niedziela, 12 czerwca 2011

Torunianin na dachu

Proszę Pana, pewna kwoka, oglądała świat z wysoka... Kwoką nie jestem, jeśli jednak mogę zmienić nieco punkt widzenia, wspiąć się mogę wszędzie. Nie trzeba mnie więc było namawiać, gdy trafiła się okazja na zwiedzanie Dworu Mieszczańskiego. O wymienianym tam właśnie dachu musiałem później zapisać pół strony. Rzecz można było streścić w kilku zdaniach, gazeta jednak nie toleruje wolnych miejsc. Jezus Maria, ile ja tam więc musiałem wody nalać! Niech mi więc wybaczą wszyscy rolnicy – jeśli w tym roku będzie susza – na pewno ja będę za nią odpowiedzialny. Sam budynek jest jednak bardzo ciekawy, choćby dlatego, że prawdopodobnie został zbudowany z cegieł sąsiedniego zamku krzyżackiego, rozebranego po powstaniu w 1454 roku, które zresztą spowodowało wybuch wojny trzynastoletniej. Poza tym Toruń oglądany z jego wieżyczki jest cudowny!
Podmurna, najładniejsza ulica starówki;)
To też ulica Podmurna, choć względem tej przecinającej miasto, ułożona jest prostopadle. W Toruniu jednak takich ulicznych dziwolągów jest więcej. Niech ktoś się przejdzie chociażby Grudziądzką. Przy skrzyżowaniu z Warneńczyka stanie na rogu Grudziądzkiej i Grudziądzkiej. Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo za Wielkim Rowem ulica się rozwidla, jedna jej odnoga zmierza w stronę siedziby Miejskiego Zarządu Dróg, a druga leci dalej prosto na Gdańsk.
Te trzy pyszne szczyciki należą – zdaje się – do spalonej przed laty Starej Babci. Jak widać, z góry zniszczone kamienice wyglądają lepiej, niż oglądane z ulicy Mostowej.
Dachy, czerwono-biała Brama Mostowa i most w tle, który, jako jeden z niewielu elementów na tym obrazku się nie czerwieni.

wtorek, 7 czerwca 2011

Spóźniłem się z wizytą...

Pierwszy raz w życiu byłem na żydowskim pogrzebie. Warszawski cmentarz przy Okopowej już wcześniej zwiedzałem, jednak teraz, ze względu na okoliczności, przestąpiłem jego bramę z dużą nieśmiałością. Teoretycznie rzecz mi była doskonale znana, od tylu lat zajmuję się wszak żydowskimi cmentarzami, sprawy związane z pochówkami nie są więc mi obce. Aby rozwiać ewentualne wątpliwości, zawsze mogłem sięgnąć do literatury - przede wszystkim do „Świąt i obyczajów żydowskich” Ninel Kameraz-Kos. Zaglądałem więc do tego dzieła często, a w razie czego, zgłaszałem się do jego autorki. Przez ostatnią dekadę była moim aniołem stróżem pomagającym poszerzać żydowskie horyzonty. Cudny to był człowiek! Ze względu na czas przeszły, łatwo się chyba domyśleć, że tym razem pojawiłem się przy Okopowej ze względu na nią. Pani Ninel umarła 4 czerwca.
Warszawa straciła jedną z najbarwniejszych swoich postaci (wiem, że to dość banalne stwierdzenie, innych słów jakoś jednak teraz nie znajduję). Ja straciłem swojego anioła stróża i w ogóle chyba klucz do żydowskiego świata, który ostatnio jakoś mocno się ode mnie oddala. Jednak pluję tu sobie w brodę za coś jeszcze. Tyle razy słyszałem, że mam wpaść do niej na Jagiellońską, tyle razy jednak brakowało mi czasu. Obiecywałem, że pojawię się następnym razem... Jeszcze na przełomie marca i kwietnia, gdy pisałem do „Nowości” o tablicy, jaką nasz magistrat chce wystawić Cwi Hirszowi Kaliszerowi... Urząd Miasta zlecił badania, a dzięki nim, udało się ustalić adres toruńskiego żydowskiego uczonego. Potrzebna była jednak jeszcze data, z jaką by się dało powiązać odsłonięcie tej tablicy. Urodziny Kaliszera już przeszły (marzec), do rocznicy śmierci było zbyt daleko (październik). Zacząłem więc szukać dnia i miesiąca z roku 1860, gdy Cwi Hirsz zorganizował w Toruniu pierwszy w świecie zjazd syjonistyczny. Nasi historycy dokładnej daty nie znali, chwyciłem się więc ostatniej deski ratunku. Zadzwoniłem i znów usłyszałem, że mam przyjechać, ponownie też obiecałem, że to zrobię. Tym razem z obietnicy się wywiązałem, ale na progu warszawskiego mieszkania Ninel Kameraz-Kos, stanąłem zbyt późno...
Mógłbym tu oczywiście wybrnąć ładnie prafrazując słynne słowa księdza Twardowskiego o pośpiechu i ludziach, którzy odchodzą. Oszczędzę jednak kolejnego sloganu, bo we wtorek zajrzałem za te słynne drzwi i teraz bardzo boleję, że nie zrobiłem tego wcześniej.

Wnętrza mieszkań ludzi wyjątkowych są odzwierciedleniem wnętrza ich lokatorów. Wśród różnych czterech kątów jakie widziałem, tylko jedne – no, może dwa – są w stanie dorównać temu, co zobaczyłem wtedy na warszawskiej Pradze. Trudno mi jednak było po tych pomieszczeniach wypełnionych zasłoniętymi lustrami (sziwa – kto ciekawy, niech sobie sprawi książkę pani Ninel) latać z lustrem aparatu. Proszę mi więc wierzyć na słowo, że takich miejsc jest na świecie niewiele. Obrazy – wisiało ich tam sporo – malowała pani Ninel.

Przez tyle lat nie starczyło mi czasu, by tu zajrzeć, tymczasem powinienem tam popędzić po pierwszym zaproszeniu! Nie miałem szczęścia trafić na Jagiellońską, gdy działał tu słynny w Warszawie salon ludzi piszących, malujących i fotografujących. Jak ktoś bardzo ładnie powiedział na pogrzebie – nie pisarzy, malarzy i fotografików, ale salon ludzi piszących, malujących i fotografujących. Cóż, nie było mnie wtedy na świecie. Nie mogłem też pojawić się tam, gdy po stanie wojennym salon zszedł do podziemia i uwalniał zniewolone słowa. Już wtedy chodziłem po świecie, bibuła nie była mi obca – na moim łóżeczku powstał wszak jeden z pierwszych numerów Toruńskiego Informatora Solidarności. Ograniczałem się jednak wtedy do agitacji w przedszkolu. Za to, że tłumaczyłem koleżeństwu dlaczego nie należy świętować dnia milicjanta, niemal zresztą z tego przedszkola wyleciałem. W sumie bym się nawet z tego ucieszył, bo było to miejsce raczej ponure. Wracając jednak do Warszawy – wtedy również bym tych progów nie przestąpił, bo byłem na nie zbyt mały. Zresztą, po tym, czego się o tym miejscu nasłuchałem i wreszcie zobaczyłem, nie jestem pewien, czy bardziej współcześnie, te progi nie byłyby zbyt wysokie na moje nogi – a przede wszystkim - na mój łeb i ograniczony nim umysł.
Pocieszam się jednak, że jako archeolog pamięci, mógłbym tu poszaleć również na zewnątrz. Pani Ninel urodziła się w Moskwie i tam przetrwała wojnę. Jej syn, rabin Mateusz Kos mówił, że nie dawało jej to spokoju i dlatego w Żydowskim Instytucie Historycznym zajęła się Zagładą. Jej ojciec, Chaskiel Kameraz był komunistą, swoje imię pani Ninel zawdzięcza zresztą temu, że czytane wspak stawało się Leninem (historię tego imienia i jej posiadaczki opisała zresztą Hanna Krall). Po wojnie rodzina Kamerazów wróciła do Warszawy i od gminy żydowskiej dostała to mieszkanie na Pradze w dawnym Gmachu Wychowawczym Warszawskiej Gminy Starozakonnych im. Michała Bergsona. Minęły dziesięciolecia, wszystko dokoła się zmieniło, adres pozostał ten sam. Dziś, jego zaniedbaną większość, zajmuje jednak teatr. Obok tego budynku jest plac zabaw. Nie sfotografowałem go, bo był zamknięty i zarośnięty, a płot i drzewa pewnie by wyszły na zdjęciu nieciekawie. Zanim jednak to miejsce zaczęło służyć do zabawy, stała tu synagoga. Jej zdjęcie pani Ninel miała w ŻIH-u, znalazłem je również w jej mieszkaniu. Świątynia pochodziła z lat 30. XIX wieku. Rotunda, jak słyszałem, była pierwszą powojenną bożnicą Warszawy. Została rozebrana w latach 60. ubiegłego stulecia. Nie była jednak pierwszą, która na tym miejscu wyrosła. Pod koniec XVIII wieku świątynię postawił tu Szmul Zbytkower, mecenas pierwszych warszawskich chasydów. Ta synagoga oberwała jednak podczas powstania listopadowego, gmina postanowiła więc wybudować w jej miejscu nową świątynię i ją właśnie kazali zburzyć komuniści.


poniedziałek, 30 maja 2011

Na progu Bolszewji

Gryzie mnie fascynacja granicami, szczególnie tymi dawnymi. Niedawno miałem okazję przejść się szlakiem tej dzielącej pod Toruniem zabory, teraz proponuję wycieczkę nieco dalej. Mój mistrz, redaktor Roman Such, miłościwie panujący na „Albumie rodzinnym”, jednej z najbardziej poczytnych stron „Nowości”, dotarł kiedyś do skarbów Józefa Szostkiewicza, fotografa przedwojennego toruńskiego 4 Pułku Lotniczego. Widziałem ten zbiór starych fotografii, mój Boże, czego tam nie ma! Lotnicy podczas Wigilii (zdjęcie bardzo grupowe, ale tak doskonałe, że niczym na ołtarzu Wita Stwosza, na twarzach sfotografowanych można wyczytać wszystkie grymasy). Zdjęcia z powietrza – lecących obok samolotów i miejsc oglądanych z lotu ptaka... Niech ktoś kiedyś z współczesną cyfrówką wsiądzie do aeroplanu z otwartą kabiną i spróbuje w locie zrobić równie dobre foto! Widoki Torunia (choćby Bramy Bydgoskiej, w którą tuż przed zburzeniem na początku lat 20. uderzył tramwaj), obrazy naszego lotniska... To też jest skarb, przed wojną przecież było to jedno z najważniejszych miejsc, w których Polska rozwijała skrzydła. Żeby daleko nie szukać, było to pierwsze polskie lotnisko, na którym wylądowali bracia Bolesław i Józef Adamowiczowie, drudzy Polacy, jacy po Stanisławie Skarżyńskim, przelecieli Atlantyk. Wystartowali spod Nowego Jorku 28 czerwca 1934 roku, na toruńskiej murawie siedli trzy dni później myląc ją jednak z lotniskiem mokotowskim. Swoją drogą trudno było się tu chyba pomylić, w albumie Szostkiewicza widziałem nasze lotnisko z usypanym na trawie wielkim napisem Toruń... Wydarzenie było jednak sensacją kontynentalną, z utęsknieniem czekam więc, aż Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa wzbogaci swoje zbiory o toruńską prasę z 1934 roku, od słynnego lądowania dzielą ją jeszcze dwa lata...
Zdjęć z wizyty polonusów w sezamie Szostkiewicza nie ma, są jednak inne z życia toruńskich lotników. Z życia, a czasem i śmierci, w tamtych czasach Kostucha miała przecież skrzydła równie szerokie, jak samoloty. W kolekcji fotografa jest nawet reprodukcja obrazu, na którym widać pilota i Śmierć dzielącą z nim miejsce w kokpicie. Poza fotką bramy z napisem „4 Pułk Lotniczy”, są więc tu fotografie roztrzaskanych maszyn (jedna jest wbita w hangar. Początkujący pilot zaliczył twarde lądowanie, ale przeżył). Jest też zdjęcie pociągu obładowanego samolotami, którym maszyny jechały na manewry do Lidy...
No właśnie, kresów widać tam sporo, bo Szostkiewicz towarzyszył też ekipie wytyczającej po traktacie ryskim wschodnią granicę II RP. Jego aparat utrwalił więc piękne obrazki sztetli i pyszne widoki fortec kresowych – rezydencja Radziwiłłów w Nieświeżu robi niesamowite wrażenie, gdy patrzy się na nią z wysoka!
Pan Roman pozwolił skorzystać ze swojego skarbca. Oto więc kilka wyjątkowych obrazków z narodzin wschodniej granicy przedwojennej Polski. Tak powstawał rów, kopce i słupy oddzielające Rzeczpospolitą od Bolszewji – ten podpis jest fantastyczny, prawda?


Tak się wtedy rysowało mapy...
A tak się je wyznaczało.

niedziela, 29 maja 2011

Bydgoskie od święta

Bydgoskie Przedmieście to taki toruński Montmartre. No, może coś więcej, w latach międzywojennych Witkacy odwiedzał wszak swoją matkę w Toruniu, a nie w Paryżu. Cudna dzielnica, nabita ciekawostkami po uszy! Powstała na przełomie XIX i XX wieku, jako najbardziej elegancka w mieście. I była taką do 1945 roku... Później jednak została zadeptana i zapluta przez władze socjalistyczne. Rok 1989 specjalnie jej nie pomógł, choć znajduje się rzut kamieniem od starówki i cieszy się większą od niej liczbą budynków wpisanych do rejestru zabytków, wciąż jest ziemią nieznaną, której podziwiające Toruń wycieczki, nie odwiedzają. Trudno się temu dziwić, obecny gospodarz miasta, zamiast wydobyć z dołka, pogrąża ją jeszcze bardziej. Na dowód mogę podsunąć należącą do miasta kamienicę przy Bydgoskiej, tą z „rybimi łuskami” i kominkiem w korytarzu. Fotografowałem ją jakiś rok temu, mogę sfotografować raz jeszcze, bo przez ten czas się zmieniła. Niestety – na gorsze.
W wielu budynkach na Bydgoskim mogą powstać wspólnoty, które się nimi zaopiekują, miasto jednak mnoży przeszkody. Nie zgadza się na wykup budynków, ciągle też dokwaterowuje lokatorów socjalnych, a ci przeważnie uroki tego miejsca mają w nosie.
Marian Frąckiewicz (SLD), przyjaciel prezydenta Zaleskiego i obecny przewodniczący Rady Miasta, uzdrowienie Bydgoskiego uczynił jednym z głównych haseł swojej ostatniej kampanii wyborczej. Trudno w Toruniu znaleźć samorządowca z większym stażem, zaczynał jeszcze w czasach Miejskiej Rady Narodowej. Ile dobrego przez te dziesięciolecia można było zrobić dla Bydgoskiego Przedmieścia? A ile się zrobiło?
Na szczęście dla dzielnicy, upomnieli się o nią mieszkańcy. Przeważnie młodzi, którzy dostrzegli jej zalety i postanowili tu zamieszkać. Ich zasługą jest m.in. święto Bydgoskiego, którego druga edycja odbyła się 21 maja. W jego przygotowanie włączyło się ponad 30 organizacji samorządowych...
Nie mogło mnie tam zabraknąć! Zanim jednak się we wszystkim zanurzyłem, pochłonęła mnie archeologia miejska. Od państwa Tokarskich dostałem jakiś czas temu kolekcję przedwojennych zdjęć, które zrobił Bogusław Magiera i jego przyjaciel, Józef Wiśniewski, pracujący wtedy w Pomorskiej Dyrekcji Kolei. Ten ostatni pofotografował swoich kolegów z pracy, w tym jakiegoś człowieka – najpierw przy placu Teatralnym, na tle mapy pomorskiego węzła kolejowego, a później na jakimś balkonie. Puściłem te zdjęcia w gazecie, umieściłem na stronie i... Balkon udało się zidentyfikować! Bardzo dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili. Jeżeli ten urzędnik nie został sfotografowany jako gość, musiał mieszkać w kamienicy przy Mickiewicza 1/3/5. Przepysznej ozdobie tej ulicy!
Podobnych balkonów tym budynku jest niewiele, więc w zasadzie, sprawdzając adres, łatwo by było ustalić tożsamość tego człowieka. Niech to jednak cholera, przedwojenne toruńskie księgi adresowe są ułożone według nazwisk. Skoro jednak udało się odnaleźć tak wiele... Pewnie uda się też temu panu przywrócić imię i nazwisko.



Zdjęcie zostało zrobione z odkrytego balkonu na wysokim piętrze. Jak widać na tej fotce i następnej, takie odkryte balkony należą tu do rzadkości. Urzędnik stał więc chyba tu, bo tylko stąd widać trójkątny daszek. Mam jednak wątpliwości związane z gmachem widocznym w tle. Wyłożyłem je niżej.
Kamienica jest imponująca i teraz dość trudno ją fotografować. Wielka, a do tego jeszcze gęsto obsadzona zielenią. Tu jednak widać szczycik, którego dachówki widać najprawdopodobniej za plecami urzędnika.
Kolumny pasują, szczycik również. Mam jednak kłopoty z zorientowaniem tego widoku. Co to za budynek widać w tle? Ten, w którym po wojnie zamieszkał profesor Leonard Torwirt?
Tuż obok można zobaczyć obiekt równie interesujący. Szkoda tylko, że w tak tragicznym stanie... To secesyjne cudo narodziło się na deskach kreślarskich wiedeńskiej pracowni Fellner&Helmer, tej samej, która Toruniowi dała budynek Teatru Miejskiego, Odessie gmach opery, teatr Czerniowcom... Kamienica należała do rodziny Kuczyńskich (dziś jest zdaje się w rękach ich spadkobierców i na tym polega jej nieszczęście, bo ci nie mogą się dogadać). Nigdy nie byłem wewnątrz, ale na stronie Stowarzyszenia Bydgoskie Przedmieście można znaleźć kilka fotek. Generalnie lepiej ich nie oglądać, bo trzeźwo myślącemu człowiekowi mogą zaszkodzić. Jak można tak zapuścić coś takiego?!
Budynek jest ciekawy także dlatego, że w międzywojniu na pierwszym piętrze mieścił się tu konsulat Belgii. Wspominałem tu już o dawnym konsulacie Rzeszy, to była druga placówka dyplomatyczna dawnego Bydgoskiego. Jak podaje Wikipedia, krajanie Poirota opiekowali się stąd m.in. Polchemem, fabryką chemiczną założoną w dwudziestoleciu wspólnie z Polakami. Tuż przed wybuchem wojny Belgowie, czując zbliżającą się z zachodu i północy burzę, odsprzedali Polakom swoje udziały. Nie muszę dodawać, że torunianie zrobili na tym raczej kiepski interes...


Park, podczas święta, znów zajęli artyści. Szczególnie ci ekologiczni, alejki stały się główną sceną Land-Artu. Zdjęć zrobiłem tu jednak niewiele, gdy tam łaziliśmy, chyba ze trzy razy oberwała się chmura. Mimo to fajnie było... Na fotografii labirynt zbudowany z 200 słomianych klocków. To dzieło największe uznanie zdobyło wśród najmłodszej publiczności.
Ślimaki ostrzeżenia posłuchały i wszystkie uciekły...
Co to za ptak, który wkrótce przyleci do nas z Egiptu i nigdy by się nie najadł z płytkiego talerza? Twarzy Poli Raksy nigdzie tu nie widać, więc nie jest to „Szatan z siódmej klasy”. To kamienica przy ulicy Kujota 2 (obok dawnego komisariatu, już przeze mnie opisywanego), też piękna.

Jak miło jest pisać o Bydgoskim w czasie teraźniejszym! Jak fajnie by było pozytywnie mówić o nim w czasie przyszłym! Po czas przeszły również sięga się w tym wypadku bardzo ciekawie, bo przeszłość ta dzielnica ma imponującą. Nie brakuje tu jednak sytuacji, których stan teraźniejszy jest przygnębiający i niebawem stanie się czasem przeszłym. Oto kamienica przy Mickiewicza – jedna z kilku przeznaczonych do rozbiórki...
Bardziej właściwych słów, bo opisać to podwórko, chyba nie znajdę. Skorzystam więc z tego, co napisałem w gazecie.
Czym może pachnieć brama starej kamienicy? Hm, może bezpieczniej będzie się w te sprawy zbytnio nie zagłębiać? A jednak warto spróbować! W sobotę przy ul. Mickiewicza 142 pachniało na przykład herbatą. W zasadzie całą herbaciarnią, podczas święta Bydgoskiego Przedmieścia otworzyła tu swoje podwoje kawiarenka sąsiedzka. W bramie, poza parującymi czajnikami, zmieścił się jeszcze regał pełen książek tymczasowej czytelni, na bruku podwórka gospodarze ustawili krzesła i stoły - w tym jeden pełen ciast i innych przysmaków. Nad brukiem natomiast na linkach, poprzypinane spinaczami do bielizny, zawisły zdjęcia. Kawiarnia, czytelnia i galeria w jednym. Zaskakujące? Tego dnia na Bydgoskim równie interesujących miejsc było sporo.
Przy okazji – gospodarze swoją cudną kawiarenkę i czytelnię, w której znalazłem „Rumunię, podróże w poszukiwaniu diabła”, tak przeze mnie poszukiwane, nazwali „Żandarmerią”. Wieść gminna niesie, że w tej kamienicy mieścił się w czasach pruskich posterunek żandarmerii, w źródłach jednak jego śladów nie można odnaleźć. Może ktoś wie coś na ten temat?


Główną kwaterą naukową święta był budynek dawnego kasyna ułanów przy Mickiewicza 121. Pamiętam go z czasów socjologicznych. Prezentuje się bardzo okazale, czego nie można powiedzieć o sąsiednich koszarach, którym kiedyś służył. Dawniej kwaterowali w nich ułani, magistrat zorganizował w nich mieszkania socjalne...
Dawno tu nie byłem. W miejscu, z którego robiłem zdjęcie, stały wtedy jakieś budy. Takie zwykłe, z pewnością nie miały nic wspólnego z Buddym Holly. Od czasów socjologii, zameldowały się tu jednak stosunki międzynarodowe, teologia i wreszcie historia sztuki. Kolejnym właścicielem? Uniwersytet chce się budynku pozbyć, kupca chyba jeszcze nie znalazł.
W czasach Studium Wojskowego na honorowym miejscu w tym budynku spoczywało popiersie generała Świerczewskiego. Gdy wiatr historii zmienił kierunek na zachodni, studenci odbili generałowi gipsowy nos i uszy, a samo jego popiersie trafiło do lamusa. Później zamieszkało pod moimi kolejnymi dachami. Na ogół stoi na szafie w charakterze krasnala ogrodowego. Ze względu na małe przemeblowanie małego pokoju, teraz wylądowało bliżej ziemi. Niebawem jednak znów wróci pod sufit.

czwartek, 26 maja 2011

Tramwaj zwany przypomnianym

Po wtorku po-Tworku dotarłem w środę do redakcji. Zasiadłem za biurkiem, od którego tak chętnie się na ogół odrywam... Zadzwonił telefon, podniosłem więc słuchawkę, którą również jakoś ostatnio przytulam do ucha z pewną nieśmiałością. Zdębiałem jednak, gdy odezwała się w niej pamiętająca przedwojenny Toruń Czytelniczka „Nowości”, oraz... mojej „Piątej strony”. Dostałem nieco po łbie za nieścisłości tam ulokowane. Pani zwróciła m.in. uwagę na to, że przedwojenne, wojenne i tużpowojenne toruńskie tramwaje były zimnożółte. Bez błękitu, o którym wspominałem. Dziękuję za cenne wskazówki, proszę jednak wziąć pod uwagę to, że ja tych barw nigdy na żywo nie widziałem.
Kolory znam tylko z przekazu, na świat zacząłem patrzeć 30 lat po tym, gdy film Magiery został nakręcony. Wtrącając więc do czarno-białego świata inne barwy, opierałem się na relacjach. I na niemieckim filmie propagandowym z wiosny 1943 roku, na którym widać toruński tramwaj żółty i... niebieski?
Ta sama pani zwróciła też uwagę na to, że przed wojną „czwórka” nie kursowała przez most.
Co zgadza się z przedwojennym rozkładem jazdy, na którym „czwórki” nie widać. Przez most, od ulicy Wybickiego, jeździła wtedy „trójka”.
Ja jednak pamiętam podróżującą mostem „czwórkę” – tu na zdjęciu pana Andrzeja Kamińskiego...
... której drewniane ławki wyglądały zupełnie tak samo, jak przed wojną.
Przy okazji wyprostować też muszę zdjęcie kolejowe. Na początku myślałem, że widać na nim Krowi Mostek, czytelnicy zwrócili jednak uwagę na przejście pod torami prowadzącymi do Czarnowa. Znajdowało się ono przy obecnej ulicy Gagarina, na wysokości najdłuższego chyba bloku w Toruniu. Inni jego świadkowie wspominają jednak, że było ono znacznie mniejsze...
Tamta linia wygląda raczej na magistralę, mostek znajduje się więc pewnie gdzieś na dawnej trasie Berlin – Królewiec. Widać na nim ludzi sfotografowanych także przed domem, a ten na pewno stoi przy poniemieckiej stacji. Tymczasem linia do Czarnowa była skromna, jednotorowa. Widziałem jej tylko nędzny fragment ginący w trawie kawałek za Dworcem Północnym (te wrażenia też są już zresztą archiwalne). Nie załapałem się na stację Toruń Szkolna (Schulstrasse), Sienkiewicza, zwaną też Dworcem Zachodnim, bo ta została rozebrana nim się urodziłem. Stała przed obecną Od Nową. Po budynku nie został ślad (nawet na zdjęciach), wiąż jeszcze jednak trzymają się drzewa, jakie obok niego rosły. Będzie trzeba przejść się tam kiedyś z aparatem i zestawić stare z nowym.
Dworca nigdy nie widziałem, mam jednak fotkę, która została zrobiona przed nim. Bardzo dziękuję panu Andrzejowi Kamińskiemu, który się swoim zdjęciem podzielił. 40 lat temu wylotu ulicy Sienkiewicza zobaczyć nie mogłem, dzięki fotografii, mogę jednak spróbować go sobie wyobrazić.


To zdjęcie również zrobił pan Andrzej. Pociąg wyjeżdża, lub zbliża się do torowiska przy Dworcu Zachodnim na tle hotelu asystenckiego, który na zdjęciu powyżej dopiero się chyba buduje.

niedziela, 22 maja 2011

Podziemie tramwajowe

Przy okazji święta Bydgoskiego Przedmieścia wpadłem do muzeum komunikacji miejskiej, które mieści się w głębokich piwnicach biurowca przy zajezdni tramwajowej. Nigdy wcześniej tam nie byłem i bardzo tego żałuję, bo zbiory ta instytucja ma imponujące! Począwszy do podków (wersje letnie i zimowe) koni ciągnących pierwsze tramwaje, które 120 lat temu wyjechały z tego miejsca na miasto, przez dziesiątki pamiątek przedwojennych, wojennych, o tych późniejszych nie wspominając. Poza wyposażeniem konduktorów, motorniczych i samych tramwajów, są tam dziesiątki bardzo ciekawych zdjęć. O pani kustosz również muszę się wrazić z uznaniem, bo wiedzę ma imponującą! Z przewoźnikiem miejskim związana jest od 50 lat, posiedziała też sporo nad źródłami i antykami, bo komunikacyjna prehistoria również nie jest jej obca. Przykład? Proszę bardzo: ile dziennie zżerał koń ciągnący jeden z pierwszych toruńskich tramwajów? 21,6 kilograma paszy. Z jej składu zapamiętałem tylko owies i sieczkę, ale poza nimi było coś jeszcze. Kto ciekawy, niech sam pójdzie posłuchać, na pewno nie pożałuje. Muzeum nie jest jednak ogólnodostępne, swoją wizytę trzeba wcześniej zapowiedzieć. Polecam więc stronę toruńskiego MZK, a na niej telefoniczny numer centrali, bądź sekretariatu.
Piękna rzecz, rozkład jazdy toruńskich tramwajów ważny do 15 grudnia 1936 roku...
Tabliczki z trasami tramwajów, pamiątka z czasów okupacji. Czasy się zmieniły, szlak został ten sam, „dwójka” nadal kursowała między Bydgoskim Przedmieściem i dworcem kolejowym na moim Mokrem...
„Trójka” jeździła wtedy między Szosą Chełmińską i placem Bankowym (dziś Rapackiego), którego patronem był podczas okupacji autor hymnu NSDAP. Pardon, że zdjęcie trochę nieostre, ale w muzeum jest dość ciemno, a mi się zepsuła lampa w aparacie. Innej, choćby takiej Aladyna, akurat pod ręką nie miałem;)
Spluwanie w tramwaju wzbronione. Takie tabliczki by się dziś przydały na ulicach.
Kto pamięta jeszcze teleksy? Ja jednak najbardziej zachorowałem na ten czarny telefon po prawej stronie. Zawsze chciałem taki mieć...
Muzeum MZK ma wiele eksponatów, sporo zdjęć, nie ma jednak filmu. Wyprawę do zajezdni przy Siekiewicza uzupełniam więc kilkoma klatkami z przedwojennej wycieczki Bogusława Magiery. Oto jedna z moich ulubionych scen naszej czarno-białej perełki z panem Bogusławem i drzemiącym obok konduktorem „jedynki”. W tle widać fragment rozkładu jazdy i zawieszoną na oknie reklamę.
Przy okazji dodam do tych czarno-białych klatek nieco kolorów. Pani Jadwiga opowiada, że drzewa przy Szopena kwitły na przemian, na biało i czerwono. Poza tym tramwaje były żółto-niebieskie. To dziś w Toruniu widać, bo MZK wraca do tradycyjnych barw, maluje tak przebudowane własnymi siłami wagony. Kolory nie są jednak tak do końca tradycyjne, bo przed wojną były podobno zimne, a teraz są one cieplejsze.
Tramwaj jedzie sobie więc ulicą Chopina...
... i wjeżdża na plac Bankowy, a tam widać „czwórkę”, która właśnie zjeżdża z mostu. W prawym rogu wystaje poza tym fragment gazowni, która zbombardowana przez niemieckie lotnictwo już po zajęciu miasta przez sowietów, została rozebrana. Dziś w jej miejscu rosną drzewa i płynie uryna. Oficjalnie jest to dolinka westchnień, faktycznie jednak – wychodek, jeden z największych na starówce.