czwartek, 3 listopada 2011

Granica, która łączy narody

Zimno wszędzie, szaro wszędzie... Trzeba więc sięgnąć do archiwum i wyciągnąć z niego garść zdjęć z niezbyt odległych czasów, gdy człowiek narzekał jeszcze na upał. Jesień wszak mieliśmy piękną tego roku! Wrzosu na bukiety jakoś nie zbierałem, kolekcja zdjęć bardzo mi się jednak rozrosła. Sporo przywiozłem chociażby z dwóch wycieczek, na jakie w pierwszych dniach października wybrałem się z uczestnikami Tralogu. Było to bardzo ciekawe przedsięwzięcie, w jakie zamieszały się uniwersytety z Kaliningradu, Torunia i Frankfurtu nad Odrą. Swoją drogą, czy mieszkanki Frankfurtu są frankfurterkami? W części polskiej, międzynarodowe grono tropiło pod Toruniem ślady dawnych granic głowiąc się przy tym, jak te skarby wykorzystać turystycznie. Słusznie, bo chyba nikt z tropicieli na brak atrakcji nie narzekał. Dawną niemiecką kolejową stację graniczną w Otłoczynie podziwialiśmy co prawda tylko z okien autobusu (szkoda, bo gdy byłem tam ostatnio, przed bardzo wielu laty, na kordonowe ciekawostki jeszcze nie zwracałem uwagi), gdy jednak dotarliśmy do przejścia drogowego, pojazd na moment udało nam się opuścić. Przed obiektywem płynie sobie zatem graniczna dawniej rzeka Tążyna, ja przycupnąłem na jej dawnym brzegu rosyjskim i spojrzałem na początek wielkiej niegdyś Germanii. Podobnie muszą się na to zapatrywać siedzące w błocie żaby, Germania prezentuje się tu bowiem w żabiej perspektywie.
Ta błotnista ścieżyna była pono, w granicznych czasach, traktem prowadzącym do Warszawy. Wtedy jednak, zapewne również błotnista, nie była aż taka wąska i nieprzejezdna. Na obu brzegach rzeki stały dawniej karczmy, po których dziś zachowało się jedynie wspomnienie. Bo te betonowe elementy, na jakie trafiliśmy przy brodzie, raczej z gościńcami nie mają nic wspólnego. Chyba wręcz przeciwnie, jak wiele takich w okolicy, najprawdopodobniej powstały pod koniec II wojny światowej, by nie dopuścić do Torunia nadciągających gości ze Wschodu.
Swoją drogą, miejsce mocno urocze. Czarownicy jednak zabrakło, co by w rzece prała skrwawioną koszulę i rzucała uroki.
Kto ma paszport? Pewnie nikt. W dzisiejszym świecie granice powinny być pod ochroną, jako zanikające dobro kulturowe.
Aleksandrów zaskakujący
No, może zaskakujący, to trochę zbyt wiele powiedziane. Po prostu pierwszy raz zobaczyłem wtedy odrestaurowane wejście dworca. Hm, nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem sobie, że to będzie wyglądało jakoś inaczej. No dobra, poczekamy, zobaczymy. Budynek dawnej stacji granicznej jest bardzo długi, rusztowania zniknęły dopiero z jego pierwszego fragmentu.
Zdziwiło mnie też, że na powitanie naszej międzynarodowej wycieczki przygazował sam burmistrz. Czas nas gonił, a tu włodarz zaczął przemawiać i przemawiać... Jak to włodarz. Szkoda tylko, bo zamiast go słuchać, i później jeszcze siedzieć tak długo w Ciechocinku, można przecież było zwiedzić w Aleksandrowie jeszcze cmentarz ukraiński, a może nawet zajrzeć na ruinę nekropolii prawosławnej, bądź zahaczyć o młyn słynny z tego, co działo się w jego murach w 1945 roku?

Roboty na wysokości? Tu?! Wolne żarty!
„Nie mogą schody, wyjść nigdy z mody...”
No, szczególnie takie.
Z mody może nie wyjdą, czy jednak uda im się dotrzeć do remontu? Od naprawianego fragmentu dworca jest do apartamentów cesarskich daleko...

Zobaczyłem wyremontowaną fasadę części wejściowej, poza nią jednak przywitały mnie same znajome widoki. Tak samo zapuszczone i zrujnowane. No, może z jednym wyjątkiem. W towarzystwie pana burmistrza udało nam się przejść na drugą stronę głównych drzwi carskiego pięterka. Dotarliśmy do miejsca wcześniej zarezerwowanego dla różnych Mikołajów, Pawłów i Aleksandrów, które jednak później służyło drużynom kolejarskim. Cara i maszynistę ogrzewał jednak ten sam piec.

Kurort samospalony
Jak ja nie lubię Ciechocinka... Przybyszom miasteczko się jednak spodobało. No tak, mieli na czym zawiesić oko, przecież właściciele zabytkowych budowli, którym zależy przede wszystkim na działkach, jeszcze wszystkiego nie spalili. Goście z zagranicy nie widzieli też wszystkich pogorzelisk. Tylko to jedno, przed grzybem.
Kolejnych potencjalnych podpalaczy pamiątek dawnego przygranicznego uzdrowiska, chciałbym jednak zapytać. Jak Państwo myślicie, kto się u was zatrzyma, gdy ogień strawi wszystko, co Ciechocinkowi nadaje charakter? Mogę się założyć, że sława uzdrowiska zgaśnie razem z kolejnymi pogorzeliskami. W takim Inowrocławiu na przykład, również można sobie przecież jodem odetchnąć i jakoś nic się tam nie pali, nie wali...

W polskim Baden-Baden, jakim stara się być Ciechocinek-Ciechocinek, nie można było ominąć bardzo ciekawej drewnianej cerkwi w stylu zauralskim. Zwiedziłem ją rok temu, ale i tym razem nie narzekałem na nudę. Poprzednio nie usłyszałem np., że obecny jej ikonostas został wykonany w Poczajowie. Hm... Ławra poczajowska zrobiła na mnie kiedyś wielkie wrażenie...
Nieszawa. Nieszczęście na uboczu
Nieszawy nie fotografowałem, ponieważ akurat oprowadzałem po niej grupę. Mimo dość ekspresowego tempa, ta była pod wrażeniem. Nic dziwnego, nie da się przecież przejść przez to wciąż jeszcze niezwykle malownicze miasteczko, będąc obojętnym na to, co się mija. Nieszawa tymczasem, jak zwykle zresztą, wdzięczyła się do obiektywu. Kto ciekawy, niech zerknie do sąsiadki, co całe to międzynarodowe stadko czynnie pasła urokami naszego regionu PASTWISKO SĄSIADKI.
Chyba udało mi się przekonać gości, że są w najbardziej granicznym punkcie w okolicy. Od wczesnego średniowiecza przecież, Nieszawa, gnana decyzjami politycznymi, trzy razy zmieniała miejsce lokacji. Za każdym razem przyszło jej się jednak znaleźć na granicy. Czerpała zresztą z tego spore korzyści. W średniowieczu, gdy jej konkurencją czuł się zagrożony wielki Toruń i w XIX wieku, gdy ulokowała się tu rosyjska komora celna na Wiśle, wtedy wciąż jeszcze wielkim wodnym szlaku handlowym Europy. Taak, przodkowie miejscowych ziomali, co dziś nie chcą oglądać obcych, nieźle sobie wtedy zarobili na przemycie...
Przybyszom z daleka opowiedziałem, że odwiedzili naprawdę wyjątkowe miejsce. Wspomniałem mieszkających tu kiedyś Rosjan, Niemców i Żydów, po których dziś nie zostało śladu (no dobra, są ruiny kirchy i pomnik Niemców pomordowanych po wojnie). Powiedziałem także, że prom, główna atrakcja północnego krańca wiślanego odcinka dawnego rosyjskiego imperium, w 1980 roku został zbudowany w Sandomierzu, podczas zaborów, południowym odpowiedniku granicznej Nieszawy.
Nie powiedziałem jednak, ze w chwili naszej wizyty, Nieszawa stanęła również na granicy bankructwa. W dniu, gdy tam trafiliśmy, Andrzej Nawrocki, piastujący od 20 lat stanowisko burmistrza, podał się do dymisji protestując przeciw beznadziei miasteczka położonego dziś daleko na uboczu.

Punkt wspólny
Chełmno granice w zasadzie ominęły. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby poszukujący ich reliktów Polacy z Torunia, Rosjanie przybyli z Kaliningradu i Niemcy z Frankfurtu nad Odrą, to miasto ominęli. Teoretycznie przynajmniej, każdy uczestnik Trialogu, powinien czuć się tu jak u siebie. Polacy wizytowali wszak miasto, które podczas zaborów, pozostało najbardziej polskim na całej ziemi chełmińskiej. Niemcy patrzyli na niedoszłą stolicę państwa zakonnego, kaliningradzcy Rosjanie mogli zaś podziwiać chełmińską farę, co się kiedyś stała pierwowzorem dla katedry w Królewcu.
Nie wiem, czy pozostali uczestnicy wycieczki docenili wagę miejsca, w którym się znaleźli. Naturalnie trafili do głównej miejskiej świątyni, skąd, od mojej ostatniej wizyty, zniknęły rusztowania zagracające lewą nawę. W tym miejscu moja babcia miała kiedyś swój zarezerwowany i ozdobiony tabliczką z nazwiskiem kawałek ławki. Tam również ja, dziecięciem będąc, wystawałem na mszach. Boże, jak strasznie się wynudziłem! Ksiądz w Pasłęku potrafił się z nabożeństwem wyrobić w trzy kwadranse, jego toruńskiemu odpowiednikowi, celebra zajmowała średnio sześćdziesiąt minut. Chełmiński proboszcz, przy tym samym, mozolił się wtedy przez półtorej godziny! Przez ten czas, poważnie zwielokrotniony, bo przecież nie modliłem się tam jednorazowo, dokładnie przestudiowałem każdy milimetr kwadratowy ściany prezentującej się przede mną. Obejrzałem zatem stojący przy niej stary, XVII- czy XVIII-wieczny toruński zegar, niezwykle cenną płytę jakiegoś średniowiecznego rycerza, no i malowidła ponad nią. Te były szczególnie interesujące, bo barokowy Bóg nakładał się tam na gotyckiego Św. Krzysztofa. Oba były jednak w zasadzie tylko cieniami, więc dawały spore pole dla wyobraźni.
Nie wiem, jak długo trwają teraz msze w chełmińskiej farze. Tym, co dzielą mój dawny punkt widzenia, bardzo jednak współczuję. Po konserwacji obu malowideł, na domysły raczej nie ma już miejsca...




Drzewo. Jego cienia, podczas wszystkich spędzonych w farze świętych godzin, jakoś nie wypatrzyłem. Pewnie dlatego, że głównie wtedy myślałem o tym, co zrobię po wyjściu z kościoła. Tymczasem ta roślinka jakoś mi drzewo życia nie wygląda...
Herb Chełmna na sklepieniu.
Pamiątka po wcześniejszej renowacji.
Bo ja tu, panie, akurat flagę wyprałem i wywiesiłem, by wyschła...
Tak sobie pomyślałem, gdy spod chełmińskiej fary, zobaczyłem tego jegomościa na tle biało-czerwonym. Wygląda jednak na to, że to jakieś pokłosie żalu smoleńskiego. Flaga wystawała za parapet na początku października, gdy penetrowaliśmy okolicę pod sztandarem Trialogu, w takim samym położeniu znalazłem ją również 1 listopada...

Jak wygląda z zewnątrz chełmiński kościół Św. Ducha? To można zobaczyć sięgając do archiwum strony. Święto-duszne zdjęcie umieściłem na niej jesienią ubiegłego roku. Tym razem nie celowałem obiektywem w fasadę, bo udało nam się wejść do środka.
Hm, ostatni raz byłem tu na pogrzebie babci, stąd sąsiadujący ze świątynią cmentarz, została wyprowadzona trumna. Przez 12 lat sporo się tu zmieniło. Dziś w kościele gospodarują chełmińscy nowi rycerze. Pod jego sklepieniem dominują zatem zbroje i inne żelastwo.
Oj, to jest Ślepowron, jeśli mnie wzrok i pamięć nie mylą... W takim razie jestem w domu.

Stoję u wejścia do kościoła Świętego Ducha i patrzę na kaplicę Świętego Marcina. Jedyną chełmińską świątynię, do której – jak dotąd – wejść mi się nie udało. Zajrzałem jednak do jej wnętrza przez dziurkę od klucza. Wygląda na to, że ogołocone zostało ono ze wszystkiego.
Dominikanie, mój ulubiony chełmiński kościół. Prezentował się tu już od frontu, który po wojnie posłużył za wzór odbudowywanej warszawskiej katedrze. Można go tu również podziwiać jego widok wiślany. A tak prezentuje się od strony przeciwnej.
Młyn pełen dobrych smaków
Co robiliśmy w Grucznie? Mieliśmy tropić granice, a przecież młyn we wsi położonej na przeciwnym Chełmnu brzegu Wisły, słynie z festiwali obżarstwa. Czyżbyśmy zatem mieli tu szukać granic dobrego smaku? Nic podobnego. Profesor Jarosław Dumanowski, toruński patron tego transgranicznego przedsięwzięcia, zaprowadził wycieczkę do miejsca, w którym granice dobrego smaku stara się od kilku lat odkrywać. Trzeba przyznać, że przesunął je całkiem daleko... Pierogi, jakimi nas tam poczęstowano, były niemal tak dobre, jak te babcine (to naprawdę duży komplement dla pierogów). Najbardziej ceniony nalewkarz kraju uraczył nas również próbkami swoich płynnych wyrobów, a te niemal sięgnęły ideałów przygotowywanych przez mojego wuja (w sprawie komplementów, proszę zajrzeć do poprzedniego nawiasu. Wiem, lepiej by było zajrzeć do wypuszczanych przez wuja butelek. No cóż...).

Podczas Festiwalu Dobrego Smaku, bochenek pieczonego na miejscu chleba, schodzi podobno za 10-12 złotych. Gdy usłyszałem cenę, pomyślałem sobie – zdzierstwo! Kiedy jednak zacząłem się takim świeżutkim okazem, wypieczonym na liściu tataraku, inhalować... A jeszcze bardziej, gdy tego spróbowałem... Gotów byłem wyłożyć nawet dwa razy tyle!

Obok młyna stoi dawny dom młynarza. Całą ścianę od strony krawędzi Doliny Wisły ma postrzelaną. Te dziury są pewnie pamiątką września 1939. Mając do czynienia z tyloma smakołykami, nie wnikałem specjalnie w historię. Jednak przed laty, podczas pierwszej wizyty w Grucznie, wdrapałem się na grodzisko, wlazłem też na skraj doliny. Zobaczyłem szosę prowadzącą do Bydgoszczy, która 72 lata temu była jednym ze szlaków wycofujących się wojsk armii Pomorze.
Młyn w palącym słońcu – od frontu i w całej okazałości.

Przed młynem można trafić na wiele ciekawych eksponatów gospodarczych. Choćby na maszynę wyprodukowaną w Chełmnie.
Początkowo była to Fabryka Maszyn Petersa. W II RP stała się chełmińską Unią, by po 1945 roku dźwigać szyld Ursusa. Dziś nad zakładami przy Dworcowej świeci się reklama Adriany. Chyba się świeci, bo fabryka nie jest już dziś tak silna, jak przed laty.

Dziadkowie trzymali w garażu wielki magiel pochodzący z tych samych zakładów, wyprodukowany tam jednak jeszcze przed 1920 rokiem. Dziś służy on mojemu wujowi za ozdobę ogródka.
Jakie fajne ule... Nie mogłem nie pozdrowić ich trzaskiem migawki aparatu. Obaj pradziadkowie trudnili się wszak pszczelarstwem, ścianę kuchenną ozdobiłem sobie nawet spadkowymi ramkami. Jedna z nich nadal kryje resztki plastra.
A to Polska właśnie...
Z Gruczna pojechaliśmy do Chrystkowa odwiedzić pochodzącą z konca XVIII stulecia chatę menonicką. Bardzo ładną i ciekawą! Na jej widok, każdy przybysz zaduma się pewnie: jaka menonicka?! Przecież tu wszędzie Polską pachnie! Te wierzby i gniazdo bocianie... Cały czas zresztą zamieszkane. Obecny gospodarz przybytku opowiadał mi zresztą przed laty, że po wyjątkowo mroźnej i długiej ziemie AD 1995/96 bociany zeżarły mu 300 kurczaków. Przyleciały zbyt wcześnie. Na łąkach brakowało kretów i żab, a tu przecież coś jeść trzeba... Tak bliski krajobraz w zagranicznym wydaniu. Dziwne? Nie, to przecież Polska właśnie...
Wspominam niżej swojego dziadka, z którym zresztą kiedyś tę chatę odwiedziłem. Przypomniał sobie jej przedwojennych właścicieli, z którymi – jeśli dobrze pamiętam – zetknął się jakoś podczas okupacji. Buu! Wiem, co się z nimi stało niedługo później. W styczniu 1945 roku, gdy nadchodziła Armia Czerwona, cała rodzina postanowiła się utopić w Wiśle. Ta jednak była skuta lodem, zatem wszyscy powiesili się w stodole. Tragiczne, ale w sumie, nic wyjątkowego. Gdzieś w rejonie Rowów jest wieś, której wszyscy niemieccy mieszkańcy popełnili w 1945 roku samobójstwo...
Za progiem chaty z Chrystkowa, śladów jej dawnych gospodarzy wciąż jeszcze można znaleźć sporo. Na strychowej belce jest nawet wybazgrolona lista bydlęcych strat, jakie przedwojenny właściciel poniósł w latach 30. z powodu powodzi.

Hmm, piękna kuchenka! I ile ciekawych rzeczy na niej;-)
Ta kuchenka może nie jest tak bogato wyposażona, jak poprzednia. Na jej widok jednak ciepło mi się zrobiło na sercu. A później, mimo tego, że się wcześniej w Grucznie objadłem, poczułem głód. Takie urządzenie stało bowiem w kuchni mojego chełmińskiego dziadka. Wspaniałej, ze względu na fasadę kościoła dominikanów, która fantastycznie zaglądała tam przez okno i cudownej przez to, co dziadziuś potrafił tam wyczarować. Bo jego talent kulinarny równał się z geniuszem gawędziarza... Oj, brakuje mi tych kaczek pieczonych z jabłkami, gulaszu, pikli jedynych w swoim rodzaju... Zachowałem sobie jeszcze słoiczek jego konfitur wiśniowych, trzymam go na jakąś bardzo specjalną okazję.
Kiedy byliśmy mali, dziadek opowiadał nam, że w piekarniku mieszka smok. Na dowód, donośnie trzaskał jego drzwiczkami. Czasami tam zaglądałem szukając potwora, ale piekarnik był pusty. Nic to jednak nie znaczy, smok nie mógł mieszkać tam na okrągło. Raz na jakiś czas musiał przecież ustąpić miejsca wspomnianej kaczce...

Pod tą strzechą kryje się wiele skarbów. Nagrobki są już chyba jednak przesadą...
Niebieska słuchawka
Toruń, miasto pod gwiazdami... Uczestnicy Trialogu tropili w naszym regionie relikty dawnych granic, poszukiwania zakończyli w Piwnicach, na granicy wszechświata. Dosłownie, bo to przecież największe w Polsce obserwatorium astronomiczne. Miejsce, pod każdym względem, wyjątkowe. Niech ktoś zabłądzi tu w maju, gdy kwitną wszystkie rosnące tam bzy.
Ja miałem takie szczęście, nawąchałem się, napatrzyłem i nasłuchałem. Pod koniec podstawówki na wycieczkę do Piwnic zabrała nas nasza wychowawczyni, Pani Janka Stroblowa. Świat, nawet taki u bram wszechświata, jest mały. Kto zabrał tralogowców w podróż do gwiazd? Profesor Andrzej Strobel. Wielki człowiek! Ależ mądrze i ciekawie mówił! Nie dziwię się szefowi grupy kaliningradzkiej, że nie był w stanie się od słów profesora oderwać.
Uczony mówił o gwiazdach, ale ludzie na ogół myśleli o rzeczach przyziemnych. Byli zmęczeni, głodni i spragnieni. Tymczasem, ta wycieczka po niebiosach, gdyby nie została przerwana, pewnie by trwała do dziś. Czas teraźniejszy byłby tu zapewne obowiązujący, bez względu na to, kiedy kto do tego wpisu zajrzy... Wyprawa zatem wróciła na ziemię, by na niej klapnąć przy ognisku i sięgnąć po kiełbaski oraz piwo. Przez cały dzień nałykałem się wtedy wrażeń, opaliło mnie miłe sercu pomorskie słońce. Pobiegłem zatem do ognia w podskokach, głodny jak cholera i spragniony jeszcze bardziej.
Nie nafotografowałem się więc. Tymczasem Piwnice są niezwykle pod tym względem interesujące. Dawny dwór Piwnickich, który służy teraz astronomom. Dwa budynki, kryjące pod swoimi kopułami teleskopy - jeden z nich jest bardzo stary... No i dwie anteny radioteleskopów, w tym ta na zdjęciu, największa w Środkowej Europie. Ciekawe miejsce, podczas burzy pioruny czują się tu bardziej u siebie, niż na szczycie Świnicy. Przed laty, widziałem w gazecie zdjęcie tej samej czaszy pokrytej zygzakami z nieba.
Piwnickie obserwatorium powstało z dala od miasta. Teraz miejskie satelity zaczynają je otaczać. I zakłócać pracę, toruńscy astronomowie szukają zatem nowej przestrzeni życiowej. W Borach Tucholskich planują budowę następnej anteny, tym razem największej na starym kontynencie.

wtorek, 25 października 2011

Taki pejzaż...

Psy kulawe...
Nie, żadne psy. To będzie nieco inny pejzaż. Niedawno zostałem dołączony do wycieczki Holendrów z zaprzyjaźnionej z Toruniem Lejdy, którzy ruszyli w teren, by tropić ślady menonitów. Hm, czy do mieszkanek Lejdy należy się zwracać per lejdes?;)
Przybysze trafili do Sosnówki pod Grudziądzem, której wyjątkowość, starałem się opisać poniżej. Ekskursja zrobiła wrażenie na nich i na mnie.
W tym drugim przypadku było ono szczególne, bo w pewnym momencie oczom naszym ukazał się rząd rozczochranych wierzb. Ja sobie na ten widok pomyślałem, ojej, jakie to polskie! Pod każdym tym drzewem mogłaby się przecież znajdować tabliczka z napisem: Tu sobie przysiadłem – Fryderyk Chopin. Jedna Holenderka, równie tym widokiem zadumana, powiedziała wtedy jednak: ojej, krajobraz z Niderlandów wzięty.
Rację miał włocławski pastor Michał Walukiewicz opowiadając kiedyś, że korzenie polskich wierzb tkwią w Holandii, bo w Polsce masowo sadzili je menonici. Drzewa pomagały im osuszać kolonizowane nadwiślańskie tereny. A że przybysze z Zachodu zagospodarowali dolinę królowej polskich rzek od jej ujścia po Górę Kalwarię... Mogą dziś sobie rościć prawo do każdej mazowieckiej wierzby.

Goście z Niderlandów, którzy wybrali się z nami na tą wycieczkę, w Sosnówce przecierali oczy ze zdumienia. Przed wyprawą do Polski zrobili internetowy rekonesans i na zdjęciach pochodzących z kwietnia tego roku, cmentarz w Sosnówce widzieli całkowicie zarośnięty. Gdy jednak dotarli na miejsce, zamiast roślinności, ujrzeli nagrobki.
Ksiądz Tadeusz Sudoł, miejscowy proboszcz, gdy usłyszał, że szykują mu się goście, przybysze z krainy, z której wcześniej przybyli menonici, zmobilizował ludzi i zorganizował naprawdę wielkie sprzątanie.






Holendrzy stoją frontem, krzyż i ksiądz dobrodziej, zaprezentowali fotografującemu swoje tyły.
W tym miejscu stał pomnik Leonardha Bartla. Przed laty podpyliło go toruńskie Muzeum Etnograficzne, które przy Wałach Generała Sikorskiego organizowało akurat menonickie lapidarium. Muzealnicy podobne miejsca oznaczyli tabliczkami, niestety, metalowymi, które okazały się łakomym kąskiem dla poławiaczy złomu. Ta nadal stoi, pewnie tylko dlatego, że cmentarz przez lata przypominał tajemniczy ogród. Święty Nieogarek ze strony zaprzyjaźnionej, opiekujący się zapomnianymi regionalnymi nekropoliami, mówi jednak, że w Słońsku, skąd nagrobek również wywędrował pod Aresenał, miejsca spoczynku okradzionego nieboszczyka można się dziś tylko domyślać. Z cmentarza najpierw został skradziony nagrobek, a później tabliczka.
Jeszcze w kwietniu za tą tabliczką widać było nieprzebyty gąszcz, w którym okoliczne lisy zdzierały pióra z kur wielu...
W tym miejscu tutejsi menonici zbudowali swoją świątynię. Widziałem jej zdjęcia, była to zwykła drewniana chata kryta strzechą. Nie zdziwiłem się więc, gdy usłyszałem, że się po wojnie, rozpadła. Łatwo jednak można się domyśleć przeszłości tego miejsca, zostało przecież wzniesienie (wszystkie domy menonickie znajdują się na górkach) i sporo kamieni, pewnie pochodzących z fundamentów – zatem fundamentalnych. Są też wierzby, dzięki którym nasi Holendrzy poczuli się jak u siebie w domu.
Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, co do niderlandzkich korzeni polskich wierzb... Te drzewa rosną koło najsłynniejszej regionalnej chaty menonickiej w Chrystkowie.
Granit stał przed kościółkiem menonickim. Upamiętnia wydarzenie z 1806 roku, gdy starszy miejscowej gminy zawiózł bawiącemu wtedy w Grudziądzu pruskiemu królowi 30 tysięcy talarów zebranych we wszystkich menonickich gminach Prus Wschodnich i Zachodnich, które miały zwolnić ze służby wojskowej jej mieszkańców. Królowa Luiza podarowała wtedy podobno żonie starszego gminy swój szal. Kamień został wystawiony w 1911 roku i po tym, gdy świątynia menonicka przestała istnieć, został przeniesiony pod kościół katolicki. Ładne to, prawda?
Dyrektorkę szkoły, która (szkoła i dyrektorka) również bardzo zaangażowała się w porządki na cmentarzu, a podczas wycieczki oprowadzała nas (dyrektorka, nie szkoła) po okolicy opowiadając różne ciekawe rzeczy zagadnąłem, co też skłoniło księdza do tego wszystkiego. Pani Teresa Rathsmann-Dziemiańczuk (nazwiska obrazują przemiany, jakim ta ziemia poddana była po wojnie. Pierwsze jest pamiątką tego, co było – jej rodzina mieszka tu od 200 lat – drugie, wschodnie, po 1945 roku przyjechało z kresów wschodnich) odparła, że proboszcz lubi historię. I ona również najwyraźniej lubi księdza, bo podczas trwającego właśnie remontu kościoła, spod tynku w kruchcie, wyjrzała zapisana na ścianie modlitwa. Fajna sprawa, bo na lewo do krucyfiksu, można ją przeczytać po niemiecku, z prawej natomiast jest jej tekst polski.
Swoją drogą, cała świątynia jest bardzo ciekawa.

wtorek, 18 października 2011

Dawni szpiedzy i nowe horyzonty


Chyba nie doceniłem siły oddziaływania toruńskich skarbów...
Od dawna biję się w gazecie o własną stronę, bo przy różnych miejskich wykopaliskach, ludzie zasypują mnie setkami niesamowitych opowieści, którymi – z braku miejsca - nie mogę się podzielić. Większość tych historii z powodzeniem by mogła trafić pod pióro Hanny Krall, więc ciśnienie emocji jakie one kryją, po prostu mnie dobija! Czuję to, bo pracuję przecież w największym toruńskim dzienniku i wiem do czego takie podróże w przeszłość na łamach gazety prowadzą. Każda opublikowana opowieść powoduje, że zgłaszają się kolejni świadkowie, którzy otwierają swoje archiwa i gawęda się rozwija. W tym opowiadaniu i poszukiwaniach, nie można zatem robić przerw, nie można tego bogactwa tłamsić gdzieś w magazynku. Ja tymczasem mam pół notesu adresów prowadzących do historii, którym zabrakło papieru na ciąg dalszy.
Wreszcie jednak pojawiła się szansa, bym mógł ich tropem podążyć. Dopadła mnie szybciej niż myślałem, w kilka godzin musiałem wypełnić całą gazetową stronę jakimś smakowitym przeszłym kąskiem. Pod ręką miałem przedwojenną aferę szpiegowską Piątka i Urbaniaka, poprosiłem więc naszych redakcyjnych mistrzów szkiełka i oka, by sfotografowali miejsca z tą historią związane, a sam zabrałem się za pisanie. Bałem się, że tak archiwalna wycieczka kierownictwu redakcji się nie spodoba, dlatego zaapelowałem tu o internetowe wsparcie tych, którzy na Piątą stronę zaglądają. Tekst o szpiegach się w gazecie ukazał, z pewnym opóźnieniem trafił nawet do internetu. TU SIĘ KRYJE.
Oj, nie doceniłem siły ukrytej w korzeniach obecnego Torunia! Kierownictwo redakcji, którego reakcji tak się obawiałem, samo przyszło mi dziś pogratulować, że to był ciekawy pomysł i chyba najlepszy tekst całej gazety. Piękne to słowa, które bardzo dodają skrzydeł! Mocno więc za nie trzymam i jednocześnie wyciągam z szuflady zeszyt z adresami strażników dawnych toruńskich skarbów, którzy się do mnie zgłosili. Teraz będą mieli okazję na łamach gazety się wypowiedzieć.
Przygotowując tekst o szpiegach dotarłem również do kilku ciekawych źródeł, na pewno więc trafi się jeszcze wiele okazji, by ruszyć w Toruń szlakiem sensacyjnym i zdać z tego wspomaganą zdjęciami relację. Jest to przecież miasto skarbów, które tylko czekają, by je odkryć!
Na zdjęciu prezentuje się budynek przedwojennego konsulatu Rzeszy na Bydgoskim Przedmieściu. Wtedy była to główna pomorska siedziba niemieckiego wywiadu.

wtorek, 11 października 2011

Widoki lekko nieostre

Ha! Jeśli dobrze pójdzie, wreszcie będę miał w gazecie swoją własną stronę. Wykopaliska miejskiej pamięci nabiorą wtedy tempa, bo tłucze mi się po głowie kilka pomysłów. Wreszcie rozładuję magazyn historii nagromadzonych, a te historie działają przecież jak magnesy – w zasadzie każda opublikowana w gazecie, powoduje odzew i jakiś ciąg dalszy.
Po tekście o przemysłowych pamiątkach Mokrego zgłosił się też do mnie czytelnik, który mógłby pogrążyć książkę adresową, bo zaczął mi wymieniać wszystkie, nawet nieistniejące już budynki, opowiadając o ludziach, którzy w nich mieszkali. Fajnie by więc było wybrać się z takim przewodnikiem na spacer, by później wrażenia szeroko opisać. Przez mury mojej podstawówki przewinęła się Helena Grossówna, uczył się tam również Leszek Balcerowicz, także człowiek z Mokrego. Może na taką wycieczkę uda się namówić i jego?
Poza tym kiedyś, przeglądając „Słowo pomorskie”, trafiłem na opis pewnej zbrodni. Pan najpierw zabił panią, a później sam sobie palnął w łeb. Działo się to jakoś pod koniec lat 20., a sceną dramatu była kamienica położona niedaleko mojego domu. Przyszło mi więc do głowy, aby wziąć kiedyś jakąś taką krwistą historię – przedwojenni dziennikarze pisali bardzo kwieciście – i przejść się jej szlakiem po współczesnym mieście. W takie tematy Toruń jest bogaty, weźmy chociażby aferę Piątka i Urbaniaka, jedną z najsłynniejszych historii szpiegowskich II RP. Fajnie by mogło być...
Tymczasem wygląda na to, że wrażenia i zdjęcia z wakacji będę musiał zostawić na długie zimowe wieczory (pewnie zabiorę się za nie niebawem, bo wygląda na to, że zima zbliża się do nas wielkimi krokami). Wróciłem z urlopu i zaraz porwał mnie wir ciekawostek. Jeden z czytelników gazety podzielił się na przykład skarbami po swoim ojcu. Cóż to było za imponujące archiwum! Ten ojciec, torunianin, przed wojną robił kurs na pilotów szybowcowych w Gostomiu, dokąd pojechał z aparatem fotograficznym. Później, podczas okupacji, pracował w zakładach remontowych Kriegsmarine, najpierw w Gdyni (wtedy Gotenhafen), skąd później, razem z frontem, przenoszony był na Wschód. Gdy zaś front zaczął przesuwać się w kierunku przeciwnym, on był przerzucany na Zachód (z Królewca do Gdyni musiał drałować pieszo). Koniec wojny zastał go w Kilonii. Podobno Niemcy mieli bardzo skuteczny sposób, by remontującym okręty robotnikom, obrzydzić sabotaż. W pierwszy próbny rejs po naprawie pakowali na pokład całą zasuwającą przy niej ekipę...
Nasz bohater zostawił po sobie niezwykle bogate archiwum, pełne zdjęć i dokumentów. Jest tam między innymi niemiecka gazeta z czerwca 1944 roku informująca o desancie w Normandii. Pofotografowałem ile się dało, zdjęcia robiłem jednak wieczorem, więc są nieco nieostre. Sesję postaram się powtórzyć, tymczasem jednak wrzucam dwie pocztówki z Prus Wschodnich i przedwojenny widok toruńskiej wieży spadochronowej. Może ktoś coś na jej temat wie?

Pocztówka z Pilawy. Teraz by można było ją podpisać – From Russia with Love. Na pierwszym planie latarnia morska, na drugim rozpieprzająca się o nią fala. Jak ja lubię latarnie morskie i duże fale!
Tak wyglądało kiedyś Giżycko.

czwartek, 29 września 2011

Dictum acerbum

Mistrz fotografii prowincjonalnej pokazał na swojej stronie Lubraniec. Ja też już dawno powinienem to zrobić, lepiej jednak późno, niż wcale – zanim więc zanurzę się w ukraińskich wspomnieniach - na moment udam się w kujawską podróż do przeszłości.
Jakoś w 2008 roku do Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego w Warszawie trafił sygnał, że podczas przebudowy drogi w Lubrańcu, robotnicy zaczęli wyciągać krawężniki, które okazały się być macewami. Pojechałem zrobić rekonesans, wybudowana podczas okupacji droga nadal była w remoncie, nagrobki jednak zostały wywiezione. Cmentarz żydowski musiał być tu spory, bo ziemia odzywała się hebrajskimi literami także poza trefną ulicą.
Każdy, kto do Lubrańca zagląda, podziwia piękną XVIII-wieczną synagogę, na której budowę – jak gdzieś kiedyś przeczytałem – gmina wzięła kredyt u miejscowych franciszkanów. Żydowskich pamiątek w tym mieście jest jednak więcej. Można je znaleźć chociażby w podjazdach do garaży, które na pewno zostały zbudowane po wojnie.


Oto lubraniecki kirkut. Wszystkie jego macewy stały się materiałem budowlanym, jednak wbrew temu co często mówią nasi rodacy, to wcale nie jest były cmentarz. Żydzi nie patrzą na nagrobki, dla nich najważniejsze jest to, co kryje ziemia. Jeśli nad kimś się zamknęła, musi taką pozostać do momentu nadejścia Mesjasza. Ciało w swojej mogile do tego czasu powinno spać spokojnie. Mimo zniszczeń, czas przeszły, jeśli nie było ekshumacji, nie jest i nie może być dokonany.
Jak niemal każde miasteczko w okolicy, Lubraniec wewnątrz wydaje się nieco zapyziały. Z oddali natomiast – szczególnie latem – czaruje sielankowymi krajobrazami. Mami nimi, bo sumienie ma brudne. Wcale nie chodzi mi tu o żydowskie nagrobki przed garażami, zwiedzając miasteczko, nasłuchaliśmy się wielu opowieści o tym, co w tej spokojnej i błogiej scenerii działo się tuż po wojnie. W Lubrańcu powstał wtedy obóz dla Niemców. Za jego druty nie trafili żadni zbrodniarze, bo ci uciekli razem z armią niemiecką. Uwięziono tam zwykłych Niemców, mieszkających w okolicach od wielu pokoleń. Zapuścili korzenie w tej ziemi często kilkaset lat przed tym, gdy świat usłyszał o Hitlerze, dlaczego więc mieli się stąd wynosić, gdy hitlerowskie chmury wreszcie przestały przesłaniać słońce nad ich ojcowizną? No cóż, powinni ją opuścić choćby dlatego, by uratować życie. Bo, gdy przez Lubraniec przeszła linia frontu, rozpoczęło się polowanie. Wojna się skończyła, wojenny teatr działał jednak dalej, tylko role się zmieniły. Historie, jakich się tu nałykaliśmy, przypominały te z opowiadań Borowskiego. Tyle tylko, że rzecz nie działa się w Auschwitz i ofiarom po tchawicach nie skakali hitlerowcy, ale Polacy. Dziś jednak głośno się o tym nie mówi. Pomnika, choćby takiego jak ten w Nieszawie, nie ma.
Lubraniec, miłe senne miasteczko... Miasteczko z grzechem na sercu. Podobnie zbrukane sumienie ma wiele innych wsi i miasteczek w okolicy. Oj, Polsko miła! Ty, pierwsza do walki! Mój Wilkenriedzie narodów! Walnij się w pierś, bo tylko szczera skrucha i rachunek sumienia może Ci zapewnić zbawienie. Posyp sobie głowę popiołem ze spalonej stodoły w Jedwabnem, Starczy go dla całego wielomilionowego narodu, bo przecież takie stodoły – mniejsze lub większe – kryją się pod maską milczenia w wielu miejscach.
Ty jednak nadal będziesz chodzić do komunii chowając skrwawione ręce za sobą. Niemcy przeprowadzili swój rachunek sumienia ponad 40 lat temu. My na to nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić, bo zniewoleni, aby przetrwać, potrzebowaliśmy samych bohaterskich przykładów. Dziś już większość widzów mrocznych wydarzeń nie żyje, a bez ich świadectwa, rachunek sumienia nie jest możliwy. Ludziom badającym oficjalne źródła o stosunkach polsko-żydowskich, pełne relacji o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, być może, jak nam, gdy przed laty przemierzaliśmy Lubelszczyznę, przyjdzie do głów refleksja: skoro wszystko było takie piękne, to dlaczego ci wszyscy ludzie podczas wojny zginęli? Niektórzy z nich, jak my na Lubelszczyźnie, być może w jakiejś wsi usłyszą od miejscowych, że najbliższy autobus do Auschwitz już pojechał, a ten do Majdanka dopiero przybędzie. Grzebiąc w zachowanych resztkach starych dokumentów,badacze być może odkryją, skąd się w tubylcach taki idiotyzm bierze. Zawartością archiwów nie da się jednak udokumentować żalu za grzechy...

poniedziałek, 26 września 2011

Koniec wietrzenia

Ojej, serdeczne dzięki za troskę o rozwój strony. Dla mnie, jak dotąd, była ona głównie wentylem bezpieczeństwa - miejscem, do którego trafiały rzeczy, jakie z różnych powodów nie zmieściły się w gazecie...
Zgoda, ostatnio ją nieco zaniedbałem. Wakacyjne wycieczki po mieście, choć niezwykle ciekawe i inspirujące, spowodowały jednak, że od czerwca do końca sierpnia miałem w sumie chyba ze trzy dni wolnego. Proszę mi więc wybaczyć długie przerwy między kolejnymi wpisami. Zwykłe zmęczenie materiału...
Materiał się jednak przewietrzył i to bardzo! Wziąłem długi urlop (wcześniej jakoś nie miałem okazji go wykorzystać), ruszyłem w Polskę, by ostatecznie trafić na Ukrainę, w Czarnohorę i Gorgany. Pogoda była jak złoto, od wyjazdu tylko raz widziałem na niebie chmury. Uwielbiam wrzesień! A góry? Choćbym miał język przydeptywać na stoku, kocham każde, w całej ich wyniosłej okazałości! Czarnohora zaś... Chyba jeszcze nigdy nie przyszło mi zbliżać się do nieba w miejscu równie pięknym i fascynującym! Ile niesamowitych rzeczy zobaczyliśmy, jak wiele, na szlakach (i poza nimi) spotkało nas przygód! Każdy widok zapierał dech w piersiach (jeśli więc dodać jeszcze stokową zadyszkę, okaże się, że przez prawie cały czas byłem na bezdechu), niemal przy każdym kroku, spod buta wyskakiwały fantastyczne historie, w jakie ta ziemia jest przebogata!
Każdy dzień zaczynał się bardzo wcześnie i kończył bardzo późno, każdy był wypełniony wrażeniami po brzegi. Zdjęć i przygód przywiozłem więc tyle, że będę miał czym zapełniać stronę przez wiele długich jesiennych wieczorów. To była wspaniała podróż i słowo daję, że im bardziej, wracając, oddalałem się od Kutów i Kołomyi, tym serce stawało mi się cięższe. Marzy mi się, by kiedyś wziąć urlop nie na miesiąc, lecz na jakieś pół roku, pojechać w Bieszczady i przejść stamtąd Karpaty do ich samego wschodniego – bałkańskiego końca...
Cóż, może kiedyś... Tymczasem ściągnąłem pod swoją betonową strzechę prawdziwy przedwojenny huculski skarb. Poczytam, skopiuję zdjęcia i zacznę tkać opowieść – górską i przy okazji - toruńską.
Jeśli chodzi o przedwojenną reklamę wytwórni krawatów przy ulicy Świętego Jakuba, zresztą jedną z moich ulubionych... Od niej właśnie zacząłem kolekcjonowanie starotoruńskich napisów, jej zdjęcie pojawiło się tu jakieś dwa lata temu. Zdaje się też, że mistrz Roman Such, poświęcił tej fabryczce jeden z „Albumów rodzinnych”. Miejsce jest zatem opracowane, ale dobrze, że się teraz pojawiło. Dawna Galicja – a przynajmniej jej zachodnia część - cieszy się swoją wielopokoleniową tradycją. Wygląda jednak na to, a podczas ostatniej podróży miałem okazję się o tym kolejny raz przekonać, że żadne z jej miast nie może się pod tym względem z Toruniem równać. Miasto powinno więc o swoje ulotne reklamowe skarby zadbać, tymczasem jak ta troska wygląda w praktyce? No właśnie...
Anonima, który napisał o Bydgoskim chciałbym uspokoić. Nie brakuje mi sił, by zajrzeć czasem do parku. Nie sądzę również, bym dał się porwać pustemu kwileniu o urokach tej dzielnicy. Z pewnością nie dostrzegam całego zła, jakie ta część Torunia doświadcza. Nie mieszkam na Bydgoskim, choć z przyjemnością tam się kiedyś przeprowadzę. Znam je ze spacerów, również takich w dni śnieżne i deszczowe, oraz relacji znajomych. Na niektóre uchybienia zapewne nie zwracam uwagi, bo przywykłem do nich u siebie na Mokrem. O przedmieściu piszę jednak w gazecie bardzo dużo (o bandyckiej zabudowie na zapleczu ZUS-u także wspominałem), mam wrażenie, że czasami nawet aż do znudzenia. Wychodzę z założenia, że metoda Katona Starszego doprowadzi kiedyś do szczęśliwego rozwiązania problemów. Dlatego też byłbym bardzo ostrożny w krytykowaniu pomysłów ludzi ze Stowarzyszenia Bydgoskie Przedmieście, bo to o nich zapewne Anonimowi chodziło, gdy wspomniał o mrzonkach rzekomych aktywistów społecznych. Z ich pomysłami można się nie zgadzać, jednak sam fakt istnienia takiej grupy, która się o Bydgoskie upomina, moim zdaniem pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.







poniedziałek, 5 września 2011

Bydgoskie... Słowo stało się ciałem

„O, kocham Kraków, bo nie od kamieni...” pisał kiedyś Wyspiański. O, uwielbiam Toruń, właśnie za jego kamienie - tak mógłbym teraz ja się wyrazić!
Hm, iloma drogami chadzałem już do pracy? W kierunku redakcji wydeptałem wiele ścieżek, szlaki zbyt mocno przetarte, szybko mi się jednak nudzą. Często wybieram zatem trasy okrężne, np. przez Jakubskie, czy Chełmińskie Przedmieście. Ostatnio przewiozłem się tramwajem do ulicy Reja i popędziłem Bydgoskim. Cudne to miejsce, przepysznie o tej porze roku zielone i, jeszcze bardziej smakowicie, zabudowane. Trzeba być całkowicie ślepym i głuchym, żeby przy takim spacerze, na widok wszelkich otaczających człowieka architektonicznych dobrodziejstw, nie dostać skrzydeł. Mnie do czegoś takiego nie trzeba przekonywać, więc swoje sandały zamieniłem na te, w jakich zwykł chadzać Hermes. Nie miałem innego wyjścia, bo oto, po latach zmagań pomiędzy toruńskim magistratem i wojewódzkim urzędem ochrony zabytków, Bydgoskie, na podobieństwo pod każdym względem uprzywilejowanej starówki, zostało objęte obszarowym wpisem do rejestru zabytków. Czekało na to ponad dwa lata i wreszcie... słowo ciałem się stało. Koniec z paleniem i dewastowaniem tego, co w Toruniu najcenniejsze! - tak chciałbym w tym momencie krzyknąć. Cieszę się więc z decyzji, ale z wiwatami jestem ostrożny. W Bramie Mostowej, w której kwateruje miejski konserwator zabytków, pracują w tej chwili cztery osoby. Już teraz nie są w stanie wszystkiego upilnować, tymczasem wpis tak wielkiego obszaru z pewnością również odpowiednio pomnoży im robotę. Czym więc będzie ten dokument? Przełomem w dziejach Bydgoskiego? Mam nadzieję. Trochę się jednak martwię, że papier będzie mówił swoje, a rzeczywistość nadal będzie sprawiała przykre niespodzianki...

Bydgoskie opisuję głównie jako skarbiec przeszłości, jednak w czasach, gdy się ta dzielnica na przełomie XIX i XX wieku rodziła, i później, w dwudziestoleciu międzywojennym nabierała blasku, była przecież wizytówką miejskiej przyszłości. Oto mała kolekcja obiektów modernistycznych. Ten na dole, z początku ulicy Mickiewicza, powstał w połowie lat 30. jako Dom Społeczny, po 1945 roku stał się Domem Studenckim nr 1, pod koniec lat 40. mieszkał w nim Zbigniew Herbert. Pod koniec pierwszej dekady XXI stulecia rozpoczęła się gruntowna przebudowa tego traktu i dzięki temu pojawiły się na nim ronda. Bliższe starówki prezentuje się solidnie, kierowcy więc je uszanowali - kolejne, którego patronką miała zostać Helena Grossówna, mają w nosie i walą prosto, bo rondo jest tylko marną wysepką w asfalcie. Bolesna sprawa, tym bardziej, że przebudowa ulicy Mickiewicza trwa już prawie trzy lata. Niemal jak za starych „dobrych” czasów PRL.
Rondo „przejezdne” jest nadal bezimienne. Temu przed DS. 1 nazwiska użyczył Zbigniew Herbert.
W dobrej restauracji (niekoniecznie Burbonów), zasiadając do stołu, prawdziwy smakosz chwyta serwetkę, by później uzbroić się w łyżkę, nóż i widelec. Na Bydgoskim jednak te atrybuty są jak na razie zbędne. Restauracja dzielnicy bardzo się ślimaczy... Ślimaki również trafiają czasami na talerz, ich amatorzy na pewno jednak nie opuszczą najpiękniejszego toruńskiego przedmieścia zniesmaczeni – motywów ślimaczych muszli na fasadach pochodzących sprzed I wojny budynków, znajdą krocie. Muszą jednak zauważyć, że zabytkowy Toruń nie ogranicza się tylko do swej wpisanej na listę UNESCO starówki. Aby wydostać się z cienia rzucanego przez pierniki, nie trzeba chodzić daleko. Wystarczy pokonać wzgórek emerytów – porośnięte drzewami resztki dawnych fortyfikacji, które znajdują się przy placu Rapackiego... Tylko mały krok dzieli starówkę od krainy secesji, modernizmu... Od dzielnicy, której niemal każdy dom może miastu opowiedzieć wiele, pochwalić się różnymi znanymi ludźmi, jacy przekraczali jego progi w czasach, gdy Bydgoskie Przemieście było najbardziej elegancką częścią Torunia.
Cóż, turyści ocierają się tylko o bramy tego sezamu. Przed nimi, jego zalety musi dostrzec miasto i przyjezdnym wskazać drogę. Władze najwyraźniej jednak w tą stronę nie spoglądają.

Ileż to ja razy chodziłem ulicą Mickiewicza? Gdy pielgrzymowałem do dawnego kasyna pruskich ułanów, dziś ozdobionego numerem 121, przemierzałem ją niemal codziennie. Jakiś ślepy jednak wtedy byłem. Patrzyłem, jak jedną z najważniejszych dróg Bydgoskiego Przedmieścia zaczyna szpecić budowany właśnie gmach ZUS-u. Widziałem też fasadę kamienicy na rogu Mickiewicza i Klonowica potrzaskaną odłamkami bomby, która pod koniec lat 90. wybuchła za pazuchą jednego z toruńskich gangsterów. To mi utkwiło w pamięci, a przecież cała ulica jest kopalnią cudów! Takich wymalowanych na fasadach budynków i tych ukrytych po bramach. Jedne i drugie nie powinny być dla mnie nowością, przecież zawsze staram się mieć oczy dokoła głowy, z wielką przyjemnością nurkuję też po starych podwórkach... Cóż jednak, wtedy zapamiętałem głównie budowę ZUS-u, wspomnienie chyba jednak nie poszło tak zupełnie na marne. ZUS-owski sztandarowy przykład architektonicznej zbrodni dokonanej na Bydgoskim, łomocze mi w łepetynie do dziś. I dobrze, bo taka dolegliwość najwyraźniej wyostrza wzrok. Pozwala dostrzec bogactwo tej dzielnicy, a co za tym idzie, nie pozwala przejść wobec jej obecnego dramatu obojętnie. Teraz cieszę się więc z każdego spaceru po Bydgoskim, bo omiatam wzrokiem wszystko i zawsze z takiej wycieczki przynoszę coś nowego.
Tym razem wparowałem do bramy jednej z kamienic przy ulicy Mickiewicza. O freskach, jakie ona kryje, słyszałem już dawno temu, nie mogłem jednak jej znaleźć. Nic dziwnego, elewacja kamienicy popękana jest niczym stare wiadro. Na pierwszy rzut oka, za swoją bramą obiecuje najwyżej zapach moczu. Po drugiej stronie wrót domu znajdującego się tuż przy skrzyżowaniu ulic Mickiewicza i Sienkiewicza, zamiast woni, znalazłem jednak fantastyczne malunki. Jakie one były cudne i jakie zdewastowane!



Z jednej strony freski, z drugiej schody, które pod żadnym względem malowidłom nie ustępują - są tak samo imponujące i równie zapuszczone.
Kolorami ścian i artystycznie pozwijanym metalem chwali się kamienica przy ulicy Mickiewicza 90. Wspomniałem, że jej fasada przypomina obite wiadro, aby nie być gołosłownym, Szanownej Publiczności przestawiam jej wygląd zewnętrzny. Na budynku nie zauważyłem tabliczki Administracji Domów Mieszkalnych, możliwe więc, że dom ma swojego prywatnego właściciela. Nasz magistrat Bydgoskie generalnie pogrąża, najwyraźniej bardzo trudno jest mu poradzić sobie z własnymi budynkami, jednak nie każda ruina na Bydgoskim jest własnością miejską. Niektórzy właściciele również swoją aktywność ograniczają do liczenia upadłych dachówek. Z różnych przyczyn – jest ich zbyt wielu, czego koronnym przykładem może być siedziba przedwojennego konsulatu Belgii, mieszcząca się również przy ulicy Mickiewicza, wcześniej na Piątej stronie prezentowana; bardziej niż na budynku, zależy im na działce przezeń zajmowaną – vide spalona willa przy Krasińskiego, lub po prostu na remont ich nie stać. Miasto nie ma dobrego pomysłu jak całą dzielnicę wydobyć z dołka, zresztą samo bardzo często, w zabytkowych wnętrzach gminnych lokali osiedla lokatorów socjalnych, z których wielu pobyt na Bydgoskim zaczyna od demolki. Ze swoimi skarbami magistrat sobie nie radzi, co roku jednak wspiera finansowo prywatnych właścicieli budynków wpisanych do rejestru. Ta pomoc nie jest duża – szczerze mówiąc to tylko kropla w morzu potrzeb, ale jest i dzięki niej kilka budynków na Bydgoskim już wypiękniało.
Najważniejsze jest niewidoczne dla oka... Jeśli chodzi o freski kamienicy przy ulicy Mickiewicza, oku trzeba pomóc i otworzyć właściwą bramę. Jej najbliższe sąsiedztwo również jednak kryje niespodzianki, niech mi ktoś jednak do cholery, pomoże odcyfrować to, co tu jest napisane!
Przy okazji, nawiązując do wcześniejszego wpisu poświęconemu znikającej reklamie zakładu braci Schillerów, których firma malarska, jak nadal można przeczytać na fasadzie kamienicy przy ulicy Piernikarskiej, powstała w 1899 roku, chciałbym władze naszego pięknego miasta raz jeszcze zapytać – czy na pewno jesteśmy tak bardzo w zabytki bogaci, by takie pamiątki bezpowrotnie tracić?

Inny budynek przy tej samej ulicy. Od 1890 roku jego numer się zmienił. Podobnie zresztą jak i on sam. Na korzyść? Zdecydowanie nie.
Atlanci przy ulicy Sienkiewicza. Ciekawe, czy mają łaskotki? Chyba lepiej nie próbować, bo choć dźwigające balkon postacie wyglądają na odnowione, cała reszta budynku prezentuje się raczej mizernie.
Jaka ładna... ruina. Jeszcze kilka lat temu w tej opuszczonej kamienicy przy ulicy Bydgoskiej, stały równie jak ona wiekowe i tak samo opuszczone, meble. Teraz budynek czeka pewnie na jakiś pożar. Ogień na Bydgoskim to przecież nic nowego, dzięki niemu już kilka razy udało się doprowadzić do tego, że stare „dziadostwo” ustąpiło miejsca nowej zabudowie.
To moja ulubiona perełka Bydgoskiego. Trudno od niej oczy oderwać, szczególnie gdy się jeszcze zajrzy do środka... Wizytówka dzielnicy, jej dawnego blasku i obecnej nędzy. Gdyby ktoś pytał, budynek należy do miasta.
Zdjęcia jej wnętrz już tu kiedyś pokazywałem.

Z Mokrego na starówkę idzie się przez Bydgoskie bardzo okrężną drogą. Warto jej jednak nadkłożyć i przy okazji rozglądać się na wszystkie strony. Sporo atrakcji najbardziej kiedyś reprezentacyjnej dzielnicy miasta, już trafił szlag, wiele innych niebezpiecznie zbliża się do granicy śmierci klinicznej. Oto kolejny taki prawie trup z ulicy Bydgoskiej.
Bliźniacza sąsiednia willa wygląda jeszcze gorzej. Na dodatek o tej porze roku jest tak zarośnięta, że w zasadzie nie da się do niej skutecznie podejść z aparatem. Tymczasem tu przed wojną mieścił się słynny pensjonat „Zofijówka”, w którym mieszkał sam Witkacy, gdy w Toruniu bywał. Trzeba się tu przejść za kilka miesięcy, gdy zasłaniająca budynek zieleń pójdzie śladem Persefony. Do zobaczenia zatem.