niedziela, 24 czerwca 2012

Piękna Helena... toruńska

Wielka, na mojej stronie, nieobecna. No, może niezupełnie, bo o Helenie Grossównie, pochodzącej z Torunia królowej polskiego przedwojennego srebrnego ekranu, kilka razy już gdzieś mimochodem wspominałem. Taka postać zasługuje jednak na więcej uwagi, tym bardziej, że przecież to z podszeptu „Nowości” w 2009 roku, miasto przypomniało sobie o „Helence z Torunia”, podczas jednego z wydań festiwalu filmowego Tofifest. Cóż, wtedy jeszcze Piątej Strony nie było, wszystkie związane z Grossówną odkrycia opisywałem zatem tylko w gazecie, a w niej na ogół mieści się tylko ułamek całości, który zresztą na ogół później ginie gdzieś w archiwum.
Tofifest umieścił swoją poświęconą Grossównie tablicę na ścianie Naszego Kina, które przez te trzy lata zostało jednak zamknięte. Co jakiś czas wracają więc dyskusje dotyczące jej przeniesienia w jakieś lepsze miejsce (budynek jest w tej chwili opuszczony, ale miała się w nim ulokować knajpa sportowa), a ponieważ niedawno zagadnął o to odwiedzający Toruń syn Grossówny, korzystam z okazji, by swoje zaniedbanie naprawić.
Tytułową fotografią podzielił się ze mną pan Krzysztof Trojanowski, toruński biograf aktorki. Grossówna, bardzo efektownie prezentuje się tu na deskach Teatru Miejskiego w Toruniu w operetce “Piękna Carrena” (“Noc w San Sebastian”) Ralpha Benatzky`ego w reżyserii Witolda Zdzitowieckiego. Zdjęcie pochodzi z kwietnia 1931 roku.

Na przedwojenne polskie filmy zawsze patrzyłem z przymrużeniem oka, być może dlatego nie zauważyłem wcześniej, że niektóre z nich są dobre. Pewnie, mimo oczu częściowo zamkniętych, uszy pozostały otwarte, dawno temu zwróciłem więc uwagę na doskonałą muzykę. Reszta jednak... Dziwiłem się i dziwię nadal, dlaczego w kraju pełnym tylu wspaniałych umysłów powstawały tak przesłodzone filmy? A przecież bywalcy Ziemiańskiej często bywali w powstanie tych trzeszczących dzieł zaangażowani. No dobrze, może zarzut dotyczący słodyczy nie jest trafiony, przed wojną, jak wspomniał Wańkowicz, cukier przecież krzepił.
W filmach z Grossówną słodyczy nie brakuje, jest też jednak coś, co powoduje, że większość z nich można dziś oglądać z wielką przyjemnością i nie chodzi mi tu tym razem o samą aktorkę, która z pewnością byłaby ogromną ozdobą nawet najgorszej szmiry. To „coś” docenili również w 2009 roku widzowie towarzyszącego Tofifestowi przeglądu filmów z panią Heleną. Przy okazji przenosin tablicy może trafi się okazja na powtórkę z rozrywki?


Krzyk zachwytu? Zgadzam się. Od „Zapomnianej melodii” bardziej sobie co prawda cenię „Pawła i Gawła” – choćby ze względu na scenę w obozie cygańskim (rany, co za muzyka!). Nieco bardziej osłodzona „Melodia” również jednak udowadnia, że przedwojenne polskie kino miało dość asów w rękawie, by zaimponować Hollywoodowi. Grossówna i piosenka, z której ten kadr pochodzi, z pewnością do nich właśnie należą.
Trzy lata temu Helena Grossówna przypomniała się w Toruniu z wielkim hukiem. Tofifest, poza tablicą pamiątkową, zorganizował także przegląd jej filmów, przed ekran ściągając tłumy. „Nowości”, jako drugi współudziałowiec całego zamieszania, rozpoczęły naturalnie poszukiwanie pamiątek. Znalazło się ich sporo, bo odezwali się ludzie, którzy panią Helenę pamiętali, dali o sobie znać również jej toruńscy krewni. Pan Andrzej Marchewka przyniósł do redakcji kilka zdjęć, między innymi to, na którym widać Helenę Grossównę spacerującą po Toruniu razem z Gerardem Marchewką, ojcem pana Andrzeja i siostrzeńcem pani Heleny.
Grossównę na stronie zaniedbałem, impulsem do tego, by chwycić za pióro, stała się wizyta jej syna, pana Michała Cieślińskiego. Powinienem jednak puścić je w ruch już dawno, przede wszystkim w gazecie. W 2009 roku, ufundowana przez Tofifest tablica ku czci aktorki trafiła na ścianę „Naszego kina” przy Podmurnej, ostatniej takiej placówki w mieście. Miała tu sławić filmowe tradycje miasta, jednak niestety, ze dwa lata później kino zostało zamknięte. Dziś więc tablica ozdabia pusty budynek, który przez moment miał się zresztą stać knajpą sportową. Straciła swój sens i wobec niepewnej, ale raczej na pewno nie filmowej przyszłości lokalu, powinna zostać przeniesiona. Tylko dokąd? Najlepszy byłby teatr, gdzie – jak widać na załączonym wyżej obrazku – Grossówna stawiała swoje pierwsze kroki na scenie. Poza tym jest jeszcze kamienica, dawna siedziba domu towarowego Stefana Kałamajskiego, gdzie w latach 20. przyszła aktorka zarabiała na naukę w szkole baletowej będąc subiektką na stoisku z konfekcją męską. Tu zresztą poznała swojego pierwszego męża, Jana Gierszala, który podczas okupacji zginął w obozie koncentracyjnym, wtedy jednak był jednym z twórców polskiego teatru w Toruniu, a później zarządcą francuskich dóbr Poli Negri. Znajomość z sąsiadką z Lipna bardzo zresztą pomogła pięknej Helenie w karierze i pod koniec lat 30. otworzyła bramy Hollywoodu, zamknięte jednak wybuchem wojny. W styczniu 1940 roku, razem z Dymszą i Bodo, miała płynąć do Ameryki, kupiła już nawet bilet na statek...
Na fasadzie dawnego królestwa ciuchów Kałamajskiego tablica jednak zginie. Dziś, w tej kamienicy przy Szerokiej kwateruje McDonald`s.
Bardzo lubię słuchać pana Michała, sfotografowanego niżej i patrzącego na poświęconą matce tablicę. Rękawy ma pełne anegdot i ciekawych opowieści. „Z Piotrem Fronczewskim wychowaliśmy się za kulisami warszawskiej Syreny”. Po wojnie Grossówna, która w tym teatrze zakotwiczyła, miała podobno szansę zostać jego szefową. Warunek był jeden – musiała się zapisać do partii, czego nigdy nie zrobiła.
Ojcem chrzestnym pana Michała był Adolf Dymsza. Dowiedziałem się więc np., że wybitny komik pod koniec życia stracił słuch z powodu komplikacji zdrowotnych spowodowanych pełzaniem w błocie, bodajże na planie „Dodka na froncie” (1936). Scena ostatecznie do filmu nie trafiła... Inna opowieść, tym, którzy nie znali ojca pana Michała, Dymsza opowiadał: „Wiesz, trzymałem jego małego do chrztu”.
Tadeusz Cieśliński, ojciec pana Michała, to już inna historia. Przez pierwszych kilkanaście lat Polski ludowej nie mógł znaleźć pracy, bo mu jej dysponenci cały czas powtarzali, że ma życiorys pisany Maczkiem. A pewnie, w u przyszłego generała, w 10 Brygadzie Kawalerii Pancernej służył już w 1939 roku. Pod koniec wojny pułk 1 Dywizji, którego był oficerem, wyzwolił obóz w Oberlangen, gdzie więzione były uczestniczki powstania warszawskiego. Tam poznał panią Helenę.
Z tym obozem również zresztą wiąże się ciekawa opowieść, jaką złowiłem podczas ostatniej wizyty pana Michała w Toruniu. Wspomniał, że siedział kiedyś w jakiejś kawiarni i usłyszał, że sąsiadki przy stoliku obok, wspominają swój pobyt w Oberlangen. Zaintrygowany podszedł więc do nich, przedstawił się i zapytał, czy spotkały tam jego matkę – Helenę Grossównę. Te się strasznie wzruszyły i zaczęły wspominać, jak to one, je dziewczynki w zasadzie, podtrzymywała tam na duchu.
Ech, ktoś powinien te wszystkie opowieści spisać.

Pomyślałem, że tablicę dobrze by było przenieść do szkoły przy Łąkowej, w której Grossówna się uczyła i, jak wspominała jej koleżanka z klasy, a zarazem prababcia mojego redakcyjnego kolegi Tomka Bielickiego, tańczyła na ławkach. Idea bardzo mi się spodobała, bo moja dawna podstawówka liczy sobie już ponad sto lat, kolejne będzie liczyła dalej i, w odróżnieniu od kina, na pewno nikt jej nie zamknie. Dzięki temu będzie też można ponieść oświaty kaganek, bo uczniowie szkoły pamięć aktorki na pewno będą kultywować, z korzyścią dla pamięci i siebie. Teraz jednak mam co do tego dość mieszane uczucia. Tablicę przy Podmurnej, nawet tkwiącą na ścianie opuszczonego budynku, mijają jednak jacyś przybysze, przystają przy niej i czegoś się dowiadują. Wiem, bo przecież redakcja ma swoją siedzibę vis-a-vis, a moje okno wychodzi akurat na świętej pamięci kino. Pod szkołę na Mokrem nikt taki nie zajrzy, zatem najlepiej by chyba było przenieść tablicę w jakieś inne związane z aktorką miejsce na starówce (teatr?) i uczynić Grossównę patronką szkoły. Mam prawo coś takiego zaproponować, bo pamiętam, że w połowie lat 80. ubiegłego wieku, razem z innymi uczniami zrzucałem się po 20 złotych na tablicę ku czci Hanki Sawickiej, wtedy tam panującej. Od momentu detronizacji w III RP, szkoła jest bezimienna... Jeśli więc będzie trzeba, mogę się dorzucić do kolejnej tablicy, co mi tam.
Z uzupełnianiem strony nie należy się guzdrać, bo niedokończone wpisy mogą się zdezaktualizować. Poprzednio napisałem, że tablicą najlepiej by było ozdobić dom aktorki. Trzy lata temu, gdy szukaliśmy toruńskich śladów Grossówny, większość czytelników wspominała, że jej rodzinne gniazdo znajdowało się przy dawnej ulicy Wodnej, a więc obecnej PCK – na jej rogu z ulicą Dekerta.
Budynek, jak widać na zdjęciu, niestety już nie istnieje, jednak nie był to jedyny adres, jaki się wtedy pojawił. Ktoś inny, nie pamiętam już, kto wspomniał, że dom stoi do dziś. Przy okazji sprzedał całkiem apetyczną historię o tym, jak wielka kinowa gwiazda przyjeżdżała przed wojną w odwiedziny do rodziny, co w połowie Mokrego było sygnałem do pospolitego ruszenia, bo po pierwsze, można było zobaczyć królową srebrnego ekranu, a po drugie, jej samochód. Ze względu na drobiazgowość opisu, ten ślad wydał się również bardzo autentyczny. No i słusznie, pan Bohdan Orłowski z oToruniu.net sprawdził w przedwojennych księgach adresowych, że w latach 20 i 30 wdowa Waleria Gross mieszkała przy Wodnej 30. Dom ten stoi do dziś na rogu PCK i Głowackiego.

Niezwykle ucieszony zachowanym wciąż jeszcze znaleziskiem, dostałem wiadomość, która poziom radość jeszcze podniosła. Pani Elżbieta Komassa, bibliotekarka szkoły przy Łąkowej znalazła Grossównę w spisie uczniów tej placówki. Pochylony nad stuletnim papierem rozdziawiłem gały ze zdumienia. Zgodnie z wymogami niemieckiego porządku odnotowano tam: Helena Groβ, ojciec nie żyje (Leonard Gross był rzeźnikiem, zmarł jakoś w 1909 roku – tych informacji naturalnie w kronice szkolnej nie było). Matka Waleria, uczennica urodzona 25 listopada 1904 roku została przyjęta do szkoły 1 kwietnia AD 1911 i opuściła jej mury 30 września roku 1918, kończąc klasę 6 „b”. Wszystko się zgadza, a do tego dochodzi jeszcze sporo nowych informacji. Najbardziej zaskakującą okazał się adres. Familia przyszłej aktorki musiała się na Wodną przeprowadzić już w wolnej Polsce, bo w szkolnej księdze jest napisane Lindenstraβe 71. A więc Kościuszki i to daleko, gdzieś za młynem!
Przed wojną, na Wybrzeżu, na wszelkie kłopoty był detektyw Bednarski. Lektura tego rozdziału utwierdzi każdego czytelnika w słusznym przekonaniu, że wszelkie problemy dotyczące przedwojennego Torunia najskuteczniej rozwiązuje pan Bohdan Orłowski. Mając w ręku kolejny adres, ponownie zgłosiłem się więc do niego z prośbą o koordynaty po zmianie numeracji. Dostałem je od ręki, z informacją, że w archiwum gospodarza strony oToruniu.net dom numer 84, bo nim stała się poprzednia 71. nie zostawił po sobie żadnego śladu, zatem pewnie już nie istnieje. Rzeczywiście, zniknąć musiał już bardzo dawno temu. Biała kamienica po prawej stoi przy Kościuszki 87, czerwona w głębi ma numer 85. Dom Grossówny zajmował więc na pewno plac obok, który odkąd pamiętam, jest pusty.
Sporo napisałem o budynkach, gdy tymczasem przecież głównym bohaterem tej opowieści jest człowiek. Oto więc rodzina Heleny Grossówny z archiwum pana Andrzeja Marchewki.

12 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Ze strony Muzeum Powstania Warszawskiego wynika, że rodzice nosili imiona Leonard i Waleria. Myślę, że źródło jest raczej wiarygodne (przecież tam też nie siedzą idioci!). I jak sama pani Helenka kiedyś powiedziała "Moja matka wcześnie owdowiała po raz drugi, pozostając z czwórką dzieci".Wiem również, że Jan Gierszal zginął w obozie koncentracyjnym w Mauthausen, a posiadłość (z zameczkiem z XVII w.), którą zarządzał znajdowała się ok 50 km od Paryża. Podobno tam p. Helenka miała wziąć z nim ślub. Pod koniec jej pobytu we Francji (Paryżu) w roku 1930 podobno po raz pierwszy zetknęła się z filmem - polskiej wersji "Tajemnicy lekarza" w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego. Podobno był to tylko epizod, ale wśród samych gwiazd (Ludwik Solski , Kazimierz Junosza-Stępowski, Maria Gorczyńska). Fascynująca kobieta - można pisać godzinami. Czekam aż ktoś napisze jej biografię. ~Monika

SzymonS pisze...

Dziękuję za informacje. Biografia już się w Filmotece pisze, w przyszłym roku ma trafić do księgarń.

Anonimowy pisze...

Dzięki Bogu. ~Monika

SzymonS pisze...

Raczej dzięki panu Adamowi Wyżyńskiemu, kierownikowi filmotekowej biblioteki, który nad tą biografią pracuje:).

Anonimowy pisze...

Warto wspomnieć o powojennym filmie "Kolorowe pończochy", w którym zagrała Helena Grossówna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że plenery kręcony były w Toruniu.

kolysanka pisze...

Przepraszam, i co z ta biografia? Bo juz jest po polowie 2014 roku.

SzymonS pisze...

Rozmawiałem w czerwcu z autorem. Książka jest gotowa, z wydaniem jej pojawiły się jednak problemy. Człowiek odpowiedzialny umarł czy coś. Biografia powinna się pojawić w księgarniach na 110 rocznicę urodzin HG, czyli jesienią.

kolysanka pisze...

Chyba wciaz jej nie ma. Moze ma pan nowe wiesci odnosnie wydania biografii?

Kasia Turajczyk pisze...

Biografia ciagle jest jeszcze gdzies w zawieszeniu. Podobno doszly jakies dodatkowe informacje, fakty i zdjecia.

A Michala Cieslinskiego rzeczywiscie mozna sluchac, sluchac i sluchac. Swietnie opowiada a jego pamiec jest fenomenalna. :-)

Anonimowy pisze...

Mamy marzec 2016 biografii dalej nie ma! Czy są jakieś nowe informacje? Ciągle czekamy i nic :(

Anonimowy pisze...

co z tą biografią? czy wiadomo kiedy się ukaże? Strasznie dużo tych przeszkód w wydaniu, to ciągnie sie latami...

Anonimowy pisze...

Dokładnie, czy ktoś coś wie kiedy biografia będzie dostepna? Bardzo prosze o jakiekolwiek informacje...