niedziela, 5 sierpnia 2012

Włóczykije, włóczykije...

Wbrew tytułowi, wcale nie będzie to pean na temat Nordic Walking. Do „kijkarzy”, z którymi często spotykam się w górach, podchodzę bowiem ze sporą rezerwą. Zdaję sobie sprawę, że tak łazi się wygodniej, jednak uzbrojona w tyczki kolumna, robi sporo hałasu. Metalicznego, który straszy zwierzęta, a więc zbędnego. Wolę już więc walnąć czasami szlachetną częścią ciała o glebę i takiej asekuracji nie szukam.
Strasznie mi się archiwum rozrosło. Lub, jak kto woli, zrobiłem się zbyt leniwy, by uzupełniać stronę. Cóż jednak począć, zalała mnie powódź starych zdjęć, kiedy to wszystko obrobić i opracować? Królestwo za trochę czasu! Nadrobię przynajmniej zaległości dotyczące naszych redakcyjnych wycieczek, stąd te włóczykije, które nawiązują do piosenki Tadeusza Woźniaka, wziętej z jednej czarnej płyty trzeszczącej mi przez ładny kawałek dzieciństwa, płyty trzeszczą mi zresztą nadal, bo ani jej, ani adapteru, się nie pozbyłem. Niech posłucha, kto ciekawy, w obsadzie same sławy, same sławy! LATO MUMINKÓW. Sławy sławami, muzyka i teksty piosenek i tak są tu najlepsze.
Wycieczki tymczasem toczą się, zgodnie z ideą, niedocenianymi szlakami. Ostatnio wiodą nieco pod górkę, bo paraliżuje je sezon urlopowy. No nic, odpracuje się to jesienią, kilka atrakcji mam już zabukowanych na wrzesień.
To będzie koniec, w tym roku zwiedzanie zaczęliśmy natomiast od muzeum w Grębocinie. Niżej widać, jak zwiedzające towarzystwo, pod okiem Agaty Dworzak-Subocz, zajmuje się czerpaniem papieru.
Zapraszam na kolejne wyprawy. W programie mamy na pewno – teatr Wilama Horzycy i obecnie niestety zamknięty skansen w Kaszczorku. Prawdopodobnie, ale to już jesienią, uda się także zorganizować wypad do cukrowni w Chełmży. Mam jeszcze kilka pomysłów, ale teraz szukam głównie czegoś na najbliższą sobotę. Wszędzie jednak ludzie są na urlopach...

Tyle ciekawych widoków i tylko trzy zdjęcia? Nie popisałem się. A może po prostu zbyt zasłuchałem? Było w czym. Buszując między pulpitami, gdzie część naszej wycieczki przechodziła krótki kurs rozwoju pisma, a później wywijała gęsimi piórami maczanymi w inkauście, słuchałem opowieści m.in. o tym, że aby zdobyć skórę na 400-stronicowe pergaminowe dzieło, trzeba było wysłać na tamten świat stado złożone z 200 wołów. No i jak tu nie być więc wdzięcznym Gutenbergowi?
Więcej zdjęć można znaleźć na stronie „Nowości” MUZEUM PIŚMIENNICTWA I DRUKARSTWA W GRĘBOCINIE. Jak dotąd zresztą, z każdej wycieczki do gazety trafia fotoreportaż, zatem przekopując gazetową witrynę, można znaleźć także obrazki z innych wypraw.


A to już wycieczka do stacji uzdatniania wody na Drwęcy. Zbudowana w latach 70., czyli w czasach, gdy miasto miało zasysać dziesięć razy tyle cieczy, ile spożywa teraz. Miasto, a w zasadzie miasta, wtedy odchodziły stąd dwa równej wielkości rurociągi, jeden wiódł do toruńskich kranów, drugi obsługiwał tylko Elanę.
Kilka lat temu stacja została całkowicie przebudowana, przy okazji wpompowano w nią 60 milionów złotych. Wtedy też miejsce to odwiedziła ostatnia duża wycieczka. Nasza przetarła nieco zarośnięty szlak. Mimo renowacji, woda z rzeki rusza w swoją podróż przez filtry w tym samym miejscu. Właśnie tu.

Słynne, podłączone do elektroniki małże, które kontrolują jakość pobieranej wody. Robią za pierwszy czujnik ujęcia, gdyby woda im zaszkodziła, włączyłby się alarm przerywający jednocześnie pompowanie.
Małże śpią sobie w takiej skrzynce.
Hmm, w Szkocji, Krakowie czy Poznaniu, tego by nie było widać. Tam węże trzyma się w kieszeni.
Zagłębie rury...
No proszę, Toruńskie Wodociągi nawet mleczarnię mają;).
Cmentarzysko wodociągowych weteranów.
Osad do prasy? Zatem co, powinienem tu zostać i dalej już nie zwiedzać?
Łoj, ale tu trzeba zmieszać się z błotem (bo to osady wytrącone z zassanej z rzeki wody), oraz przeczołgać się przez jakąś wrogo nastawioną maszynę.
I na koniec ląduje się w traktorowej przyczepie i niezbyt ciekawym towarzystwie. Nie, ja tu osadnikiem nie zostanę.
Centrum wodociągnięcia, lub jak kto woli: dyspozytornia. Pijąc do wspomnianych na początku Muminków (w jednym z najważniejszych miejsc pompowania wody, o piciu można chyba wspominać bez zahamowań?), DYSPOZYTORNIA – prawdziwie zbójeckie nazwisko;)!

Filtry lepiej oglądać po bokach tego pomieszczenia. To raj dla dziennikarzy, woda leje się tam hektolitrami! Tak mnie to więc zafascynowało, że zapomniałem o fotografowaniu.
Żartuję, załapaliśmy się nawet na płukanie jednego z filtrów. Było dużo szumu, ale ustawiłem się nieco niefortunnie i pieniący się widok ogarnąłem obiektywem niezbyt skutecznie.

Ha! Wydawało mi się, że z wycieczką na dawne i obecne tereny woskowe z Podgórza będzie bardzo pod górkę, a główna gwiazda tego spaceru, kasyno na terenie jednostki przy Armii Ludowej, pozostanie przez nas niezdobyte. Uchylam czapeczki przed panami w rogatywkach, wystarczył jeden telefon i brama, za którą stał wartownik, się przed nami otworzyła.
Kasyno omiotły serie aparatów fotograficznych... Tyle dobrego, przynajmniej dokumentacja powstała. Chociaż... Może ktoś dzięki niej zdecyduje się budynek wynieść za płot i go w ten sposób uratować?

Nasz przewodnik, na tle wieży ciśnień miasteczka poligonowego, z jej archiwalnym wizerunkiem – kilka miesięcy temu już tu zresztą publikowanym. Hmm, jakże ciekawy jest to budynek! Wewnątrz można jeszcze zobaczyć dwa wielkie nitowane zbiorniki, a na przeciwnej ścianie resztki dwóch wodowskazów.
Wieża stoi dziś po cywilnej stronie płotu, należy do miasta. Jeszcze stoi, ale pewnie tylko dlatego, że nadzór budowlany o niej zapomniał. Jej stan Toruniowi urąga i mogę się założyć, że zabytek czeka zagłada.
Jak zwykle, na wycieczkę, zabrało się z nami kilka osób wcześniej z miasteczkiem poligonowym związanych. Patrzyli na wieżę ze zdziwieniem, ale kawałek dalej oczy urosły im jeszcze bardziej, gdy popatrzyli na drugą stronę ogrodzenia, gdzie jeszcze niedawno znajdowały się budynki komendantury. Obecnie nie ma po nich śladu, w ich miejscu stoją nowe domy. Nie chcę się powtarzać, bo to nudne, ale – do kurwy nędzy – nie rozumiem polityki teraźniejszych gospodarzy miasta zabytków, za jakie Toruń chce uchodzić. Most się buduje, super. Burzenie tego, co stanowi o wyjątkowości miasta, lub (jakże częste!) doprowadzanie do upadku, jest jednak zbrodnią! Z każdą następną dekadą, konsekwencje tego zaślepienia będą ciążyły Toruniowi coraz bardziej.
Ale co tam Panie i Panowie „Gospodarze”, po nas choćby potop?

Wojskowi wpuścili nas do swego królestwa pod wieloma warunkami. Jednym z nich była obietnica, że nie wparujemy na poligon. Gdyby któryś z nich tu zajrzał, pragnę uspokoić – za bramę Boga Wojny wsadziliśmy tylko nosy. Jak widać na obrazku, bomba nie poszła w górę, zatem strzelania nie było.
Vis-a-vis bramy poligonowej za pruskich czasów znajdowała się restauracja „Hohenzollern”. Dziś jest to budynek mieszkalny, jak chyba każdy pozostający w rękach kombinatu zwanego Zakładem Gospodarki Mieszkaniowej, sam już pewnie nie pamięta, jak się w czasach swojej świetności miewał. My na szczęście mogliśmy próbować to sobie wyobrazić, podpierając się zdjęciami sprzed niemal stu lat. Na pierwszym planie widać nieco niewyraźnie kartkę z „Albumu rodzinnego”. Jakieś cztery lata temu do jego gospodarza zgłosiła się posiadaczka niezwykle urodziwego antycznego talerzyka. Myślała, że pochodzi on z „Esplanady”, tymczasem jednak jej skarb okazał się znacznie cenniejszy i wyszedł właśnie stąd.

niedziela, 29 lipca 2012

Czas wędrujących chat

Zaczynam wierzyć w siłę drukowanego w gazecie słowa. Wszystko potoczyło się tak błyskawicznie i zakończyło takim sukcesem... Tydzień temu napisałem o początku budowy nowego Parku Etnograficznego przygotowywanego przez nasze usadowione w arsenale artyleryjskim muzeum. CZAS WĘDRUJĄCYCH CHAT. W poniedziałek dostałem telefon od pewnej pani, która od czterech lat stara się sprzedać działkę w Złotorii. Grunt jest idealnie położony, chętni się zatem dobijają, jednak wszyscy skapitulowali widząc stojącą tam drewnianą chałupę. Swoją drogą źle to o nich świadczy, ja bym to wziął bez mrugnięcia oka, w takich domach doskonale się śpi.
Co w związku z tym zrobić, napisać? Miałem mieszane uczucia, bo przecież tym samym pomógłbym właścicielom zarobić, a takich rzeczy się nie robi. Z drugiej jednak strony, inni podobne problemy z niechcianymi zabytkami rozwiązują na ogół przy pomocy kanistra z benzyną i pudełka zapałek. Tym najwyraźniej na zachowaniu domu zależało. Sam się zresztą o tym przekonałem, bo tam w towarzystwie naszego mistrza szkiełka i oka, oraz pani Doroty z Muzeum Etnograficznego, poleciałem. Gospodarze, widząc nasze zainteresowanie, zaczęli wyciągać różne rybackie sprzęty, sama chata też była fantastyczna... Nie, wobec tego wszystkiego nie można przejść obojętnie! Napisałem więc CHATA SZUKA GOSPODARZA. Bez specjalnej wiary w sukces, mamy przecież kryzys, poza tym mój wcześniejszy podobny apel dotyczący kasyna z jednostki przy ulicy Armii Ludowej w Toruniu, do dziś nie doczekał się odpowiedzi. Tekst ukazał się w sobotę, los chaty rozstrzygnął się jeszcze tego samego dnia. Znalazła się szlachetna dusza, gotowa przenieść dom na swoją działkę pod Dzikowem. Zdeterminowana, bo wcześniej próbująca ściągnąć tam chatę stojącą gdzieś pod Tarnowem, a poza tym należąca do konserwatorki, co w tym przypadku bardzo dużo znaczy.
Ha! Wygląda na to, że rzeczywiście nastał u nas czas wędrujących chat.


OKiennice... Też chciałbym takie mieć. Całą resztą również bym zresztą nie pogardził. Może kiedyś?
Ten fragment ściany prawdopodobnie został zbudowany z drewna wziętego z kadłuba berlinki. Dowodem na to mają być te zaczopowane otworki, sensu ich istnienia jeszcze nie znalazłem.
Mam wielką słabość do pieców, a szczególnie węglowych kuchni. W domu mojej babci stała znacznie większa, paliłem w niej cukier. Inne rzeczy też, ale ten, rzucany na rozżarzone węgle, buzował się najbardziej efektownie. Że co? Piroman? Nic z tych rzeczy! Pamiętam jeszcze, ile wynosi liczba Pi (wartość liczby Sigma jest mi obca, nie lubiłem Przybyszy z Matplanety), Romanem zwany jest jednak mój ojciec, nie ja.
Pływaki do sieci. Na poddaszu, gdzie tego znaleziska dokonaliśmy, były jeszcze piękne drzwi, komin z wędzarnią, krokwie ze znakami ciesielskimi i stolik zastawiony musztardówkami (pustymi). Mój niezbyt błyskotliwy aparat nie mógł jednak dać rady panującemu pod eternitem półmrokowi. Pewnie jednak uda się tu jeszcze wrócić.
Jak wiadomo, dawniej cieśle budowali chaty bez użycia gwoździ.
Niemiecka skrzynka, ale styropian, butelka i bałagan już polskie.
Warto się zabrać za przenosiny chaty, choćby ze względu na to, by później przyjąć pod jej strzechę taki kredensik. Mebel nie był jednak w komplecie, ale i tak się nie zmarnuje...

czwartek, 26 lipca 2012

Balcerowicz, sąsiad Grossówny

Uwaga! Informator, który umiejscowił Balcerowiczów w kamienicy obok domu Grossówny, trochę się pomylił. Rodzina przyszłego profesora mieszkała trochę dalej, co jednak nie zmienia faktu, że – mówiąc współczesnym językiem – wybitny ekonomista był poniekąd ziomalem aktorki.
Cholera, to miasto nie przestaje mnie zadziwiać. Niedawno sporo miejsca poświęciłem poszukiwaniom domu Heleny Grossówny POŚWIĘCONE MIEJSCE Znalazłem ulicę, którą okazały się być bardzo dobrze mi znane Kościuszki, nie znalazłem jednak domu, bo ten – nr 83 – dawno już został rozebrany. Koniec wykopków? Tak sobie myślałem, aż do chwili, gdy do redakcji zajrzał jeden z czytelników, przedwojenny toruniak i tropiciel miejskich skarbów...
Na zdjęciu pani Helena, w roli ozdoby okładki „Kina” z 22 sierpnia 1937 roku.

Otworzył książkę z dobrze mi znanym zdjęciem Andrzeja Kamińskiego pokazującym sfotografowane w 1967 roku młyny przy Kościuszki i sąsiadujący z nimi ówczesny wiadukt.
- Niech pan popatrzy – powiedział. – W tej piętrowej kamienicy mieszkał Leszek Balcerowicz, dalej, ten niski domek, to numer 83, którego pan szuka. W ostatnim budynku mieszkali natomiast moi rodzice.
I tak historia, którą już w zasadzie zamknąłem, doczekała się niespodziewanego dalszego ciągu. Wyszło na to, że koniec świata, jaki za mojego dzieciństwa zajmował się za młynami, powinien zostać nazwany zaułkiem wielkich torunian. Tu, w małym domku ze stromym dachem, jesienią 1904 roku urodziła się jedna z największych przedwojennych polskich aktorek, a tuż obok, w budynku nieco wyższym, kilkadziesiąt lat później swoje pierwsze kroki zaczął stawiać jeden z najwybitniejszych światowych ekonomistów.

Wiadukt z archiwalnego zdjęcia, zresztą jednego z najbardziej niezwykłych, jakie ostatnio od pana Andrzeja dostałem, podobno istnieje do dziś. Nie został zburzony, ale zasypany. Jakoś nie mogę się jednak zorientować, gdzie do jasnej Anielki?! W podjeździe wiaduktu zbudowanego na przełomie lat 70. i 80.?
Bez względu na miejsce jego wiecznego spoczynku... Przez wzgląd na różne takie rzeczy, jakie kryją się pod chodnikiem, tym bardziej trzeba po toruńskim bruku stąpać z uwagą.

Domki z poligonu

W sobotę, 28 lipca, idziemy się włóczyć po miasteczku poligonowym na Podgórzu. Wojsko było na tyle miłe, że zgodziło się naszą wycieczkę wpuścić na teren swojej jednostki na rogu Okólnej i Armii Ludowej, żebyśmy mogli z bliska popatrzeć na znajdujące się tam byłe kasyno oficerskie. Do środka nie wejdziemy, ale z zewnątrz popatrzeć warto, tym bardziej, że temu wyjątkowemu budynkowi grozi rozbiórka.
Spotykamy się o 12 przy biurze przepustek, zapraszam.

wtorek, 10 lipca 2012

Było sobie Mokre...

Tonę. Zalewa mnie fala starych zdjęć, ale bardzo się z tego cieszę, bo w takiej zalewie miasto wygląda bardzo apetycznie, a ja konsumuję je z wielkim apetytem.
Pytanie za sto punktów: którędy i dokąd idą ci odświętnie odziani ludzie? Też skapitulowałem. Od 1934 roku, z którego pochodzi to zdjęcie, ulica Bażyńskich zmieniła się przecież całkowicie. Zamiast klepiska jest asfalt, zniknęły za to widoczne tu budynki szachulcowe. Ludzie idą na mszę do kościoła Chrystusa Króla, znajdują się gdzieś na wysokości dzisiejszego basenu elanowskiego. Jedynym punktem rozpoznawczym pozwalającym zidentyfikować te miejsce jest widoczny w tle dach willi na rogu Grudziądzkiej i Grudziądzkiej.

O tej, sfotografowanej przez pana Andrzeja Kamińskiego, podczas przebudowy skrzyżowania na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.
No i jeszcze rzut oka na wylot Bażyńskich. Z tego samego czasu i źródła.
Kolejny widok na początek ulicy Bażyńskich, tym razem wzięty z rodzinnych zbiorów pani Danuty Mróz. Nieco starszy od zdjęć pana Andrzeja i młodszy od fotografii pierwotnej. Tak to miejsce wyglądało pod koniec lat 50. – w głębi widać budynki przy obecnej ulicy księdza Gogi. Współczesnego ujęcia nawet nie próbowałem zrobić. Drzewa wszystko zasłaniają.
Jeszcze jeden niezwykły kwiatek. Ulica Panieńska AD 1957. Dziś nazywa się Wojska Polskiego, ale moim zdaniem miasto dawno już powinno do tradycyjnej nazwy powrócić. Nie mam nic przeciw Wojsku Polskiemu, jednak Panieńska sięga bardzo daleko do istniejącego w tej okolicy średniowiecznego klasztoru. Ulica była Panieńską, gdy Wojska Polskiego jeszcze nie było...

Benedykt Jankowski spaceruje sobie przed wielu laty ulicą Podgórną, na wysokości jej skrzyżowania z Ogrodową.
Jak tu się, cholera, skutecznie przymierzyć do powtórki ze zdjęcia, jeśli wokół powyrastały bloki, drzewa, a ulicą ciągle jadą samochody? Dom po lewej, jak widać się zachował, za zasłoną zieleni kryje się również widoczna na archiwalnej fotografii chałupka z „pruskiego muru”. Płoty wszędzie są dziś jednak zupełnie inne.
Fortuna odkrywcom sprzyja. Włócząc się po Mokrem w poszukiwaniu nowych wersji starych widoków, na ścianie domu z rogu Wiązowej i Podgórnej znalazłem ślady dawnego napisu. Jak to się stało, że chodząc tędy tyle razy wcześniej go nie zauważyłem? Wiem, gapa jestem, jednak wytłumaczenie ze szczęściem poszukiwaczy odpowiada mi znacznie bardziej;).
Wiązowa 16, gdzie we wczesnych latach 40. mieszkała rodzina pani Aleksandry Bobeckiej, właścicielki większości prezentowanych tu fotografii. Zdjęcie trochę rozmazane, ale piękna latarnia stojąca przed budynkiem, wygląda okazale.
Dziś kamienica nie jest już taka efektowna. O stojącej przed nią latarni w ogóle nie ma sensu wspominać.
Podczas okupacji, brukowana wtedy ulica Wiązowa stała się poligonem doświadczalnym dla konstruktorów, którzy zbudowali podwórkowy wóz bojowy. Jednym z nich był tato naszej fotograficznej dobrodziejki. Proszę spojrzeć na obuwie pionierów toruńskiej myśli technicznej, czy też może raczej... jego brak.
Domek, który użyczył swoich wdzięków jako tło prezentacji młodych konstruktorów, nieco zarósł.
Dom przy ulicy Wiązowej, który znajduje się tuż obok placu manewrowego zbudowanego podczas okupacji pojazdu. Jego czarno-białą wersję wykonał na początku lat 90. pan Andrzej Kamiński. Ja ją wrzuciłem do gazety, co jakiś oburzony czytelnik skomentował, że to przecież fotografia współczesna. Poniekąd się zgadzam, na zdjęcia sprzed dwóch dekad również spogląda mi się jakoś dziwnie. Z drugiej jednak strony, mimo upływu lat, nic się tu nie zmieniło. No, prawie, bo pewnie nikt dziś w mieście nie znajdzie uwiecznionych na archiwalnej fotografii stojących przed domem śmietników.

Przedszkole przy ulicy Grudziądzkiej, vis-a-vis wylotu dzisiejszej ulicy Sczanieckiego.
Mam wrażenie, że dawniej świat był bardziej widoczny. Dziś, jeśli nie zasłaniają go drzewa, to zakrywają parasole.

sobota, 7 lipca 2012

Z głębi dziejów

Wiem, że przy panujących ostatnio upałach, nie powinno się wspominać o odgrzewaniu. Narobiłem sobie jednak strasznych zaległości, z kolekcji kotletów szybko wymagających termicznej obróbki wyrywa się przede wszystkim odkrycie, jakiego miesiąc temu dokonał przy ulicy Rabiańskiej zespół archeologów pod przewodem Lidii Grzeszkiewicz-Kotlewskiej. Przepraszam, zdjęcia są mocno takie sobie, jednak wiadomość o tym spadła na mnie, gdy mozoliłem się z tekstem do magazynu, mając jeszcze na karku dwa inne do gazety codziennej. Tykanie zegara odczuwałem więc dość dotkliwie, ale naturalnie poleciałem, choć zabawiłem tam tylko przez chwilę.
Archeolodzy wykopali dwie niezwykłe pamiątki z czasów, gdy Toruń był jeszcze młodzieniaszkiem. Odkryli piec garncarski, zresztą pierwszy, jaki do tej pory udało się w mieście odnaleźć. Bardzo ciekawy! Obok niego trafili na pojemnik z przygotowaną do wyrobu gliną, wewnątrz samego pieca odnaleźli natomiast częściowo tylko wypalone garnki. Aha, wokół były jeszcze fragmenty nadpalonego drewna, co wskazuje na dość gwałtowny i tragiczny koniec warsztatu, który na przełomie XIV i XV stulecia na pewno już nie istniał.
Obok niego znaleźli również studnię. Niesłychanie, jak na toruńskie warunki, głęboką. Gdy wspólnie z fotoreporterem zaglądałem do jej wnętrza, badacze dobijali do siedmiu metrów i wciąż jeszcze znajdowali drewno, z jakiego zbudowana była cembrowina. Jak mówi pani Lidia, studnia najprawdopodobniej nie służyła celom spożywczym, ale gospodarczym i znacznie przeżyła warsztat, przy którym powstała. Zamuliła się i została zasypana jakoś w XVI wieku.

Trudno uwierzyć, by drewno z cembrowiny miało 700 lat. Nie jest nadgryzione ani zębem czasu, ani też lubującego się w drewnie robactwa. Szkoda tylko, że studnia najprawdopodobniej nie zostanie zachowana. Plany inwestora, do którego należy podwórko, przewidują w tym miejscu kuchnię, a wymogi sanepidu raczej nie pozwolą przykryć znaleziska szkłem. Obiekt zostanie zatem pewnie zasypany. Sprawdzę jego przyszłość, gdy skoczę obejrzeć wydobyte ze studni przedmioty. Jak każde takie miejsce, studnia okazała się kopalnią skarbów – kiedyś, w podobnej odkopanej przy Kopernika, archeolodzy znaleźli dwa całe XV-wieczne kurze jaja w koszyku (jedno z nich miałem w łapie). Studnia z Rabiańskiej nie została co prawda przed wiekami zamieniona w wysypisko śmieci, ale to, co utopiło się korzystającym z niej ludziom, i tak daje wiele powodów do radości. No i doskonale zachowane drewno pozwoli określić rok, w jakim zostały ścięte potrzebne na budowę drzewa.
Bardzo udana wycieczka. Wracając, złowiłem jeszcze na Rabiańskiej stary napis.

środa, 4 lipca 2012

Już nie czekamy, już zaczynamy!

Wycie...
Wycieczka! Rozpoczynamy wakacyjne łażenie do miejsc ciekawych, niedostępnych, lub niedocenionych. Jeśli komuś potrzebna zachęta, znajdzie ją TUTAJ



Tu się spotykamy, w sobotę, tuż przed 11. W miarę możności proszę się wcześniej mailowo zaanonsować. Wolę uniknąć tłoku, który zwiedzaniu nie służy.