poznaniu, tuż przed dworcem autobusowym, z którego wyruszyłem w podróż nad Szprewę.
 Ładny bardzo, z niemal kompletną chorągiewką.
Wielkopolanie niech mi proszę wybaczą, ale od lat jakoś nie mogę się do ich stolicy przekonać, choć moja rodzina ma tam całkiem solidne korzenie. Obecny spacer przez kawałek miasta, świadomie nie piszę ładny, bo jakoś nie przypadł mi do gustu, jakoś tego nie zmienił. Może nawet mój dystans powiększył? Oglądając chwilę wcześniej stary słup ogłoszeniowy, osłupiałem nieco, kiedy kilka metrów dalej na dworcu autobusowym, oczy moje spoczęły na kiosku z taką wywieszką.
Jak wspomniałem, za Poznaniem nie przepadam, więc nie miałem gdzie upchnąć złowionych tam fotografii. Z konieczności wpakowałem je między berlińskie nagrobki, lecz na wschód odskoczyłem tylko na chwilę. Zaraz na jedną z dzielnic umarłego Berlina powrócę.
By wpaść w objęcia kolejnego obrzydliwego niemieckiego aniołka.
Który jednak zdobi miejsce wiecznego spoczynku rodziny najwyraźniej pochodzącej z Czech.
Wobec mistrza słowa, wypada mi się raczej zamknąć. Więc naciskam spust aparatowej migawki i się nie odzywam.

Patrzę, naciskam i milczę dalej.

Nagrobna symbolika do potęgi.
Uff, można być ładnym aniołem na tej ziemi...
Korzystając z okazji, zwiążę tu wątek nazwisk literackich i całkiem po polsku brzmiących. Hmm, obie osoby opuściły ten świat tego samego dnia i miesiąca.
Salve!
Tu leży Karol Fryderyk Schinkel, wybitny architekt. Wielki człowiek. Bardzo wielki. Pierwszy konserwator zabytków i twórca wielu z nich. Toruń zawdzięcza mu Fort Świętego Jakuba i projekt zboru na Rynku Nowomiejskim. Swoją drogą świątynia na Rynku Nowmiejskim była jednym z ostatnich projektów, jaki opuścił biuro projektanta połowy starego Berlina i Poczdamu.
Spoczywa pod skromnym pomnikiem, na tle wielkiego grobowca jednego ze swoich uczniów.
Po tym cmentarzu trzeba chodzić z książkami pod pachą. Co najmniej encyklopedią, ale najlepiej całą biblioteką. W niej powinna się znaleźć mapa, lub chociaż dobry przewodnik, który by nie pozwolił po tej nekropolii błądzić tuż przed jej zamknięciem. Rany, ale my się grobu Hegla naszukaliśmy!
Swoją drogą, smutno jest być filozofem. Grób Hegla trudno było znaleźć, bo był mocno zarośnięty.
A tymczasem, miał przecież bardzo zacną i równie mocno utopioną w zieleni kompanię.
 Czy nazwisko Fichte komuś coś mówi? Tu leży zatem pani Fichte. A obok pan.
Przy nich natomiast ich sąsiad, Hegel.
Nad wszystkim natomiast dominowała woń jaśminu, który pięknie wtedy Berlin, szczególnie ten umarły, zarastał.