Pierwszą atrakcją na tym szlaku stał się Fort V, teraz imienia hetmana Jana Karola Chodkiewicza - w czasach niemieckich, czyli m.in. wtedy, gdy forteca, wznoszona głównie rękami polskich robotników powstawała, patronował jej generał Scharnhorst. To jeden z najciekawszych toruńskich fortów, powstał w latach 1878 – 1884 i niemal przez cały czas należał do wojska. Dzięki temu żaden inny taki obiekt w mieście nie może się z nim równać stanem zachowania. Po prawie 130 latach armia się z niego wycofała, obiekt trafił zatem w ręce Agencji Mienia Wojskowego, która zamierza go sprzedać, pozwoliła nam jednak do niego zajrzeć.
Udało się zdobyć klucze, udało się też namówić majora Mariana Rochnińskiego, przewodnika PTTK i eksperta w sprawach militarnych pamiątek Torunia, by nas po forcie oprowadził. Ja wypuściłem w gazecie dwie zapowiedzi wycieczki i do kilku dni denerwowałem się, że na zwiedzanie przyjdzie tylko garstka osób. Zacząłem się denerwować jeszcze bardziej, gdy w piątek w redakcji zapadła decyzja, że zdjęcie ze zwiedzania ma pójść na pierwszą stronę, a poza tym z całości ma jeszcze powstać fotoreportaż. Co tu napisać, jeśli przyjdzie 20 – 30 osób?
Bardzo się pomyliłem. Gdy przy bramie rozpoczęło się licznie wchodzących, dobiliśmy niemal do trzech setek! Nasz przewodnik powiedział później, że jeszcze tylu osób zwiedzających forty, nie widział. Wśród gości znaleźli się również ludzie, którzy przez korytarze tego fortu już się przewinęli – niemal pół wieku temu! Chyba powinienem się bardzo cieszyć, ale mocno się zmartwiłem. W tej sytuacji, słów naszego eksperta, wysłuchać mogła raptem garstka zwiedzających, tylko część mogła za nim ciasnymi korytarzami podążać.
Cóż, nie spodziewałem się takiego zainteresowania. Nauczony tym doświadczeniem, następne wycieczki postaram się rozbić na grupy. Mam też nadzieję, że wyprawę do Fortu V wszyscy zaliczą jednak do udanych. Kto nie miał szczęścia, by się zetknąć z teorią, może to zrobić w każdej chwili, twierdza toruńska jest całkiem nieźle udokumentowana – tak w książkach, jak i w internecie. Wrażenia wizualne są natomiast w zasadzie niepowtarzalne, bo do tego fortu trudno się dostać i kto wie, jaka go czeka przyszłość?
Zamiast więc podziwiać miejsce, w którym nigdy wcześniej nie byłem, spoglądałem na boki bacząc, czy przypadkiem nikomu nie dziej się krzywda. Udało się, wszyscy, którzy weszli, opuścili fort w komplecie. Ze względu na okoliczności, zdjęć wyniosłem też stamtąd niewiele. Raz, że nie miałem głowy do fotografowania, a dwa, że mój aparat nadal ma kłopoty z lampą błyskową, zatem uzbroiłem się w Canona służbowego. Ten nieco różnił się od mojego i w sumie, im głębiej zapuszczałem się w forteczne podziemia, tym cieplej myślałem o swojej, zostawionej w domu, fotograficznej maszynce.
W następną sobotę zapraszam do dawnej parowozowni na Kluczykach, w której dziś naprawiany jest tabor kolejowy Przewozów Regionalnych. Postaram się to zorganizować tak, by każdy mógł się nasłuchać i napatrzeć. Mocno trzymam się również zasady, że liczbę zwiedzających ograniczyć może tylko gospodarz obiektu. Ja, w imieniu redakcji, z przyjemnością podzielę się skarbami Torunia z każdym, kto tylko będzie chciał po nie sięgnąć.

Ktoś, kto kupi od Agencji Mienia Wojskowego toruński Fort V (cena wywoławcza w pierwszym przetargu: 1.350 tys. zł) stanie się właścicielem prawdziwej warowni. Pełnej atrakcji pancernych, ale też czasem bardzo ulotnych. Do tych ostatnich należą chociażby wydrapane na tynku w pomieszczeniach fortecy napisy żołnierzy kwaterujących tu w latach 70. ubiegłego wieku, którzy na ścianach odliczali dni dzielące ich od momentu, gdy znów staną się cywilami. Znacznie cenniejsza, pod tym względem, jest jednak forteczna brama, jej cegły pełne są wpisów strzegących ją kiedyś wartowników. Najstarszy znaleziony przez uczestników naszej wycieczki, pochodził z 1907 roku. Są tu jednak autografy marynarzy skoszarowanych tu w 1920 roku, wiele pamięta też II wojnę światową.


Z tych strzelnic, podczas oblężenia, miały błyskać karabiny osłaniające wejście do fortu. My jednak złożyliśmy tam wizytę jak najbardziej pokojową, błyskały stąd więc jedynie lampy aparatów.

Brama główna z mostem zwodzonym.

Przed laty kolekcjonowałem tabliczki pełne podobnych mądrości. W plecaku miałem zestaw śrubokrętów i kombinerki, zaniosłem je nawet na szczyt Rysów. Narzędzia bardzo się przydawały również na poziomie morza. To było jednak dawno, z fortu wyniosłem więc tylko wrażenia.


Tylu tu było zwiedzających, że korytarze fortu przemierzałem głównie szukając ewentualnych zagubionych, bądź wyłapując potencjalne pułapki, które by mogły jakoś naszych gości skrzywdzić. Nie słuchałem zatem, co mówił przewodnik, nie wiem więc, czemu np. miało służyć to koło. Nie było jedyne, w innej sali znalazłem podobne.

Domyślam się, że w tym wypadku do czynienia z żaluzją zamykającą to okno.

Sale i korytarze
Sklepienie poterny głównej wciąż jeszcze jest wyłożone blachą falistą, która miała chronić załogę przed odpryskami. Jaka siła była jednak potrzebna, by coś z tych ścian odprysło?! Wszystko zostało zbudowane z cegieł najwyższej jakości, połączone zaprawą w takie sposób, że cegieł z tych murów nie da się odzyskać. Stąd da się wydobyć tylko gruz! Kto normalny zgodziłby się jednak, by coś takiego stało się ruiną?

Przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń fortu można wyczytać z jego podłóg. Brukowanymi korytarzami przetaczane były działa, w pomieszczeniach z posadzką ceglaną przechowywana była amunicja (by od brukowego kamienia przypadkiem nie skrzesała się iskra). W tych wciąż jeszcze wyłożonych drewnem, kwaterowała załoga.


Luster nie było, można tu jednak przechodzić na drugą stronę drzwi. Efekt czasami bywa podobny.

Kazamaty, zakamarki...Tutaj znajduje się wlew ropy do agregatów.

Poterna główna, tym razem bez ludzi.

Kominek, podobnych można znaleźć tu wiele.

Zęby i kolce
Po jaką cholerę ktoś rozpiął tu drut kolczasty?

Płot zębaty, ale całkiem ładny. Zaraz obok niego jest bramka zamykająca zjazd do fosy.































