Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasłęk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasłęk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 października 2014

Brawo!

Byłem w Pasłęku. Pełną relację wrzucę później, muszę wycieczkę przetrawić i zebrać informacje do podpisu zdjęć, w tej chwili spieszę jednak z radosnym doniesieniem. Kilka razy pisałem tu już o znajdującym się pod miastem cmentarzu ponad tysiąca jeńców wojennych z pierwszej wojny światowej: Ciemna strona ludzkości, Kriegerdenkmal. Byłem na nim pod koniec lat 80., gdy był jeszcze wyraźnie widoczny, chociażby dzięki posadzonym przez Niemców drzewom. Między nimi nadal stał wtedy ceglany pomnik z tablicą informacyjną. Na kamiennej płycie znajdował się tekst po rosyjsku i niemiecku, w porastającym nekropolię gąszczu znaleźliśmy wtedy również dwie płyty. Jedna z nich zawierała bodajże 10 nazwisk pochowanych tam ludzi, m.in. Polaków, druga była już nieczytelna.
Dotarłem tam również kilka lat później. Zastałem pomnik bez tablicy, która trafiła do muzeum i nie znalazłem płyt nagrobnych. Mimo wszystko tamtą wizytę wspominam bardzo miło, bo gdy pojawiłem się na cmentarzu podczas ostatniej wizyty w Pasłęku trzy lata temu, pomnikowych cegieł musiałem szukać w krzakach. Na samo miejsce spoczynku pierwszowojennych aliantów, o które w dwudziestoleciu zadbali ich wrogowie, a po 1945 roku zniszczyli potomkowie sojuszników, również trafiłem z trudem. Cmentarne drzewa zostały wycięte.
Jeszcze niedawno wszystko wskazywało na to, że cmentarz pod Pasłękiem stanie się dla obecnych gospodarzy tych ziem wielkim powodem hańby. Właściciel sąsiedniego młyna w Krośnie zamierzał postawić na tym terenie kurniki. Na szczęście planom tym sprzeciwili się ludzie skupieni m.in. wokół strony Zabytkowy Pasłęk. Tupnęli nogą i wygrali, w poniedziałek, 22 września, na cmentarzu został odsłonięty nowy pomnik. My pojawiliśmy się tam dwa dni później.
Z moim Pasłękiem rozstałem się 17 lat temu. Wcześniej spędziłem tam pół życia. Teraz, za każdym razem, gdy do miasteczka zaglądam, muszę swoje stare kąty odnajdować od nowa. Wszystko się zmienia.
Dla nas cmentarz jeniecki znajdował się pod Pólkiem, osadą na końcu wąwozów. Wystarczyło tylko do niej dojść i przekroczyć szosę. Tym razem jednak trzeba było bardziej wyciągnąć nogi, za Pólkiem zderzyliśmy się ze ścianą dźwiękoszczelnych ekranów nowej drogi ekspresowej. Aby znaleźć przez nią przejście, musieliśmy drałować do Krosna. Dalej już jednak było łatwo.
Nowy pomnik wieńczy prawosławny krzyż.
Pojawił się on tam po mojej ostatniej wizycie, ale zanim jeszcze na kopcu wylądował głaz. Wspaniale, jednak wydaje mi się, że powinien doczekać się również towarzysza bez dolej poprzeczki. Zgodnie z napisem na tablicy, pieczętować się nim powinno niemal tysiąc z 1054 pochowanych tam osób. W czasie pierwszej wojny prawosławie dominowało wszak w dwóch krajach, z których pochodziło najwięcej ofiar – w Rosji i Rumunii. Mimo wszystko jednak, wielu z tych, którzy pod Krosnem spoczęli w rosyjskich mundurach, było Polakami. Sam się o tym przekonałem, czytając ćwierć wieku temu nazwiska na znalezionej płycie.
Po zakończeniu pierwszej wojny o cmentarz zadbali Niemcy, nekropolia została jednak zbezczeszczona po 1945 roku. Może podkreślenie polskiego akcentu zmieniłoby sposób postrzegania tego miejsca?
Ceglane fundamenty pierwotnego pomnika?
Cmentarz został oczyszczony tylko w części, ale bardzo profesjonalnie. Spod warstwy zieleni wyjrzały fragmenty nagrobków. Ile ich kryje wciąż zarośnięta krzewami ziemia?
Cmentarz zasługiwał na ochronę jako miejsce poświęcone i historyczne. Doczekał się nowego pomnika pamięci...
Na jego terenie można jednak znaleźć również co najmniej kilka pomników przyrody. Głóg, który stał się drzewem musi pamiętać ceremonię otwarcia nekropolii w 1916 roku.
Jak już wspomniałem, oryginalna cmentarna zieleń została zdemolowana tak samo, jak groby. Tak miejsce to wygląda dziś. Jeszcze 25 lat temu stały tu równe szpalery drzew.
Pola pod Krosnem, z młynami daleko w tle. Nie wiem, gdzie dokładnie miejscu znajdował się obóz - jego archiwalne zdjęcia można zobaczyć na Zabytkowym Pasłęku. Na pewno wiele o tym miejscu można by się było dowiedzieć, gdyby zostały tam przeprowadzone badania. W lewobrzeżnej części Torunia podczas II wojny światowej hitlerowcy zorganizowali wielki Stalag. Tu i tam ziemia cały czas oddaje różnego rodzaju pamiątki. Ta pod Krosnem zapewne zachowuje się podobnie, ale nikt nie zwraca na nią należytej uwagi.
PS
Nie wiedziałem, w którym miejscu znajdował się obóz, ale się dokształciłem. Lepiej późno, niż wcale. Baraki stały m.in. na sfotografowanej przestrzeni. 
W jednym ze swoich wcześniejszych wpisów na temat cmentarza przytoczyłem wyjęty z niemal stuletniej gazety opis ceremonii jego otwarcia. Dołączyłem również wykonane przy tej okazji zdjęcie, które znalazłem w internecie. Doczepiam je ponownie, tym razem już jako jego właściciel. Do wykorzystania.

czwartek, 2 stycznia 2014

Nieme historie


Czasami słyszę głosy... Spokojnie jednak, ich pochodzenie na ogół jest mi znane, zbudowane z krwi i kości, zatem nie ma powodów do niepokoju. Czasami więc słyszę głosy, że wrzucam na stronę zbyt mało zdjęć, a przede wszystkim, sadzę zbyt wiele liter. To chyba dobrze, ponieważ świadczy o tym, że zachowuję należyte proporcje – obrazami zajmuję się amatorsko, z pisania natomiast żyję. Tym razem wyjdę głosom naprzeciw, fotografii, bardzo zresztą ciekawych, będzie dużo, a opisów prawie wcale, z tej prostej przyczyny, że na temat tego co jest na zdjęciach, nic w zasadzie nie wiem.
Kolekcja pochodzi ze zbiorów pana Olgierda Jędrzejewskiego, a jako pierwszy dotarł do niej szanowny Obserwator Toruński, który całą ich serię umieścił na swojej stronie pod tytułem „Skarby Pana Olgierda”. Zainteresował mnie tym ogromnie i właścicielowi mnie zaanonsował, za co jestem mu wielce zobowiązany. Z panem Olgierdem spotkałem się nieco później i w nieco innych, niż sobie wcześniej wyobrażałem, okolicznościach. Biedny człowiek boryka się z problemami zdrowotnymi, a co za tym idzie również finansowymi, część swoich pamiątek musiał zatem sprzedać. Kupiłem to co toruńskie, natomiast piękne zdjęcia morskie, które pojawią się w następnej części, skopiowałem. Problemy pana Olgierda się nie skończyły, zatem gdyby ktoś zainteresowany chciał fotografie z życia marynarzy Polskiej Marynarki Wojennej na przełomie lat 20. i 30. nabyć, służę pomocą.
Jak już wspomniałem, okręty na Piątą stronę wypłyną niebawem, w pierwszym rzucie wrzucam natomiast zdjęcia z Torunia. Wszystkie dotyczą intendentury VIII Dowództwa Okręgu Korpusu i zapewne również powstały pod koniec lat 20. Są jedną wielką tajemnicą, pan Olgierd w zasadzie nic nie jest w stanie o nich powiedzieć, a że poza jednym wyjątkiem nie są opisane, trudno zmusić je do mówienia. Na dodatek, ja nie mam bladego pojęcia o organizacji przedwojennego toruńskiego garnizonu, zatem opieram się tylko na tym, czego się dowiedziałem od ludzi bardziej światłych, lub wyczytałem w stosownym rozdziale „Księgi pamiątkowej dziesięciolecia Pomorza 1920-1930”.
Na początek zatem coś, czego jestem pewien, czyli brama Zakładów Mundurowych, które mieściły się w koszarach Żymirskiego, czyli Przyczółku Mostowym. Dziś jest to wejście do fabryki serów i wygląda nieco inaczej.
Ciekawe zdjęcie ma równie interesujące towarzystwo. Tu widzimy wnętrze Przyczółka, a za jego murem bardzo okazale prezentuje się Dworzec Główny, wtedy nazywany Toruniem Przedmieście. Tego może jednak lepiej nie przypominać, ponieważ obecne władze miasta nie są dla przedmieść łaskawe. Jako główna, stacja ma przed sobą lepsze perspektywy, lada moment ma się zacząć jej gruntowny remont.
Dalej w tle także widoczne są tory, na pierwszym planie można jednak zobaczyć przyczółkowe budynki, które – jak mi powiedział Adam Kowalkowski (sam niestety jeszcze nigdy na terenie przyczółka nie byłem), już nie istnieją. Takie ładne kawałki „pruskiego muru”... Toruń w kratkę, jak budowle szachulcowe nazwał na swoim blogu Jarek Jaworski, choć są wizytówką miasta, mają się obecnie jeszcze gorzej niż jego przedmieścia.
 Tu się w zasadzie kończą pewniki i zaczyna historia zupełnie niema. Portrety ludzi związanych ponad 80 lat temu z toruńską intendenturą, z których bardzo bym chciał wycisnąć wiele informacji – ludzkie opowieści są przecież najbardziej zajmujące, lecz zrobić tego nie mogę, ponieważ pięknie uwiecznione postacie i ich potomkowie, uparcie milczą. Z dwoma małymi wyjątkami, oto pierwszy z nich. Wspomniany wcześniej Adam Kowalkowski, chodząca encyklopedia przedwojennego Torunia, tłumaczył mi swego czasu, gdzie znajdowała się siedziba władz intendentury VIII DOK i w jakich obiektach rozlokowały się jej poszczególne warsztaty. Jestem pod tym względem mniej rozgarnięty, zatem chyba wszystkiego należycie nie przyswoiłem. Główne gniazdo miało się jednak mieścić na Rudaku, zakłady mundurowe zajmowały pomieszczenia Przyczółka Mostowego, a gdzie pracował ten pan? To bardzo ważny człowiek, Alojzy Jędrzejewski, dziadek pana Olgierda. Jego zdjęcie, jako jedyne w toruńskiej części kolekcji jest podpisane. Dzięki temu wiemy kto to i kiedy dał się uwiecznić. 
Tego zdjęcia, jako rodzinnej pamiątki, pan Olgierd mi nie sprzedał. Pozwolił jednak na chwilę pożyczyć, zekanować i wykorzystać. Odbiłem zatem obie istotne strony fotografii.

W dwóch przypadkach uwiecznioną postać udało się rozpoznać, co do tożsamości dwóch kolejnych snuję domysły. Przeczytałem poświęcony intendenturze rozdział w „Księdze pamiątkowej dziesięciolecia Pomorza” wydrukowanej zresztą w Toruniu czcionkami Pomorskiej Drukarni Rolniczej SA przy ul. Bydgoskiej 56. Adres ten budzi dziś w mieście ogromne emocje, kamienica, na której zapleczu znajdowała się drukarnia, a później także redakcja depeszowa „Nowości”, ma być lada moment zburzona. W jej miejscu ma powstać bardzo kontrowersyjny nowy blok, przed którym jednak inwestor odtworzy fasadę pierwotnego domu. Projekt doczekał się już uznania na stronie Polisz Arkitekczer, dokąd trafiają architektoniczne potwory z całego kraju. Zasługuje na kilka słów więcej, więc niebawem na Bydgoską wrócę, tymczasem jednak ucinam dygresję pochylając się znów nad starymi zdjęciami.
Księga opisuje przedwojenne początki intendentury, wspomina, że podwaliny dla toruńskiego oddziału położył już w listopadzie 1919 roku podpułkownik Krzyżagórski. Dalej autor opracowania, porucznik Józef Wroński, skupia się na ogromnych kłopotach pierwszych lat, oraz na szkolnictwie. Kuźnia przyszłych kadr tak bardzo go pochłonęła, że o tym na przykład, gdzie znajdowała się kuźnia właściwa, w ogóle nie wspomina. Pisze jednak, że w 1927 roku szefem toruńskiej intendentury został kapitan Jan Więcek. Zdjęcia z rodzinnego albumu pana Olgierda są zapewne nieco starsze, bo pochodzą pewnie z 1925 roku, Więcek jest jednak pierwszym wspomnianym w 1930 roku kapitanem, jaki został tu szefem. Przed nim kierownicze stanowiska pełniły wyższe szarże. Być może zatem to on? Na pewno jest kapitanem, a kierowniczy majestat  bije z każdego cala jego osoby.
Być może też pochylający się nad nim porucznik jest Józefem Wrońskim. Może, bo to wszystko to tylko moje domysły, w których zgrzyta fakt, że zdobyte informacje datowane są na 1927 rok, tymczasem zdjęcia pochodzą najprawdopodobniej z roku 1925. 
A to mój drugi pewniak. Wkurzony tym, że fotki są tak ciekawe, ale tak bardzo nie chcą mi nic o sobie powiedzieć, opublikowałem kilka z nich w gazecie. Nie robiłem sobie specjalnie nadziei, ale się nie zawiodłem. Jedna z czytelniczek „Nowości” rozpoznała swojego ojca. Wincenty Lewandowski, który jak widać naprawiał maszyny, urodził się w 1903 roku w Wielkopolsce.
Techniczne uzdolnienia rozwijał m.in. w warsztacie Katafiasa przy Rynku Nowomiejskim. Niezwykłe miejsce, gdzie nie tylko reperowano rowery, ale także samochody, swego czasu wyczerpująco opisał na kartach „Albumu rodzinnego” mojej gazety, mistrz Roman Such. W Toruniu wciąż jeszcze żyją potomkowie legendarnego – proszę mi uwierzyć na słowo, przeglądam stare gazety, więc wiem, co piszę, przedsiębiorcy. Reklama, jaką widać poniżej, jest jedną z wielu opublikowanych na łamach „Gazety Toruńskiej”. Ukazała się w marcu 1906 roku, jest więc w niej mowa o rowerach, zwanych wtedy powszechnie kołowcami, nie ma jednak jeszcze słowa o samochodach. Pierwsze auto pojawiło się na ulicach Torunia raptem rok wcześniej.
Miałem oszczędzać słowa, tymczasem plotę jak najęty. Dalej będę jednak grzecznie milczał, bo też reszta zdjęć jest niestety dla mnie milczeniem. Tabula rasa. Znam pana marszałka z portretu, jego krewna, pani Piłsudska, mieszkała zresztą w Pasłęku niedaleko domu moich dziadków. Jeszcze ją pamiętam. Podoficer siedzący przy na portretowym tle przy biurku zastawionym ciekawymi urządzeniami, jest mi już jednak całkowicie obcy.
 O rozdzielających korespondencję paniach już nawet nie wspomnę.
Podobnie, jak i o siedzibach poszczególnych warsztatów.
Warsztat rymarzy. Ten, zdaniem Adama Kowalkowskiego, mógł znajdować się w którymś z pomieszczeń fortecznych sąsiadujących z obecnym rondem Pokoju Toruńskiego na pograniczu Mokrego i Jakubskiego Przedmieścia. Jak już wspomniałem, struktura przedwojennego miejscowego garnizonu jest mi całkowicie obca, jednak to wydaje się mieć ręce i nogi. W „Księdze pamiątkowej Pomorza”, w rozdziale na temat intendentury, jest zdjęcie całego zespołu zrobione na tle sali z zegarem w zajmowanym dziś przez X LO dawnym kompleksie koszarowym przy ulicy Dobrzyńskiej, jeden swój koniec opierającej o wspomniane rondo.
Swoją drogą szkoła jest od Dobrzyńskiej odgrodzona pięknym parkanem z cegieł i misternie powyginanych metalowych prętów pochodzących jeszcze sprzed 1920 roku. Do niedawna były tam również rozłożyste drzewa, jednak, jak większość starych i okazałych drzew w Toruniu, rośliny zostały wycięte. Zajmująca się tym ekipa uszkodziła przy okazji spory kawałek historycznego parkanu, co i tak od dawna był w opłakanym stanie. Z roku na rok ten  stan się tylko pogarsza, a wyczyny panów wywijających mechanicznymi piłami tylko pogorszyły sytuację. Obok tego ogrodzenia chodzę niemal każdego dnia, byłem więc świadkiem wycinki, zauważyłem ubytek, fragment wywalonego muru przez kilka dni leżał zresztą obok miejsca, z którego wyleciał. Później jednak zniknął, a szczerba pozostała. Dałem znać miejskim konserwatorom zabytków, nic się jednak nie zmieniło. Nieśmiało wspomniałem o tym na łamach gazety w rubryce interwencyjnej. Bez skutku. Zwracam się zatem z bardzo otwartą prośbą do dyrektora Andrzeja Drozdowskiego. Zdaję sobie sprawę z tego, że ma Pan teraz na głowie inne problemy, zabiegam jednak bardzo o poprawę stanu kombinacji tworzących ogrodzenie cegieł, ponieważ pojawiły się one na długo przed tym zanim Pan i ja zaczęliśmy przemierzać ulice Torunia i powinny stać nadal także wtedy, gdy obu nas już zabraknie.
 Jeszcze jedna fotka, a na niej nieznany pan cywil i równie obcy pan wojskowy.
Na koniec zdjęcie prawie całej oglądanej wcześniej w poszczególnych odsłonach ekipy. Gdzieś w Toruniu, jednak w miejscu mi całkowicie nieznanym. Może ktoś na te miejsca oraz twarze pojawiających się w nich ludzi, rzuci choć odrobinę blasku oświaty kaganka? Bardzo na to liczę, a niebawem wezmę się za wrzucanie zdjęć morskich i będę przy tym milczał jak grób, pozostając w tych sprawach zielony jak ogórek na wiosnę.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Kriegerdenkmal


Niebawem znów będę musiał wyjechać z „Piątą stroną” za granicę, trzeba rozliczyć się z jesiennej wyprawy do Obwodu Kaliningradzkiego. Mam nadzieję, że nie utknę tam na tak długo, jak zakopałem się w Berlinie. W stolicy Prus Wschodnich i jej okolicach spędziłem niecałe trzy dni, przywiozłem też stamtąd 500 zdjęć mniej niż ze stolicy Niemiec, ale... Dolina Pregoły jest bagnista i bardzo wciąga. Poza tym to odcięty granicą kawałek bardzo mi bliskiego regionu, w którym spędziłem piękne dzieciństwo. Wyprawę zapowiadam, tymczasem zaś staram się przed nią nieco dokształcić i zapraszam do swojego kąta Prus Wschodnich.
Ten wstęp nie jest przypadkowy. Jesienią jadąc z Wystrucia do Gąbina, byliśmy świadkami ponownego odsłonięcia założonego w międzywojniu cmentarza wojennego, na którym spoczywają żołnierze obu stron toczonych tam w 1915 roku bojów. Zdaje się, że uroczystość, w której braliśmy udział, nie była odosobnionym przypadkiem troski Rosjan o podobne pamiątki przeszłości. Kręciłem się po wysprzątanej łące, wokół stojącego w jej centrum pomnika i było mi cholernie wstyd. Pod Pasłękiem, niedaleko domu moich dziadków, znajdowało się podobne pole, z którym ludzie obeszli się jednak zupełnie inaczej.
Cmentarz w Pólku został założony podczas I wojny światowej przy znajdującym się w sąsiednim Krośnie obozie jenieckim. Do jego baraków trafiło prawie 15 tysięcy osób, głównie jeńców z armii rosyjskiej, znaleźli się tam jednak również Francuzi, Anglicy i Rumuni. Pierwszy raz, na teren cmentarza, dotarłem jakoś na początku 1988 roku, już z daleka było widać, co tu się znajduje, dzięki równym szpalerom drzew posadzonych przez Niemców w latach 20. Za zaporą krzaków znalazłem wysoki ceglany pomnik z tablicą spisaną po niemiecku i rosyjsku. Obok niego leżały jeszcze dwa z czterech kamiennych słupków, na których kiedyś opierał się otaczający pomnik łańcuch (poznałem po śladach rdzy i jakichś jego smętnych resztkach). Na cmentarzu, poza wykopami – pamiątkami działalności jakichś okradających groby kretynów – trafiłem na dwie tablice nagrobne. Tylko jedna była czytelna, wśród bodajże 10 nazwisk znalazłem kilka ewidentnie polskich. W sumie na tym cmentarzu pochowano ponad tysiąc osób.
Grzebiąc w starych toruńskich gazetach wiele razy wpadałem na wzmianki z mojego Pasłęka, przez „Gazetę Toruńską” tytułowanego Holądem (po niemiecku miasto nazywało się Preußisch Holland), były to jednak same drobnostki. Ani tymczasem, na łamach niemieckiej „Thorner Zeitung”, udało się znaleźć prawdziwą perłę: relację z odsłonięcia pomnika na cmentarzu przy obozie jenieckim. Tego samego, który ukazał się moim oczom 25 lat temu, a który dziś... no, o tym za chwilę.
Pasłęk. Pomnik zmarłych rosyjskich jeńców wojennych. Poświęcenie pomnika na cmentarzu, który został założony dla zmarłych rosyjskich jeńców w pobliżu obozu jenieckiego, nastąpiło w Święto Zmarłych. Delegacje jeńców i rosyjski personel sanitarny zaciągnęły wartę przed pomnikiem. Na uroczystości pojawił się korpus oficerski obozu jenieckiego, rosyjski duchowny, który sprawuje duchową posługę wobec jeńców, katolicki proboszcz Austen i superintendent Graf, któremu powierzono duchową posługę wobec jeńców ewangelickich. Przy małym ołtarzu ozdobionym rosyjskim krzyżem grecko-katolicki duchowny odmówił przepisowe modlitwy, a utworzony z jeńców chór wykonał liturgiczne śpiewy. Następnie duchowny wygłosił mowę po rosyjsku. Potem proboszcz Austen wygłosił mowę po niemiecku. Superintendent Graf wskazał na znaczenie pomnika.
„Thorner Zeitung”, 5 grudnia 1916 roku.

To może zabrzmieć jak tani sentymentalny chwyt, proszę mi wybaczyć, jednak po otrzymaniu tej notatki zacząłem szperać w internecie i znalazłem zdjęcie z opisanej uroczystości. Nawet niektórzy z wymienionych dostojników są tu oznaczeni i podpisani! Niestety, nie wiem gdzie ta fotografia była wyesponowana, bo mocno poruszony, zapisałem ją sobie nie odnotowując źródła. Szukałem później, ale bez skutku, właściciela bardzo zatem przepraszam, że mu ten skarb ukradłem. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarza, jednak tekst, obraz i przede wszystkim, miejsce, mają dla mnie ogromne znaczenie.
Wspominałem o resztkach podpasłęckiego cmentarza, jakie zastałem w 1988 roku. O tym, jak się on prezentuje na zdjęciach z lat międzywojennych, które widziałem, wspominał nie będę, bo mi brakuje słów. Pisałem też o wstydzie... Ostatni raz Pasłęk odwiedziłem kilka lat temu, szczegółowo to zresztą na stronie opisując. Przymykając oczy minąłem wtedy dom dziadków - bardzo strasznie się tam wszystko zmieniło, przeleciałem przez wąwozy, które w dzieciństwie dostarczyły mi wrażeń porównywalnych pewnie z tym, czego doświadczył Kolumb odkrywając zakamarki Ameryki. Przeskoczyłem szosę i... nie mogłem zlokalizować cmentarza.
Kiedy byłem mały dziwiło mnie, że takie miejsce można było tak bardzo rozwalić. Dlaczego? Bo to poniemieckie? To jeszcze mógłbym zrozumieć, na efekty podobnego myślenia, lub bezmyślności raczej, się napatrzyłem. Cmentarz nie był przecież niemiecki, spoczywają tam m.in. Polacy. Jakże to tak, Niemcy ich pamięć uszanowali, a „swoi” zniszczyli?
Widok sprzed 25 lat można było próbować usprawiedliwić kilkoma dziesiątkami lat komuny. Nie wiem jednak, jaki diabeł wstąpił w ludzi później. W 1988 roku pod Pólkiem znalazłem cmentarz zdewastowany, ale jednak czytelny, chociażby dzięki zasadzonej przez Niemców zieleni. W czerwcu roku 2010 na cmentarz szedłem po omacku, bo nawet drzewa zostały tam zdemolowane.
To, że w tym bajzlu znalazłem resztki pomnika można chyba uznać za cud. Przypomnę, że wystawiony w 1916 roku, A.D. 1988 stał jeszcze cały. Później przez jakiś czas też, bo w „Gazecie Pasłęckiej” wyczytałem, że znajdująca się na nim tablica została przeniesiona do muzeum.
Obrazy zniszczenia pochodzą sprzed ponad trzech lat. Zdaje się, że przez ten czas kogoś wreszcie ruszyło sumienie, w sieci znalazłem w każdym razie wzmiankę o porządkach. W tekście można też znaleźć informacje na temat obozu z I wojny (jeńcy trafili w okolice Pasłęka również po 1939 roku) i jego zdjęcie.
Nie wiem, jak cmentarz pod Pasłękiem wygląda teraz. Jakoś nie chce mi się jednak wierzyć, by kiedykolwiek zapamiętany przeze mnie pomnik został odbudowany. Dobrze, że przynajmniej krzaki zostały wykarczowane. Tymczasem, stojąc na cmentarnym polu pod Gąbinem, stolicy najbardziej wschodniej rejencji Prus Wschodnich, o dziś Gusiewem w Obwodzie Kaliningradzkim, bardzo się wstydziłem. Rosjanie o takich cmentarzach pamiętają, a ile wojennych nekropolii rozsianych gęsto po polskiej stronie granicy wygląda dziś tak jak ten „mój” cmentarz pod Pasłękiem, lub jeszcze gorzej?

poniedziałek, 28 października 2013

Wiatrak w Zielonce Pasłęckiej


Wróciłem właśnie z Obwodu Kaliningradzkiego. Cóż to była za wyprawa! Jaka ciekawa i jaka owocna! W niecałe trzy dni oblecieliśmy pół dawnego Królewca, zwiedzając przy okazji również Wystruć i Gąbin. Nie wiem, jak ja mogłem kiedyś egzystować mając klasyczny aparat fotograficzny, przy którego pomocy, podczas jednych wakacji zapełniałem wizualnymi wrażeniami trzy filmy. Z ostatniego krótkiego wypadku przywiozłem ich ponad 600. W ich kontemplowaniu znów pewnie utonę na długo, zatem spieszę się, aby zakończyć wreszcie berlińską opowieść, wrzucić sporą porcję historii regionalnych – nazbierało się ich mnóstwo, kupiłem też kilka niezwykle interesujących zdjęć z przedwojennego Torunia – i ostatecznie zabrać się za konsumpcję królewieckiego tortu.
Z głową pełną wrażeń znad Pregoły, zasiadłem nad swoim wschodniopruskim archiwum fotograficznym, szukając widoków z przeszłości. Wędkę będę musiał zarzucić nieco głębiej, bo czarno-białych obrazków z Królewca, końcowej stacji kolei, jaka na przełomie 60. i 70. lat XIX wieku przecięła Toruń, oraz ówczesnej stolicy najbardziej na wschód położonej rejencji Prus Wschodnich, nie znalazłem. Wpadłem natomiast na folder zdjęć z Zielonki Pasłęckiej... Jakiś czas temu, opisując swoje wrażenia z Poczdamu, przywołałem ruiny stojącego pod Pasłękiem wiatraka, który na moich oczach rujnował się coraz bardziej. Tamten wpis muszę uzupełnić, ponieważ znalazłem zdjęcie „mojego” wiatraka w całej jego skrzydlatej okazałości.
Z tego co wiem, był to jeden z dwóch młynów wietrznych, jakie w tej wsi się znajdowały. Śladów tego drugiego nigdy jednak nie znalazłem, a i o tym mówię w czasie przeszłym, bo bardzo dawno go nie widziałem. Swoje zdjęcie zrobiłem jakieś 10 lat temu. Nie wiem, czy resztki tej ceglanej wieży jeszcze na wietrznej górce w Zielonce stoją. Pamiętam ją jednak. W moich czasach nie miała już co prawda skrzydeł, ale i tak piękna była.
 

poniedziałek, 2 września 2013

Königsberg is dead

Chwila, moment. Następnego dnia miała być wycieczka do Poczdamu, skąd więc się wziął ten Królewiec? Teleportacja jakaś? Oba miasta są przecież położone dość daleko od siebie... Na upartego, kiedyś moglibyśmy takiego skoku dokonać, przed I wojną podróż pociągiem na trasie Berlin – Królewiec zajmowała bodajże sześć godzin. Dziś coś takiego nie jest już jednak możliwe, bezpośrednich połączeń nie ma, a gdy do Kaliningradu kursował jeszcze podczepiany do różnych pociągów wagon, do celu toczył się 24 godziny dłużej. Ponad dobę! Podróż takim Orient Ekspresem na pewno również była sporym przeżyciem, my jednak nad Pregołę dotarliśmy szybciej korzystając z filmowego ekranu. Ten znajdował się w piwnicy kultury pod jednym z wieżowców Berlina Wschodniego.
W sumie całkiem swojsko, prawie jak na Rubinkowie, czy Skarpie jakiejś...
Tylko jakoś czyściej, schludniej, bardziej zielono. I samochodów prawie nie słychać, bo ptactwo intensywnie drze dzioby.
Kumpel filmowej Amelii pewnie by tu skakał z radości. Zbierał kiedyś ślady stóp odciśnięte w betonie.
 Z tą piwnicą kultury nieco przesadziłem. Betonowy trop wiódł do pomieszczeń na parterze wieżowca, pojawił się w nich Max Gilbert ze swoim filmem, trafiliśmy tam również i my. W dawnej stolicy Prus Wschodnich nigdy nie byłem, o tym, że Königsberg is dead, opowiadał mi już jednak dawno temu mój wuj, który na początku lat 90. miał firmę budowlaną i sporo w Kaliningradzie działał. Wyniósł stamtąd złe wspomnienia oraz wiele ciekawych rzeczy, m.in. wielki (jakieś 1,8 na 5 metrów) obraz przedstawiający szturm Pałacu Zimowego. Każdy z atakujących ma tam rysy twarzy Lenina.
Film robi wrażenie i to pod każdym względem. Zarówno ze względu na obrazki i relacje z królewieckiej przeszłości, jak i kaliningradzkiej teraźniejszości. W tym ostatnim przypadku nie chodzi mi tylko i wyłącznie o zniszczenia, ale o to, co mówią obecni mieszkańcy najbardziej europejskiego miasta Rosji. Skoro zaś o teraźniejszości mowa, warto nadstawić ucha także na to, jak jest ona wyrażana po niemiecku. Pod wieloma słowami dawnych mieszkańców miasta, sam mógłbym się podpisać zamieniając Królewiec na Pasłęk. Pojawiłem się tam wiele lat po wojnie, ale swoją Pruską Holandię wspominam równie idyllicznie i z podobnym żalem. Mógłbym jeszcze to i owo dorzucić, bo wypadając poza Pasłęk, napatrzyłem się również na pozostałości świata, który kiedyś, chociażby ze względu na bliskość Królewca, był wielki, a teraz, po wymianie ludności, położony tuż przy granicy światów, nie jest nawet w stanie żyć swoją przeszłością. Zrobię to przy okazji, gdy uda mi się tam wrócić i gruzy Atlantydy Północy, pofotografować.
Jeśli o niemiecką teraźniejszość chodzi, „Königsberg is dead” zasługuje na uwagę z jeszcze jednego powodu. Proszę zwrócić uwagę na migawki ze zjazdu wschodnich Prusaków i na słowa kretyna przy mównicy. Zdębiałem, gdy usłyszałem, że żaden naród w Europie nie wycierpiał tyle, co Niemcy. W siedzących na sali berlińczykach deklaracja taka wywołała śmiech i negatywne komentarze. Facet jednak przemawiał w gigantycznej sali pełniej ludzi. Czy oni również uśmiechali się z politowaniem?
Wiem, u nas również takie spotkania się odbywają, choć raczej na znacznie mniejszą skalę. Rozumiem ludzi tęskniących za domem, tym we Lwowie, Wilnie. Rozumiem zatem również tych, co z westchnieniem wspominają Breslau i Elbing. Sam przecież wychowałem się w Prusach Wschodnich otoczony ścianami i przedmiotami zostawionymi przez ludzi, których od dziecka chciałem poznać. Nadal mam zresztą taką nadzieję. Potomkowie „naszych Niemców” kiedyś do Pasłęka przyjechali, ale mnie niestety przy tym nie było. Sporo jednak napatrzyłem się i nasłuchałem i wizytach dzieci i wnuków dawnych gospodarzy u naszych sąsiadów. W Zielonce Pasłęckiej pojednaniu przysłużył się np. stan wojenny, dawni niemieccy mieszkańcy tej wsi skrzyknęli się i zorganizowali pomoc dla swoich następców. To działa, natomiast takie wiecowe pohukiwanie na pewno niczego dobrego nie przyniesie. Niemcy zresztą sami powinni wiedzieć o tym najlepiej, od 1933 do 1945 roku podobnych przemów nasłuchali się przecież wiele. Do czego ich one doprowadziły?
Ja już też zatem perorował dłużej nie będę, zapraszam na film.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Miejsce beztroskie


Uff. Właśnie wróciłem z rajdu granicznego po okolicach Aleksandrowa Kujawskiego, zorganizowanego w ramach tegorocznej edycji festiwalu Dwóch Cesarzy. Tyle się cholera dzieje, a ja nadal walczę z wypadem do Niemiec... Cóż, zaległości nadrobię później, będę miał co robić w długie jesienne wieczory. Do końca, czyli początku niemieckich opowieści zostało już na szczęście niewiele.
Przyszedł mi do głowy rajd, bo był rowerowy. Poczdam tymczasem, gdy tam dotarliśmy, powitał nas zabawną reklamą zwiedzania rezydencji królewskiej przy pomocy dwóch kółek.
Poczdam zwiedzaliśmy akurat nie per pedales, lecz per pedes.
Maszerowaliśmy głównie po to, by zobaczyć pałac i park Sanssouci. Miejsce bez troski. Zapewne było ono takim w czasach Fryderyka Wielkiego, później jednak już tak wesoło tu nie było. Szczególnie pod koniec wojny, kiedy spora część miasta nad Hawelą zniknęła z powierzchni ziemi.
Choć nad Poczdamem śmigają budowlane żurawie, nabrzeże nadal wygląda tak, jak to widać poniżej. Unicestwione niemal 70 lat temu relikty przeszłości są obecnie przekopywane przez archeologów, którym w czerwcu, gdy tam się pojawiliśmy, miejsce pracy najwyraźniej nieco zatonęło.

Dziś widać tu jedynie fundamenty, a jak było kiedyś? Niemcy wszystko wyeksponowali, przy pomocy archiwalnych zdjęć, nawet kolorowych zresztą.
Robi wrażenie, prawda?
Beztroskie miejsce zostało zniszczone podczas wojny, po niej natomiast miało pecha i znaleźć się w granicach DDR. Władze komunistycznego państwa o odbudowie symbolu dawnych czasów myśleć nie chciały, w centrum Poczdamu mamy więc dziś takie obrazki, oto stary ratusz...
... przywalony Atlasem.
 Nieco upiornym zresztą.
Obok znajduje się też budynek ozdobiony wąsatym Sarmatą... 
A temu wszystkiemu towarzyszy architektoniczne dzieło z czasów towarzyszy.
Strasznie się zresztą sypie i czeka na rozbiórkę. W tej chwili mieści się tam biblioteka, co było wcześniej? Nie pamiętam.
No właśnie, nie pamiętam. Czasu uciekło sporo, zatem go nie marnuję i idę dalej, wpadając na coś starego, czego pierwotne przeznaczenie również mi już jednak z mózgownicy uciekło.
Dzieli to jednak dziedziniec z odbudowaną nowinką, która całkiem udanie udaje staroć.
Przez centrum miasta biegnie kanał, ale straszna w nim panuje posucha.
Jak każdy kanał, ma on dwa końce. Nieco mniej...
I ciut bardziej ciekawy.
Tu znów nie pamiętam, co obecnie oglądam. Resztki dawnego odwachu?
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Niemiecka poczta i jej pojazdy.
Uliczkę znam, w mieście Poczdam...
Jej nazwy już dziś nie pomnę, ale prowadzi ona do wzniesionej w 1770 roku poczdamskiej Bramy Brandenburskiej.
Jak to było w „CK dezerterach”? Jeder Schritt, ein Britt!
Dla nas jednak istotniejsze były inne wrota. Te prowadzące do Sanssouci. Za nią rzeczywiście można było zapomnieć o troskach, podpisując pokój z całym pozostawionym za płotem światem. Dziwnie to brzmi? Proszę zatem zajrzeć chociażby do świątyni pokoju, położonej wśród wody, przypominającej kościoły Italii i pełnej ozdób przypominających początki chrześcijaństwa.
Wszystko uwieczniłem, podobnie jak i bardzo protestancki wystrój wnętrza, ale wyszło mi to tak sobie, więc zamiast zdjęcia retuszować, pomijam je milczeniem i zlatuję do krypt, gdzie anioł czuwa przy sarkofagach króla Fryderyka Wilhelma IV (chyba) i jego koronowanej małżonki.
Czyżbym tak się w tych grobowych peregrynacjach zapędził, że sam stanąłem w długim, ciemnym tunelu, na którego końcu widać światło? Nie, to jedno z typowych przejść w parku poza kościołem. Kiedy byłem mały, miałem w Pasłęku szałas o podobnej konstrukcji, naturalnie odpowiednio mniejszy.
Jaka fajna wanna. W Pasłęku mieliśmy podobną. Żeliwną i jeszcze poniemiecką. Można było w niej pływać.
Sanssouci.
Pięknie tu, tylko ludzi strasznie dużo i te wieżowce na horyzoncie...
Pawilon kratowy obok pałacu.
Jegomość na postumencie próbuje złapać Słońce. Jak to było w piosence winylowego wydania „Doliny Muminków”?
A Słońce, a Słońce
Ktoś hoduje w dłoniach...
 Fryc Wielki kazał się pochować obok pałacu, między swoimi psami. Gdzieś słyszałem, że jego szczątki stały się w 1945 roku zakładnikiem, ale już nie pamiętam szczegółów.
Na grobie wdzięczny naród kładzie kartofle, bo oświecony monarcha wprowadził w Niemczech ich uprawę. Podobno z premedytacją tego zakazał mając nadzieję, że zakazane warzywo bardziej będzie smakować. Mógłbym w to uwierzyć. Wszędzie, tylko nie w Niemczech. Jakże tak, wbrew przepisom?!
Ania kilka dni przed moją wizytą zatargała do Poczdamu gromadę swoich koleżanek. Udało im się sfotografować królewski grób znacznie bardziej atrakcyjnie przyozdobiony..
Tu natomiast widać ruiny osłaniające zbiornik zasilający parkowe fontanny.