sobota, 16 lipca 2016

Ciekawy świat toruńskiego pogranicza


Pan Mieczysław Wilczewski napisał fantastyczną książkę. Z drobiazgowością godną etnografa przedstawił w niej barwny świat swojego dzieciństwa, którego centrum w latach 50. i 60. znajdowało się przy ulicy Podgórnej w Toruniu. Opisał go niezwykle barwnie, „Mój Toruń. Wspomnienia chłopaka z Mokrego” czyta się więc jednym tchem. To bardzo przyjemna lektura, a poza tym niezwykle ważna. Jej wartość rośnie z każdym zburzonym domem i każdym zniszczonym ogrodem na pograniczu Mokrego i Chełmińskiego Przedmieścia. Dziś jest więc już w zasadzie bezcenna.
Książka ukazała się na początku czerwca nakładem wydawnictwa Adam Marszałek. Jako Toruński Oddział Towarzystwa Opieki nad Zabytkami bardzo temu kibicowaliśmy, z przyjemnością zatem zapraszamy na spotkanie z autorem. Odbędzie się ono w święto E. Wedla, czyli 22 lipca, w Domu Muz przy ul. Podmurnej 1 o godz. 17.
Ceglano-drewniane tło przygotowanego przez Kamila Snochowskiego plakatu, nikogo nie powinno dziwić. Pan Wilczewski wychował się w szkieletowej kamienicy przy ul. Podgórnej 28 i dobrze to wspomina. Książka i jej okładka mówią zresztą same za siebie.
W piątek będzie można powspominać pod dachem, natomiast w sobotę 23 lipca zapraszamy na spacer. Wspólnie z autorem przejdziemy się po pograniczu Mokrego i "Chełmionki", startując o godz. 10 ze skrzyżowania Szosy Chełmińskiej i ul. Podgórnej. Niecałe 20 lat temu to miejsce wyglądało tak:
Do zobaczenia! 

niedziela, 26 czerwca 2016

Wiktoria grunwaldzka

Na tym naszym toruńskim zabytkowym łez padole, o dobre wiadomości jest cholernie trudno. Szczególnie
o takie. Przekazując ją powinienem się więc chyba oblec w garnitur, którego nie mam.
Samorząd województwa Kujawsko-Pomorskiego uratował przed zniszczeniem dawne kino "Mars",
a po wojnie "Grunwald" przy ulicy Warszawskiej.
Spaprany przez kolejne powojenne przebudowy budynek, dziś nie wygląda najlepiej, jednak wiosną 1933 roku, kiedy zbudowany ze składek Dom Żołnierza, dzieło architekta Adama Jarosławskiego zostało oddane do użytku, było wizytówką toruńskiego modernizmu. Na zdjęciu niżej widok od strony ulicy Warszawskiej.
A tu od Woli Zamkowej.
O początkach kina można przeczytać tutaj i tutaj.
Tak wyglądała opisywana w pierwszym tekście kabina projekcyjna. Tu prezentuje się ona na powojennym zdjęciu.
A tu widać wspominane przed wojną jej wyjście na zewnątrz.
Wojskowe kino przy ulicy Warszawskiej zostało otwarte pod koniec lat 20. Filmowa przygoda w obecnym budynku zaczęła się w roku 1933. Projektor działał tu do końca pierwszej dekady obecnego stulecia. Później armia wystawiła gmach na sprzedaż, z czego skorzystał jeden z toruńskich deweloperów. "Nowości" poinformowały o tym jako pierwsze. Nowy gospodarz nie miał wtedy jeszcze sprecyzowanych planów na przyszłość. Później okazało się jednak, że jego zdaniem historyczny budynek nie nadaje się do niczego, trzeba więc go zburzyć i w tym miejscu postawić coś nowego. Na to jednak nie zgodził się konserwator. Zrobił się raban w mediach, a deweloper znalazł się w kropce. 
Z opresji wyratował go marszałek województwa, który postanowił budynek kupić i po remoncie, ale zachowując oryginał, oddać go Teatrowi Impresaryjnemu. Czy pan marszałek nie mógłby w takim razie zaopiekować się również innymi toruńskimi zabytkami? Przynajmniej tymi na masakrowanych przez władze miasta przedmieściach?
Ilustracja poniżej jest fragmentem oryginalnego przedwojennego folderu z kina "Mars". Reklamował film "Drapieżne maleństwo" z genialną tragiczką Katarzyną Hepburn i Cary Grantem, jedną z najlepszych hollywoodzkich komedii lat 30. Obraz powstał w 1938 roku, na ekranie kina przy Warszawskiej pojawił się niedługo przed wybuchem wojny.
Przekazując radosną wiadomość na łamach gazety ogłosiłem konkurs dla tych, którzy opiszą swoją przygodę w kinie - toruńskim, lub jakimś z regionu. Bywalców Piątej strony też zapraszam. Historie można przesyłać do końca lipca 2016 roku na adresy: szymon.spandowski@nowosci.com.pl, lub w wersji tradycyjnej: Szymon Spandowski Redakcja "Nowości" ul. Podmurna 31, 87-100 Toruń. Wśród autorów rozlosuję dwie książki Katarzyny Kluczwajd "Toruńskie teatry świetlne, czyli kina, wytwórczość filmowa i miejscowe gwiazdy 1896-1939" ufundowane przez autorkę.

Godziny duchów

A skoro już o kinach mowa. Podczas Święta Bydgoskiego Przedmieścia na chwilę ożywiliśmy przedwojenne kino "Palace", powojenny "Bałtyk. Kiedyś była to jedna z największych i najlepszych świątyń X Muzy w Toruniu. To tutaj właśnie, w grudniu 1929 roku, miała premierę "Panienka z chmur", jedyne skończone dzieło toruńskiej wytwórni filmowej założonej przez Bernarda Marwińskiego. Relacja z pierwszego pokazu tutaj.
Budynek przy ulicy Mickiewicza powstał w 1926 roku. Jest jednym z dwóch w Toruniu wzniesionych od razu z myślą o kinie. Pozostałe były do tej roli adaptowane. Działało najprawdopodobniej do jesieni 1993 roku. Dokładnej daty jego zamknięcia nie pamiętam, jednak ostatnia notka o jego programie, jaką z nalazłem w "Nowościach", pochodzi z 30 września A. D. 1993. Później ulokowała się w nim Biedronka, co zresztą jest jedynym takim przypadkiem w mieście.
Swoją drogą, kiedy przeglądałem te archiwalne repertuary zacząłem się zastanawiać, jak to się stało, że w tamtych czasach na wagary do kina chodziłem tylko czasami. Dziś bym siedział przed ekranem przez cały dzień.
Akcja pod "Bałtykiem" była genialnym pomysłem Kamila Snochowskiego, czyli Literołapa, który nakłonił toruńską agencję reklamową Nowa, aby wypożyczyła ona za darmo i na tych samych zasadach dostarczyła słup reklamowy. Słup stanął przed dawnym kinem, a Kamil ozdobił go przedwojennymi afiszami i innymi reklamami filmów wyświetlanych przed wojną w kinie "Palace".
Widowisko było zorganizowane profesjonalnie. Mieliśmy nawet bilety, oryginały pożyczyła nam Malwina Rouba, a ja je skopiowałem w ilościach hurtowych. Mogłem zabawić się w konika:-).
Przy okazji pokazaliśmy też rekonstrukcję kamienicy przy ul. Mickiewicza 70, która znajdowała się w sąsiedztwie, ale została zburzona. Wygląd tego oraz trzech innych budynków odtworzył Kamil na podstawie oryginalnych planów i archiwalnych zdjęć. Zaprezentowaliśmy je na Święcie Bydgoskiego Przedmieścia rok temu, kiedy przebraliśmy się za deweloperów z przełomu XIX i XX wieku. Tak się składa, że większość niszczonych budowli szkieletowych na Bydgoskim, zwanych przez niektórych ruderami lub starymi budami, wznieśli dawni toruńscy przedsiębiorcy budowlani, jako swoje rezydencje i wizytówki.
Ha, ja nie relacjonowałem tej zeszłorocznej imprezy, a ona fajna była. Prawie udało nam się wynaleźć wehikuł czasu, co widać na zdjęciu Jacka Melerskiego.
Poza wizualizacjami, jak się dziś mówi i strojami, przygotowaliśmy również kolorowanki dla dzieci, odrysowując projekty architektów sprzed stu lat. Tu akurat koledzy pracują nad słynną Zofijówką przy Bydgoskiej 26, gdzie w pierwszej połowie lat 20. ubiegłego wieku, w pensjonacie Kazimiery Żuławskiej działał jeden z najsłynniejszych salonów ówczesnej Rzeczypospolitej.
Jeżeli rzeczywiście takie będą Rzeczypospolite, jakie jej młodzieży chowanie, nasze obecne problemy z przekonaniem bliźnich do tego, że pruski mur jest dla Torunia tak samo ważny jak gotyk, są chyba przejściowe. Mali kolorujący robili to z wielkim zaangażowaniem.
I było ich całkiem sporo.
Finał konkursu na zdjęciu któregoś z kolegów.
Młodzież korzystała z rekonstrukcji...
To też nie jest moje zdjęcie. Całą dokumentację fotograficzną można znaleźć na stronie Toruńskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, czyli organizatora imprezy.
W przypadku Zofijówki mogła też zerknąć na zrujnowany oryginał, bo pod nim właśnie się rozłożyliśmy.
Przy okazji pomogliśmy też parze Niemców, którzy wybrali się do Torunia szukać śladów swojego przodka, budowlańca z końca XIX wieku. Mieli jego stary adres, jeszcze z czasów sprzed reformy, która przypisała budynki do ulic. Gmachu na Bydgoskim Przedmieściu szukali przy ulicy Bydgoskiej. Pan Bohdan Orłowski, gospodarz strony oToruniu.net, do którego zadzwoniłem, szybko ustalił jednak, że przodek mieszkał przy obecnej ulicy Mickiewicza, na przeciwko kina. Zdjęcie też nie jest moje. Tomka Stochmala?
 Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego gospodarze Torunia nadal umieszczają w historycznych miejscach tablice głównie po polsku i angielsku. Przecież czasy, w których negowaliśmy wkład Niemców w rozwój Torunia już dawno minęły. Przykro nam się robi na widok tablicy w Wilnie informującej, że Ignacy Domeyko był wielkim synem dwóch narodów - litewskiego i chilijskiego - sam ją widziałem. A jak się sami zachowujemy?
 No dobra, zanim się już całkiem w dygresjach pogubię...
Podczas Święta Bydgoskiego Przedmieścia A. D. 2016 zabraliśmy się za wywoływanie duchów. Zrobiliśmy imprezę przed świetnej pamięci kinem "Bałtyk". Opowiedzieliśmy o nim, pokazując m.in. jego projekt widoczny na pierwszym zdjęciu. Kiedy zrobiło się dostatecznie ciemno, odpaliliśmy projektor i na na fasadzie budynku wyświetliliśmy film. Początkowo mieliśmy zamiar pokazać tylko jego kawałek, publika wytrwała jednak do końca. Sprzęt zwijaliśmy tuż przed północą. To było niesamowite przeżycie, bo poza światłem latarni, przeszkadzał nam księżyc w pełni, który przez prawie cały seans wisiał nad kinem.
Do zobaczenia za rok na Bydgoskim Przedmieściu, przed laty najbardziej eleganckiej dzielnicy Torunia.

czwartek, 12 maja 2016

Z drugiej strony pocztówki

Dorzucę jeszcze trzy słowa (no, może trochę więcej) do tego, co napisałem w poprzednim poście.
Każde stare zdjęcie ma dwie strony - awers i rewers. Retro-kłusownicy znają jednak tylko jedną stronę medalu, ponieważ ściągają wyłącznie obrazki. Tymczasem słowa umieszczone na odwrocie pocztówek, bardzo często bywają dużo ciekawsze od ilustracji. Ale, żeby je odczytać, trzeba mieć w ręku oryginał...
Niedawno zrobiłem większe zakupy. Znalazłem kilka ciekawych obrazków wystawionych na sprzedaż przez ludzi z Niemiec, Francji, Szwajcarii, Chorwacji, czy Bułgarii. Bardzo mnie fascynuje, jakimi drogami chodziły toruńskie pocztówki i zdjęcia, że zawędrowały tak daleko? 
Tak się akurat zdarzyło, że większość moich zakupów opuściło miasto podczas pierwszej wojny światowej. Zdjęcia wracały zatem do domu po stu latach...
Wśród nich była fotka imponującego brodacza stojącego na tle ściany z pruskiego muru. Nie mogłem jej nie kupić:-). Przesyłkę z dalekiego kraju listonosz dostarczył 29 marca 2016 roku. Otworzyłem kopertę, spojrzałem na zdjęcie, a później razem z Anią pochyliliśmy się nad treścią.
 
Proszę spojrzeć na datę. Pocztówka została wysłana z Torunia 29 marca A. D. 1916. Wróciła zatem równo sto lat później! Muszę przyznać, że to było mocno poruszające...
Na wypisane przed laty słowa dybię z wielkim zapałem od pewnej przygody, jaką pewnego razu przeżyliśmy we własnej kuchni. To takie "babcine" miejsce, z kredensem, stołem, szragankiem, makatkami, oknem w dachu i różnymi starociami. Miło się tam siedzi, więc dość często kuchnia jest sercem domu. W takiej właśnie scenerii nasz serdeczny kolega zademonstrował nam skarby ze swojego archiwum. Miał w nim niepozorną pocztówkę składającą się z dwóch obrazków. Jedno przedstawiało wnętrze cementowni, w której powstają jakieś elementy, na drugim widać było ich montaż w toruńskiej rzeźni miejskiej. Pocztówka dokumentowała narodziny pierwszego betonowego stropu w regionie. O tego.
Z tego powodu zresztą kolega pocztówkę kupił. Górny obrazek pokazujący pracę w cementowni wyglądał tak:

Przyglądaliśmy się tej pocztówce, aż Anię olśniło, że patrzymy na kartkę reklamową firmy Reinharda Uebricka, toruńskiego przedsiębiorcy budowlanego z końca XIX i początków XX wieku, a poza tym również radnego miejskiego i autora pierwszego profesjonalnego przewodnika turystycznego po Toruniu. 
Można powiedzieć, że Uebrick jest naszym dobrym znajomym, pojawia się przy okazji niemal każdej naszej wyprawy w przeszłość. Pod koniec lat 70. XIX stulecia zbudował dla siebie szkieletową kamienicę przy Bydgoskiej 35, która "spaliła się" na początku 2006 roku. Później wzniósł sobie nową siedzibę, piękną kamienicę na rogu ul. Rybaki i Kujota (przed 1920 rokiem Uebricka). Kierował pracami przy budowie siedziby TNT, zaprojektował i wzniósł budynek fabryki pierników Weesego przy ul. Strumykowej, miał swój udział w powstaniu teatru, Dworu Artusa, zbudował kamienicę przy ul. Św. Katarzyny 4... Kilka słów i zdjęć na temat jego osiągnięć znajduje się tutaj. Na początku XX wieku zbudował również cementownię Pod Dębową Górą, to z jej wnętrza pochodzi właśnie prezentowany wyżej obrazek. 
Jak się okazuje, on również był konstruktorem pierwszego betonowego stropu w regionie, który na początku ubiegłego stulecia powstał w toruńskiej rzeźni.
Pochodząca z lat 80. XIX wieku rzeźnia, kawał bardzo ciekawej architektury przemysłowej, również już nie istnieje. Jej budynki były kamieniami milowymi na szlaku, jakim zmierza obecny gospodarz miasta uwalniając Toruń od ciężaru zabytków. Pardon, rzeźnia nigdy nie trafiła do rejestru!
Wracając jednak do Reinharda Uebricka... Dowiedzieliśmy się o człowieku bardzo dużo, nie udało nam się jednak ustalić, gdzie dokładnie został pochowany. Grób tego zasłużonego człowieka nie istnieje, nie ma więc, gdzie postawić znicza. 
Wiele razy czytaliśmy o Uebricku w różnych dokumentach z epoki, nie trafiliśmy jednak na żadne jego zdjęcie. W pewnym sensie się zaprzyjaźniliśmy, ale zawsze dzieliła nas przepaść - Toruń XIX-wieczny bywa dziś bardziej obcy niż miasto Kopernika. Nasz dobry znajomy Reinhard Uebrick, o którym staramy się dzisiejszemu Toruniowi przypomnieć, zawsze był postacią wspominaną jedynie w gazetach i oficjalnych dokumentach sprzed lat.
Siedząc w kuchni wpatrywaliśmy się w obrazki z pocztówki Piotra. W pewnym momencie Ania odwróciła obrazek i spojrzała na adresata. 
O cholera, Helene Uebrick!
Rzut oka na podpis nadawcy. Reinhard Uebrick!
Później było równie ciekawie. Nasz architekt zapraszał swoją krewną na święta do Torunia. Wcześniej wysłał jej zgodę na przyjazd do miasta. 
Zaraz, po co komu taki dokument? 
A kiedy została pocztówka wysłana? 
15 grudnia 1914 roku!
Tuż przed pierwszym Bożym Narodzeniem wielkiej wojny. Miasto było wtedy jeszcze uważane za twierdzę na linii frontu, wjazd do niej był mocno utrudniony. A korespondencja, podobnie jak w kolejnych latach wojny, była cenzurowana, czego dowodem jest stosowna pieczątka.
W ten oto sposób udało nam się dotknąć bardzo nas interesującej historii. Stało się tak jednak tylko dlatego, że mieliśmy do czynienia z oryginalną pocztówką i poza obrazkiem, mogliśmy również zerknąć na znajdującą się na jej odwrocie treść.

środa, 11 maja 2016

Most z dedykacją

Niedawno sypnęło mostowymi rocznicami. 9 marca minęły 163 lata odkąd ruszające lody na Wiśle zniszczyły drewnianą toruńską przeprawę, zabierając nie tylko most, ale również pracujących na nim robotników. Więcej na ten temat tutaj.
Kilkanaście dni później stuknęło 145 lat odkąd toruńska Rada Miasta podjęła decyzję o budowie kolejnego drewnianego mostu, który okazał się ostatnim. O tym też napisałem w cotygodniowej porcji gazetowych staroci.

Mostowe wątki wrzucam również tutaj, ze specjalną dedykacją dla pana Marka Gotlibowskiego, który lubi mi z Piątej Strony wybierać stare zdjęcia, wykazując jednak dużo mniej zaangażowania w podpisywaniu źródeł. Nigdy też nie zapytał się o zgodę na ich ponowne wykorzystanie. Tak przy okazji - na zdjęciu widać ostatni drewniany most toruński z drugiej połowy XIX wieku, a nie fragment wojennej przeprawy, jak raczył pan na swojej stronie napisać.
Podobni kłusownicy niestety mnożą się w internecie jak króliki. Na Facebooku powstają kolejne strony, których autorzy żonglują kradzionymi zdjęciami nie oglądając się na nic. Pół biedy, jeśli te fotografie służą im jako ilustracje jakichś własnych odkryć. Na ogół jednak chodzi tylko o to - Łoł, mamy fajne stare zdjęcie - klikajcie! 
Jeden z takich ekspertów wrzucił raz zdjęcie bazyliki w Chełmży i ogłosił konkurs. Zapytał, co to jest? Internauci zaczęli więc odpowiadać - to jest bazylika w Chełmży, zostali jednak szybko skorygowani, ponieważ zdaniem gospodarza, zdjęcie przedstawiało... kościół na Podgórzu.
Inny specjalista ozdobił swoją stronę fotografią przedstawiającą kilku facetów kąpiących się w Wiśle, na tle zniszczonego podczas wojny toruńskiego mostu drogowego. Pod zdjęciem umieścił apel do czytelników, aby odezwali się ci, którzy rozpoznają swoich dziadków. Problem w tym, że kąpieli zażywali żołnierze niemieccy. Wątpię, aby nieszczęśnikowi chodziło o dziadków z Wehrmachtu. Po prostu zdjęcie zwinął, właściciela nie zapytał o szczegóły.
Smutny do bólu jest przypadek kolejnego kłusownika, który wrzucił na swoją stronę film Bogusława Magiery. Skopiował go z płyty dołączonej do książki Katarzyny Kluczwajd "Toruń między wojnami". Skontaktował się z nim wnuk pana Bogusława, odbił się jednak od ściany głupoty i arogancji. Kłusownik, zamiast posypać głowę popiołem, ruszył do ataku. Bo skąd on może wiedzieć, że ma do czynienia z potomkiem autora?! (Nazwisko ofiarodawców pojawia się na początku skradzionego filmu, jest też w książce) I kiedy autor zmarł, bo może prawa autorskie już nie obowiązują?! (autor został zamordowany przez Niemców w obozie koncentracyjnym, nie trzeba się wysilać, żeby się tego dowiedzieć. Poza tym, skoro żyją spadkobiercy, ich prawa do filmu nie przemijają).
To tylko jedna strona medalu. Jeśli chcecie chwalić się archiwalnymi zdobyczami, proszę bardzo, róbcie to jednak tak, żebyście nikogo nie okradali. Kupowane na aukcjach stare zdjęcia, które z takim zapałem podbieracie kosztują i to często sporo. 
Gdybym przyszedł do restauracji, nażarł się tam za 200 złotych, wyszedł i nie zapłacił, to właściciel tej knajpy pewnie by się bardzo wkurzył. I słusznie. A co ma zrobić kolekcjoner, kiedy ktoś kradnie mu zdjęcie kupione za 200 złotych?
Jak by zareagował właściciel sklepu z odzieżą, gdybym mu zwinął marynarkę? Zdjęcia potrafią kosztować więcej niż marynarki, a przerzucane z jednej złodziejskiej strony na drugą, bardzo tracą na wartości.
A co z podkradanymi i puszczanymi dalej bez podpisu zdjęciami żyjących fotografów? Czym te zdjęcia różnią się od krawatów czy obiadów?
Lubicie państwo stare zdjęcia? To uszanujcie źródła, z których je bierzecie, bo inaczej te źródełka wyschną. 
Mój kolega kupił kiedyś w antykwariacie album ze zdjęciami niemieckiego sapera, który na początku I wojny służył w Toruniu. Wchodził z aparatem wszędzie, więc niemal każda fotografia jest bezcennym skarbem. Są tam zdjęcia przygotowanego do wojny jednego z toruńskich fortów, obrazki z przejścia granicznego w Pieczeni oraz fotografia mostu, jaki podczas wojny zbudowali w Toruniu saperzy. Tego, o którym krążyły legendy, że podobno istniał i jeździła po nim kolejka wąskotorowa. O tej przeprawie się mówiło, nikt jej jednak nie widział. Aż do teraz. Zdjęcie sapera jest jedynym, jakie do tej pory wypłynęło. Poprosiłem kolegę, żeby się swoim skarbem podzielił. Napisałem o moście w gazecie, dołączyłem zdjęcie. Wyraźnie podpisałem, skąd je mam, jednak ci, którzy puścili je dalej, już sobie tego trudu nie zadali. Do dziś mam z tego powodu wyrzuty sumienia i o rzadkie zdjęcia nikogo nie proszę. Zresztą prawdziwi zbieracze coraz częściej na publikacje zdjęć się nie godzą. Bo po co, przecież zaraz ktoś zdjęcia ukradnie...

środa, 4 maja 2016

Szczecińskie krokusy

Gdzie jest tak ładnie? Niestety, nie w Toruniu. To krokusowa aleja na Jasnych Błoniach, przed oknami Urzędu Miasta w Szczecinie.
Pracownicy tamtejszego Zakładu Usług Komunalnych sadzą kwiaty pod okiem ogrodnika miejskiego, którego Szczecin posiada, od ponad 10 lat.
Pod wiekowymi platanami rośnie już kilkaset tysięcy krokusów. Od kilku lat kwiaty mają swoje święto, pojawiają się też w innych częściach bardzo zielonego miasta.
Aż chce się tam wracać. Tym bardziej, że szczecińskie zieleńce naprawdę tętnią życiem.

sobota, 7 listopada 2015

Idzie zima...



Zima w tym roku będzie sroga, w każdym razie na to wskazują koty. Nie mają dna, chociaż są dwa, jedzą za dziesięciu. Poza tym zaszywają się w różnych dziwnych miejscach. Czasami bardzo dziwnych, bo słowo daję, ja małej do pralki nie wsadziłem. Wlazła sama.

Gdzieś zniknęła, zacząłem jej szukać i przez zupełny przypadek w bębnie znalazłem…

Jeszcze zdziwiona była tym, że ja się jej dziwię.

No po prostu niektórym to się już całkiem w kitach poprzewracało.


W kolejce po ordery



Przyszedłem, zobaczyłem i się zaśmiałem. 

Już myślałem, że będzie tu można zamówić Order Orła Białego, czy inne Virtuti Militari, ale mieli tylko ordery Za Zajęcie Pierwszego Miejsca.


sobota, 31 października 2015

Chorągiewka

Kilka dni przed wyborami, swoich ludzi w Toruniu odwiedził prezes PiS. W naszej redakcyjnej bazie foto mignęły mi później zdjęcia ze spotkania w Dworze Artusa. Na jednym z nich dostrzegłem coś jakby kawałek głowy prezydenta Michała Zaleskiego. Trochę mnie zatkało, więc się przy tej fotografii zatrzymałem. Kawałek głowy był jednak mały i zacieniony, poza tym nie chciało mi się wierzyć w to co widzę, więc nie uwierzyłem. Nieco później kolega oświecił mnie, że oczy mi jednak nie szwankują. Prezydent Torunia na tym spotkaniu był. W wieczór wyborczy również zresztą odwiedził sztab PiS.
Ja rozumiem, że polityka jest sztuką wyborów, jednak nawet politykom potrzebny jest czasami kręgosłup.
Dołączam zdjęcie pochodu pierwszomajowego z 1997 roku. Na fotografii z archiwum „Nowości” prezentuje się Michał Zaleski, wtedy jeszcze jeden z trzech muszkieterów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z brodą i razem ze swoimi kolegami – Marianem Frąckiewiczem i do niedawna jeszcze posłem, Jerzym Wenderlichem.

czwartek, 30 lipca 2015

Królowa pokazuje swoje skarby

Raz na jakiś czas z wody wyłaniają się zatopione miasta, odzywają się dzwony pochłoniętych przez żywioł kościołów. Tak się dzieje w bajkach, podobnie bywa jednak również w rzeczywistości.
Chociażby teraz, kiedy Wisła niemal wyschła i chwali się swoimi skarbami, odsłaniając m.in. szkielety wraków.
Na przykład dwóch wraków pod Bobrownikami.
Dwóch z siedmiu, jakie leżą w tej okolicy. To dość specyficzne miejsce, przekopując gazety sprzed wieku, kilka razy natknąłem się na informację o tym, co na bobrownickich płyciznach utknęło.
Na tych nieszczęśnikach swoje piętno odcisnęły jednak nie mielizny, ale wojny. Pierwsza jednostka została zatopiona przez bolszewików w 1920 roku.
Drugą, najprawdopodobniej parowiec „Spółdzielnia Wisła” posłały na dno niemieckie bombowce we wrześniu roku pamiętnego.
Oba leżały mi na sercu już od lat. Raz przepłynąłem nad nimi podróżując holownikiem z Płocka do Fordonu. Mieliśmy jednak na holu wielką barkę, na zaporze we Włocławku zwiększono więc zrzut wody, żebyśmy mogli przepłynąć na fali nad zdewastowanym dnem rzeki. Zobaczyłem więc wtedy tylko żółte boje oznaczające spoczywające w sąsiedztwie zagrożenie. Relację z podróży i zdjęcie znaku kiedyś już tu wrzuciłem. Teraz wreszcie udało mi się zobaczyć to, przed czym boja ostrzega.
Szkoda, że stało się to na wariackich papierach. We wtorek wieczorem okazało się, że upadła koncepcja tekstu przewidzianego na dwie strony magazynu. W środę teoretycznie wszystko powinno być gotowe, my zaś, razem z fotoreporterem, dopiero wtedy ruszyliśmy w teren, bez żadnego przygotowania. Cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary.
Z brzegu niewiele było widać, łódź udało nam się jednak załatwić praktycznie od ręki. Dzięki panie Marianie.
Z wody wszystko wygląda ciekawiej. Na zdjęciu zamek w Bobrownikach.
Przy okazji bardzo przepraszam, ale nie zauważyłem na czas, że mam upaprany jeden obiektyw.
Trafiliśmy na jakiegoś ptasiego modela…
Który na nasz widok najwyraźniej chciał podnieść swój autorytet udając godło.
Przy wraku z 1920 roku udało nam się wysiąść, wokół statku osadziło się sporo piasku.
Tożsamość zatopionych pod Bobrownikami statków jest dyskusyjna. Większość źródeł podaje, że w starciu z bolszewikami na dno poszedł służący we flotylli wiślanej „Moniuszko”. Okręt ten (zmobilizowany, więc ta nazwa mu przysługuje), miał być jednak później wydobyty, by pływać po królowej polskich rzek przez kilka dekad.
 Te żałosne szczątki nie mogą więc należeć do niego.
Rozwiązania zagadki szukałem na brzegu. Od wędkarza, którego zapytałem o łódź dowiedziałem się, że statek płynął z pomocą Warszawie. Został ostrzelany przez rosyjskie działa ustawione na górkach pod Bobrownikami. Załodze udało się jeszcze dopłynąć do kępy wiślanej, która wtedy się tam znajdowała. To w każdym razie opowiadała mu mama, która urodziła się w 1914 roku i cały czas mieszkała w Bobrownikach.
Susza pozwala zobaczyć wraki, ale jest też dla nich zgubna. Poprzednio, kiedy Wisła opadała tak nisko, z rzeki słychać było łomot młotków. Pozostałości statków były rabowane przez poławiaczy złomu z obu brzegów – dobrzyńskiego i kujawskiego. Przepraszam, że zapytam: gdzie jest konserwator zabytków? Co na to opiekunowie miejsc pamięci narodowej? Ile mamy podobnych pamiątek z sierpnia 1920 roku?
I tych z września 1939 roku?
No dobra, na wraki się już napatrzyliśmy…
A jak te statki wyglądały w bardziej naturalnych dla siebie warunkach? Oto jeden z nich – „Chopin”. Zdjęcie zostało zrobione w latach 30. i trafiło do rodzinnego archiwum Tadeusza Pokrzywnickiego.
Cóż nam zresztą po „Chopinie”, pod Toruniem mieliśmy jeszcze większy skarb. W Kaszczorku na brzegu Drwęcy, przy jej ujściu do Wisły, stał „Kiliński”.
Statek, który w 1920 roku pod banderą Rzeczypospolitej walczył z bolszewikami, służąc w tej samej flotylli co wrak spoczywający pod Bobrownikami.
„Kiliński”, rocznik 1899, przetrwał do pierwszej połowy lat 90 XX wieku. Służbę kończył na lądzie, jako hotel. Pamiętam, że miał dość specyficznego właściciela, jednak w chwili swojej śmierci był chyba ostatnim z wiślanych bocznokołowców, na dodatek statkiem z wojenną przeszłością. Nie wiem, kto podpisał dokument posyłający „Kilińskiego” na złom. Wiem jednak na pewno, że ten ktoś powinien za życia cierpieć męczony co najmniej poważnymi wyrzutami sumienia, by później smażyć się w piekle na głębokim oleju.
Swoimi trzema zdjęciami „Kilińskiego” podzielił się ze mną pan Janusz Papierkiewicz, któremu bardzo za to dziękuję.
Podczas pospiesznego polowania na wraki nie udało nam się niestety dotrzeć do pozostałości XVIII-wiecznej barki pod Bógpomożem. Zabrakło na to czasu. Z tego samego powodu musiałem również odłożyć na później poszukiwania berlinki z cegłami, której dziób przy tak niskiej wodzie powinien być widoczny przy lewym brzegu Wisły na wysokości Winnicy. W Toruniu pojechaliśmy jeszcze tylko na Kępę Bazarową, gdzie rzeka odsłoniła pozostałości przystani oraz XIX-wiecznych mostów.
Może zresztą i starszych. Pierwszy drewniany most w tym miejscu został zbudowany w latach 1497 – 1500, ostatni (na zdjęciu) spłonął na początku lipca roku 1877. Przez ten czas mosty były niszczone przez lód, ogień i różne operujące w rejonie Torunia armie. W praktyce oznaczało to, że co kilka lat most był w zasadzie w całości odbudowywany.
Ślady mostów wyłaniają się z wody również w innych miejscach. Tu na przykład mamy najprawdopodobniej pozostałości przeprawy wojennej z lat 1940 – 1945. Fragmenty konstrukcji są doskonale widoczne z mostu drogowego.
Buszujący nad rzeką koledzy dopatrzyli się już reliktów co najmniej pięciu toruńskich mostów. Poza tym drogowym z czasów wojny, przeprawą XIX-wieczną, złowili również m.in. prawdopodobne pozostałości mostu wzniesionego przez saperów na początku I wojny światowej. Drewniane belki widać po zachodniej stronie starej przeprawy drogowej. Na zdjęciu natomiast prezentują się jeszcze pozostałości mostu z czasów okupacji.