niedziela, 24 października 2010

Malowidła

Święty Jakub – ze wszystkich toruńskich gotyckich kościołów najbardziej niedoceniany i najpiękniej pomalowany.
Zupełnie jak w cerkwi.
Jaka zabawna wizja piekła. Tylko dlaczego w orszaku potępionych są same panie?
Ten ponabijany to zapewne święty Sebastian.
Nie miałbym nic przeciw temu, by coś takiego mieć na ścianie u siebie w domu.
W czasie mszy dzieci się nudzą...

Ulotne splendory

Stary herb na ścianie kamienicy...
... i herby na płytach nagrobnych w lapidarium pod kościołem.

Kto by dziś pamiętał o Franciszku Guzickim, przedwojennym zapewne mistrzu malarskim, gdyby przy ul. Szpitalnej nie zachowała się reklama jego zakładu? Mistrz malarski zachował się w miejskiej pamięci dzięki odrobinie farby na murze.

Homofobia budowlana

Ludzie im się nie podobają! No doprawdy...

Pan Zagłoba przyjechał

Zdjęcie zrobiłem komórką, więc jest trochę nieostre. Nie miałem jednak aparatu, a widząc DSR nie mogłem się powstrzymać. Cóż w tym takiego wyjątkowego, że do Torunia przyjechał samochód z powiatu średzkiego w województwie Dolnośląskim? W tym nic dziwnego nie ma, ale dla każdego starego fana Rycerzy Andrzeja Waligórskiego, na widok literek DSR przypomina się dialog z panem Zagłobą w roli głównej.
- DSR to jest Dom Starego Rycerza. Ja wiem, bom już stamtąd trzykrotnie nawiewał wspomnień rycerskich o dawnych bojach słuchać nie mogąc. Jak stary pan Zacwilichowski z jednookim panem Grodzickim zaczną truć o oblężeniu Kudaku, to można by zwariować, gdyby nie zacny bimber pędzony przez kniahinię Kurcewiczową z przydziałowej kaszki manny w tym DSR-ze.
- Ooo, straszna to wizja!
- Straszna!
- A w dodatku, jak słyszałem, dla pensjonariuszów pogadanki popularno-naukowe są wygłaszane.
- Oj, tak, tak! Niestety prawda, to prawda! A najgorsza księżna Gryzelda Wiśniowiecka z tą swoją prelekcyją na temat „Znaczenie dziewictwa dla rozwoju szkolnictwa, w aspekcie unowocześnienia rolnictwa na dzikich polach rzepakowych.”
- Ojej, panowie! Kombinujmy coś, bo całkiem na psy zejdziemy!

środa, 20 października 2010

Moje Mokre

Byłem w Pasłęku, byłem w Chełmnie, a to ostatnia z wypraw do korzeni, tym razem na Mokre, gdzie przed laty stawiałem swoje pierwsze kroki i dokąd po latach wróciłem.
Zawsze z zazdrością patrzyłem na starówkę, a przede wszystkim na Bydgoskie Przedmieście i może kiedyś się tam przeniosę – mimo wszystko nie lubię bloków. Zawsze jednak będę na Mokre wracał, bo kryje ono skarby, o jakich inne części miasta mogą tylko pomarzyć. No a poza tym, chodząc po dzisiejszym Mokrem, cały czas ciągnę za sobą wizję tamtego sprzed lat, gdy woda w Baszce była może brudniejsza, drzewa były mniej kosmiczne i bardziej drzewiaste, ale za to między wieżowcami słychać było Kult, Maanam, Republikę, Dezertera...


Trójkąt edukacyjny

Szkoła Podstawowa nr 6, najstarsza na Mokrem. Przed ponad stu laty zaczęła nieść oświaty kaganek jako szkoła dla dziewcząt. Wtedy przez jej mury przewinęła się między innymi Helena Grossówna, która, co wiemy dzięki wspomnieniom prababci redaktora Tomasza Bielickiego, już wtedy lubiła tańczyć na ławkach. Może tak? http://www.youtube.com/watch?v=9dQtTFNwgYQ
Później trafiła tam także brzydsza część ludzkości, a w jej szeregach Leszek Balcerowicz, późniejszy zbawca polskiej gospodarki. Ja na swoją kolej musiałem długo poczekać, bo kiedy szedłem do szkoły, ta była w remoncie. Za komuny takie sprawy ciągnęły się cholernie długo, więc tu roboty zaczęły się, gdy jeszcze byłem w przedszkolu, a później towarzyszyły mi przez cztery lata edukacji spędzanych w trzech różnych budynkach...

Nasza właściwa szkoła była w remoncie, przez pierwsze trzy lata uczyliśmy się więc tutaj. Ci, którzy dziś zarzucają mi, że kiedy na łamach gazety bronię szachulcowej zabudowy toruńskich przedmieść, nie mam pojęcia co to znaczy egzystować w takim budynku, mylą się. Kiedy byłem w drugiej klasie słupki rtęci na termometrach zjechały zimą do –30 stopni. Poza tym dobrze pamiętam ciemne i zatęchłe drewniane wnętrza. Nie zapomniałem kibla na zewnątrz, w którym z pewnością śmierdziało nie tylko to, co śmierdzi na ogół w toaletach. Jeśli chodzi o budynki szachulcowe, dalej będę ich bronił, bo to nasza wizytówka, którą przecież mimo wszystko można wyremontować (vide budynek przy Ścieżce Szkolnej).
Jeśli zaś chodzi o naszą szkołę, składała się z trzech budynków. Środkowym był wspomniany kibel, a poza tym były dwa gmachy lekcyjne. My gnieździliśmy się w tym, który na zdjęciu nie jest schowany za roślinnością (trzy okna na parterze na prawo od drzwi). Poza piecem w sali mieliśmy boisko-klepisko z dwiema metalowymi i dziurawymi bramkami (co na to normy unijne?) i kasztanowca z wielką dziuplą, którego dziupla pożarła – już go nie ma. Potrafiliśmy się też setnie bawić za śmietnikiem, na ścianie, którą tu widać urządzaliśmy zimą zawody w rzucaniu śnieżkami (dziurę w murze w miejscu nowszej łaty to nie ja wybiłem). Całością obejścia zarządzał woźny, który na długiej przerwie na kuchni węglowej gotował w wielkim okopconym kotle mleko, wołał na cały ryj „kto nie pił mleko”, a gdy mu się coś nie podobało, walił prosto w pysk. Sam też od niego kiedyś z piąchy zarobiłem.
Mimo wszystko miejsce było fajne, tak pod względem życia szkolnego, jak i długich powrotów do domy, gdy mapa wariowała, a kompas pukał się wskazówką w głowę dumając, przez jakie jeszcze dziury ten człowiek będzie się telepał?
Jakiś rok temu prowadziłem w „Nowościach” konkurs torunioznawczy. Dałem więc zdjęcie młodszej filii SP 6 licząc na wspomnienia moich rówieśników. Zapomniałem jednak, że wcześniej była tam szkoła specjalna, większość głosów wskazywała więc właśnie na nią i jakoś nikt nie chciał się podzielić wspomnieniami. Choć dostałem też list od jednej Pani, która w tych murach na początku lat 30. chodziła do podstawówki...
Teraz szkoły już tu nie ma, są mieszkania socjalne. To zresztą zawsze mnie zdumiewa, bo aby mieszkać w takiej ruderze, trzeba moim zdaniem tonąć w kłopotach finansowych, tymczasem zaparkowane przed tymi domami (i kiblem na zewnątrz) pojazdy wcale nie są wzięte z dolnej półki...

Bermudy (trójkątne ułożenie placówek edukacyjnych dostrzegł już ktoś przede mną i odpowiednio nazwał). Tu uczęszczaliśmy na większość lekcji w czwartej klasie. Okropne miejsce, ciemne i śmierdzące. Ławki, w których siedzieliśmy na pewno nieźle by dziś można było sprzedać na allegro, miały jeszcze dziury na kałamarze. Korczaka i Konopnicką przerabialiśmy więc w otoczeniu żywcem wyjętym z ich czasów. Dobrą stroną tego miejsca była do dziś działająca vis-a-vis cukiernia, gdzie na przerwie można było wyskoczyć na szarlotkę, lub sernik wiedeński, oraz księgarnia, jedna z dwóch czynnych wtedy przy Kościuszkach. Poza tym na naszych oczach powstał też tu wtedy jeden z pierwszych w Toruniu sexschopów, który jednak podziwialiśmy wyłącznie z zewnątrz. Teraz w murach szkoły mieści się schronisko dla bezdomnych mężczyzn.

wtorek, 19 października 2010

Łódź toruńska

Dawna fabryka kotłów Born & Schütze, jeden z największych zakładów Mokrego i całego Torunia. Przed wojną producent m.in. używanych w całej Polsce i jej okolicach pogłębiarek, a po niej siedziba Bumaru. Produkcja trwała tu do 2000 roku, czyli niemal tak długo, jak w Tormięsie. W odróżnieniu jednak od rzeźni miejskiej i innych fabryk Torunia, Bumar ocalał. Dziś w jego zabytkowych halach mieści się centrum handlowe, w którym, między różnymi stoiskami, jest też mój ulubiony punkt sprzedaży rybentrupów. Co ciekawe, ta ogromna fabryka, wycięta niemal z panoramy Łodzi, przez cały czas produkowała swoje maszyny w wiejskim otoczeniu. Rzut kamieniem od jej murów znajdowały się zatopione w sadach małe domki, a w stawach jeszcze do lat 80. ubiegłego wieku kumkały żaby. Dziś, zamiast drzew owocowych, dokoła rosną bloki, między którymi jednak nadal można znaleźć wyglądające w tym otoczeniu bardzo nierealnie, budyneczki z pruskiego muru. Po stawach, których wieczorną rechoczącą muzykę jeszcze pamiętam, nie ma już śladu. Niedobitki budyneczków też pewnie niebawem przeniosą się do krainy wiecznego i malowniczego trwania, a za kilka lat, tak ja teraz wyciągnąłem tajemnicę przeszłości ulicy Dworcowej, jakiś inny posiadacz odrobiny wirtualnej przestrzeni będzie na swoim blogu dociekał, skąd wzięła się nazwa ulicy Ogrodowej.
Kompleks Bumaru od frontu, czyli ulicy Grodziądzkiej. Budynek po lewej stronie był rezydencją właścicieli, po wojnie jednak ulokowała się tu słynna Ranicha, lokal, do którego – stosując współczesną terminologię – o ile nie było się ziomalem, nie należało zaglądać. Ziomale też zresztą musieli tam nieraz uskakiwać przed balistycznymi pociskami ławek. Z jednego z najbardziej zakazanych miejsc w Toruniu ja zapamiętałem jednak głównie drzwi wypluwające wiecznie zalanych jej bywalców.
Pod warstwą reklam kryje się dawny biurowiec zakładu.
Za moich czasów główna hala schowana była pod płaszczem pnącej się roślinności. Dziś wolę chyba jednak patrzeć na zdrowe, odczyszczone cegły.
Pamiątki rozbudowy z 1901 i 1923 roku.

Zadnia część fabryki. Za dnia... A w nocy?;)

poniedziałek, 18 października 2010

Żelazne okno na świat

Dawny dworzec Mokre, teraz PKP Toruń Wschodni. Stąd się na ogół wyjeżdżało – do Pasłęka, na obozy i w ogóle w świat. Te podróże najfajniejsze były w połowie lat 80., gdy wszechobecny kryzys znów wypchnął na szyny lokomotywy parowe. Do początków XXI wieku stacja miała jeszcze kasy i wielki bufet, teraz ma tylko rozkład jazdy i kilka okienek, w których można kupić bilet. Poza tym dworzec przy dawnej linii kolejowej Berlin-Królewiec, która jako pierwsza dotarła do Torunia i przecięła również włączoną dopiero w 1906 roku wieś Mocker, jest dziś u nas najbrudniejszą wizytówką PKP.
Elektryfikacja bardzo niekorzystnie odbiła się na malowniczości dworców. Zamiast samych budynków i szyn ciągnących się po horyzont, lub przynajmniej do najbliższego zakrętu, widać teraz las pordzewiałych słupów.

Mokre w cieniu młyna

Gigantyczny młyn Richtera, przemysłowa wizytówka Mokrego. Kiedy byłem mały i siedziałem np. w Pasłęku, w sklepie na półce z mąką sprawdzałem, czy torebki wyszły z toruńskiego młyna. Nie pamiętam, kiedy przestały stąd wychodzić. Zamiast młyna jest teraz wielki loft, którego miasto nie potrafi jednak zagospodarować. Wszyscy fotografują młyn od strony Kościuszki, dla odmiany zerknąłem więc na niego od Dworcowej.
Pamiętam cumujące przy tej rampie pociągi. Pamiętam też opylony zapach pracującego młyna.
Wizytówką dawnego biurowca jest koło młyńskie...
Budynek jest ogromny, wielokrotnie był rozbudowywany.
„Zakaz wstępu. Obiekt stanowi zagrożenie dla osób postronnych”. Pogryzie mnie? Dlaczego?
Wywieszona na tych ruinach reklama Czasu Gospodarzy nie wygląda zachęcająco.
Młyn od strony ul. Kościuszki.

Mokre zapomniane

A teraz mała zagadka. Dlaczego ulica Dworcowa jest tak odległa od budynku stacji PKP Toruń Wschodni? Dlaczego ulica Zaułek Dworcowy leży tak daleko od dworca? Otóż wcale nie jest tak oddalona, bo dworzec nadal tam stoi, tylko tory nieco się odsunęły. Jego resztki zresztą jeszcze w 2006 roku tu i ówdzie się zachowały, teraz jednak pamiątką po XIX-wiecznej linii kolejowej jest w zasadzie wyłącznie nasyp. O nim i o samej stacji, słyszę od dwóch lat, ale długo bardzo długo pierwotnego dworca nie mogłem znaleźć.
Przy okazji czwartej wyprawy wreszcie budynek tego cholernego dworca znalazłem. Trudno się dziwić kłopotom, on sam, jak i cała okolica zmieniły się tak bardzo, że trzeba dobrze wiedzieć, czego się szuka, by to znaleźć.
Na ziemi widać jeszcze ślad torów.
Hala za młynem, o której jeszcze nic nie wiem.
Kto jest upoważniony do chodzenia po rampie, której już nie ma?