poniedziałek, 21 maja 2012

"Esplanada" ponownie się Szanownej Publiczności poleca

26 maja zapraszam wszystkich do „Esplanady”. Nie, nie piłem. Wiem, że jedna z najbardziej eleganckich restauracji przedwojennego Torunia, o tym powojennym już nie wspominając, od ponad 40 lat nie istnieje. Nieistnienie jest jednak pojęciem względnym, o czym przekonałem się wspominając kiedyś ten lokal na łamach gazety. Jak zwykle w takich sytuacjach, zaraz zameldowali się ludzie, którzy ją dobrze pamiętali, pracowali tam, lub są potomkami jej personelu. Posypały się nazwiska i zdjęcia, oraz kolejne artykuły, jeszcze bardziej nakręcające spiralę. Po jednym z ostatnich tekstów do redakcji przyszła pani z fotografiami swojego męża, który w latach 60. był w „Esce” szefem kuchni. Zastrzeliła mnie mówiąc, że córka jej kazała przyjść, „bo o tylu osobach z „Esplanady” „Nowości” już wspominały, a o tacie nic”.
Grzechem byłoby to zmarnować tym bardziej, że związane z tym miejscem wspomnienia ludzi, a wraz z nimi i zdjęcia, sięgnęły lat 20. pomyślałem sobie więc, że fajnie by było, korzystając z tych wszystkich skarbów, choć na kilka godzin wskrzesić „Esplanadę” podczas Święta Bydgoskiego Przedmieścia. Nie tylko ją zresztą, bo nasze wykopaliska zaczęły się w tym przypadku od wytwórni lodów Toruńskich Zakładów Gastronomicznych działającej po wojnie na zapleczu restauracji. Poważnie myśląc już o wystawie, odebrałem zresztą telefon od syna jej szefa, który bardzo wzbogacił esplanadowe archiwum.
Wystawa będzie czynna od 12 do 16 i do samych zdjęć na pewno się ograniczać nie będzie. Poza tym zaprosiłem wszystkich darczyńców, zatem być może będzie okazja do tego, by powspominać parkiet, na którym podobno pierwszy raz w Toruniu pojawiło się tango, oraz równie ciekawe zaplecza.
Mam nadzieję, że deszcz padający podczas poprzednich edycji święta, tym razem skupi się na innych obszarach świata. Jednak nawet, jeśli znów będzie znęcał się nad najpiękniejszą dzielnicą Torunia, sobotnie popołudnie na Bydgoskim na pewno nie będzie straconym. Bogaty program atrakcji cały czas powstaje, jego rozwój można śledzić na stronie Stowarzyszenia Bydgoskie Przedmieście: MENU BARDZO APETYCZNE.


Orkiestra, która w połowie lat 60. grała w „Esplanadzie”. W sobotę muzyka też będzie, załatwiłem gramofon z taaaką tubą:).
Wystawę organizujemy przy ulicy Konopnickiej 4, wykorzystując zachowany oryginalny parkan ogradzający kiedyś restaurację.
Jak wynika z tego ogłoszenia, „Esplanada” zadebiutowała w maju 1929 roku. No proszę, w maju również, na kilka godzin powróci.
Stare reklamy publikuję dzięki uprzejmości gospodarza strony oToruniu.net.

Nazwy lokalu zmieniały się wraz z jego właścicielami. Zanim „Esplanada” stała się „Esplandadą”, była m.in. „Astorją” – pisownia oryginalna, a przede wszystkim „Grandką”, czyli równie sławną co następczyni, „Grand Cafe”.
Na tym obrazku, który kusił czytelników toruńskiej prasy w styczniu AD 1923 fascynuje mnie cennik. Czterodaniowy obiad kosztował według niego tyle samo, co dwudaniowa kolacja. Na dodatek, w porze obiadowej, koncertom zgłodniałych kiszek, towarzyszyła jeszcze orkiestra... Nie rozumiem tego, ale mimo to, kreślę się z wysokim szacunkiem, z prośbą o poparcie podczas wystawy.

Mister Bobby the Exentrick Trapp Brummer Orginal american Jazz-Bend z rekalmy umieszczonej w „Słowie Pomorskim” 17 października 1922 roku również zaprasza, choć DJ Redaktor ma zamiar „zapodawać” muzykę o nieco młodszych korzeniach. Wina również, niestety, nie będzie:(.

wtorek, 15 maja 2012

Wielokilometrowy balans na granicy

Znów, pod wodzą pana Jana Młynarczyka, ruszyliśmy szukać podtoruńskich śladów dawnej granicy zaborów. Pokonując pierwsze kilometry tej trasy, w porównaniu do tej zeszłorocznej, nieco zmienionej, swojemu aparatowi fotograficznemu dałem się wyspać. Rów graniczny i wciąż tkwiące przy nim słupki, podobnie jak i ślady pamiętających II wojnę światową transzei, można znaleźć w relacji z zeszłorocznego rajdu SZLAK PRZEMYTNIKÓW
Tak wyglądał nasz szlak ponad sto lat temu. Zdjęcie pilnującego granicy rosyjskiego strażnika pochodzi z kolekcji pana Jana. Podobno zostało wykonane gdzieś na pokonanej przez nas trasie. Dokładnego miejsca nie udało się jeszcze ustalić. Cóż jednak, choć granica do dziś jest tak czytelna, nadal także nie udało się na niej odkryć żadnego śladu większości z sześciu znajdujących się na tym kilkunastokilometrowym odcinku rosyjskich strażnic. Pewnie dlatego, że najprawdopodobniej były one drewniane, a drewno, podobnie jak człowiek, jest bardzo nietrwałe.
Co to jest? Pamiątka wizyty UFO, skamieniała kupa dinozaura, czy też wyrzucony w lesie odpad przemysłowy, lub jakaś wyłożona przez leśników lizawka dla zwierząt? Do tego ostatniego przekonywał grunt, najwyraźniej zryty w tym miejscu racicami, o odpadowym pochodzeniu świadczyła jednak konsystencja znaleziska i jej zapach. Zdjęcie, wraz z GPS-owymi namiarami tego czegoś, co spoczywa tuż pod granicą wsi Obory, wysłałem Nadleśnictwu w Dobrzejewicach, któremu podlegają te tereny. Minął prawie tydzień, odpowiedzi jednak wciąż nie dostałem...
Tiaaa, sięgamy wzrokiem daleko, ale żeby aż do Alp? Mimo wszystko, granicę wyznaczoną tym szlabanem, przekroczyliśmy.
Tym razem nasz szlak uległ małej zmianie. Zamiast brodzić w bagnie, zahaczyliśmy o cmentarz w Oborach, na którym, zupełnie przypadkowo, udało się zresztą znaleźć brakujący fragment żeliwnego krzyża. Ja tego akurat obiektywem nie ująłem, poszukiwaczy zdjęć znaleziska odsyłam więc na strony sąsiadów.
Kto powiedział, że każdy punkt geodezyjny na naszej trasie musi pamiętać granicę?
Łaziliśmy tak sobie z oczami utkwionymi w ziemię, odczytując z niej graniczną historię. Czasami jednak podnosiliśmy głowy, choćby po to, by dostrzec orle gniazdo. Niestety, a może na szczęście, bez gospodarza, bo ten podobnych mieszkań wybudował sobie w okolicy kilka. Jego główną kwaterę po cichu mijaliśmy rok temu, przez ten czas podobno jednak gniazdo się zawaliło. Nowego orlego adresu nie znam.
Hm, ten ptasi tron nie wygląda na zbyt wygodny. Pewnie dlatego nie jest używany, bo gałęzie gniotą królewskie orle dupsko.

A niech to folia budowlana!* Gdzieś tu przecież musiała być cembrowina, o którą powinienem być malowniczo wsparty. No przecież dobrze pamiętam, że gdzieś tu była!

* Folia budowlana – przekleństwo zastępcze. Zamiast wciskać żurawiowi do dzioba bluzgi, można pochylone nad trawą ptasie ryło owinąć tą pożyteczną rzeczą, która wywołuje w otoczeniu całkiem pocieszne efekty;).

Co, fotografujecie mnie? Więc zaprezentuję się wam od swej zadniej strony. O!
Jeden z niemieckich uczestników Trialogu GRANICA ŁĄCZĄCA NARODY, który przeszedł ten szlak jesienią, uznał, że litery na tym słupku są sygnaturą berlińskiej betoniarni, która go wykonała (chodzi o słupek, nie o uczestnika). Nas to raczej nie przekonało, budząc raczej skojarzenia z przedwojennym oznaczeniem Lasów Państwowych.
Dziwię się, że człowiek, który w literach odkrył namiary słupkowego producenta, w osiemdziesiątce ósemce na odwrocie nie dostrzegł odcisku wielkiego guzika.
W sygnaturę bardzo wątpię, bo te na ogół są zapisywane małymi literami gdzieś na dole. Słupek na pewno jest jednak stary, dla porównania podłączam zdjęcie jego kolegi z początku zwiedzanego przez nas odcinka granicy.
W ubiegłym roku buszowaliśmy sobie nad granicznym Jordanem. Tym razem również przekroczyliśmy jego brzegi choć nie wiem, czy któryś był brzegiem zachodnim. Nie zastanawiałem się, bo uczyniliśmy to w miejscu niezbyt malowniczym, nie zatrzymując się. Zamiana trasy, która pozwoliła ominąć bagna, w których o mało się rok temu nie potopiliśmy, rzuciła jednak na nasz szlak całkiem uroczą Młynówkę. A może mijaliśmy ten mostek także wtedy? Nie pamiętam, podczas pierwszego rajdu byłem nieco zaspany.
Na to, że ciągnące się kilometrami zagłębienie jest dawnym rowem granicznym, a wznoszące się tu i ówdzie ponad nim wzgórki były granicznymi kopcami, nikt by dziś pewnie nie zwrócił uwagi. Podobnie obce byłoby zapewne pochodzenie sąsiadujących z wykopem ścieżek. Tymczasem te drogi, pełniące dziś rolę duktów leśnych, wydeptali przed ponad wiekiem rosyjscy strażnicy kordonu. No, może świadomi by tego byli historycy, oni również by pewnie zwrócili uwagę na to, że granice działek w okolicy pokrywają się z linią graniczną. Ci pewnie by jednak to wszystko zachowali dla siebie, w najlepszym wypadku znacząc szlak graniczny na papierze, w pisanych przez siebie dziełach. Dzięki panu Janowi, pamięć o dawnym kordonie wraca w sposób bardzo praktyczny, dzięki organizowanym przez niego rajdom i tablicy, która przy drodze do Osieka, stoi nad rowem oddzielającym kiedyś dwa przeszłe imperia. Tym razem byliśmy świadkami wymiany zdobiącego jej napisu. Poprzedni już mocno wyblakł.
Graniczne odkrycia pana Jana można śledzić tutaj: 87-100.pl

Tabliczka już zmieniona, a na niej mała nieścisłość – granica w tym miejscu obowiązywała przez 105 lat, do 1920 roku. Od roku 1918 z jednej strony nie była już jednak rosyjska, a Polska, która do niej dotarła, zatrzymała się w tym miejscu tylko na chwilę. Potknięcie można więc wybaczyć.
Przyznaję, że trochę dałem ciała, bo granicy tonącej w Wiśle należycie nie pofotografowałem. A powinienem, bo jasne jak dotąd oznakowanie jej szlaku, tu się ciekawie komplikowało. Ponieważ nadrzeczne łąki często były zalewane, kopanie rowów i stawianie kopców nie miało sensu, linia została więc oznaczona inaczej. Na dwóch przeciwnych sobie wydmach, ustawione umieszczono tyczki, a granica przebiegała dokładnie w połowie drogi między nimi. Na zdjęciu widać metalowy reper rosyjski, aby zobaczyć jego betonowego pruskiego odpowiednika, już się nie pofatygowałem. Mam zatem pretekst, by wrócić na tą trasę za rok.
Reper się zachował nietknięty. Po strażnicy, która pono koło niego stała, został tylko ułamek kamienia.
Aż trudno uwierzyć, że od niemal stu lat, ten kawałek metalu jest tylko pamiątką przeszłości. Szczegółem dostrzegalnym tylko przez wyjątkowych zapaleńców. Takich jak pan Jan, ostatni strażnik kordonu sprzed kilku epok.
Ja również mam słabość do starych map. Jedna z nich – małpa, nie słabość – wisi mi nawet na ścianie. Oto ilustrujący trasę naszej wycieczki niemiecki obrazek granicy i okolic (dość szerokich, bo na północy sięgający niemal Pasłęka, a na południu docierający prawie pod Warszawę) wydany w 1902 roku w skali 1 do 300.000.
Jak ja lubię te wiślane widoki! Zresztą nie tylko one, bo rzeka w okolicach dawnej granicy, całkiem miło także szumiała. Miała na czym się wyszumieć, zmagając się z resztkami zniszczonych cypli regulacyjnych.
Rajdowe towarzystwo wróciło do cywilizacji, by autobusem wrócić do miasta. My, kontemplując dalej przygraniczne uroki, najpierw wzdłuż brzegu, a później drogi, poturlaliśmy się do Torunia pieszo.


Rzeczny Zollamt w Silnie. Otoczony dziś dziurawym płotem oraz koszmarnym i zrujnowanym sąsiedztwem jakiejś opuszczonej stanicy harcerskiej.
Już wiem, co mnie tak na tą granicę rzuciło. Słupki. Choć wyrywkowa lektura życiorysów świętych, ustawiła mnie przychylnie ku Franciszkowi i jego równie czynnym kompanom, Szymonem jednak jestem, a ten się ze słupnikiem kojarzy. Słupek słupkowi jednak nierówny, tak samo jak i sposób patrzenia nań.
Słupków tymczasem, na naszym granicznym szlaku było wiele. Jak widać powyżej, prezentowały się też w wersjach bardzo różnorodnych. Ten na przykład, schowany w zielsku i nadgryziony zębem czasu, lub rdzy, jak kto woli, stoi obok budynku pruskiego wiślanego urzędu celnego. Jak można jednak wywnioskować z daty, pochodzi już z czasów, gdy urząd stracił swój sens. Podobno jest pamiątką powodzi z 1928 roku. Dotąd miała wtedy dotrzeć woda.
W tle widać dach zbudowanego na początku 1903 roku domu urzędnika dozoru rzecznego, pierwszego po pruskiej stronie. Granica wyparowała, piękna chałupka, której niestety nie obfotografowałem (będę musiał wrócić), dalej pełniła swoją rolę. Do dziś zresztą mieszkają tam potomkowie ostatniego człowieka, który za starych dobrych czasów wyznaczał szlak żeglowny na zgilotynowanej kilkoma dziesięcioleciami zaniedbań królowej polskich rzek.

Kolejny orzeł na trasie, tym razem ukoronowany.
Co oznacza skrót CBH? Ja nie wiem.
Do brzegu daleko, woda musiała być więc wtedy jak cholera. Bajoro na pierwszym planie, w czasach granicznych, służyło pono pruskim celnikom za przystań.
Krówko, do tego martwego drzewa lepiej się nie zbliżaj. W starych bajkach w takich pniach licho mieszka.
Byłem pewien, że zwiedzam granicę, a tymczasem rzuciło mnie gdzieś na Księżyc... Widoczek przy drodze z Osieka do Torunia, w końcówce Silna, niedaleko granicy.
Gdybym był artystą. Hm, to przypomina wstęp jednej takiej bardzo popularnej piosenki. Więc, gdybym był artystą, czy innym rzeźbiarzem, powiedziałbym, że ziemia, przy pomocy tej wierzby, składa ręce do nieba. Po przedreptaniu niemal 30 kilometrów, pod Złotorią, gdzie ta wierzba rośnie, byłem już jednak nieco zmęczony i podobnie podniebne uniesienia do łba mi raczej nie zaglądały.

niedziela, 13 maja 2012

Blamaż w strefie gotyckich cudów

„Orzeł odleciał, Sowa wylądował”. Taki inny tytuł mi się po głowie kręcił. Poza tym jednak przewijało się w niej wiele innych określeń, znacznie bardziej dosadnych.
W Toruniu jesteśmy dziś świadkami czegoś niewiarygodnego, o czym pewnie będą wspominały przyszłe pokolenia. W samym sercu starówki, hucznie świętującej 15-lecie swojej obecności na liście UNESCO skonała apteka „Pod Orłem”. Pierwsza i najstarsza w mieście. W kamienicy przy Rynku Staromiejskim 4 leki były wydawane bez przerwy, od co najmniej 1389, aż do 2011 roku. To ponad sześćset lat! Ile dziś można znaleźć w Polsce instytucji z taką tradycją?! To wszystko idzie jednak właśnie w diabły, bo po śmierci ostatniej właścicielki, dawana apteka ma się niebawem stać cukiernią. Rozumiem, kamienica jest prywatną własnością, cóż więc miastu do tego, co dzieje się pod jej dachem? Niby nic, jednak sytuacja jest bardzo wyjątkowa, a apteka niezwykle cenna. Magistrat nie powinien więc do tej zmiany profesji dopuścić. Tymczasem jednak, mając całą armię instytucji przewidzianych do ochrony tego, co Toruń czyni wyjątkowym, sprawę przepuścił.
Jak już wspomniałem, zinstytucjonalizowanych opiekunów zabytków, szczególnie na starówce, jest wielu. Miejski konserwator zabytków ma swoją siedzibę w Bramie Mostowej, zatem dwie przecznice od Rynku Staromiejskiego, gdzie działała apteka. Nasza gotycka ceglana perełka ma również swojego menadżera, czyli Andrzeja Szmaka, szefa Biura Toruńskiego Centrum Miasta, do którego spod apteki można dotrzeć w trzy minuty. Ta instytucja, w kraju dość wyjątkowa, miała zapewnić toruńskiemu gotykowi i całej starówce, rozkwit. O tym, że się nie sprawdza, napisano już wiele, zresztą nie trzeba czytać, by się o tym przekonać, wystarczy mały spacer Szeroką. BTCM ma swoją siedzibę na tyłach głównego budynku toruńskiego magistratu, w którym już trzecią kadencję zasiada Michał Zaleski, główny gospodarz miasta...
Tyle osób patrzyło więc na zamkniętą rok temu aptekę, nikt jednak tradycji tego miejsca nie uratował. Nawiązując do hasła, z którego różnymi wariantami prezydent Zaleski ze swoim ugrupowaniem od lat rusza na wybory (czas na gospodarza, czas gospodarzy), mógłbym ten wpis zatytułować: „Gdzie gospodarzy jest zbyt wielu...” Na toruńskie podwórko spoglądam już jednak od dość dawna i znajduję na nim wiele ognisk chorobowych. Wiele ich źródeł wypływa z centrali magistratu, ba, nawet z gabinetu prezydenta.
Konserwator miejski generalnie niewiele może zrobić, bo prawo nie daje mu odpowiednich środków nacisku, a te bardzo by się przydały. Poza tym jest podwładnym prezydenta miasta, co czyni go jeszcze bardziej bezsilnym. Może nie w przypadku apteki, bo ta jest prywatna, jednak np. na Bydgoskim Przedmieściu, sytuacji, w których misja konserwatora kolidowała z interesem miasta, było wiele. Czyje racje wtedy brały górę? Łatwo można się tego domyśleć.
Znacznie więcej w sprawie „Orła” mogło mieć do powiedzenia BTCM, powstało przecież także dlatego, aby w sytuacjach dla starówki kryzysowych, bronić tego, co w Toruniu wyjątkowe. Na dobrą sprawę, Biuro jest jednak tylko źródłem wydatków z kasy miejskiej. Jego działalność ogranicza się głównie do zasiedlania najcenniejszej części Torunia potykaczami. Wielu osobom się te rzeźby nie podobają, mi jednak one generalnie nie przeszkadzają. Żałuję jednak, że za tą artystyczną ekspansją, nic innego nie idzie.
Podobnie jak konserwator, szef BTCM również podlega prezydentowi. Jak to wygląda w praktyce? Dość beznadziejnie, czego dowodem jest chociażby napisany przeze mnie kiedyś tekst o prezydenckim pomyśle, by na ulicy Królowej Jadwigi ustawić pseudo-retro wagon tramwajowy. Krew mnie zalała, gdy się o tym dowiedziałem, bo takie pudło skutecznie by mogło zepsuć wizerunek głównej staromiejskiej promenady, której bardzo solidna przebudowa dobiegała właśnie końca. Nie byłem pod tym względem jedyny, pani konserwator i dyrektor Szmak powiedzieli mi w artykule, że tramwajowy wagon, na którego zagospodarowanie miasto nie miało pomysłu, widzieliby raczej w innych miejscach. To wystarczyło, by w dniu publikacji teksu oboje zostali wezwani przez najwyższego na dywanik.
Człowiek zatrudniający całą masę ekspertów, dzierży stery miasta bardzo despotycznie... To też jest chore, jednak leki z apteki „Pod Orłem” już tej dolegliwości nie wyleczą. Rozumiem, pan prezydent jest pochłonięty inwestycjami, patrzy w przyszłość. Wiele razy, przy różnych okazjach, pisałem jednak, że jego punkt widzenia na toruńską przeszłość, bywa dla miasta szkodliwy. Dla ścisłości dodam, że na przygotowanych przy Królowej Jadwigi torach, tramwaj jednak nie stanął. Jeździ po mieście jako pojazd wycieczkowy. W przypadku apteki pan prezydent nie zaszkodził, ale też i, wraz ze wszystkimi ludźmi prezydenta, skutecznie nie pomógł. I to jest moim zdaniem skandal. Zbrodnia! Bo miast z mostami na Wiśle mamy w Polsce wiele, Toruń jest jednak jedyny i niepowtarzalny, m.in. dlatego, że jeszcze rok temu na Rynku Staromiejskim można tu było wejść do apteki, która szczyciła się korzeniami tkwiącymi w XIV wieku. Te tradycje na naszych oczach zostały właśnie przerwane.
Jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się o starych toruńskich aptekach czegoś więcej, polecam opracowania Zdzisława Mameły. Ich skrót, zawierający m.in. historię zamurowanego w ścianie „Orła” listu w butelce, napisanego do przyszłych pokoleń przez jednego z właścicieli apteki, można znaleźć tutaj: BYŁA SOBIE APTEKA „POD ORŁEM”.

W cukierniczej centrali próbowałem poznać jakieś szczegóły - kiedy lokal zostanie otwarty, a przede wszystkim, czy jakiś ślad dawnych tradycji zostanie w nim podtrzymany. Na tych informacjach bardzo mi zależało, choćby dlatego, że w tekście, który napisałem, pytanie o przyszłość postawił doktor Michał Targowski, wskazując przy okazji na to, że od apteki do cukierni wcale nie jest daleko, choćby ze względu na to, że kiedyś specyfiki przepisywane przez aptekarzy, miały ze słodyczami wiele wspólnego. Do wrót królestwa Adama Sowy łomotałem telefonicznie przez cztery dni i ostatecznie niczego się nie dowiedziałem, choć pani odpowiedzialna w tej firmie za sprawy marketingowe, obiecała zamówione dane podać. Dziwne to i niezrozumiałe. Cukierniczy potentat mógłby zyskać darmową reklamę, a tak... Zostawił po sobie pewien niesmak.

czwartek, 10 maja 2012

Uwaga przemytnicy i inni pogranicznicy!

W niedzielę 13 maja, rusza kolejny rajd szlakiem dawnej granicy zaborów. Start o godz. 9 rano sprzed głównej bramy cmentarza w Lubiczu Górnym. 16-kilometrowa trasa będzie wiodła wzdłuż rowu granicznego, duktami leśnymi i bezdrożami, przydadzą się więc jakieś solidniejsze buty – w zeszłym roku nasz przewodnik testował na nas bagno;). Kontrabanda jakaś też się przyda, szczególnie jeśli będzie smakowita, obejdzie się za to bez paszportów. Sztuczne wąsy, bądź stroje kobiece (na zdjęciu z epoki), będą raczej tylko zawadzały. Mamy się uwijać na tyle szybko, by w Osieku złapać autobus do Torunia o 15.30. Niektóre atrakcje szlaku, który ma być wzbogacony, można znaleźć tutaj: NA TROPIE PRZEMYTNIKÓW

środa, 2 maja 2012

Wjazd pociągu na stację... i jego wyjazd do Czarnowa

Zanim ruszymy w drogę, z konieczności muszę wszystkich podróżnych ostrzec, że nasz pociąg podróżujący w czasie i przestrzeni, nie posiada osobnych wagonów dla kobiet i nie palących. Poza tym, posiada wyłącznie przedziały drugiej i trzeciej klasy. Mam jednak nadzieję, że nikt nie będzie narzekał na brak komfortu, a przede wszystkim, wrażeń. Wszelkich dodatkowych wyjaśnień proszę szukać w notce poniżej.

Taryfa kolejki Toruń-Czarnowo.
Długość toru nowej kolejki z Torunia do Czarnowa wynosi 28 klm., a na przestrzeni tej urządzonych jest 9, a z przystankiem portu flisackiego 10 stacyi. Odległość jednej stacyi do drugiej i cena biletów 2 odnośnie 3 klasy z dworca Toruń-Północ jest następująca: Stacya ul. Szkolna, 2 klm, 15 i 10 fenigów. Port flisacki, 8 klm. 50 i 30 fen. Przysieki 8 klm. 50 i 30 fen. Górska droga kościelna 11 klm. 70 i 40 fen. Smolnik (Schmolln-Breitenthal) 14 klm. 90 i 50 fen. Pędzewo 19 klm. 1,20 i 75 fen. Wielka Zławieś 21 klm. 1.30 i 0,85 mk. Amthal (?) 24 klm. 1.50 i 0.95 mk. Czarnowo 28 klm. 1.70 i 1.15 mk. Kolejka ta będzie zabierać tylko wagony 2 i 3 klasy, a osobnych wagonów dla kobiet i nie palących nie ma. Na bilety targowe do Torunia i karty niedzielne do wszystkich stacyi jest cena zniżona o tyle, że zwyczajny bilet uprawnia również do podróży powrotnej. Kolejka ta oddana zostanie do użytku publicznego prawdopodobnie w połowie grudnia r. b.
„Gazeta Toruńska” - czwartek, 21 października 1909 roku.


Kilka tygodni temu gazetowe peregrynacje pchnęły mnie na Ś.P. tory linii kolejowej do Czarnowa. Od jednego z czytelników „Nowości” dostałem niezwykle cenne zdjęcie stacji Toruń Zachodni i w związku z tym połaziłem sobie po szlaku wciąż jeszcze znaczonym starymi podkładami oraz budynkami kolejowymi PODRÓŻ WIDMOWYM POCIĄGIEM
Kiedy więc niedawno usłyszałem, że resztki szlaku kolejowego, którym, według pierwotnych planów miały pędzić pociągi szybkiej kolei łączącej Toruń z Bydgoszczą, rozkradają złomiarze, postanowiłem do tematu wrócić WIELKIE PLANY IDĄ NA ZŁOM. Będąc świadkiem torowej degradacji, sięgnąłem do starych gazet, aby przypomnieć zupełnie inne czasy, gdy budowa linii kolejowej łączącej miasto z okolicznymi wioskami, a przede wszystkim służącej do wywozu drewna z miejskich lasów, mogła się wydać opłacalna. Na początku trafiłem właśnie na notkę o przedziałach, postanowiłem zatem kartkować gazetę dalej. Najstarsza odnaleziona informacja o budowie kolejowej pochodziła z niedzieli, 21 lipca 1907 roku.

Projekt budowy kolejki z Torunia do Czarnowa ostatecznie został zatwierdzony.

Krótko i treściwie, choć byłem ciekaw sum, jakie realizacja tego przedsięwzięcia pochłonęła. Tego się nie dowiedziałem, ale dalej będę szukał. Dowiedziałem się jednak, że budowa najprawdopodobniej ruszyła jesienią następnego roku.

Budowę kolejki z Torunia do Czarnowa rozpoczną prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Budowa ukończoną ma być równocześnie z budową przystani nad Wisłą.

„Gazeta Toruńska”, która we wtorek, 21 lipca 1908 roku, nadużywając słowa „budowa” podała ten lakoniczny komunikat, umieściła obok również inną, ale bardzo interesującą informację o elektryfikacji lamp ulicznych przy ulicy Żeglarskiej.

Budowa kolejki z Torunia do Czarnowa postępuje szybko. W sobotę odebrano urzędowo dalszą część toru aż do stacyi północnej.

Taką notkę zamieściła „Gazeta Toruńska” 5 października 1909 roku. Urzędowo odebrany wtedy odcinek toru aż do stacyi północnej dziś wygląda tak:

Trochę dziwię się poprzednikom sprzed wieku. Kolej do Czarnowa ostatecznie została oddana do użytku 28 lutego 1910 roku. Dla mnie oczywistym jest, że relacja z tak istotnego wydarzenia musi się ukazać na gazetowym papierze następnego dnia, a na stronie internetowej nawet tego samego. Ok., dziennikarze „Gazety Toruńskiej” o sieci www nawet nie śnili, jednak dzień po otwarciu kolei, w gazecie pojawiła się tylko mała wzmianka.

Dzisiaj w poniedziałek otworzoną będzie komunikacya na nowym torze kolejki wązkotorowej z Torunia przez Mokre do Czarnowa. Pierwszy pociąg odszedł z dworca na Mokrem o g. 8.14 rano.

Dopiero następnego dnia, dziennik podaje obszerniejszy opis uroczystości.

Kolejka Toruń-Czarnowo.
Jak już wczoraj pokrótce donosiliśmy odbyło się w poniedziałek rano o godz. 8.14 otwarcie i oddanie do użytku publicznego wązkotorowej kolejki z Torunia do Czarnowa. Prócz przedstawicieli rządowych i innych wyższych urzędników, udało się pociągiem tym około 70 osób do Czarnowa. Tylko na dworcu w Pendzewie przybranym uroczyście zebrała się większa liczba osób i nauczyciele z uczniami szkolnemi i nadchodzący pierwszy pociąg powitali wesołym okrzykiem. Zresztą przebieg tej uroczystości miał charakter ściśle oficyalny. Następnym pociągiem o godz. 10.24 wracano z Czarnowa do Torunia. Tym razem zabrało się około 120 osób. O ile z pierwszego dnia komunikacyi zauważyć było można, najważniejszym przystaniem na drodze powrotnej będzie Toruń ul. Szkólna, największa bowiem część podróżnych tam wysiada.

Z opisu wynika również, że pierwszy pociąg do Czarnowa odjechał z dworca Toruń-Mokre, gdy tymczasem zdjęcie, które ma pokazywać uroczystości otwarcia nowej linii kolejowej, zostało przecież wykonane na kolejnej stacji tego szlaku, a więc na Dworcu Północnym.

Skoro najważniejszym na tej drodze żelaznej okazał się przystanek przy ulicy Szkolnej, zaprezentuje się ona Szanownej Publiczności raz jeszcze, na zdjęciu wykonanym ponad 40 lat po oddaniu linii do użytku. Psia krew, wertując kiedyś „Gazetę...” trafiłem na ogłoszenie o tym, że Rada Miasta wykupiła grunt przeznaczony pod budowę stacji. Nie zapisałem sobie jednak, kiedy to było i teraz, mimo długich poszukiwań, tej informacji nie odnalazłem:(.
W piątek, 13 maja 1910 roku, podobnie zresztą jak i wielu swoich innych wydaniach z tamtych czasów, „Gazeta Toruńska” opublikowała rozkład jazdy kolejki do Czarnowa. Wynika z niego, że w każdą stronę, dziennie kursowały trzy pociągi. Z dworca na Mokrem wyjeżdżały o 7.53, 2.25 i 8.06. Stację w Czarnowie opuszczały z wybiciem 9.50, 4.25 oraz 9.39. Doba, najwyraźniej, była wtedy rozliczana według 12-godzinnego zegara.
Frapuje mnie powtarzająca się tu wąskotorowość tej linii, najwyraźniej nie jedynej, ta sama gazeta podaje również rozkłady jazdy wąsko (czy też, jak jest w niej napisane – wązko) torówek z Mokrego do Lubicza, a także z Chełmży do Mełna. Jak widać na zdjęciach poniżej, zachowane fragmenty kolei do Czarnowa rozstaw torów mają normalny...
Cóż jeszcze jednak w tym rozkładzie mamy? No proszę, wahadłowe kursy pociągów między największymi toruńskimi dworcami! Niemal sto lat później ten pomysł odżył, jednak do dziś nie udało się go zrealizować...

Przekopałem stare gazety, nie mogłem też sobie odmówić przyjemności spaceru po torach. Za ich skrzyżowaniem z ulicą Grunwaldzką trafiłem na rozjazd i resztki zwrotnicy. Bardzo ciekawej.


Nieco dalej zachowany szlak kolejki się skończył...
Zdjęcie ostatniej stacji czarnowskiej linii kolejowej umieściłem we wpisie poświęconym pociągowemu widmu. Drugi koniec prezentowanego wyżej rozjazdu, przed wojną, kończył się natomiast za bramą kompleksu zajmowanego przez baon balonowy. Dawni aeronauci dali Toruniowi jeden z najpiękniejszych pomników, odsłonięty w parku na Bydgoskim Przedmieściu w 1937 roku, zniszczony przez Niemców podczas okupacji i nadal czekający na odbudowę. Hmm, chciałem napisać, że obok pamiętającej jeszcze pruskie czasy hali sterowcowej, rozebranej kilka lat po II wojnie (poniżej widok hali z lat 20.), w czasach II RP rozwijali skrzydła adepci polskiego baloniarstwa. Częściowo jest to prawda, ponieważ ludzie wyszkoleni w Toruniu podbijali wtedy przestworza całego świata. Trudno jednak raczej powiedzieć, by przy ulicy Balonowej rozwijali skrzydła, raczej byli pod gazem. Dosłownie. Jeden ze starych toruniaków opowiadał mi, że widział baloniarzy, którzy przychodzili do zbiornika gazowego, w którym dziś mieści się planetarium, tam tankowali do pełna i później wracali do swojej jednostki. Sześciu chłopa, w roli balastu, holowało na linach szybujący balon zaporowy. Towarzyszył im podoficer, który pilnował, by żaden z nich przypadkiem nie zakurzył. Musiało to bardzo komicznie wyglądać!
Przygoda kolejowa wyrwała mnie także z miasta. Wylazłem z redakcji i tak jakoś, myśląc o początkach czarnowskich torów wybrałem drogę do domu prowadzącą brzegiem Kaszownika, w którym żaby robią w tej chwili większy hałas, niż przejeżdżające obok samochody. Ostatecznie jednak trafiłem na pobliski dworzec autobusowy, skąd akurat za chwilę miał odjechać autobus do Złejwsi Wielkiej. Pomny wszystkiego tego kolejowego, co mi nie wpadło w obiektyw poprzednio, kupiłem bilet i władowałem się do pojazdu. Szczerze mówiąc, pojechałbym dokądkolwiek, żeby tylko choć przez kilka godzin sobie popodróżować.
Wygląda na to, że przemierzając autobusem dawny szlak kolejowy, wszystkie jego najciekawsze miejsca minąłem. Następnym razem będzie trzeba zwiedzić Górsk i Pędzewo, była stacja w Złejwsi nie robi specjalnego wrażenia, a dawnego dworca w Toporzysku nie udało mi się odnaleźć. Tak, maszerując sobie, dotarłem znów do Czarnowa, przy okazji jednak zwiedzając miejscowy kościół Świętego Marcina, pochodzący z XIV wieku i ozdobiony XVIII-wieczną drewnianą dzwonnica. Tyle razy go mijałem nie podchodząc bliżej, skorzystałem więc z okazji, by w miarę możności to zmienić.

Świątyni nie zwiedziłem, drzwi do niej zastałem zamknięte, na dodatek bronione przez przysiadłego na klamce lwa. Wolałem go specjalnie nie naciskać.
Ostatnia fotka ze specjalną dedykacją dla sąsiada Grzegorza, którego kiedyś uderzyła ukryta pod dachem jakiejś wiekowej chaty symbioza drewna i plastiku. Podpisując się pod zdjęciem wspomniałem, że również takiego dziwoląga widziałem – oto i on. Stoi w Czarnowie, kawałek za kościołem.
Podczas swojego krótkiego wypadu w tamte strony, wcieliłem się w klasycznego amerykańskiego gówniarza (po angielsku kał-boy), maszerowałem więc w stronę zachodzącego słońca i mając jego rozświetlone ryło skierowane prosto w obiektyw, przy właściwym ujęciu tego architektonicznego dziwactwa musiałem się nieco nagimnastykować.

Od bydgoskiej strony chałupa prezentuje się całkiem przyzwoicie.