Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 marca 2013

Land of My Mother, czyli przedwojenny Toruń w kolorze

Ewa Curie w kolorowym filmie propagandowym opowiada o rodzinnych stronach swojej matki, Marii Skłodowskiej-Curie. No, może niezupełnie rodzinnych, bo materiał zaczyna się od widoków Pomorza. Najpierw widzimy Gdynię, później – pięknie jeszcze zrujnowany zamek w Golubiu-Dobrzyniu, a następnie krzyżackie fortece w Radzyniu Chełmińskim i Świeciu. Toruń pojawia się w piątej minucie, ze swoją panoramą wiślaną, Bramą Mostową i tramwajem jadącym Wałami obok Harmonijki. Wcześniej, swoje barwne wdzięki prezentują również Grudziądz i Chełmno. Później pojawiają się natomiast: Bydgoszcz, Gniezno, Rogalin, Poznań, Kurnik, Częstochowa, Śląsk, Zakopane (z kolejką na Kasprowy samą górą), Kraków, Krynica, Huculszczyzna (pojawia się w 16. minucie), Lwów, Wilno, stadnina w Janowie, Warszawa.
Film powstał podczas II wojny światowej i prawdziwie rodzinnych stron polskiej noblistki widać w nim niewiele. Lublin, skąd pochodziła jej familia, pojawia się pod koniec dokumentu, tylko po to, by dać pretekst wspomnieniu Unii Lubelskiej. Równie epizodycznie i też przed napisami końcowymi, występuje tu Warszawa. Nie szkodzi, i tak jest to cudo!
Skoro już jednak o rodzinie Marii Skłodowskiej-Curie mowa... Kiedyś pojawiła mi się ona, gdy drążyłem sprawę tajemniczej, zadrukowanej hebrajskim tekstem karteczki, jaka wypadła z grzbietu przedwojennego wydania wierszy Michała Anioła. O tym, jaki świat potrafi być mały, można się przekonać wertując TAJEMNICĘ MICHAŁA ANIOŁA Z CHEŁMŻY.
Na trop „Land of My Mother” pierwsi w Toruniu trafili koledzy z lokalnej redakcji „Gazety Wyborczej”. Chylę przed nimi czoła. Szczerze i nisko. Mimo tego, że stanowczo zbyt często, jak na szanującą się gazetę przystało, kopiują teksty z „Nowości” i umieszczają je w swoim internetowym wydaniu.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Szeregowy Wojtek, niedźwiedź z korpusu Andersa

Oto jedna z najbardziej niezwykłych historii II wojny światowej. O Wojtku, żołnierzu II Korpusu generała Andersa, który był niedźwiedziem z krwi i kości. Wyjątkowym misiu łagodzącym obyczaje. Słyszał o nim chyba każdy, ja również. Kiedyś jednak przeczytałem w internecie jego dzieje opowiedziane przez kolegę z kompanii – Wojciecha Narębskiego. Narębski? To nazwisko sporo w Toruniu mówi. Czyżby więc ta historia miała jakąś lokalną kotwicę? Wtedy jednak nie byłem jeszcze na tyle zorientowany w genealogii rodu, by móc umieścić Wojciecha Narębskiego na właściwej jego gałęzi. Pech sprawił, że na relację wpadłem w sobotę późnym wieczorem. Ciekawość żarła mnie więc przez pół nocy, a później jeszcze w dzień święty. Wreszcie nie wytrzymałem i pod koniec niedzieli zadzwoniłem do pana Lecha Narębskiego, byłego toruńskiego konserwatora zabytków. Wojciech Narębski to Pana stryj? I Pan nic o tym wcześniej nie mówił?! Na spotkanie z ostatnim żyjącym w Polsce kolegą misia Wojtka trochę sobie poczekałem, ale było warto. Profesor Narębski na dzień dobry powiedział mi, że długo opowiadać nie będzie, bo ma kłopoty z gardłem, gdy jednak, po czterech godzinach, opuściłem jego krakowskie mieszkanie nie wiedziałem, na czym mam się przede wszystkim skupić, na historii Wojtka – niedźwiedzia, czy też Wojciecha – człowieka. Obie były porywające! Efekt tych mozołów można znaleźć TUTAJ

niedziela, 14 października 2012

Podróż koleją straca czas?

Na koniec opisu tej ukraińskiej eskapady jeszcze kilka słów na temat funkcjonowania Polskich Kolei Państwowych. Wielokrotnie afiszowałem się tu ze swoją miłością do pociągów. Nic się pod tym względem nie zmieniło, nadal ogromnie cieszę się z remontowanych dworców i torów, jednak mam wrażenie, że moje uczucie do PKP nie jest odwzajemnione. Podróżując koleją na Wschód, pierwszy raz się o mało nie spóźniłem, ze względu na... dwugodzinny korek na szosie. Po-kolei jednak. W drodze na Ukrainę miałem zamiar zahaczyć o Kraków, by wywieźć stamtąd dwie niezwykłe historie. Tą o Bernardzie Marwińskim już się podzieliłem, druga – jedna z najbardziej niesamowitych opowieści z II wojny światowej – wciąż jeszcze czeka na publikację. Sprawdziłem sobie połączenia kolejowe w internetowym rozkładzie jazdy. Dzień przed wyjazdem zrobiłem to raz jeszcze, by się przekonać, że wyniki wyświetlone nieco wcześniej są już nieaktualne... Plan podróży zakładał dwie przesiadki: wyprawę z TLK z Torunia do Warszawy, autobusem zastępczym do Kutna (remont torów) i dalej do Wawy Zachodniej, gdzie miałem się załadować do InterRegio zdążającego ku jagiellońskiej stolicy. Z Torunia miałem wyjechać o 1.50, na Dworcu Głównym, dość wyjątkowo, zameldowałem się jakieś 40 minut wcześniej po to tylko, by od pani w kasie usłyszeć, że... autobus o 1.50 jedzie tylko do Włocławka, pojazd do Kutna odjeżdża natomiast kilkanaście minut wcześniej. Miałem czas, odetchnąłem zatem z ulgą pytając, gdzie znajdę ten autobus. - Nie wiem – odparła pani w kasie. – Jeśli przyjedzie taki mały, zatrzyma się przed wejściem, większe mają postój obok przejścia za lokomotywą. Konduktorzy na ogół przychodzą i dają znać. Tym, którzy nie mieli okazji rzucić kotwicy na toruńskim Dworcu Głównym wyjaśniam, że wejście do budynku oddzielają od wspomnianej lokomotywy dwa perony, a przestrzeń między nimi trzeba pokonać korzystając z przejścia podziemnego. Wspólnie z innymi podróżnymi, stanąłem w miejscu, z którego widać oba punkty i zacząłem wytężać wzrok. Podana przez panią z okienka godzina odjazdu minęła, nic jednak, co by mogło później odjechać, nie przyjechało. Przed drugą pojawił się autobus, który jednak minął lokomotywę, ale później pod nią wrócił. To chyba ten (kierowca się pomylił). Wyszedł z niego konduktor i udał się w stronę dworca. Tak, to na pewno ten autobus. Zaokrętowałem się więc na nim i bezpiecznie dotarłem do Kutna, gdzie miałem się przesiąść na szynowy już tym razem środek transportu do Warszawy. O, Kutno! Okrutne Kuteńko... Aleś mnie, swoim stacyjnym widokiem, zatkało. Dworzec zapamiętałem tak bardzo odrapany, a tu... Salon, po prostu salon! Mam nadzieję, że przynajmniej bar, w którym tyle razy się zatrzymywałem, na początku XXI wieku prezentujący się tak samo, jak w czasach, gdy sfilmowała go ekipa Stanisława Barei kręcąca tu jeden z odcinków „Zmienników”, nadal pozostał taki sam. Zdjęcie nieco niewyraźne, jednak robiłem je o 4 rano i w biegu. Pośpiech był poniekąd wywołany zdumieniem, ponieważ w Kutnie miałem wsiąść do pociągu warszawskiego, by po godzinie czekania w stolicy, załadować się w pojazd innego przewoźnika zmierzający do Krakowa. Tymczasem jednak, spoglądając na tabliczki, zobaczyłem, że TLK, do którego się ładowałem, swoją metę ma właśnie w Krakowie. Co jest, do cholery? Bardzo mi zależało na czasie, ponieważ w południe umówiony byłem z właścicielem niezwykłej, drugowojennej opowieści... Ok., ten pociąg jechał jednak przez Kielce i do Krakowa miał dotrzeć po 12. Bardziej zatem opłacało mi się wysiąść w Warszawie i poczekać 60 minut na skład Przewozów Regionalnych zmierzających do celu Centralną Magistralą Kolejową, a więc znacznie szybciej. Przesiadłem się zatem, zdążyłem, a że obie trasy już poznałem, do różnic czasowych przywykłem.
Spotkałem się zatem ze strażnikiem niezwykłej wojennej historii, połaziłem po Krakowie, a następnego dnia, dzięki Baśce Marwińskiej, zakotwiczyłem w toruńskim porcie filmowym z przełomu lat 20. i 30. Chciałem też później zwiedzić sobie Rzeszów, więc spotkanie ze spadkobierczynią tradycji familii Marwińskich umówiłem dość wcześnie. Całe szczęście, bo gdy po nim dotarłem na dworzec zobaczyłem, że mój pociąg ma ponad dwie godziny spóźnienia. Spoko, spoko. Pośpiech się poślizgnął, są jednak Przewozy Regionalne. Co, remont torów? I w związku z tym, między Katowicami i Przemyślem, pociąg zamienia się w autobus zastępczy? No dobrze, już to przerabiałem. Kupiłem sobie zatem bilet na dworcu kolejowym i poleciałem na dworzec autobusowy. Pojazd został tam zapowiedziany przez megafony, niestety jednak, na miejscu okazało się, że PR sprzedały więcej biletów, niż w autobusie było miejsc. Ze 20 osób, mniej pyskatych i przewidujących, pocałowało klamkę, a ja, razem z kilkunastoma innymi pasażerami, do Tarnowa jechałem na stojąco. Bardzo długo, bo pod Brzeskiem drogowcy akurat budowali rondo i w korku, który się przy tej okazji utworzył, autobus nasz tkwił przez dwie godziny. Zwiedzanie Rzeszowa poszło zatem w diabły. Dobrze, że przynajmniej zdążyłem na swój bus zmierzający ku Ukrainie. Powrót z kresów również nie wypadł dla kolei zbyt korzystnie. Dwa lata temu, wracając z Gorganów, jechałem z Rzeszowa do Torunia przez Wrocław i Poznań. Trasą nieco okrężną, zawsze jednak mogłem być zmuszony do podróży via Białystok... Nie wiem, jak PKP ma zamiar walczyć o pasażerów, skoro tym razem połączenia kolejowe plątały się jeszcze bardziej egzotycznie, a czas oczekiwania, na kolejnych stacjach przesiadkowych, jeszcze bardziej się wydłużał. Cóż miałem zrobić... Do Warszawy dojechałem PKS-em. Szybciej, sprawniej i chyba też taniej. Biedne Koleje Państwowe... Kręcąc się tak po kraju, dworzec w Kutnie zastałem całkowicie odnowiony, ale Warszawa Zachodnia kryła w swoich zaszczanych podziemiach taką samą wiochę, jaką była przed laty. Uderzyła mnie tam jednak reklama pewnego baru. Pizza na ciepło... Co w tym wyjątkowego? Przecież pizza na zimno jest ohydna. Wszędzie, ale może nie tu, na tej paskudnej stacji?

poniedziałek, 8 października 2012

Willkommen in... Hollywood

Meine Damen und Herren, Mesdames et Messieurs, Ladies and Gentlemen! „Piąta strona świata” ma zaszczyt, oraz niebywałą przyjemność, przedstawić nowe tropy dotyczące Marwin-Filmu, czyli toruńskiego Hollywood założonego w 1929 roku w nieistniejącym już dziś parku Wiktorii przez Bernarda Marwińskiego. Korzystając z okazji, nieco się również pochwali, ponieważ kolejne sny z sezamu pomorskiej fabryki snów pojawiły się właśnie dzięki niej. Poniekąd, bo główną sprawczynią tego przebudzenia jest Barbara Marwińska, wnuczka stryjeczna Bernarda, która niesie pochodnię rodzinnej tradycji filmowej i szturmuje małe oraz duże ekrany. Dwa lata temu prawie utopiłem się w różnych rewelacjach filmowych, jakie przyniosła awantura zapoczątkowana tekstem o Marwin-Filmie. Historia wlewała się drzwiami i oknami, a gazeta nie była w stanie wszystkich kolejnych odkryć pomieścić. Zbrodnią byłoby te wszystkie skarby trzymać wyłącznie dla siebie, trafiły więc one na stronę, dzięki czemu zresztą, rozwinęła ona skrzydła. Na ten ślad działalności wytwórni trafiła krewna filmowca. No dobra, czas skończyć z tym obrastaniem w piórka i przedstawić nowy, nieznany dotąd fotos reklamujący ponad 80 lat temu „Panienkę z chmur”, jedyne ukończone dzieło Marwin-Filmu. Widać na nim fragment ekipy filmowej (czyjeś ramię w lewym dolnym rogu), aktorów, oraz portyk pałacu w Pluskowęsach koło Chełmży, gdzie kręcono część zdjęć.
Teraz o samym filmie. Najpierw o jego wartościach dodatnich, a więc przede wszystkiem o zdjęciach plenerowych (na wolnem powietrzu): takich zdjęć plenerowych nie powstydziłaby się żadna „Ufa”, „Paramount” czy inny potentat filmowy. Dokonano ich w Toruniu (willa dr. Ossowskiego, park „Wiktoria”, Wisła, Klub Wioślarski), w Chełmży, w majętności Pluskowęsy pod Chełmżą. Piękne i pełne uroku są zdjęcia z natury w Pluskowęsach tudzież obrazy nocne. Zdjęcia wnętrz (dokonane w pracowni) nie wszystkie dorównują plenerowym przeważnie jednak są b. dobre.
Z recenzji filmu opublikowanej w „Słowie Pomorskim” 7 grudnia 1929 roku. Kurwa mać, do tej pory wieszałem na blogerze psy, po ostatnich zmianach, których wątpliwe dobrodziejstwa właśnie widać, gotów jestem powiesić całą Arkę Noego. Debile! pozwólcie jakoś przynajmniej zaznaczyć odstępy między tym co pisane, cytowane, i odzielić jakoś od tego wszystkiego adres źródła, z którego cytat się zrodził! Jak się dowiedziałem od pana Feliksa Stolkowskiego, strażnika tradycji okolicznego ziemiaństwa, muszle widoczne na schodach pochodzą z nadmorskich pobytów ówczesnych właścicieli majątku – Antoniego i Antoniny Kalksteinów w Hiszpanii i Francji. Informacje bardzo szczegółowe... Cholera, gdyby udało mi się coś jeszcze dowiedzieć o sportretowanych tu aktorach, z Adą Roszkowską, wdzięczącą się na schodach Panienką na czele. Odtwórczyni głównej roli pochodziła z Torunia, miejscowa prasa wypisywała na jej cześć peany, niestety, ukryła się pod zagranicznym pseudonimem. Dziś nikt już w mieście nie wie, kim była Lili Dorey... Kto wie, może jednak wreszcie uda się poznać jej prawdziwe personalia? Nie udało się ich poznać w Toruniu, patrzę więc z nadzieją w stronę archiwów reżysera. Ewentualnych, bo nie wiadomo, co po Marwińskim się ostało. Twórca naszego Hollywoodu, po upadku wytwórni zrobił karierę w Warszawie. Podczas wojny, jako pracownik Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej, należał do zespołu rejestrującego powstanie warszawskie. Z informacji, do jakich udało mi się dotrzeć wynika, że w sierpniu 1944 roku zabrakło dla niego kamery, ale robił zdjęcia aparatem fotograficznym. Skoro podczas powstania był mieszkańcem stolicy, to pewnie stracił wszystko, ale może coś udało mu się odtworzyć? Badania jego dokonań dopiero się zaczyna. Kto wie, co jeszcze uda się odkryć...
Fotos został wydany w formie pocztówki. Drugą jej stronę ozdabia firmowa pieczątka.
Tegoroczny urlop miałem dość pracowity. W drodze na Popa Iwana zahaczyłem o Kraków, skąd wyniosłem dwie niezwykłe historie. Spotkałem się z panem Wojciechem Narębskim, który w II Korpusie gen. Andersa służył razem z legendarnym misiem Wojtkiem (owoce tej wizyty niebawem się w gazecie ukażą), oraz pogadałem z przedstawicielką rodu Marwińskich. Dzięki niej, na zdjęciu Marwin-Filmu udało się wreszcie zidentyfikować Bernarda Marwińskiego. Nie śmieje się przy kamerze, jak mi się wcześniej wydawało, ale stoi skromnie obok. To ten człowiek w swetrze i okularach pod reflektorem z lewej strony.
Jak nas informują, technik filmowy p. B. Marwiński, który po kilkoletnich studjach i praktyce zagranicą powrócił, zakłada na terenie w parku Wiktorji atelier i wytwórnię filmową. Zdolność i długoletnia praktyka ręczą za artyzm filmów, które z zagranicą będą mogły konkurować. Pan B. Marwiński wybrał za pole pracy właśnie Toruń, gdyż jest Pomożaninem i stosunki ekonomiczne i etnograficzne odpowiadają mu najbardziej do wykonania zamiarów.
”Słowo Pomorskie” z błędem ortograficznym w słowie Pomorzanin, 21 lipca 1929 roku. Persona szczerząca się obok kamery, choć została strącona z piedestału, nadal wydaje się jednak bardzo ciekawa. Wydaje się pojawiać na zdjęciach, jakie dostałem z rodzinnego archiwum Marwińskich.
W zlikwidowanym przed wojną parku Wiktorii, Bernard Marwiński założył w 1929 roku pono najnowocześniejsze atelier filmowe w Polsce.
Prace przygotowawcze do nakręcenia drugiego filmu już rozpoczęte. Założona we wrześniu ub. roku toruńska wytwórnia „Marwin-Film” wkracza obecnie na drogę rozwoju. Jak się dowiadujemy, dzięki staraniom założyciela i reżysera wytwórni p. Marwińskiego „Marwin-Film” nawiązuje kontakt z grupą poważnych kapitalistów krajowych, dążąc do utworzenia spółki komandytowej, celem powołania do życia w Toruniu poważnej placówki polskiego przemysłu filmowego. Atelier wytwórni „Marwin-Film” mieści się w Parku Wiktoria przy ul. Grudziądzkiej 1-3, pod względem rozmiarów należy do największych w Polsce. Atelier wyposażone jest w 45 lamp najnowszego systemu, tzw. nitrafol, oraz 15 lamp tzw. oświetlenia górnego. Pozatem 4 lampy służące do oświetlenia bocznego, tzw. półlustrzane (Photomirenta) o sile 20000 świec. W najbliższym czasie nadejść ma transport, zawierający 10 najnowszych reflektorów, o sile 5 tys. wat i jedno tzw. słońce. Na miejscu mieści się również własna stolarnia i ślusarnia. Prace laboratoryjne wykonywuje się dotąd w Warszawie; dyrekcja nosi się jednak z zamiarem urządzenia własnego laboratorium. Zamierzenia „Marwin-Film” sięgają bardzo daleko, obejmując min. rozszerzenie wytworni i przeniesienie jej z czasem na inne większe tereny.
”Słowo Pomorskie” z 14 stycznia 1930 roku. Wciąż jednak nie wiem, gdzie konkretnie się ono znajdowało? W bastionie polskości, jakim w czasach pruskich, była widoczna na zdjęciu jego główna sala? No i na koniec: TORUŃSKA FABRYKA SNÓW ZNÓW W „NOWOŚCIACH” SIĘ BUDZI...

sobota, 24 kwietnia 2010

Kraków, 18 kwietnia 2010

Co to był za dzień? Na pierwszy rzut oka spora biało-czerwona uroczystość. Gdyby tylko nie towarzyszyły jej wynurzenia o tym, kto jest bardziej lub mniej prawdziwym patriotą. I gdyby nie to, że najwyraźniej nie ma takiej tragedii, na której by Jarosław Kaczyński nie starał się politycznie zarobić...

Twarze


Widoki z Floriańskiej

Dziennikarze pracują


Rynek.

Naród zbiera pamiątki


Grodzka po tym, gdy przejechał nią kondukt pogrzebowy

Dzieci Jarosława i Lecha


Transparent pod Wawelem. Jeśli zaś chodzi o nazwiska, właściciel ostatniego, jak wiadomo, grał akurat w golfa. Pozostali wyłgali się wulkanicznym pyłem. Autorowi transparentu dało to do myślenia, czy brat Lecha Kaczyńskiego również się nad tym zastanowi?

Kolory


Górale byli z Olczy, a ksiądz, pod którego przewodem przyjechali pod Wawel, pochodził z... Bydgoszczy.

Polacy z Rumunii

Flagi


Planty. Gołębie na tle biało-czerwonym

Temu panu orzeł wylądował na plecach

Oflagowany pojazd

Flagi po 2, 5, 10 i 20 zł. Wszystko zależy od rozmiaru i miejsca