środa, 17 października 2012
Skały jesienią malowane
Wracając do kraju, przeskoczyliśmy jeszcze dawną polsko-rumuńską granicę, by zahaczyć o kilka skał i jedną górę. Rok temu oglądałem most na Czeremoszu stojący dziś niedaleko tego granicznego, po którym w 1939 roku polski rząd udał się na wieczną tułaczkę. Szkoda, że nie zerknąłem wtedy nieco dalej! Rumuńskie panowanie nie trwało tu długo, jednak architektura przedwojennych budynków, mocno się od tej po ówczesnej polskiej stronie różni.
To jednak mogliśmy zobaczyć tylko przejazdem, ostatecznie dotarliśmy bowiem do miejsca za Wyżnicą, którego nazwy w tej chwili nie pomnę, ale pod każdym względem współczesnego. Rany, czego tam nie było! Zwierzęta – prawdziwe i sztuczne, stok z wyciągiem, na tle wielkiego jaja. Koszmar! No i piwo po 12 hrywien za kufelek (gdzie indziej można za taką sumę wypić dwa).
Im dalej jednak, tym było piękniej i ciekawiej. Góry najpiękniej wyglądają jesienią. Który raz już to mówię?
Gruss aus Hotel Bellevue.
Wieczny filozof.
Niby wszystko jest tu ustawione dla śmiechu, jaja na stoku, kiczowate figurki zwierzątek. Między nimi stoją jednak tablice opisujące bogatą przeszłość okolic. Reprodukcje pocztówek austro-węgierskich pocztówek, informacje o różnych znanych personach, jakie tu trafiły, nie pojawiły się tu chyba dla kawału. Cóż więc zatem, obok tego jelenia na rykowisku, robi reklama paktu Ribbentrop-Mołotow?!
Czeremosz szumi po skale i pięknie sobie meandruje...
Wdrapywaliśmy się tu, żeby zobaczyć dwie skały: Przecięty Kamień i Sokole Oko. Na początku, po piętach deptała nam jedna z wycieczek szkolnych, których ze składowiska osobliwości na dole, wychodzi w góry wiele. Później jednak większość z nich znika, ponieważ przed właściwym Przeciętym Kamieniem trafia na nieprzeciętną zmyłkę, czyli całkiem malowniczą skałę, również przebitą szczeliną, ale znacznie od oryginału mniejszą. Oni, zadowoleni, wrócili do rzeźbionych misiów i jeleni na rykowisku, my natomiast poszliśmy dalej.
Oj, nogi, moje nogi! Oj, oczy, moje oczy! Jak wspaniale, że mnie do takiego miejsca ponieśliście!
Światełko w tunelu. Tej szczelinie właśnie, prawdziwy Przecięty Kamień zawdzięcza swoją nazwę.
Te kamienie przypominają mi trochę kości. Może słusznie? W zasadzie patrzę przecież na szkielet Ziemi. Tej ziemi.
Czy ktoś mądry wie może, skąd wzięły się te o-Tworki?
Sokole Oko, największa skała na Ukrainie. Tak wielka, że w obiektywie zmieściła mi się tylko jej oczna część. Całość można pstryknąć chyba tylko z powietrza, ponieważ kamienna ściana stanowi część dość wąskiego wąwozu. To oko fotografowałem zresztą leżąc na głazach, pod przeciwnym nawisem, którego kawałek na zdjęciu widać.
Zaintrygowały mnie te brzozy. Czepiają się korzeniami kamieni i wyglądają, jakby słaby wiatr miał je wywrócić, ale mimo wszystko, trwają.
Wołga, wołga, mać radnaja...
Na jednej z ulic w Kutach.
niedziela, 14 października 2012
Podróż koleją straca czas?
Na koniec opisu tej ukraińskiej eskapady jeszcze kilka słów na temat funkcjonowania Polskich Kolei Państwowych. Wielokrotnie afiszowałem się tu ze swoją miłością do pociągów. Nic się pod tym względem nie zmieniło, nadal ogromnie cieszę się z remontowanych dworców i torów, jednak mam wrażenie, że moje uczucie do PKP nie jest odwzajemnione. Podróżując koleją na Wschód, pierwszy raz się o mało nie spóźniłem, ze względu na... dwugodzinny korek na szosie.
Po-kolei jednak. W drodze na Ukrainę miałem zamiar zahaczyć o Kraków, by wywieźć stamtąd dwie niezwykłe historie. Tą o Bernardzie Marwińskim już się podzieliłem, druga – jedna z najbardziej niesamowitych opowieści z II wojny światowej – wciąż jeszcze czeka na publikację. Sprawdziłem sobie połączenia kolejowe w internetowym rozkładzie jazdy. Dzień przed wyjazdem zrobiłem to raz jeszcze, by się przekonać, że wyniki wyświetlone nieco wcześniej są już nieaktualne... Plan podróży zakładał dwie przesiadki: wyprawę z TLK z Torunia do Warszawy, autobusem zastępczym do Kutna (remont torów) i dalej do Wawy Zachodniej, gdzie miałem się załadować do InterRegio zdążającego ku jagiellońskiej stolicy.
Z Torunia miałem wyjechać o 1.50, na Dworcu Głównym, dość wyjątkowo, zameldowałem się jakieś 40 minut wcześniej po to tylko, by od pani w kasie usłyszeć, że... autobus o 1.50 jedzie tylko do Włocławka, pojazd do Kutna odjeżdża natomiast kilkanaście minut wcześniej. Miałem czas, odetchnąłem zatem z ulgą pytając, gdzie znajdę ten autobus.
- Nie wiem – odparła pani w kasie. – Jeśli przyjedzie taki mały, zatrzyma się przed wejściem, większe mają postój obok przejścia za lokomotywą. Konduktorzy na ogół przychodzą i dają znać.
Tym, którzy nie mieli okazji rzucić kotwicy na toruńskim Dworcu Głównym wyjaśniam, że wejście do budynku oddzielają od wspomnianej lokomotywy dwa perony, a przestrzeń między nimi trzeba pokonać korzystając z przejścia podziemnego.
Wspólnie z innymi podróżnymi, stanąłem w miejscu, z którego widać oba punkty i zacząłem wytężać wzrok. Podana przez panią z okienka godzina odjazdu minęła, nic jednak, co by mogło później odjechać, nie przyjechało. Przed drugą pojawił się autobus, który jednak minął lokomotywę, ale później pod nią wrócił. To chyba ten (kierowca się pomylił). Wyszedł z niego konduktor i udał się w stronę dworca. Tak, to na pewno ten autobus. Zaokrętowałem się więc na nim i bezpiecznie dotarłem do Kutna, gdzie miałem się przesiąść na szynowy już tym razem środek transportu do Warszawy.
O, Kutno! Okrutne Kuteńko... Aleś mnie, swoim stacyjnym widokiem, zatkało. Dworzec zapamiętałem tak bardzo odrapany, a tu... Salon, po prostu salon! Mam nadzieję, że przynajmniej bar, w którym tyle razy się zatrzymywałem, na początku XXI wieku prezentujący się tak samo, jak w czasach, gdy sfilmowała go ekipa Stanisława Barei kręcąca tu jeden z odcinków „Zmienników”, nadal pozostał taki sam.
Zdjęcie nieco niewyraźne, jednak robiłem je o 4 rano i w biegu. Pośpiech był poniekąd wywołany zdumieniem, ponieważ w Kutnie miałem wsiąść do pociągu warszawskiego, by po godzinie czekania w stolicy, załadować się w pojazd innego przewoźnika zmierzający do Krakowa. Tymczasem jednak, spoglądając na tabliczki, zobaczyłem, że TLK, do którego się ładowałem, swoją metę ma właśnie w Krakowie. Co jest, do cholery? Bardzo mi zależało na czasie, ponieważ w południe umówiony byłem z właścicielem niezwykłej, drugowojennej opowieści...
Ok., ten pociąg jechał jednak przez Kielce i do Krakowa miał dotrzeć po 12. Bardziej zatem opłacało mi się wysiąść w Warszawie i poczekać 60 minut na skład Przewozów Regionalnych zmierzających do celu Centralną Magistralą Kolejową, a więc znacznie szybciej. Przesiadłem się zatem, zdążyłem, a że obie trasy już poznałem, do różnic czasowych przywykłem.
Spotkałem się zatem ze strażnikiem niezwykłej wojennej historii, połaziłem po Krakowie, a następnego dnia, dzięki Baśce Marwińskiej, zakotwiczyłem w toruńskim porcie filmowym z przełomu lat 20. i 30. Chciałem też później zwiedzić sobie Rzeszów, więc spotkanie ze spadkobierczynią tradycji familii Marwińskich umówiłem dość wcześnie. Całe szczęście, bo gdy po nim dotarłem na dworzec zobaczyłem, że mój pociąg ma ponad dwie godziny spóźnienia. Spoko, spoko. Pośpiech się poślizgnął, są jednak Przewozy Regionalne.
Co, remont torów? I w związku z tym, między Katowicami i Przemyślem, pociąg zamienia się w autobus zastępczy? No dobrze, już to przerabiałem. Kupiłem sobie zatem bilet na dworcu kolejowym i poleciałem na dworzec autobusowy. Pojazd został tam zapowiedziany przez megafony, niestety jednak, na miejscu okazało się, że PR sprzedały więcej biletów, niż w autobusie było miejsc. Ze 20 osób, mniej pyskatych i przewidujących, pocałowało klamkę, a ja, razem z kilkunastoma innymi pasażerami, do Tarnowa jechałem na stojąco. Bardzo długo, bo pod Brzeskiem drogowcy akurat budowali rondo i w korku, który się przy tej okazji utworzył, autobus nasz tkwił przez dwie godziny. Zwiedzanie Rzeszowa poszło zatem w diabły. Dobrze, że przynajmniej zdążyłem na swój bus zmierzający ku Ukrainie.
Powrót z kresów również nie wypadł dla kolei zbyt korzystnie. Dwa lata temu, wracając z Gorganów, jechałem z Rzeszowa do Torunia przez Wrocław i Poznań. Trasą nieco okrężną, zawsze jednak mogłem być zmuszony do podróży via Białystok... Nie wiem, jak PKP ma zamiar walczyć o pasażerów, skoro tym razem połączenia kolejowe plątały się jeszcze bardziej egzotycznie, a czas oczekiwania, na kolejnych stacjach przesiadkowych, jeszcze bardziej się wydłużał. Cóż miałem zrobić... Do Warszawy dojechałem PKS-em. Szybciej, sprawniej i chyba też taniej. Biedne Koleje Państwowe...
Kręcąc się tak po kraju, dworzec w Kutnie zastałem całkowicie odnowiony, ale Warszawa Zachodnia kryła w swoich zaszczanych podziemiach taką samą wiochę, jaką była przed laty. Uderzyła mnie tam jednak reklama pewnego baru. Pizza na ciepło... Co w tym wyjątkowego? Przecież pizza na zimno jest ohydna. Wszędzie, ale może nie tu, na tej paskudnej stacji?
poniedziałek, 8 października 2012
Willkommen in... Hollywood
Meine Damen und Herren,
Mesdames et Messieurs,
Ladies and Gentlemen!
„Piąta strona świata” ma zaszczyt, oraz niebywałą przyjemność, przedstawić nowe tropy dotyczące Marwin-Filmu, czyli toruńskiego Hollywood założonego w 1929 roku w nieistniejącym już dziś parku Wiktorii przez Bernarda Marwińskiego. Korzystając z okazji, nieco się również pochwali, ponieważ kolejne sny z sezamu pomorskiej fabryki snów pojawiły się właśnie dzięki niej. Poniekąd, bo główną sprawczynią tego przebudzenia jest Barbara Marwińska, wnuczka stryjeczna Bernarda, która niesie pochodnię rodzinnej tradycji filmowej i szturmuje małe oraz duże ekrany.
Dwa lata temu prawie utopiłem się w różnych rewelacjach filmowych, jakie przyniosła awantura zapoczątkowana tekstem o Marwin-Filmie. Historia wlewała się drzwiami i oknami, a gazeta nie była w stanie wszystkich kolejnych odkryć pomieścić. Zbrodnią byłoby te wszystkie skarby trzymać wyłącznie dla siebie, trafiły więc one na stronę, dzięki czemu zresztą, rozwinęła ona skrzydła. Na ten ślad działalności wytwórni trafiła krewna filmowca.
No dobra, czas skończyć z tym obrastaniem w piórka i przedstawić nowy, nieznany dotąd fotos reklamujący ponad 80 lat temu „Panienkę z chmur”, jedyne ukończone dzieło Marwin-Filmu. Widać na nim fragment ekipy filmowej (czyjeś ramię w lewym dolnym rogu), aktorów, oraz portyk pałacu w Pluskowęsach koło Chełmży, gdzie kręcono część zdjęć.
Teraz o samym filmie. Najpierw o jego wartościach dodatnich, a więc przede wszystkiem o zdjęciach plenerowych (na wolnem powietrzu): takich zdjęć plenerowych nie powstydziłaby się żadna „Ufa”, „Paramount” czy inny potentat filmowy. Dokonano ich w Toruniu (willa dr. Ossowskiego, park „Wiktoria”, Wisła, Klub Wioślarski), w Chełmży, w majętności Pluskowęsy pod Chełmżą. Piękne i pełne uroku są zdjęcia z natury w Pluskowęsach tudzież obrazy nocne. Zdjęcia wnętrz (dokonane w pracowni) nie wszystkie dorównują plenerowym przeważnie jednak są b. dobre.Z recenzji filmu opublikowanej w „Słowie Pomorskim” 7 grudnia 1929 roku. Kurwa mać, do tej pory wieszałem na blogerze psy, po ostatnich zmianach, których wątpliwe dobrodziejstwa właśnie widać, gotów jestem powiesić całą Arkę Noego. Debile! pozwólcie jakoś przynajmniej zaznaczyć odstępy między tym co pisane, cytowane, i odzielić jakoś od tego wszystkiego adres źródła, z którego cytat się zrodził! Jak się dowiedziałem od pana Feliksa Stolkowskiego, strażnika tradycji okolicznego ziemiaństwa, muszle widoczne na schodach pochodzą z nadmorskich pobytów ówczesnych właścicieli majątku – Antoniego i Antoniny Kalksteinów w Hiszpanii i Francji. Informacje bardzo szczegółowe... Cholera, gdyby udało mi się coś jeszcze dowiedzieć o sportretowanych tu aktorach, z Adą Roszkowską, wdzięczącą się na schodach Panienką na czele. Odtwórczyni głównej roli pochodziła z Torunia, miejscowa prasa wypisywała na jej cześć peany, niestety, ukryła się pod zagranicznym pseudonimem. Dziś nikt już w mieście nie wie, kim była Lili Dorey... Kto wie, może jednak wreszcie uda się poznać jej prawdziwe personalia? Nie udało się ich poznać w Toruniu, patrzę więc z nadzieją w stronę archiwów reżysera. Ewentualnych, bo nie wiadomo, co po Marwińskim się ostało. Twórca naszego Hollywoodu, po upadku wytwórni zrobił karierę w Warszawie. Podczas wojny, jako pracownik Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej, należał do zespołu rejestrującego powstanie warszawskie. Z informacji, do jakich udało mi się dotrzeć wynika, że w sierpniu 1944 roku zabrakło dla niego kamery, ale robił zdjęcia aparatem fotograficznym. Skoro podczas powstania był mieszkańcem stolicy, to pewnie stracił wszystko, ale może coś udało mu się odtworzyć? Badania jego dokonań dopiero się zaczyna. Kto wie, co jeszcze uda się odkryć... Fotos został wydany w formie pocztówki. Drugą jej stronę ozdabia firmowa pieczątka. Tegoroczny urlop miałem dość pracowity. W drodze na Popa Iwana zahaczyłem o Kraków, skąd wyniosłem dwie niezwykłe historie. Spotkałem się z panem Wojciechem Narębskim, który w II Korpusie gen. Andersa służył razem z legendarnym misiem Wojtkiem (owoce tej wizyty niebawem się w gazecie ukażą), oraz pogadałem z przedstawicielką rodu Marwińskich. Dzięki niej, na zdjęciu Marwin-Filmu udało się wreszcie zidentyfikować Bernarda Marwińskiego. Nie śmieje się przy kamerze, jak mi się wcześniej wydawało, ale stoi skromnie obok. To ten człowiek w swetrze i okularach pod reflektorem z lewej strony.
Jak nas informują, technik filmowy p. B. Marwiński, który po kilkoletnich studjach i praktyce zagranicą powrócił, zakłada na terenie w parku Wiktorji atelier i wytwórnię filmową. Zdolność i długoletnia praktyka ręczą za artyzm filmów, które z zagranicą będą mogły konkurować. Pan B. Marwiński wybrał za pole pracy właśnie Toruń, gdyż jest Pomożaninem i stosunki ekonomiczne i etnograficzne odpowiadają mu najbardziej do wykonania zamiarów.”Słowo Pomorskie” z błędem ortograficznym w słowie Pomorzanin, 21 lipca 1929 roku. Persona szczerząca się obok kamery, choć została strącona z piedestału, nadal wydaje się jednak bardzo ciekawa. Wydaje się pojawiać na zdjęciach, jakie dostałem z rodzinnego archiwum Marwińskich. W zlikwidowanym przed wojną parku Wiktorii, Bernard Marwiński założył w 1929 roku pono najnowocześniejsze atelier filmowe w Polsce.
Prace przygotowawcze do nakręcenia drugiego filmu już rozpoczęte. Założona we wrześniu ub. roku toruńska wytwórnia „Marwin-Film” wkracza obecnie na drogę rozwoju. Jak się dowiadujemy, dzięki staraniom założyciela i reżysera wytwórni p. Marwińskiego „Marwin-Film” nawiązuje kontakt z grupą poważnych kapitalistów krajowych, dążąc do utworzenia spółki komandytowej, celem powołania do życia w Toruniu poważnej placówki polskiego przemysłu filmowego. Atelier wytwórni „Marwin-Film” mieści się w Parku Wiktoria przy ul. Grudziądzkiej 1-3, pod względem rozmiarów należy do największych w Polsce. Atelier wyposażone jest w 45 lamp najnowszego systemu, tzw. nitrafol, oraz 15 lamp tzw. oświetlenia górnego. Pozatem 4 lampy służące do oświetlenia bocznego, tzw. półlustrzane (Photomirenta) o sile 20000 świec. W najbliższym czasie nadejść ma transport, zawierający 10 najnowszych reflektorów, o sile 5 tys. wat i jedno tzw. słońce. Na miejscu mieści się również własna stolarnia i ślusarnia. Prace laboratoryjne wykonywuje się dotąd w Warszawie; dyrekcja nosi się jednak z zamiarem urządzenia własnego laboratorium. Zamierzenia „Marwin-Film” sięgają bardzo daleko, obejmując min. rozszerzenie wytworni i przeniesienie jej z czasem na inne większe tereny.”Słowo Pomorskie” z 14 stycznia 1930 roku. Wciąż jednak nie wiem, gdzie konkretnie się ono znajdowało? W bastionie polskości, jakim w czasach pruskich, była widoczna na zdjęciu jego główna sala? No i na koniec: TORUŃSKA FABRYKA SNÓW ZNÓW W „NOWOŚCIACH” SIĘ BUDZI...
niedziela, 7 października 2012
Grrrróóówno!
Rzecz dotyczy toruńskiej rzeźni miejskiej, więc rzucanie mięsem uważam w tym miejscu za uzasadnione. Tym bardziej, że ostatnich 20 lat jej historii, bez ciężkiego przeklinania, streścić się raczej nie da.
Rzucam mięsem, ponieważ lada moment zniknie kolejny budynek dawnych zakładów mięsnych, jego biurowiec. No i, kurwa, z dawnego Tormięsu, zostanie już tylko mur i komin. Zaczynam jednak od archiwalnego obrazka z czasów, gdy rzeźnia miała sporo powodów do dumy... Niżej podaję jego opis za wydaną przed wojną „Księgą pamiątkową cechu rzeźnickiego w Toruniu 1331-1931.” Długi nieco, ale dzięki niemu można zobaczyć, jak wiele rzeczy poszło przez ostatnie lata w pizdu.
Rzeźnia miejska w Toruniu zbudowana została według systemu niemieckiego w latach 1883/84, należy do najstarszych tego typu zakładów w miastach zachodnich. W tym samym roku uchwałami korporacyj miejskich, a zatwierdzonymi przez ówczesną radę regencyjną, wprowadzono w czyn przymusowy ubój w rzeźni miejskiej. Przebudowana i dobudowana w latach 1912 i 1928 stanowi Rzeźnia Miejska ostatni etap techniki doby naszej. Obecnie składa się Rzeźnia Miejska z następujących urządzeń: 1. Domu Zarządu: mieszczący biuro, kasę, zakład bakterjologiczny, salę trychinoskopijną, mieszkanie lekarzy weterynaryjnych (to ten gmach ma właśnie zostać rozebrany. Trychinoskopia polega zaś na szukaniu w mięsie larw – przyp. mój). 2. Budynek mieszczący oddzielnie trzy hale ubojowe i to: a) Hala bydła rogatego (możność dziennego uboju do 150 sztuk); b) Hala uboju cieląt i owiec, dla uboju do 750 szt. Dziennie; c) Hala dla uboju trzody chlewnej, dla uboju sięgającego 1000 sztuk dziennie. Hale wyposażone są w kolejkę transportową dla przewożenia za pomocą rozpinaczy (kotów) ubitych zwierząt do przechłodni i chłodni. 3. a) Przechłodnia, chłodnia właściwa z piwnicami do peklowania; b) kotłownia (dwa kotły parowe po 100 metrów kwadratowych powierzchni ogrzewalnej); c) Maszynownia (i to jedna maszyna parowa o 150 KM i elektromotor do napędu motorów i pomp dla instalacji chłodniczej, dwóch kompresorów, zapasowego motoru elektrycznego o sile 75 KM; d) fabryka lodu sztucznego o produkcji 8000 kg na dobę; e) wieża wodna z dwoma zbiornikami dla zaopatrzenia całego zakładu w wodę z własnej studni. 4. Hala podjazdowa, kryta oszklonym dachem łukowym. 5. Płuczkarnia jelit. 6. Rzeźnia sanitarna. 7. Składnica skór i szczeciny. 8. Przetwórnia mąki mięsnej i krwistej (fuj – to ja się odezwałem). 9. Osobne stajnie spędowe z wagami dla bydła rogatego, trzody drobnej i trzody chlewnej. 10. Tania jatka z aparatem wyławiającym (a co to do cholery, jest? - to znowu ja). 11. Dom mieszkalny dla urzędników Rzeźni. 12. Restauracja. 13. Fabryka bekonów z fabryką konserw mięsnych. 14. Własna bocznica kolejowa z rampami, dla równoczesnego podstawienia osiem wagonów (tak jest napisane – Sz.S) dla wyładowania zwierząt rzeźnych i załadowania mięsa na eksport. 15. Targowisko Miejskie przy Rzeźni, oparkanione, ze stajniami spędowemi dla koni, bydła rogatego i trzody.Na zdjęciu hala wjazdowa, łącząca halę ubojową z chłodnią. Gdzieś w tej okolicy pojawił się pierwszy w Toruniu betonowy strop. Jak wszystko w rzeźni, ostatnich dwóch dekad, nie przetrwał. Jakoś na początku lat 90., mijałem to miejsce z wycieczką klasową maszerując na zwiedzanie sąsiadującej z rzeźnią redakcji Radia Toruń i „Nowości”. Mijałem świnki idące na śmierć. Przykry widok. Zakłady mięsne w tym miejscu już działać nie mogły, z pewnością jednak, tak wyjątkowy XIX-wieczny budynek przemysłowy, zasługiwał na drugie życie, a nie na ruinę, jaką się niebawem stał. Dawna rzeźnia miejska w Bydgoszczy, w której przed wojną J.D. Salinger – ten od „Buszującego w zbożu” – przekonał się do wegetarianizmu, jest dziś przecież centrum handlowym. Tormięs nie miał jednak szczęścia, podkopany przez swoich ostatnich szefów, padł ostatecznie przy wsparciu lokalnych związków zawodowych wspomaganych przez miejscową posłankę sejmową z kręgów radiowo-katolickich. Później było tylko gorzej. W którąś wiosenną sobotę 2000 roku jechałem sobie rowerem, by starać się o zaliczenie WF-u. Minąłem Opuszczone, ale wciąż jeszcze okazałe zakłady mięsne. Kiedy jednak kilka godzin później, gdzieś za Złotorią, obejrzałem się za siebie, zobaczyłem nad miastem chmurę dymu. Tormięs płonął. Kiedy go mijałem, za murem rzeźni, musieli się pewnie uwijać podpalający go „nieznani sprawcy”. Sprawę uszkodzonego przez płomienie kompleksu, długo mieliły potem żarna machiny sprawiedliwości. Szukały tak zapamiętale amatorów benzyny i zapałek? Nic z tych rzeczy, starały się rozstrzygnąć spór o prawo własności, jaki wiedli między sobą dwaj toruńscy przedsiębiorcy. Wreszcie, Temida wydała wyrok, a gospodarz, który został na placu boju z papierem w ręku, miał nawet wobec tego miejsca całkiem ciekawe plany. Miało tu powstać centrum mieszkalno-handlowo-rozrywkowe Brama Jakubska, ozdobione m.in. wieżą wodną i innymi pozostałościami dawnej rzeźni. Projekt opracowany przez zmarłego w 2011 roku Stefana Kuryłowicza, wyglądał bardzo interesująco. Nie spodobał się jednak prezydentowi miasta, Michałowi Zaleskiemu, który włosy sobie wtedy z brody wyrywał zapowiadając, że nie zgodzi się na wielki sklep tak blisko centrum (co kilka lat później nie przeszkodziło mu wydać błogosławieństwa dla Irlandzkiej Grupy Inwestycyjnej mozolącej się z budową świątyni konsumpcji w miejscu dawnego „Uniwersamu” przy Szosie Chełmińskiej, a więc tuż pod murami starówki). Słowa dotrzymał, Brama Jakubska nie powstała, ale właściciel poprzemysłowych gruntów postanowił po tym odpłacić miastu pięknym za nadobne. Niestety, kosztem zachowanych jeszcze fabrycznych budynków. No i rozpoczął się festiwal miejskiej niemocy. Właściciel, Mirosław Jacek Sulikowski, nie robił nic, by ocalałe budowle ratować. Ze dwa lata temu, w dość tajemniczych okolicznościach, zawaliła się część wieży ciśnień. Nadzór budowlany stwierdził, że resztę trzeba rozebrać, a miejski konserwator zabytków to przyklepał. W sumie nie miał innego wyjścia, rzeźnia nie była indywidualnie wpisana do rejestru zabytków. Zaniedbania trafiły jednak znów na wokandę sądową, każące ramię sprawiedliwości podpisało się jednak tylko pod naganą dla właściciela obiektu. Na zdjęciu widać resztki rumowiska po wieży wodnej. Pan właściciel nadal dąży do opróżnienia placu z zawadzających mu cegieł. Po upadku wieży (hale zostały rozebrane wcześniej), został jeszcze komin, mur i budynek biurowy. Ten ostatni posiadał, wychylony nad ulicę Targową, wykusz. Na fotografiach sprzed bodajże dwóch lat, wciąż jeszcze się nim cieszy, choć na zdjęciu niższym widać niebezpieczne pęknięcie. Niedawno solidnie się ono powiększyło, aż wreszcie fragment ściany pierdolnął w dół. Swoją drogą, podziwiam beztroską odwagę pana właściciela. A gdyby tak spadający gruz, rozwalił komuś łeb? Nie zrobił tego jednak, zatem plus dla interesu pana właściciela. A raczej minus, bo biurowiec lada moment zostanie rozebrany, a gruz z katastrofy budowlanej, uprzątnęło miasta. Na własny rachunek, choć niby wystawiony panu właścicielowi. Tak zatem, budynek biurowy prezentuje się obecnie, w ostatnich dniach swojego istnienia. Smutny to obrazek, lecz niestety, prawdziwy. Dobrze, że ostał się przynajmniej na zdjęciach... Miłośnikom dawnej kiełbasy toruńskiej i innych wyrobów ŚP Tormięsu, podsuwam garść danych. Z początku lat 30., a więc grubo przed narodzinami PRL-owskiego smakołyku powstałego dzięki odpadom szynki wysyłanej na Zachód, ale zawsze. Informacje pochodzą z cytowanej już „Księgi pamiątkowej...” z 1931 roku.
Przeciętna ilość uboju wynosi: licząc od 1. VII. 1930 miesięcznie: 1. Bydło rogate szt. 600 2. Trzoda drobna szt. 3500 3. Świnie szt. 10000 4. Konie szt. – W tem wliczono bekony, eksportowane przez fabrykę bekonów i konserw Poels & Co Toruń, oraz szynki wywożone dalej przez tę firmę, dalej świnie w stanie bitym jako mięso świeże do Wiednia, Pragi, Paryża i Gdańska, eksportowane przez firmę Jaugsch Toruń.Może komuś przyda się jeszcze cennik? Oto i on, z tego samego czasu i źródła. Taryfa opłat za ubój wynosi łącznie z postojem w stajniach spędowych, wagą itd. Za bydło rogate – 8 zł Za bydło młode – 4 zł Za cielę, owcę, kozę – 2 zł Za świnię – 4 zł Opłata za lód sztuczny wagi 25 kg – 1,20 zł. No i jeszcze adres oraz telefon: ul. Targowa 2/6, tel. 16-32. W razie czego proszę prosić doktora Bogdana Wrzyszczyńskiego, „lekarza weterynaryjnego, dyrektora Rzeźni Miejskiej i Targowicy w Toruniu”. Naturalnie, AD 1931. Na zdjęciu mur otaczający rzeźnię od strony Szosy Lubickiej, za nim fragment komina, a na nim bardzo wiekowe graffiti przysłonięte całkiem świeżym przystankiem tymczasowym.
piątek, 7 września 2012
"Chodkiewicz" zaatakowany ponownie
Skąd wracali czytelnicy „Nowości”? Z ciekawej wracali wycieczki! Trochę niespodziewanej i prowadzącej po przetartym już szlaku, wciąż jednak, zgonie z założeniem całego spacerowego przedsięwzięcia, wiodącej do ciekawego miejsca ukrytego za zamkniętą na co dzień bramą.
Fort V jest jednym z kilku artyleryjskich fortów głównych w systemie obronnym Twierdzy Toruń. Swoich pobratymców bardzo jednak wyprzedza, ponieważ przez ponad sto lat swojego istnienia, pozostawał w wojskowych rękach, dzięki czemu czas się tam zatrzymał, rabusie nadal dewastujący wiele innych takich obiektów (wpisanych przecież indywidualnie na listę zabytków), tu nie zdążyli jak dotąd rozwinąć skrzydeł. Zainteresowanych militarnymi szczegółami, w których specjalnie oblatany nie jestem odsyłam CHOĆBY TUTAJ . Zachowanych szczegółów, dowodów wyjątkowości tego obiektu wystawionego na sprzedaż przez Agencję Mienia Wojskowego proszę szukać poniżej.

Na każdą naszą redakcyjną wycieczkę melduje się przeważnie nieco ponad 70 osób. Czasami mniej – koło 30, czasami więcej, na pierwszej wyprawie do Fortu V pod bramą naliczyliśmy 270 zainteresowanych. W tych warunkach podobnych obiektów zwiedzać się nie da, dlatego proszę mi wybaczyć, zachowałem się nieco po świńsku. Kolejną wyprawę zapowiedziałem już po oficjalnym zakończeniu sezonu, bardzo krótko – na pasku swojej strony w gazecie. Zapisało się 20 osób, kilka doszło jeszcze z Muzeum Etnograficznego, dla którego była to specjalnie zorganizowana, wycieczka zakładowa.
Odwiedziłem te miejsce już trzeci raz, ale wreszcie mogłem skupić się na tym, co oglądam, bo poprzednio – odruchowo – pilnowałem, czy nikt się nie zgubił. Żałuję tylko tego, że wziąłem na drogę tylko aparat służbowy, który mi w ręku i przy oku nie leży.
Mam nadzieję, że w podobnie dogodnym składzie za jakiś czas, równie owocnie, zwiedzimy jeszcze kilka innych niedostępnych toruńskich warowni.

To chyba nie pochodzi z wojskowej pralni, bo ona również jest od jakichś dwóch lat zamknięta i wystawiona przez wojsko na sprzedaż. Wcześniej tej pralki na moście zwodzonym nie było...
Trudno tu by było wytrzymać dłużej, wilgoć jak cholera. Mimo wszystko Nawet stolarka ma się nieźle, choć jest made in Germany i to ponad sto lat temu!

Fort przywitał nas z pompą.
Panie i Panowie, witamy w naszym fortecznym domu kultury! Jako pierwszy wystąpi przed Wami kwintet Czterej Pancerni i pies.
Daty i fakt, że napis wykonany 42 lata temu kredą, nadal trzyma się tabliczki, mówią same za siebie.
Stanowisko bojowe dla małych rycerzy;).
Podstawy agregatów? Już nie pamiętam. Na ścianie korytarza prowadzącego do tego pomieszczenia są wydrapane wpisy żołnierzy odliczających sobie w ten sposób dni dzielące ich od przejścia do cywila. Lata 60. i 70., też już bardzo historyczne. Łatwo to będzie zniszczyć, a ja nie zrobiłem zdjęcia...
Wielki zbiornik na paliwo. Nieco wytrącony z równowagi, ktoś go pewnie chciał kiedyś stąd wynieść. Co ciekawe, większość tego typu urządzeń przygotowały dla budującej się twierdzy lokalne zakłady, głównie odlewnia Drewitza, a to pewnie dzieło fabryki kotłów Born i Schütze. U góry jest jakiś napis, ale zabrakło mi czasu na jego odcyfrowanie. I tak byłem już w ogonie wycieczkowego ogona.

Miarka poziomu paliwa. Jeśli dobrze pamiętam, do tego zbiornika można było wlać 40 tysięcy litrów. Oba forteczne silniki, każdy o zawrotnej mocy sześciu koni mechanicznych paliły jednak jak smoki.
Cmentarzysko zapomnianych krzeseł. Agencja Mienia Wojskowego, zamiast pozwolić im tu zgnić, mogłaby każde wystawić na Allegro. Miłośnicy lat 60. na pewno byliby w siódmym niebie.
No proszę, haka też można tu znaleźć... Na kogo? W tym przypadku na działko rewolwerowe służące do bezpośredniej obrony warowni.
Podczas okupacji Niemcy wykorzystywali fort głównie jako magazyn. W wielu pomieszczeniach gromadzili proch, na ścianach zachowały się jeszcze napisy informujące o tym, by w jednym pomieszczeniu trzymać maksymalnie pięć ton.
PEACEuary...
Jeszcze jedna pompa. Tym razem inwalidka, straciła ramię.
Forteczna prochownia. Jak już kiedyś przy okazji pierwszej wycieczki pisałem, przeznaczenie pomieszczeń można rozpoznać m.in. po podłogach. Tam, gdzie spali żołnierze, były one, i na Forcie V nadal są, drewniane. Po bruku przetaczano działa, a w miejscach składowania materiałów wybuchowych – gładkie.
Wygląda na zniszczoną, a na jej ścianie widnieje napis – 1925 rok, którego znaczenia nikt nie potrafi wyjaśnić. Ja taż nie, przekopałem przedwojenne „Słowo Pomorskie” w poszukiwaniu śladów katastrofy i nic nie znalazłem.
Wnętrze stalowej kopuły obserwacyjnej. Na drabinkę, po której oczywiście wlazłem, wspinał się żołnierz, który razem z kilkoma kolegami robił za oczy fortu. Podobno jednak wystarczyło, żeby w ten metalowy klosz łupnął niewielki pocisk, aby ogłuszony delikwent zwalił się w dół, dlatego też, jak opowiadał nasz przewodnik, nieco niżej rozpinano siatkę, aby sobie wyłączony obserwator karku nie złamał.
Widoki nieco tytaniczne. Czyli takie z „Titanica”.

Schody do nikąd.
Mózg fortu, czyli oficerska kopuła obserwacyjna. Stanowisko waży 55 ton, w całych Niemczech powstało ich ponad 20, z czego sześć, złożonych na specjalnych pociągach, trafiło do Torunia. Dokładnej liczby ogólnie wyprodukowanych nie jestem pewien, ale coś mi się uparcie kołacze 25. W każdym razie, pod taką kopułą, wspartą m.in. na widocznych z lewej dębowych podkładach, pochyleni tu panowie oficyjerowie mogli się czuć bezpieczni. Pod nim żadnych siatek nie trzeba było rozwijać.
Tak stanowisko wygląda na powierzchni fortu. Jak wszystko wokoło, lepiej prezentuje się zimą, gdy nie jest zarośnięte.
Jedne z wrót prowadzących na majdan, gdzie m.in. stały broniące przedpola moździerze.
Kamień geodezyjny, jeden z czterech na forcie. Wszystko musiało być perfekcyjnie wymierzone, by łatwiej można było później strzelać. Ciekawe, czy trajektorie pocisków były obliczane wyłącznie teoretycznie? Fort pierwotnie był, jeśli mi się nie poplątało, uzbrojony w dziewięć 150-milimetrowych dział sięgających swoimi pociskami okolic Łysomic. Ta artyleria stanowiła naturalnie tylko wyposażenia dalekiego zasięgu, poza nim miał jeszcze pokaźny arsenał do obrony własnej.
Półki podręcznego składziku amunicji przy remizie działowej...
... i jego ciekawe pancerne okiennice.
Wlew paliwa przy poternie głównej, zaopatrujący zbiornik częściowo już wcześniej widoczny.
Znowu kibelek. Trudno się temu dziwić, w warunkach bojowych siedziało tu przecież ponad 800 dusz... Po lewej kolejny model pisuaru, po prawej miejsca ukradzionych muszli.
Winda amunicyjna w jednej z prochowni. Obsługujący ją żołnierze zapewne chodzili w prochowcach;)
Zasuwa pancerna jednego z okien. Nietypowa i trudna do usunięcia, dlatego najprawdopodobniej nie została przez wychodzących z miasta w 1920 roku Niemców wymontowana. Wzorem innych, bo od wywożonego wtedy, wbrew postanowieniom traktatu wersalskiego, sprzętu, szyny kolejowe się uginały.
„Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki, ani nogi...” Reszty liska też w zasadzie nie ma, w fortecznej fosie, do której zeszliśmy, znaleźliśmy tylko czaszkę.
Pochodzenia tych kresek znalezionych na stajennej ścianie, możemy się tylko domyślać. Wygląda jednak na to, że ktoś kiedyś zamienił jej pomieszczenie na karcer. Ktoś inny do niego trafił i liczył sobie dni odsiadki...
Jeszcze jeden wpis ze stajni. Cholera wie, co ta matematyka znaczy i ile ma lat, szlag ją na pewno niebawem trafi. Dobrze przynajmniej, że zachowała się na zdjęciu. Ja podczas pięciu godzin zwiedzania, spust migawki nacisnąłem niemal 300 razy. Istny Japończyk na wycieczce...
Ale ładna rynienka. Jedna z wielu, odprowadzających wodę z fortu, która następnie wpadała do – jak to mówił pan przewodnik – kinety? W każdym razie do rowu odwadniającego poprowadzonego przez dno fosy. Jego istnienie potwierdzam, kilka razy miałem okazję się dzięki niemu wywalić.
System odwadniający był pono tak sprawny, że np. na fortecznym majdanie nigdy nie było kałuż. Dziś już chyba jednak nie jest z nim najlepiej, bo wiele mijanych w fosie kamiennych rynienek, przypominało doniczki. Ta budowla jak najszybciej powinna trafić w bardzo odpowiedzialne ręce. Agencja Mienia Wojskowego będzie się starała fort sprzedać 25 września 2012 roku. Cena wywoławcza: 750 tysięcy złotych.

No tu się serdecznie roześmieliśmy! Swoją drogą, forteczna fosa doskonale się do tego nadaje, bo echo ma tu wspaniałą rezydencję. Później jednak, przebijając się przez zieloną dżunglę, jednak na kamerę wpadliśmy. Ciekawe, co ona w tak zarośniętym miejscu nagrywała? Programy przyrodnicze?
Oryginalne ogrodzenie (częściowo już pono rozkradzione) i zwieszająca się nad fosą krata chroniąca przed rzucanymi granatami.
Krajobraz jaskiniowy... Ten stalaktyt jest jednak solą wypłukaną z zaprawy przez wodę, która na jakiś czas zatopiła kaponierę czołową. Na Forcie VIII, również w jednej z kaponier, znalazłem przed laty formy naciekowe jeszcze bardziej rozwinięte.
Strzelnica kaponiery.
Urządzenia wspomagające zabijanie mają często bardzo słodkie nazwy. To jest jeden ze „świńskich ogonków”, do których przyczepiano chroniący fosę drut kolczasty.
Co to za agencja ochrony?! Na pewno nie zabytków, bo jakiś bałwan na bramie pełnej autografów pilnującej ją przez sto lat wartowników, przybił tablicę! Rok temu jej jeszcze nie było. Dwie cegły na lewo od górnego narożnika tej plakietki wyraźnie widać wpis z numerem 176 pułku piechoty, a ten był częścią pruskiego garnizonu przed 1920 rokiem. Co, dzięki tej wątpliwej reklamie, zostało zniszczone, lub zakryte?
Fort V jest jednym z kilku artyleryjskich fortów głównych w systemie obronnym Twierdzy Toruń. Swoich pobratymców bardzo jednak wyprzedza, ponieważ przez ponad sto lat swojego istnienia, pozostawał w wojskowych rękach, dzięki czemu czas się tam zatrzymał, rabusie nadal dewastujący wiele innych takich obiektów (wpisanych przecież indywidualnie na listę zabytków), tu nie zdążyli jak dotąd rozwinąć skrzydeł. Zainteresowanych militarnymi szczegółami, w których specjalnie oblatany nie jestem odsyłam CHOĆBY TUTAJ . Zachowanych szczegółów, dowodów wyjątkowości tego obiektu wystawionego na sprzedaż przez Agencję Mienia Wojskowego proszę szukać poniżej.

Na każdą naszą redakcyjną wycieczkę melduje się przeważnie nieco ponad 70 osób. Czasami mniej – koło 30, czasami więcej, na pierwszej wyprawie do Fortu V pod bramą naliczyliśmy 270 zainteresowanych. W tych warunkach podobnych obiektów zwiedzać się nie da, dlatego proszę mi wybaczyć, zachowałem się nieco po świńsku. Kolejną wyprawę zapowiedziałem już po oficjalnym zakończeniu sezonu, bardzo krótko – na pasku swojej strony w gazecie. Zapisało się 20 osób, kilka doszło jeszcze z Muzeum Etnograficznego, dla którego była to specjalnie zorganizowana, wycieczka zakładowa.
Odwiedziłem te miejsce już trzeci raz, ale wreszcie mogłem skupić się na tym, co oglądam, bo poprzednio – odruchowo – pilnowałem, czy nikt się nie zgubił. Żałuję tylko tego, że wziąłem na drogę tylko aparat służbowy, który mi w ręku i przy oku nie leży.
Mam nadzieję, że w podobnie dogodnym składzie za jakiś czas, równie owocnie, zwiedzimy jeszcze kilka innych niedostępnych toruńskich warowni.

To chyba nie pochodzi z wojskowej pralni, bo ona również jest od jakichś dwóch lat zamknięta i wystawiona przez wojsko na sprzedaż. Wcześniej tej pralki na moście zwodzonym nie było...

Trudno tu by było wytrzymać dłużej, wilgoć jak cholera. Mimo wszystko Nawet stolarka ma się nieźle, choć jest made in Germany i to ponad sto lat temu!


Fort przywitał nas z pompą.

Panie i Panowie, witamy w naszym fortecznym domu kultury! Jako pierwszy wystąpi przed Wami kwintet Czterej Pancerni i pies.

Daty i fakt, że napis wykonany 42 lata temu kredą, nadal trzyma się tabliczki, mówią same za siebie.

Stanowisko bojowe dla małych rycerzy;).

Podstawy agregatów? Już nie pamiętam. Na ścianie korytarza prowadzącego do tego pomieszczenia są wydrapane wpisy żołnierzy odliczających sobie w ten sposób dni dzielące ich od przejścia do cywila. Lata 60. i 70., też już bardzo historyczne. Łatwo to będzie zniszczyć, a ja nie zrobiłem zdjęcia...

Wielki zbiornik na paliwo. Nieco wytrącony z równowagi, ktoś go pewnie chciał kiedyś stąd wynieść. Co ciekawe, większość tego typu urządzeń przygotowały dla budującej się twierdzy lokalne zakłady, głównie odlewnia Drewitza, a to pewnie dzieło fabryki kotłów Born i Schütze. U góry jest jakiś napis, ale zabrakło mi czasu na jego odcyfrowanie. I tak byłem już w ogonie wycieczkowego ogona.


Miarka poziomu paliwa. Jeśli dobrze pamiętam, do tego zbiornika można było wlać 40 tysięcy litrów. Oba forteczne silniki, każdy o zawrotnej mocy sześciu koni mechanicznych paliły jednak jak smoki.

Cmentarzysko zapomnianych krzeseł. Agencja Mienia Wojskowego, zamiast pozwolić im tu zgnić, mogłaby każde wystawić na Allegro. Miłośnicy lat 60. na pewno byliby w siódmym niebie.

No proszę, haka też można tu znaleźć... Na kogo? W tym przypadku na działko rewolwerowe służące do bezpośredniej obrony warowni.

Podczas okupacji Niemcy wykorzystywali fort głównie jako magazyn. W wielu pomieszczeniach gromadzili proch, na ścianach zachowały się jeszcze napisy informujące o tym, by w jednym pomieszczeniu trzymać maksymalnie pięć ton.

PEACEuary...

Jeszcze jedna pompa. Tym razem inwalidka, straciła ramię.

Forteczna prochownia. Jak już kiedyś przy okazji pierwszej wycieczki pisałem, przeznaczenie pomieszczeń można rozpoznać m.in. po podłogach. Tam, gdzie spali żołnierze, były one, i na Forcie V nadal są, drewniane. Po bruku przetaczano działa, a w miejscach składowania materiałów wybuchowych – gładkie.

Wygląda na zniszczoną, a na jej ścianie widnieje napis – 1925 rok, którego znaczenia nikt nie potrafi wyjaśnić. Ja taż nie, przekopałem przedwojenne „Słowo Pomorskie” w poszukiwaniu śladów katastrofy i nic nie znalazłem.

Wnętrze stalowej kopuły obserwacyjnej. Na drabinkę, po której oczywiście wlazłem, wspinał się żołnierz, który razem z kilkoma kolegami robił za oczy fortu. Podobno jednak wystarczyło, żeby w ten metalowy klosz łupnął niewielki pocisk, aby ogłuszony delikwent zwalił się w dół, dlatego też, jak opowiadał nasz przewodnik, nieco niżej rozpinano siatkę, aby sobie wyłączony obserwator karku nie złamał.

Widoki nieco tytaniczne. Czyli takie z „Titanica”.


Schody do nikąd.

Mózg fortu, czyli oficerska kopuła obserwacyjna. Stanowisko waży 55 ton, w całych Niemczech powstało ich ponad 20, z czego sześć, złożonych na specjalnych pociągach, trafiło do Torunia. Dokładnej liczby ogólnie wyprodukowanych nie jestem pewien, ale coś mi się uparcie kołacze 25. W każdym razie, pod taką kopułą, wspartą m.in. na widocznych z lewej dębowych podkładach, pochyleni tu panowie oficyjerowie mogli się czuć bezpieczni. Pod nim żadnych siatek nie trzeba było rozwijać.

Tak stanowisko wygląda na powierzchni fortu. Jak wszystko wokoło, lepiej prezentuje się zimą, gdy nie jest zarośnięte.

Jedne z wrót prowadzących na majdan, gdzie m.in. stały broniące przedpola moździerze.

Kamień geodezyjny, jeden z czterech na forcie. Wszystko musiało być perfekcyjnie wymierzone, by łatwiej można było później strzelać. Ciekawe, czy trajektorie pocisków były obliczane wyłącznie teoretycznie? Fort pierwotnie był, jeśli mi się nie poplątało, uzbrojony w dziewięć 150-milimetrowych dział sięgających swoimi pociskami okolic Łysomic. Ta artyleria stanowiła naturalnie tylko wyposażenia dalekiego zasięgu, poza nim miał jeszcze pokaźny arsenał do obrony własnej.

Półki podręcznego składziku amunicji przy remizie działowej...

... i jego ciekawe pancerne okiennice.

Wlew paliwa przy poternie głównej, zaopatrujący zbiornik częściowo już wcześniej widoczny.

Znowu kibelek. Trudno się temu dziwić, w warunkach bojowych siedziało tu przecież ponad 800 dusz... Po lewej kolejny model pisuaru, po prawej miejsca ukradzionych muszli.

Winda amunicyjna w jednej z prochowni. Obsługujący ją żołnierze zapewne chodzili w prochowcach;)

Zasuwa pancerna jednego z okien. Nietypowa i trudna do usunięcia, dlatego najprawdopodobniej nie została przez wychodzących z miasta w 1920 roku Niemców wymontowana. Wzorem innych, bo od wywożonego wtedy, wbrew postanowieniom traktatu wersalskiego, sprzętu, szyny kolejowe się uginały.

„Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki, ani nogi...” Reszty liska też w zasadzie nie ma, w fortecznej fosie, do której zeszliśmy, znaleźliśmy tylko czaszkę.

Pochodzenia tych kresek znalezionych na stajennej ścianie, możemy się tylko domyślać. Wygląda jednak na to, że ktoś kiedyś zamienił jej pomieszczenie na karcer. Ktoś inny do niego trafił i liczył sobie dni odsiadki...

Jeszcze jeden wpis ze stajni. Cholera wie, co ta matematyka znaczy i ile ma lat, szlag ją na pewno niebawem trafi. Dobrze przynajmniej, że zachowała się na zdjęciu. Ja podczas pięciu godzin zwiedzania, spust migawki nacisnąłem niemal 300 razy. Istny Japończyk na wycieczce...

Ale ładna rynienka. Jedna z wielu, odprowadzających wodę z fortu, która następnie wpadała do – jak to mówił pan przewodnik – kinety? W każdym razie do rowu odwadniającego poprowadzonego przez dno fosy. Jego istnienie potwierdzam, kilka razy miałem okazję się dzięki niemu wywalić.
System odwadniający był pono tak sprawny, że np. na fortecznym majdanie nigdy nie było kałuż. Dziś już chyba jednak nie jest z nim najlepiej, bo wiele mijanych w fosie kamiennych rynienek, przypominało doniczki. Ta budowla jak najszybciej powinna trafić w bardzo odpowiedzialne ręce. Agencja Mienia Wojskowego będzie się starała fort sprzedać 25 września 2012 roku. Cena wywoławcza: 750 tysięcy złotych.

No tu się serdecznie roześmieliśmy! Swoją drogą, forteczna fosa doskonale się do tego nadaje, bo echo ma tu wspaniałą rezydencję. Później jednak, przebijając się przez zieloną dżunglę, jednak na kamerę wpadliśmy. Ciekawe, co ona w tak zarośniętym miejscu nagrywała? Programy przyrodnicze?

Oryginalne ogrodzenie (częściowo już pono rozkradzione) i zwieszająca się nad fosą krata chroniąca przed rzucanymi granatami.

Krajobraz jaskiniowy... Ten stalaktyt jest jednak solą wypłukaną z zaprawy przez wodę, która na jakiś czas zatopiła kaponierę czołową. Na Forcie VIII, również w jednej z kaponier, znalazłem przed laty formy naciekowe jeszcze bardziej rozwinięte.

Strzelnica kaponiery.

Urządzenia wspomagające zabijanie mają często bardzo słodkie nazwy. To jest jeden ze „świńskich ogonków”, do których przyczepiano chroniący fosę drut kolczasty.

Co to za agencja ochrony?! Na pewno nie zabytków, bo jakiś bałwan na bramie pełnej autografów pilnującej ją przez sto lat wartowników, przybił tablicę! Rok temu jej jeszcze nie było. Dwie cegły na lewo od górnego narożnika tej plakietki wyraźnie widać wpis z numerem 176 pułku piechoty, a ten był częścią pruskiego garnizonu przed 1920 rokiem. Co, dzięki tej wątpliwej reklamie, zostało zniszczone, lub zakryte?

Subskrybuj:
Posty (Atom)


























