czwartek, 26 kwietnia 2012

O wyższości świąt...

... Bożego Narodzenia, nad świętami Wielkiej Nocy?
Nie, tego dylematu rozstrzygać nie zamierzam, bo odpowiedź na tak postawione pytanie doskonale znam.
Odkąd, już od listopada, szerokim łukiem zacząłem omijać duże sklepy, Boże Narodzenie przestało mnie męczyć. Od momentu, w którym odkryłem bogactwo starych polskich kolęd, raczej obce hipermarketowym przyśpiewkom, zimowe święta mnie zaciekawiły. Jednak nawet mimo poprzedzających je Mikołajków Folkowych w Lublinie, BN mijam w dużym pośpiechu. Nie zatrzymuję się przy nich zbyt długo, bo nie pozwala mi na to na ogół robota, a poza tym... Zima jest fajna za miastem, lecz w jego granicach, cały swój urok traci.
Wielkanoc natomiast... To już zupełnie insza inszość. Na brak zajęć również tu jakoś narzekać nie można, jednak wszystko to jest jakieś takie ciekawsze, bardzo inspirujące. W poprzednią Wielką Środę byłem na przykład na Misterium w Grębocinie. Następnym razem wrócę tam z aparatem, bo widowisko jest niesamowite! A gdy jeszcze człowiek dołoży sobie do tego muzykę z filmu „Jesus Christ Superstar”... Jasne, słucham go od dobrych 20 lat, ale jednak, gdy mi się Ted Neeley nad uchem rozedrze, to echo tego krzyku nadal rozbiega mi się po kościach.
Cóż jeszcze wtedy człowiekowi trzeba, by zaczął wędrować ku niebu? „Mistrza i Małgorzaty” i może jeszcze „Spalonej powieści” Gołosowkera. No i na dodatek odrobiny słońca, bo przy nim przedświąteczny kiermasz w toruńskim Muzeum Etnograficznym smakuje zupełnie inaczej, niż jego wersja bożonarodzeniowa. Ono też daje siłę, która wygania człeka z domu. I za to właśnie Wielkanoc tak bardzo lubię.
Tym razem, pierwszy dzień świąt, rzucił mnie pod chałupę we Włęczu, co widać kilka wpisów niżej. W lany poniedziałek poturlałem się jeszcze dalej, do pałacu w Lubostroniu, który wypadł gorzej niż się zapowiadał, oraz do Łabiszyna, znacznie przewyższającego moje pierwotne wyobrażenia.

Łabiszyn trzeba zobaczyć. Choćby ze względu na bardzo ciekawie spiętrzoną, i przez to również rozlaną Noteć, oraz na pochodzący z XVIII wieku młyn, któremu kiedyś te spiętrzenia i rozlewiska służyły. Dziś żyje (?) on najwyraźniej niezależnie od wody, jednak nadal jest niezwykle malowniczym uzupełnieniem nadrzecznego krajobrazu.
Hm, współczesny człowiek potrafi zawrócić bieg rzeki, cóż jednak mu to daje? Jak pokazują doświadczenia naukowców radzieckich, głównie same kłopoty. Kiedyś jednak najwyraźniej, w każdym inżynierze siedziała odrobina van Gogha, co w Łabiszynie doskonale widać.

XVIII-wieczny młyn sąsiaduje z równie wiekowym spichlerzem, który dziś pełni najwyraźniej inne funkcje.
Listonosz pewnie tu dzwoni dwa razy. Ja jednak pana Kubiaka wywoływać nie próbowałem.
Woda koła młyńskiego już nie napędza, ale za to porusza schowaną po drugiej stronie turbinę małej elektrowni.
Cóż za piękne rozlewisko. I jak ładnie się w tej spiętrzonej Noteci odbija się świątynia reformatów, gdy spojrzeć na nią z wyspy, na której znajduje się bardzo urodziwy XIX-wieczny dworek.
Lubostroń, pochodzący z przełomu XVIII i XIX wieku pałac rodziny Skórskich, jeden z najsilniejszych bastionów polskości na terenie zaboru pruskiego. Jakoś mnie rozczarował.
Sam nie wiem, może niesłusznie? Pewnie byłem tak nastawiony, by najlepiej czuć się w chałupach krytych strzechą, albo klaskać z uciechy na widok rzecznych młynów

Pałac generalnie nie byłby może wart tej wycieczki, gdyby nie fantastyczne piece.

Hmm, podobne drzwiczki miał piec w Pasłęku, przy którym tyle razy suszyłem sobie zęby i bawiłem się ogniem.


Jaki fajny, pruski jeszcze, reper...
Reprezentacyjna aleja prowadząca do pałacu, ale widziana z jego wyniosłości. Obsadzona pierwotnie drzewami, a później także PGR-owskimi blokami, które dziś wyglądają strasznie, wystawiając fatalne świadectwo minionemu systemowi pseudosczęścia i nibyrówności. Dobrze, że przynajmniej dziś są one ocieplone i kolorowe, gdzie indziej te szkaradztwa wyglądają znacznie gorzej.

sobota, 21 kwietnia 2012

Kapitulacja zarośniętego zamku

Toruń posiada coś, czym może z powodzeniem zaimponować każdemu miastu w Polsce. Ba, myślę, że nawet każdemu miastu w Europie, a zatem całemu średniowiecznemu światu! Pod względem liczebności, nawet cuda francuskiej Loary muszą się skryć w cieniu naszych zamków!
Obecne granice administracyjne miasta otoczyły ruiny dwóch średniowiecznych fortec. Krzyżackiej w centrum starówki, jednej z najstarszych na terenie państwa zakonnego, zniszczonej przez zbuntowanych mieszczan w połowie XV wieku, oraz królewskiego Dybowa, położonego na polskim wtedy brzegu Wisły. Jeśli jednak wziąć pod uwagę granicę obecnych satelitów Torunia, a więc tereny podmiejskie zasiedlane i zabudowywane przez jego mieszkańców, liczba i lista zamkowych ruin urośnie do pięciu. Dodać będzie trzeba do niej położoną tuż przy ujściu Drwęcy do Wisły, a więc przy samej granicy miasta królewską Złotorię, w której przed wiekami polscy i krzyżaccy dyplomaci wymienili się podpisanymi egzemplarzami drugiego pokoju toruńskiego. Nieszawkę, krzyżacką warownię położoną na lewym brzegu Wisły, z której zakonnicy w białych płaszczach z czarnymi krzyżami wyruszyli na podbój przyszłych Prus Wschodnich, oraz Zamek Bierzgłowski, placówkę krzyżacką bardzo starą i doskonale zachowaną.
Pięć zamków Toruń zawdzięcza swojej bardzo poważnej w średniowieczu roli, a przede wszystkim przygranicznemu położeniu. Czy nie pisałem tu już, że granice potrafią być bardzo twórcze?
Ruiny Złotorii już tu kiedyś pokazywałem, bo udało mi się sfotografować je podczas rejsu po Wiśle. Na pozostałe zamki na pewno przyjdzie czas, teraz jednak z tej gotyckiej listy odmalowanej czerwienią cegieł, biorę na cel Dybów. Ruiny chyba każdemu mieszkańcowi Torunia bardzo bliskie, w sensie mentalnym, a przede wszystkim geograficznym. Kto ich nie nawiedził? I kto nie słyszał szalonej opowieści o zbudowanym przez Krzyżaków podziemnym przejściu pod Wisłą? Historia ta bierze podobno swój początek w XV stuleciu, gdy oprawcy z krzyżackiego wtedy Torunia nagle pojawili się pod polskimi murami, choć nikt nie zauważył, by przeprawiali się przez rzekę. Ciąg dalszy miała w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy to, podczas budowy mostu drogowego, podobno pod dnem rzeki natrafiono na gotyckie sklepienie. Legenda co jakiś czas odżywa do dziś, przesłaniając prawdziwe i bardzo burzliwe dzieje Dybowa...
W tytule napisałem o jego kapitulacji. Chciałem dzięki temu przypomnieć m.in. bardzo barwny napoleoński epizod tego miejsca, oraz zwrócić uwagę na martwy punkt, w jakim dybowskie ruiny tkwią obecnie.

Jak widać, w porównaniu z widokówką z wczesnych lat XX wieku, którą, razem z pozostałymi archiwalnymi widokami zamku, zawdzięczam gospodarzowi strony oToruniu.net, ostatnie stulecie resztek warowni specjalnie nie zmieniło.

Zamek i jego otoczenie pod koniec XVIII wieku.
Mury, które w tym momencie, z poziomu ziemi i ceglanej wysokości, prezentują się od strony głównej bramy wejściowej (wjazdową ją przecież nazwać nie można, bo nikt tu już przecież nie wjeżdża), wiążą ze sobą jedną z najbardziej szalonych miejskich legend. Wielu szuka wydumanego tajemniczego przejścia pod Wisłą, nikt jednak jakoś głośno dziś w mieście nie wspomina o wydarzeniach prawdziwych i z całą pewnością na legendę zasługujących. One zresztą mnie do zamku przywiodły 18 kwietnia 2012 roku, w okrągłą (z lekkim przymrużeniem oka) rocznicę kapitulacji napoleońskiej załogi Dybowa. Przez ponad dwa miesiące, od początku lutego 1813 roku, garstka Francuzów broniła wałów usypanego wokół zamku szańca gwiaździstego, którego pozostałości są zresztą widoczne do dziś. Chociaż napoleoński oddział liczył pono raptem 40 osób, powierzonej placówki nie oddał. Atakujący Rosjanie weszli do zamku dopiero po kapitulacji całej toruńskiej twierdzy, właśnie 18 kwietnia...


Do zamku dybowskiego, choć jego ruiny od centrum Torunia są oddalone o rzut beretem, turyści raczej nie zaglądają. Szkoda, bo ciekawszego miejsca w tym mieście zabytków można ze świecą szukać. Forteca powstała w połowie lat 20. XV wieku z rozkazu króla Władysława Jagiełły, w czasach porachunków Polski z Zakonem, stanowiąc zresztą dla monarchów Krakowa główną kwaterę. W jednej z nieistniejących dziś komnat przyszła zresztą na świat królewna Anna Jagiellonka, córka wojującego wtedy z Krzyżakami króla Kazimierza.
Po drugim pokoju toruńskim, Dybów przestał być jedną z kluczowych polskich warowni granicznych, stał się siedzibą wojewody i... jednym z najważniejszych punktów dla obrony miasta. Francuzi, o których wspominałem wyżej, nie byli jedynymi, którzy to dostrzegli. Już podczas Potopu, na początku lipca 1656 roku, komendant okupującego Toruń szwedzkiego garnizonu, generał Bartold Hartwig von Büllow nakazał zamek wysadzić, by usunąć w ten sposób dogodne stanowisko artyleryjskiego ostrzału twierdzy. Konsekwencje tej destrukcyjnej decyzji okazały się jednak dość nieznaczne, co zresztą niemal pół wieku później, Szwedzi wykorzystali, prowadząc z tego miejsca mordercze bombardowanie w roku 1703. Zamek z ustawionymi na nim oblężniczymi bateriami można zobaczyć na obrazie wiszącym w Ratuszu Staromiejskim, jednej z ofiar tego ostrzału.
Swoje militarne znaczenie forteca Jagiełły zachowała aż do XIX wieku. Jeszcze wtedy Prusacy mieli zamiar zamienić ją na fort, ale choć opracowali stosowne plany i w średniowiecznych murach wybili strzelnice, od realizacji projektu, na szczęście ostatecznie odstąpili

Dybów z przedwojennego lotu ptaka.
Ze wczesnych czasów, gdy dzieckiem w kolebce będąc, zamiast łeb urywać Hydrze, zwiedzałem różne ciekawe miejsca, pamiętam zamkową bramę zamkniętą wielkimi drewnianymi wrotami. Zamkniętą, a więc we wrotowym komplecie istniejącą, choć zapewne dość krótko, bo najwyżej od czasów próby częściowej renowacji w czasach Gierka. Wtedy jednak, za ceglaną ścianą, zaczynała się chyba jeszcze bardziej nieprzebyta ściana roślin, która została usunięta podczas prac archeologicznych w pierwszych latach tego wieku.
W latach 70. pomieszczenie nad bramą było zadaszone i wykorzystywane przez harcerzy. Kiedyś jednak wybuchł tam pożar, który pewnie – to moja hipoteza – wydobył się z bardzo fajnego kominka, który w zasadzie trwa tam nienaruszony do dziś. Harcerze przecież nie palą papierosów, więc skąd by miał tam wziąć się ogień? Płomienie zniszczyły jednak ten lokal tylko częściowo. Dobrze pamiętam całkiem nieźle rozbudowane drewniane elementy konstrukcji dachowej... Ostatnie potężne belki można tam było zobaczyć jeszcze w 2004 roku. Dziś jednak nie po nich śladu. Szkoda.
Ta sama brama, ale już z korony murów.
Pozostałości zamku, którego nikt już prawie nie odwiedza, znajdują się raptem kilkaset metrów od placu Rapackiego, a więc od jednego z najbardziej ruchliwych punktów centrum Torunia, które zresztą jest podobno jednym z najbardziej przeładowanych samochodami miejsc w Polsce. Zamek pozostaje jednak sielski i cichy.
Latem 2009 roku wydawało się, że złe czasy dybowskich ruin przeszły do przeszłości. Zamkiem zainteresowało się muzeum w podwarszawskich Otrębusach, które na początku lipca zorganizowało tam nawet dużą imprezę rycerską, z okazji 555. rocznicy podpisania Statutów Nieszawskich. Tak, tak, swój autograf pod dokumentem, który położył fundamenty pod demokrację szlachecką, Kazimierz Jagiellończyk złożył właśnie tutaj, gdzie przed wojną trzynastoletnią rozkwitała, na pohybel krzyżackiemu wtedy Toruniowi, druga Nieszawa. Najsłynniejszy moment w swojej historii, miasto przeżywało jednak mając już wyrok śmierci na karku. Zbuntowani przeciw zakonowi torunianie swój udział w wojnie, bardzo zresztą istotny, uzależnili m.in. od zburzenia Nieszawy. Jak podają historycy, sumy, które podczas całego konfliktu powędrowały z kasy miejskiej na antykrzyżackie wojska zaciężne, równały się rocznym dochodom całego skarbca królewskiego. Polski monarcha więc słowa dotrzymał i przeniósł Nieszawę w obecne miejsce. Resztki wędrującego miasta były jednak u stóp zamku widoczne jeszcze do XIX wieku. Dopiero wtedy miały zostać, wraz z ziemią, zgarnięte na budowę wału przeciwpowodziowego.
Jeśli zaś chodzi o błysk nadziei, ten dość szybko zgasł. Miasto zgodziło się wydłużyć czas dzierżawy, by ułatwić inwestorowi wyciągnięcie z tych ruin zysków, ten jednak uznał, że warunki na inwestowanie w teren zalewowy dużych sum, nadal są bardzo ryzykowne. Wycofał się zatem, a po nim już nikt już tu żadnej ciekawej wizji nie przyniósł. Jakaś warszawska firma chciała z zamku zrobić stajnię dla quadów, co naturalnie nie przeszło. Kilku lokalnych oszołomów nosi się natomiast z zamiarem odbudowy zamku. Na ten pomysł, który by może został zaakceptowany na Litwie, szkoda mi słów.
Po tym, gdy muzeum w Otrębusach rozesłało wici, do Dybowa ściągnęło kilka oddziałów pancernej piechoty, wspartych artylerią. Pojawili się także Kozacy, ale chyba najwyraźniej pomylili epoki... Przez trzy dni w każdym razie, miastem wstrząsały armatnie wystrzały, którym czasem odpowiadały alarmy samochodowe. Zgromadzone pod murami rycerstwo jadło, piło i okładało się mieczami. Mieszczanie, którzy przekroczyli Wisłę, by to zobaczyć, pocili się kreśląc piórem gotyckie litery, podjadali i popijali. Pod koniec drugiego dnia imprezy, zbrojna część towarzystwa zainscenizowała bitwę. Scenariusz widowiska był dość prosty, pod murami zamku rozłożyła się wioska, w której trały wesołe pląsy przerwane przez atak wrednych Krzyżaków - pawich czubów naturalnie nie zabrakło. Gwałty całej niewinnej ludności przyniosły pohańbienie i zagładę, trwały jednak stosunkowo krótko, ponieważ na horyzoncie pojawiły się zastępy kumpli Zawiszy.

Gdy zaszło słońce ryknęły działa,
Rwą się okopy, mur wali.
Wieś się pod zamkiem spaliła cała,
Polacy bitwę wygrali.

Tak sobie zacząłem relację z tej imprezy i nawet w gazecie, która nadmiaru literatury nie lubi, to przeszło;).

Momenty były...

... i zadyma też była. Niemal stuprocentowa.
Myślałem, że zasadziwszy się na murach, będę miał pierwszorzędny widok na bitwę. Nie miałem, chyba lepiej bym zrobił zostając na ziemi. Generalnie jednak...
... inscenizacje różnych grup rekonstrukcyjnych mają to do siebie, że najlepiej bawią ich bezpośrednich uczestników.
Trupy wędrownych aktorów, bądź też aktorzy wędrownej trupy...
Rozpisałem się o zamku, ale to nie on mnie tym razem w ten rejon miasta sprowadził. Jakiś czas temu wpadło mi w łapy przedwojenne zdjęcie wieży spadochronowej. Właściciel fotki i syn jej autora, mówił, że podobno znajdowała się ona w Toruniu (wieża, fotka zresztą również) w Toruniu. Zbaraniałem, bo nigdy o takowej nie słyszałem. Zamieniłem się jednak w całe stado baranów, gdy od pana Orłowskiego, gospodarza strony oToruniu.net usłyszałem, że stała ona podobno gdzieś niedaleko Dworca Głównego. Co za cholera?! Dlaczego akurat tam, a nie na lotnisku? I dlaczego nie zachowała się na żadnym znanym dziś zdjęciu? Przecież musiała wystawać ponad Kępę Bazarową! Rozumiem, że wszyscy na ogół z wyspy podziwiają starówkę, ale przecież sam widziałem kilka obrazków przeciwnych! Na filmie Magiery wypatrzyłem przecież antenę Pomorskiej Rozgłośni Polskiego Radia, która, choć pomorska, jak sama nazwa wskazuje, znajdowała się w kujawskiej części miasta. Maszt nadawczy widziałem, ale wieża spadochronowa mi jakoś w oko nie wpadła. Dziwne.
Niewyraźną fotografię umieściłem na stronie, ktoś z Państwa napisał, że również o niej słyszał... No dobrze, zatem mamy tu do czynienia z miejską legendą. Czy kryje się gdzieś w niej ziarenko prawdy?
Skorzystałem z okazji i fotkę, wraz ze stosownym apelem, puściłem w gazecie. Papierowe urządzenie do odkrywania toruńskich tajemnic znów okazało się niezawodne. Jeden czytelnik uraczył mnie opowieścią o tym, jak przed wojną z tej wieży skoczył. A w zasadzie zjechał po stalowej linie, mając za plecami rozwiniętą czaszę spadochronu. Działo się to prawdopodobnie w roku 1937, przy okazji jakichś „drzwi otwartych”, bo informator mówił, że przeczytał w prasie ogłoszenie o skokach dla każdego. Płacąc jakieś grosze, wlazł na wieżę i, nim znów stanął na ziemi, najadł się nieco strachu. Na sygnał rozniesiony po regionie przez prasę, odpowiedział również jeden z naszych najbardziej zagorzałych kolekcjonerów toruńskich ciekawostek z przeszłości. Pamiętał wieżę w czasie okupacji, gdy podkradał się do niej jako dziecko i obserwował trenujących tam skoczków niemieckich. Zaprowadził mnie do miejsca, w którym ona stała i rzeczywiście, znajdowało się ono na tyłach sąsiadującego dziś z Dworcem Głównym motelu, który zresztą – nomen omen – nazywa się obecnie „Tower”. Spadochroniarskie tradycje z pewnością nie mają jednak z tą nazwą nic wspólnego. Motel powstał we wczesnych latach 90., wieżę natomiast, najprawdopodobniej wysadzili Niemcy, wycofujący się z Torunia zimą 1945 roku.


Skaczący z wieży spadochroniarze lądowali, jak wynika z relacji świadków, na łące położonej nad brzegiem Małej Wisełki, czyli odnogi oddzielającej Kępę Bazarową od polskiej strony krzyżackiej granicy. Temu zresztą zawdzięcza inną swoją nazwę – Polska Wisła. Dziś trudno raczej sobie wyobrazić, że ten ciek wodny dorównywał kiedyś szerokością Wiśle właściwej. W lipcu 1658 roku, podczas oblężenia miasta przez wojska austriacko-polskie, sojusznicy puścili tędy brandery, które zniszczyły most. Teraz ciężko by było spławić tędy płonący materac... Miasto myśli o pogłębieniu Wisełki i zamianie jej na raj dla kajakarzy, przed tymi planami ciągle piętrzą się jednak gigantyczne trudności.
A jeśli już o materacach mowa... Ciężko dziś uwierzyć w dawną szerokość rzeczki, sporej dozy fantazji wymaga też chyba obraz kąpiących się w niej ludzi. Tymczasem ja, dziecięciem będąc, się w niej taplałem. Czego generalnie wolę nie wspominać, bo zaraz mnie wszystko zaczyna swędzieć. W tych czasach, całkiem niedaleko, znajdowało się ujście rury ściekowej toruńskich zakładów drobiarskich... Na samą myśl o takiej lekkomyślności można się w-kurzyć.

Tam, gdzie kwitnie magnolia

Jedną z najładniejszych ciekawostek Mokrego jest wielka magnolia przy ulicy Kościuszki. Drugiej takiej nie ma w całym Toruniu, trzeba tylko trafić na moment, gdy kwitnie. Niestety, magnolie mają w sobie coś z paproci i kwiatami obsypują się na krótko.
Drzewo, choć w pełnym rozkwicie wygląda wspaniale i do tego jego tłem jest bardzo ładna kamienica, fotografuje się dość trudno. Za dużo reklam i samochodów. Generalnie, magnolię najlepiej podziwiać koło czwartej nad ranem, gdy ruch wokół jest znikomy i zamiast spalin, czuć zapach kwiatów. Tak sobie przynajmniej je zapamiętałem z czasów, gdy nad ranem wracałem z Dworca Wschodniego do domu, bądź spieszyłem w odwrotnym kierunku.
W tym budynku - po sąsiedzku z magnolią - w małym, ciemnym pomieszczeniu na parterze, na prawo od wejścia, mieściła się poczta. Kilka okienek i chyba pięć kabin telefonicznych służyło mieszkańcom całego Mokrego i, jeśli dobrze pamiętam, początkowo również Rubinkowa. Miejsce ma bardzo bogate tradycje, widziałem pocztówkę jeszcze sprzed 1920 roku, na której ten gmach, z nieco innym szczytem, dźwigał już tabliczkę urzędu pocztowego. Zniknęła ona jakoś w drugiej połowie lat 80., gdy urząd został przeniesiony do pawilonu w rejonie rogu Kościuszki i Świętopełka, wzniesionego częściowo na fundamentach przedwojennej Toruńskiej Fabryki Makaronów (ze słynną strzałką) i obarczonego wszelkimi grzechami takich budowli wykonanych pod koniec komuny. Urodą – bardzo delikatnie mówiąc – to nie grzeszy i sprawia wrażenie jakby się miało zaraz rozsypać (ja bym temu pawilonowi w tym nie przeszkadzał, a nawet pomógł). Sama nowa poczta wsławiła się kiedyś tym, że zabrakło jej znaczków. O wężach kolejek rozwijających się koło 18 przed jedynym okienkiem, w którym wydaje się polecone, już nie wspomnę.
Cóż za krzywa i ponura morda... Lubię jednak twarzowe budynki, a poza tym, pod mrocznym spojrzeniem tej murowanej maszkary zdobiącej budynek vis-a-vis dawnej poczty, przez trzy lata kursowałem do znajdujących się po drugiej stronie ulicy, zastępczych budynków mojej podstawówki, już tu kilka razy i przy różnych okazjach, opisywanych.

PS

Magnolia okazała się bardzo wdzięcznym tematem, oto sznurek do jej zdjęć nadesłanych przez jednego z tropicieli uroków Mokrego: MAGNOLIA O PORANKU
Usiłując ustalić wiek drzewa zadzwoniłem do magistrackiego Wydziału Środowiska i Zieleni, gdzie bardzo sympatyczna pani odbierająca często moje kierowane tam telefony podzieliła się tym, co o drzewie opowiadali jej mieszkający w okolicy dziadkowie. Wielka magnolia miała pono kiedyś większe, równie urodziwe towarzystwo, bo ogród w którym rośnie, był wtedy większy.
Willa, jak podaje z kolei pan Łukasz z Mokrego, pochodzi z początku lat 30., pewnie więc magnolia może świętować sobie właśnie jakąś 80. wiosnę. Autora wpisu o tym, że już w 1945 roku drzewo budziło podziw, bardzo proszę o jakieś szczegóły!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Rysopis białego mordercy

Wpadł mi w oko jeszcze jeden opis tragicznego starcia tytana ludzkiego geniuszu z żywiołem. Dość zastanawiający, bo opis katastrofy RMS „Titanic”, którego autor popłynął bardzo na falach fantazji, ukazał się w „Słowie Pomorskim” w 20. rocznicę katastrofy, a więc w czasie, gdy sprawa była nadal żywo dyskutowana i jednocześnie na tyle świeża, że informacje na jej temat wciąż jeszcze można było czerpać od setek uratowanych bezpośrednich świadków dramatu.

W nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, czyli 20 lat temu, wydarzyła się najstraszniejsza katastrofa okrętowa wszystkich czasów.
8 kwietnia 1912 roku angielski okręt „Titanic”, mający 45000 ton pojemności, opuścił port liverpoolski, aby odbyć pierwszą swą podróż do Nowego Jorku. Prasa angielska całe łamy poświęciła „Titanic’owi”, uważając go za cud techniki angielskiej. Okręt ten wywołał olbrzymią radość w całej Anglji.
Wśród pasażerów „Titanic’u” znajdowały się najsłynniejsze osobistości. Okręt wiózł 1400 pasażerów, poza tem 1000 osób załogi i oficerów. W oddziałach pocztowych znajdowało się 7 miljonów listów.
Pierwsze 6 dni podróży odbyły się bez najmniejszych przeszkód. Nadeszła niedziela 14 kwietnia. Ostatnia noc na pełnem morzu. „Titanic” płynął pełną parą wśród mroźnej gwiaździstej nocy. Napróżno przestrzegano kapitana Smitha przed groźnem niebezpieczeństwem płynących lodowców. Prezydent towarzystwa okrętowego „White-Stare”, Ismay, nalegał do pośpiechu, „Titanic” miał zdobyć nowy rekord szybkości – największy okręt świata winien być pod każdym względem bezkonkurencyjny...
Kapitan Smith siedział w palarni, na mostku komendanta znajdował się pierwszy oficer Mudlock. Jeden z marynarzy zameldował mu, iż okręt płynie w kierunku wielkiej góry lodowej. Mudlock nic sobie z tego nie robił. Cóż za znaczenie może mieć góra lodowa wobec potężnego olbrzyma ze stali i żelaza! Mudlock nie zmienił kierunku. Szkoda było każdej minuty. Wtem nagle promienie reflektorów „Titanic’a” rozświetliły olbrzymią białą masę. Mudlock osłupiał z przerażenia. Tak wielkiej góry lodowej nie widział jeszcze nigdy. Wysokość tego potężnego olbrzyma, który nie był dziełem ducha ludzkiego, lecz tworem przyrody, wynosiła 300 metrów ponad poziomem wody. Góra lodowa znajdowała się znacznie bliżej, niż przypuszczał to Mudlock. Pragnął on zapobiec zderzeniu, było już jednak za późno...
Nagle potężne pchnięcie wstrząsnęło okrętem. „Titanic” najechał na znajdującą się pod wodą część góry lodowej. Cała przednia część okrętu została dosłownie zmiażdżona, woda płynęła niepohamowanym niczem strumieniem do wnętrza.
W salonach okrętu powstała niebywała panika. Oficerowie starali się uspokoić pasażerów. Opowiadali, iż „Titanic’owi” nie może grozić żadne niebezpieczeństwo. Gdy kapitan Smith w pięć minut po zderzeniu przybył do kabiny radjowej i kazał dwom telegrafistom zwrócić się o pomoc, wyraz jego twarzy nie zdradzał żadnego niepokoju. Telegrafiści z uśmiechem na twarzy nadawali pierwszy sygnał alarmujący: Przybywajcie szybko. Niebezpieczeństwo.
Już po upływie 10 minut wpadł kapitan znowu do kabiny i blady jak trup, wydał pełen grozy okrzyk:
„Nadajcie S. O. S., ratujcie nasze dusze! Natychmiast! Toniemy!”
Działo się to o północy. Na dole grała muzyka, przez szpary sali można było zauważyć potężną białą masę. Na górze gorączkowo pracowali dwaj telegrafiści. Sygnał S... O... S... Ratujcie nasze dusze – rozbrzmiewał z anten „Titanic’a”, docierając do wszystkich okrętów znajdujących się w pobliżu. Jeden z okrętów natychmiast zmienił kierunek udając się na ratunek. Było już jednak za późno.
O godzinie 12.30 w nocy rozległ się rozkaz: „Wszyscy pasażerowie na pokład!” Wybuchła straszliwa panika. Okazało się, iż łodzie ratunkowe nie są w stanie pomieścić nawet trzeciej części pasażerów. Rozległy się sceny pełne najwyższej grozy. O miejsca na łodzi walczono na noże, padły strzały. Gdy opuszczono ostatnią łódź, na okręcie pozostało 1600 osób, skazanych na niechybną śmierć.
W kilka chwil potem „niezwyciężony” Titanic” poszedł na dno, a z nim 1600 osób...

Słowo Pomorskie z 13 kwietnia 1932 roku, wraz z oryginalną ortografią i wiedzą na temat.

Nie chce mi się prostować wszystkich meandrów fantazji, którym dał się porwać autor tej notki. Zwrócę tylko uwagę na dwa szczegóły. „Titanic” miał nieco ponad 50 metrów wysokości, zatem niemal sześć razy wyższego od niego lodowego giganta, z pewnością bezpiecznie dałby radę wyminąć, dostrzegając go odpowiednio wcześniej. Góra lodowa, która przerwała jego podróż, na powierzchni oceanu prezentowała się dość nikczemnie. Tak, jak widać na zdjęciu (ściągniętym przeze mnie z internetu) wykonanym niedługo po katastrofie z pokładu innego transatlantyku. Dowodem na to, że właśnie z tym kawałkiem lodu zderzył się „Titanic” miały być ślady czerwonej farby zdobiącej dolną część jego kadłuba.
Bzdurą są również powtarzające się również w relacjonującej katastrofę niemal na żywo, „Gazecie Toruńskiej” doniesienia o tym, że uderzenie zdemolowało cały przód tytana ludzkiego geniuszu. Większość ocalałych pasażerów kolizję ledwo odnotowała.
No i dla ścisłości, statek zabrał ze sobą na dno nieco ponad 1500 osób. Katastrofę przeżyło 700 pasażerów i członków załogi.

sobota, 14 kwietnia 2012

Pomorskie echa tragedii "Titanica"

Wspominałem, że lubię podróże. Zapewne dlatego mam wielki sentyment do kolei i z przyjemnością patrzę na przepływającą przez Toruń Wisłę, bo przecież, przez stulecia, jej prąd gnał wielu odkrywców ciekawych tego, co znajduje się za kolejnym jej zakrętem. Tym razem częściowo porzucam jednak pomorskie podwórko, by wypłynąć na dalekie morze i... na nim zatonąć. Nie jestem wyjątkiem, tragedia „Titanica” fascynowała mnie od bardzo wczesnego dzieciństwa. Pierwsze szczegóły katastrofy, do której doszło w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, poznałem dzięki książeczce wydanej dawno temu w ramach serii Miniatury Morskie, którą czytał mi mój tato, bo sam jeszcze ze składaniem zdań sobie nie radziłem.
Dziś idzie mi to już znacznie lepiej, zacząłem więc szukać ewentualnych lokalnych śladów tragedii sprzed wieku. Lista pasażerów transatlantyku mnie nieco zaskoczyła, ponieważ, wbrew wcześniejszym przypuszczeniom, polsko brzmiących nazwisk znalazłem na niej bardzo niewiele. Wśród emigrantów dominowali Skandynawowie, właściciele nazwisk słowiańskich pochodzili główne z ogarniętych wtedy wojną Bałkanów.
No dobrze, jak jednak na te morskie wydarzenia zareagowała toruńska prasa? „Słowo Pomorskie”, które na ogół opowiada mi o dawnym Toruniu jest w tym wypadku w zasadzie bezużyteczne, powstało w 1920 roku, nie było więc bezpośrednim świadkiem katastrofy. Czas zatem sięgnąć do zasobów „Gazety Toruńskiej”. Dziennik ten ukazywał się od 1867, do 1921 roku, czyli jak długo, 54 lata? To czyni go rekordzistą, mam jednak nadzieję, że mojej gazecie uda się go wyprzedzić. Za dekadę, bo w tej chwili „Nowości” liczą sobie wiosen czterdzieści i cztery. Co ciekawe, „Gazeta Toruńska”, w roku katastrofy „Titanica” ukazująca się przeważnie w czterostronicowych wydaniach, miała swoją siedzibę przy ulicy Mostowej (tel. 333), a zatem tej samej, przy której 55 lat później usadowiły się „Nowości”.
Pierwsza informacja o katastrofie „Titanica” pojawiła się w „Gazecie Toruńskiej” w środę, 17 kwietnia 1912 roku. Dziś, ta krótka notka z trzeciej, przedostatniej strony dziennika, brzmi zdumiewająco.

Angielski parowiec pasażerski „Titanic”, po starciu z górą lodową, utonął kilka mil od Nowego Jorku. Całą załogę, składającą się z 903 ludzi i 1380 podróżnych uratowały okręty, wezwane na pomoc telegrafem bez drutu. „Titanic” był jednym z największych okrętów na świecie i należał do linii White Star.

Następnego dnia gazeta, tym razem już na pierwszej stronie, serwuje smutne sprostowanie. Podaję je, zachowując naturalnie oryginalną pisownię, choć o dziwo, archaizmów językowych widać tu znacznie mniej, niż w „Słowie Pomorskim”.

Strasznaktastrofa morska.
1300 zatopionych! Miliardy w morzu!
Wczorajszy telegram o uratowaniu wszystkich pasażerów okrętu „Titanic” niestety nie potwierdza się. Przeciwnie większa część podróżnych, w liczbie 1300, utonęła, a tylko około 870 osób, przeważnie kobiet i dzieci, uratowano. Towarzystwo „White Star, do którego parowiec należał, puściło rozmyślnie w świat mylną wiadomość o uratowaniu wszystkich pasażerów. Dopiero we wtorek wieczorem wyszła na jaw cała prawda.
„Titanic”, który odbywał pierwszą swoją podróż morską, był największym okrętem pasażerskim na świecie i zasługiwał istotnie na nazwę olbrzymiego. Budowa jego kosztowała przeszło 50 milionów marek. Mierzył on 280 metrów długości, 30 szerokości i 45 tys. ton pojemności. Oprócz załogi mógł pomieścić 5 tys. podróżnych. Było to więc pływające miasto. W krytycznej chwili znajdowało się na pokładzie 1385 podróżnych i 900 ludzi załogi.
Telegramy z dnia 16 b. m. podają następujące szczegóły katastrofy:
Starcie z górą lodową nastąpiło w niedzielę w nocy na wysokości Nowej Fundlandyi. Uderzenie było tak gwałtowne, że w boku parowca, na linii wodnej, powstał ogromny otwór, przez który wtargnęły fale morskie i „Titanic” pogrążył się znacznie w morzu. Śród podróżnych, pomiędzy którymi znajdowało się wielu bogaczy amerykańskich (miliarder Astor i apostoł rozbrojenia William Stead) powstał zrozumiały popłoch. Wkrótce jednak nastąpiło uspokojenie, skoro dowiedziano się, że dzięki podziałowi okrętu na komory hermetyczne, niedopuszczające wody, zdoła on się jeszcze dłuższy czas utrzymać na powierzchni morza.
Mimo to spuszczono natychmiast wszystkie łodzie ratunkowe, do których siadały najpierw kobiety i dzieci następnie ojcowie rodzin, a później dopiero reszta podróżnych. Równocześnie aparatem do telegrafii bez drutu wezwano na pomoc kilka innych parowców, znajdujących się niedaleko miejsca katastrofy. Depeszę odebrały parowce „Carpathia”, „Olympic” i „Virginian”, które odtelegrafowały natychmiast, że ruszają z pomocą. Widocznie jednak nie zdążyły, gdyż o godz. 12 w nocy wysłano z „Titanica” ostatni telegram brzmiący „Toniewmy!” Jakim sposobem fałszywe telegramy o uratowaniu całej załogo mogły utrzymać się od poniedziałku pozostaje zagadką na razie niewyjaśnioną.
Obecnie towarzystwo White Star samo przyznaje, że przeszło 1300 osób utonęło, a tylko 870 uratowano. Ocalałych zabrały na pokład parowce „Carpathia” i „Virginian”, które nadpłynęły już po katastrofie. Jest to największa katastrofa, jaka dotychczas wydarzyła się w dziejach żeglugi morskiej.

Ta relacja, choć już bliższa prawdzie, nadal zawiera sporo przekłamań. Co to za „Virginian” np. się w niej przewija? Jedynym ratunkiem dla rozbitków okazała się przecież „Carpathia” (niech mi więc ktoś powie, że Karpaty nie zasługują na to, by je uwielbiać), która do miejsca katastrofy dotarła w niedzielę o 4 rano. Chwilę po tym, gdy Jack Philips, pierwszy radiooperator „Titanica” osunął się w otchłań morską, wyczerpany dryfowaniem na przewróconej łodzi ratunkowej. W relacjach „Gazety Toruńskiej” nazw statków, których dziś już nikt z tamtą akcją ratunkową nie kojarzy, pojawia się jednak więcej. W piątek, 19 kwietnia, na łamach polskojęzycznego toruńskiego dziennika ukazały się kolejne doniesienia dotyczące katastrofy.

Jak tonął „Titanic.
Parowiec „Bruce”, płynący z Sydney, otrzymał od okrętów przebywających w bezpośredniej bliskości parowca „Titanic” następujące szczegóły katastrofy:
W krytycznej chwili płynął „Titanic” z szybkością 18 węzłów. Starcie z górą lodową było tak silne, że pokłady wierzchnie uległy całkowitemu zdruzgotaniu. Cała przednia część statku przedstawiała bezkształtną masę połamanego żelazstwa. Równocześnie najechał okręt całą siłą pary na lód podwodny, który rozpruł całe dno. Woda wdzierała się ze wszystkich stron tak silnie, że o wypompowaniu jej nie mogło być mowy. Na pokład runęło nadto kilkadziesiąt cetnarów brył lodowych. Siła zderzenia była tak kolosalną, że całe urządzenie wewnętrzne zbytkownych kabin zmieniło się w jednej chwili w kupę gruzów.
Kapitan wydał natychmiast przez tubę rozkazy ratunkowe, które wykonano z jak najściślejszą karnością. Łodzie, o ile nie pogruchotał ich spadający lód, spuszczono natychmiast na wodę. Najpierw usiłowano zataić przed pasażerami całą grozę położenia. Tajemnica nie mogła trwać długo, gdyż wszyscy wiedzieli, na co się zanosi. Rozdzierające sceny rozgrywały się przy pożegnaniu mężczyzn z kobietami i dziećmi, które umieszczano najpierw w łodziach ratunkowych.
Pod potężnym wpływem napierającej wody okręt rozkołysał się gwałtownie i nagle przechylił się na bok. Przerażeni pasażerowie w dzikim popłochu rzucili się do mniejszych łódek, które prawdopodobnie poszły na dno skutkiem przeciążenia. W godzinę po starciu zalała woda maszyny parowe i uszkodziła aparat do telegrafii bez drutu. W tej samej chwili zgasły lampy elektryczne. Dopóki nie zapalono latarń i pochodni, zaległa pokład i cały statek nieprzenikniona ciemność, powiększając grozę położenia i utrudniając spuszczanie łodzi ratunkowych.
Mimo to w chwili tonięcia okrętu wszystkie łodzie z rozbitkami znajdowały się poza niebezpieczeństwem i dobiły szczęśliwie do parowca „Carpathia”, który przypłynął na ratunek. W miejscu katastrofy panowały w dniu tym nawałnice połączone z mrozem, grożące niechybną śmiercią wszystkim tym, którzy możliwie uczepili się jakiej części rozbitego parowca.
W Nowym Jorku panuje niesłychane wzburzenie, gdyż do środy rana nie można było jeszcze otrzymać dokładnych spisów osób zatopionych. Winę olbrzymich strat w ludziach i materyałach przypisują wszyscy przesadnej szybkości, z jaką płynął „Titanic”, chcąc dla swojego Towarzystwa zdobyć rekord światowy.
Dalsze telegramy zawierają jeszcze następujące szczegóły: Większa część pasażerów w chwili starcia z lodowcem leżała w łóżkach i po okrpnem wstrząśnieniu wybiegła w niedostatecznem ubraniu nocnem na pokład. W takim stanie pakowano wszystkich do łodzi ratunkowych, gdyż na ubieranie nie było czasu. Kobiety i dzieci strasznie cierpiały skutkiem mrozu. Łodzie błąkały się 8 godzin wśród skał lodowych, zanim dotarły do parowca „Carpathia”. Parowiec ten prawdopodobnie dopiero w piątek rano dopłynie do Nowego Jorku.
„Titanic” miał na pokładzie 3500 worków pocztowych z 7 milionami listów. Straty Towarzystw ubezpieczeniowych, powstałe skutkiem zatonięcia okrętu i ubezpieczonych pasażerów, obliczają na pół miliarda marek. Liczba uratowanych wynosi według ostatecznych obliczeń 860 osób, przeważnie kobiet i dzieci. Uratowano 204 pasażerów I klasy, 115 drugiej, a 541 trzeciej. Śmierć w nurtach Oceanu znalazło przeszło 1500 osób, których grób znajduje się w głębokości trzech kilometrów pomiędzy Sable Island i Przylądkiem Race. „Carpathia” z uratowanymi płynęła 20 mil przez pola lodowe, wśród których znajdowały się ogromne skały pływające.
Kapitan „Titanica” wiedział o grożącem mu niebezpieczeństwie, gdyż około godziny 10 wieczorem otrzymał z parowca „America” depeszę bez drutu, według której dwie wielkie góry lodowe przepłynęły w kierunku przyjętego przez niego kursu.


Ta wersja wydarzeń zawiera już więcej konkretów, ale nadal w wielu miejscach różni się od tego, co dziś wiemy.
Następnego dnia, czyli w sobotę 20 kwietnia, katastroficzne doniesienia spadły ze strony pierwszej pojawiając się pod postacią krótkiej notki na stronie trzeciej.

Katastrofa parowca „Titanic”.
Do czwartku jeszcze nie było dokładniejszych wiadomości o szczegółach katastrofy parowca „Titanic”, bo wiadomości przesyłane telegrafem bez drutu z różnych okrętów, są po części bardzo sprzeczne. Parowiec „Carpathia”, wiozący 760 rozbitków „Titanica” musiał już stanąć w Nowym Jorku i niebawem świat dowie się szczegółów tej strasznej katastrofy. Jedna z dalszych wiadomości donosi, że parowiec „Baltic” znalazł na morzu 250 rozbitków z parowca „Titanic” i zdołał ich uratować. Jeśliby wiadomość ta się sprawdziła, to liczba uratowanych wyniosłaby 1100. Podobno wśród uratowanych znajduje się 100 Polaków.

„Baltic”, to brzmi znajomo... Jak jednak dziś każdy wie, rewelacje te okazały się plotką, co zresztą potwierdza tekst „Gazety Toruńskiej” opublikowany w niedzielę 21 kwietnia, znów na pierwszej stronie.

Rozbitki z „Titanica”.
Parowiec „Carpathia” przybył nareszczie w czwartek wieczorem o 8 min. 37 (czyli w piątek o godz. 2 min. 37 rano według czasu berlińskiego) do Nowego Jorku z 710 uratowanymi, z których wielu jest ciężko chorych. Jeden z uratowanych opowiada, iż zderzenie się „Titanica” z górą lodową nastąpiło o pół do 11 w nocy, a godz. 2 min. 20 okręt utonął. Kilku pasażerów opowiada, iż po zderzeniu się z górą lodową wybuchły na okręcie wszystkie kotły parowe, według innych opowiadań eksplodował tylko jeden kocioł. Gdy kapitan Smith spostrzegł grozę położenia, dobył rewolweru i wystrzałem w usta pozbawił się życia; to samo uczynił główny inżynier.
Gdy spuszczano łodzie ratunkowe, wszyscy rzucili się do nich i powstał nieopisany krzyk i hałas. Oficerowie dobyli rewolwerów i zastrzelili kilkunastu tych, którzy zachowaniem się swem najwięcej utrudniali akcyę ratunkową. Ze strony pasażerów również padły strzały i jeden z nich zabił adjutanta prezydenta Stanów Zjednoczonych, majora Butt, który poprzednio sam był zastrzelił 12 najniesforniejszych pasażerów. Dla pozostałych na okręcie blisko 1500 pasażerów zabrakło już łodzi ratunkowych i okręt zwolna zaczął tonąć. Wszyscy pozostali ponieśli śmierć na dnie morza w głębokości około 3000 metrów.
Błąkające się przez 4 godziny po morzu łodzie „Titanica” znalazła wreszcie „Carpathia”, która na pierwsze wezwanie „Titanica” pospieszyła z pomocą i wszystkich z łodzi ratunkowych wzięła na swój pokład. Było ich razem 210 pasażerów 1. klasy, 125 pasażerów 2. klasy, 200 pasażerów międzypokładu (3. klasy), 43 oficerów i majtków „Titanica”, 96 stewardów (kelnerów) i 71 palaczy i maszynistów – razem 710 ludzi.
Gdy „Carpathia” przybyła nareszcie do Nowego Jorku, oczekiwała ją wielotysięczna rzesza ludu. Lekarze i urzędnicy sanitarni natychmiast udali się na pokład, aby chorym przyjść z pomocą. Wylądowanie postępowało bardzo powoli. W całej Ameryce panuje bardzo wielkie oburzenie na Tow. okrętowe White Star Line, do którego „Titanic” należał i na Tow. Cunard Line, do którego należy „Carpathia”, ponieważ „Carpathia”, w porozumieniu z White Star Line, nie odpowiadała z morza na żadne telegraficzne zapytania, nawet ze strony rządu amerykańskiego i samego prezydenta Tafta.
Ze wszystkich opowiadań naocznych świadków katastrofy „Titanica” wynika, że winę nieszczęścia ponosi Towarzystwo okrętowe White Star, które karygodną wprost lekkomyślnością igrało z życiem tysięcy pasażerów. Na 2 tysiące pasażerów znajdowało się tylko tyle łodzi ratunkowych, że bodaj połowa pomieścić się w nich mogła. Towarzystwo tłumaczy się, że na wystarczającą ilość łodzi nie było na pokładzie miejsca. Ale za to było miejsce na place tenisowe, restauracyę ogródkową, tor wyścigowy dla kołowników i inne urządzenia zbytkowne. Nadto okręt mimo trzykrotnego ostrzeżenia telegraficznego o nadpływających górach lodowych pędził z szybkością 23 węzłów na godzinę. Cóż znaczyło życie tysiąca ludzi, byle Towarzystwo zdobyło nowy rekord szybkości!


No dobra, nadaję już tą historię od ładnych kilku godzin. Jeśli ktoś jest ciekawy, co jeszcze o katastrofie pisała prasa sprzed wieku, niech sobie przeszuka zasoby Kujawsko-Pomorskiej
Biblioteki Cyfrowej. Ja już dalej ciągnął tego wątku nie będę, bo minęła pierwsza godzina 15 kwietnia 2012 roku. Od zderzenia „Titanica” z jego przeznaczeniem minęło więc sto lat i prawie półtorej godziny. Za jakieś 50 minut (w okolicach godziny 2) stulecie odgrodzi moment, w którym swoje stanowisko opuścili radiotelegrafiści. Oni przestali wysyłać sygnały, a co z orkiestrą? Czy nadal jeszcze grała? Chyba już nie, jakoś o 2.20 statek ostatecznie pogrążył się w głębinach.
Kolorowy i pognieciony obrazek tonącego statku jest okładką kwietniowego „Morza” z 1987 roku, które kiedyś było dla mnie poniekąd relikwią, ze względu na publikowane tam zdjęcia wraku odkrytego dwa lata wcześniej przez ekspedycję Roberta Ballarda. Trzymam ją do dziś, bo fotografie te nadal robią wrażenie.
Archiwalne zdjęcia „Titanica” ściągnąłem w internetu. Mam nadzieję, że sieć mi to wybaczy.

środa, 11 kwietnia 2012

Chałupo, zostań tu!

Kiedy pierwszy raz trafiłem do Włęcza, pochodzącej z końca XVIII wieku kantorówki w ogóle nie zauważyłem. Przyjechałem tam jakoś w 2008 roku i nie zwróciłem na nią uwagi, pewnie dlatego, że sąsiadujący z nią cmentarz tonął wtedy w krzakach, które ograniczały widoczność. Poza tym jechałem rowerem z Torunia, przez Aleksandrów Kujawski, Ciechocinek i Nieszawę, nogi zaczynały mi już więc wychodzić z obolałego tyłka. Zdziwiłem się widząc tyle zrujnowanych domów i szkoda, że ich nie fotografowałem, bo na pewno spora część ruin do dziś już zniknęła.
Z drewnianą chałupą miało być inaczej. Teren, na której ona stoi, należy do koncernu Energa, przylega jednak do cmentarza ewangelickiego, toruńska parafia protestancka wystąpiła więc z prośbą o jego zwrot. Energa na to wstępnie przystała, a zrujnowaną chałupą zainteresowali się społecznicy z Czernikowa gotowi poddać ją gruntownej renowacji. Parafia temu przyklasnęła i obiecała przekazać chatę bezdomnym, jak dotąd, społecznikom na siedzibę. Pięknie, prawda? Nic tylko przyklasnąć! Lepiej jednak oszczędzić spuchnięte prawice. Wygląda na to, że Enerdze zabrakło energii, by doprowadzić rzecz do końca. Ludzie są gotowi, by chałupę zabezpieczyć, czekają jednak na załatwienie formalności, a Energa z tym zwleka. Pismo, jakie dawno temu obiecała wysłać do parafii, nadal nie dotarło, dom tymczasem w dramatycznym tempie się rozpada. Tak wyglądał w grudniu 2011 roku, gdy z powietrza ujął go swym obiektywem Daniel Pach, za co zresztą został wyróżniony w konkursie fotograficznym BZ WBK CHAŁUPA Z WŁĘCZA W OBIEKTYWIE DANIELA PACHA. Swoje zdjęcia bardziej przyziemne, zrobiłem w marcu i kwietniu, a więc niecałe cztery miesiące później.

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że opisując teraźniejszość tego wyjątkowego budynku: koncernowi Energa, toruńskiej parafii protestanckiej, a przede wszystkim społecznikom z Czernikowa, napiszę w gazecie laurkę. Wszystkim przecież los przycmentarnej kantorówki wydaje się leżeć na sercu. Komu bardziej? W tej chwili piłka leży po stronie Energi, która obiecała oddać ją już kilka tygodni temu. Jak dotąd jednak, (a mamy już połowę kwietnia) tego nie zrobiła...



Wiosną przyroda budzi się do życia. Chałupa, tymczasem, umiera...
Chata, jej zaśmiecone otoczenie i reprezentowany przez dzwonnicę fragment uporządkowanego dwa lata temu cmentarza. W dalekim tle widać natomiast rozlewisko wiślane.
Włęcz ma być atrakcją nadwiślańskiego szlaku turystycznego. Słusznie, bo generalnie, poza chatą i cmentarzem, miejscowe widoki zapierają dech w piersiach. Ja chyba jednak przedawkowałem filmy Tima Burtona, bo w marcu tego roku sfotografowałem same bezlistne drzewa.

Rozlewiska odnogi wiślanej pod Włęczem są bardzo malownicze. Szczególnie wczesną wiosną, gdy w korycie jest sporo wody, przy brzegu trzyma się jednak lód, ale na rzecznej kępie przybyłe tam nieco wcześniej czaple, łabędzie, żurawie i kormorany, generalnie jaja już sobie robią.
Kolejne drzewo, tym razem z cmentarza włęckiego, już tu kiedyś opisywanego.
Osiek, pierwsza oaza cywilizacji po stronie dawnej granicy zaborów należącej do Królestwa Kongresowego. Jakże ciekawa, szczególnie, dzięki swym drewnianym domom! Na ich uroki, niesłusznie, byłem jednak nieczuły, a to dlatego, że na ogół nawiedzam to miejsce podróżując po okolicach rowerem. Przeważnie wpadam tu w drodze powrotnej, mając za sobą już ładnych kilkadziesiąt kilometrów włóczęgi, zatem myśli moje kierują się głównie ku obolałemu siedzeniu i przepełnionej pianą wizji wanny, do której wskoczę gdy dotrę do domu. Skupiałem się zatem na liczeniu kilometrów i godzin dzielących mnie od urzeczywistnienia tych marzeń. A ponieważ, jako humanista, z rachunkami zawsze miałem kłopoty, poświęcałem im tu całą swoją uwagę i przez to zdjęć nie robiłem. Mea culpa, mea maxima culpa.
Na dowód podłączam zdjęcie domu bardzo ciekawie opisanego przez sąsiada Wędrowca. Sznurka stosownego nie podłączam, bo blog sąsiada, po przedstawieniu tej nieruchomości, niestety znieruchomiał. Każdy kto ciekawy, na pewno znajdzie więc tu drogę do celu.

Ciekawych drewnianych chałup można znaleźć w Osieku więcej. Polecam tą przy kościele (dawną plebanię?). Wieś odwiedziłem w niedzielę wielkanocną i najwyraźniej świąteczne lenistwo mnie ogarnęło, bo nie przelazłem przez płot, by ją sfotografować. Może więc kiedyś indziej, przy okazji... Dom wydaje się być starszym od pochodzącej z 20. lat XX wieku świątyni, której zresztą również nie uwieczniłem. Poprzedni kościół się spalił i został odbudowany rękami miejscowych katolików i protestantów. Sąsiedzi reprezentujący oba wyznania podobno ramię w ramię zdzierali sobie ręce wyładowując materiały budowlane z zacumowanych przy brzegu barek. Kto dziś może sobie wyobrazić cegły i cement spławiane Wisłą? Kto dziś może sobie w dolinie królowej polskich rzek wyobrazić protestanckich sąsiadów? Odpowiedź na oba pytania jest całkiem krótka – Michał Kokot. Jeden z pierwszych fotoreporterów „Nowości”, dziś miłościwie panujący w uwiecznionej przeze mnie i umieszczonej poniżej Osieckiej Izbie Regionalnej. Człowiek, który chyba nigdy nie przemówił prozą, ba za każdym razem, gdy dane mi było go słuchać, wygłaszał same poezje. I bardzo dobrze, bo tacy ludzie napędzają kulę ziemską. Zgoda, czasami każą jej się kręcić pod prąd, ale wyłącznie z korzyścią dla niej. Bo wtedy moc się budzi, czas truchleje, a człowiek dowiaduje się, jak tu kiedyś przed nim było...