wtorek, 24 stycznia 2017

The sun on the meadow is summery warm The stag in the forest runs free...

Młodzież Wszechpolska poszła do szkoły nauczać o żołnierzach wyklętych. Została zaproszona do toruńskiego X LO. Dyrektor szkoły się pogubił, a może wcale nie chciał się odnaleźć? Finał był tego taki.
Przeczytałem tekst, przejrzałem komentarze, czego na ogół nie robię. Słucham toczących się wokół dyskusji. Widzę przelewające się szambo, nad którym co jakiś czas przelatują nokautujące stwierdzenia, że przecież nic się nie stało. O co w ogóle tyle hałasu?
Od wczoraj chodzi za mną piosenka z "Cabaretu". Nic dodać, nic ująć.

piątek, 9 grudnia 2016

Samochodziki i ich panowie, czyli początki motoryzacji w Toruniu

Na początku proponuję przygotować sobie solidną porcję dobrej kawy, to będzie długa i nudna historia. No dobra, postaram się, aby nudna nie była, ale ze względu na bogactwo wątków, nieco mi się rozrosła. Korzystając z niebywałego luksusu jakim jest chorobowe - nie mogę nigdzie wyłazić, więc nic mnie nie goni - wyciągam ją z lamusa, nim mi się całkiem zakurzy.
 Co do kawy - może to być kawa słodowa Kathreinera, której reklamą z czerstwymi dziećmi zachwycała się swego czasu Ania Zglińska. Ten zachwyt musiał podziałać jak magnes, ponieważ niebawem dostaliśmy od naszej ulubionej sąsiadki dość nietypowy prezent - tabliczkę, którą sąsiadka akurat znalazła na ulicy. Wykopali ją (tabliczkę, nie sąsiadkę) panowie podłączający kabel do nowego architektonicznego koszmaru mieszkalnego, czyli bloku Młodzieżowej Spółdzielni Mieszkaniowej. Emaliowana tabliczka wyglądała prawie jak nowa, faktycznie jednak musiała pamiętać jeszcze czasy kaisera i sklep, jaki zapewne znajdował się gdzieś w okolicy, w którymś ze zburzonych przed laty budynków szkieletowych.
Płynąc na tej kawowej fali, bądź korzystając z kawowego magnesu, który przyciągnął już kawa-łek antycznego żelastwa, nieco później Ania złowiła jednorożca. Albo kwiat paproci. Albo polityka, który rozpoczynając karierę, nie przestaje tracić kontaktu z rzeczywistością. Albo coś równie niespotykanego, ale od lat poszukiwanego, czyli pierwszy samochód w Toruniu. Na dodatek złapała go na martwą przynętę, bo wpadła na niego zbierając informacje na temat epidemii cholery.
Ja na ten pierwszy samochód polowałem przez ładnych kilka lat. Przekopałem kilka roczników gazet z początku XX wieku, znalazłem wzmiankę o pierwszym samochodzie w Grudziądzu, początki motoryzacji w Toruniu, cały czas się jednak przede mną chowały. Cóż, może to dlatego, że nie zajmowałem się wcześniej reklamami kawy Kathreinera.
Tak ponad sto lat temu prezentowała się ulica Mostowa w Toruniu - obrazek pochodzi z zasobów Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej. Proszę spojrzeć, ile przy niej rośnie drzew i ile roślin jest na balkonach, ale to tak na marginesie. Tutaj w czerwcu 1894 roku wtoczył się i zatrzymał pierwszy w Toruniu pojazd napędzany końmi mechanicznymi.
Pierwsza dorożka bez koni, pędzona benzyną, przybyła wczoraj po południu do Torunia i zajechała lekko a bezpiecznie do hotelu pod Czarnym Orłem - informowała 122 lata temu "Gazeta Toruńska".

Hotel istnieje do dziś, chociaż z czasem stracił kolor. Na początku wieku był jednym z najlepszych w mieście.
No dobrze, a co z tym wszystkim ma wspólnego kawa? To ona właśnie, a nie benzyna, sprowadziła do Torunia pierwszy samochód!
Dorożka benzyną pędzona już opuściła Toruń. Był na niej napis z daleka widoczny "Kathreiners Kneip-Malz-Kaffee München". Reklama to więc. Jeździ tą dorożką agent podróżujący w interesie owej kawy. - To oczywiście kolejny fragment z "Gazety Toruńskiej" z 1894 roku.

Na obrazku u góry widzimy dorożkę benzyną pędzoną (swoją drogą brzmi to jak jakaś obelga. A to dorożka benzyna pędzona jedna!) z pierwszej reklamy samochodowej, jaka pojawiła się w toruńskiej Księdze Adresowej. W 1908 roku w ten sposób polecał swój warsztat przy ul. Bydgoskiej 84, Oskar Klammer. Z tego co pamiętam, numer tej kamienicy się nie zmienił, budynek posiada również oficynę z wygodnym dojazdem, idealne miejsce na warsztat samochodowy oraz punkt sprzedaży i naprawy kołowców nazwanych nieco później rowerami.
W historię pana Klammera się nie zagłębiałem. Jego reklama pojawia się w Adresbuchu jako pierwsza, jednak punkty sprzedaży i napraw samochodów działały w Toruniu już wcześniej. Jakieś dwa lata temu pisałem w "Nowościach" o napadzie, do którego doszło w październiku 1905 roku na sklep zegarmistrza i jubilera Hugo Siega przy ulicy Elżbiety, a dziś Królowej Jadwigi 5.
W tamtych czasach witryna nie była tak szpetnie oklejona jak teraz.
Złodzieje weszli oknem z ulicy do piwnicy i stamtąd do sieni, skąd dostali się po rozbiciu podwójnych drzwi do wnętrza składu. Skradli 35 złotych zegarków męskich, 157 złotych i srebrnych zegarków dla pań, przeszło 800 pierścieni, bransoletek, kolczyków i innej biżuterii. Nikt niczego nie słyszał i nie widział, straty oszacowano na 25 tysięcy marek. Sprawa szybko nabrała międzynarodowego charakteru.
Jako podejrzanych o dopuszczenie się kradzieży u jubilera Siega aresztowano dwóch poddanych rosyjskich - informowała „Gazeta Toruńska” w ostatni dzień października 1905 roku. - Obaj w dniu popełnienia kradzieży udali się nad ranem do tutejszego mechanika Gęsickiego, by dla dalszej jazdy nabyć samochód. Gdy atoli pan G. podał im cenę za wysoką, odjechali umyślnie najętym parowcem ku rosyjskiej granicy. Na telegraficzne zawiadomienie przytrzymano ich w Silnie.
Z zakupu auta nic nie wyszło, z czego podejrzani w gruncie rzeczy powinni się jednak cieszyć. W tamtych czasach, uciekając samochodem, nie mogli raczej myśleć o dyskrecji, pojazdy, wszędzie gdzie się pojawiły, budziły sensację. Trudno też było w tym przypadku marzyć o ucieczce w amerykańskim stylu. Samochody były wtedy w stanie rozpędzić się do 40 kilometrów na godzinę, a zgodnie z przepisami, o czym informowała "Gazeta Toruńska" w 1908 roku, w terenie zabudowanym mogły się poruszać z zawrotną prędkością 15 kilometrów na godzinę.

Rosjanie zostali zatrzymani przez załogę komory celnej w Silnie. Tam okazało się, że ścigani to „...dwaj rosyjscy hrabiowie, podążający ze strony Berlina do ojczyzny na pogrzeb - pisała „Gazeta Toruńska” 31 października 1905 r. - Ponieważ dla strajku w Królestwie i Rosyi pociągi nie kursują, więc dojechali do granicy wodą, a dalej podążyli wozem”.
Prawdziwych złodziei, jak dotąd, w gazecie nie udało mi się wytropić. Sieg stanął jakoś na nogi, swój zakład prowadził w Toruniu do 1925 roku. Dla nas w tym momencie ważniejszy jest jednak Teodor Gęsicki, u którego rosyjscy hrabiowie zamierzali kupić auto.
Jak widać na załączonym obrazku z Księgi Adresowej wydanej w 1897 roku, Gęsicki początkowo specjalizował się w rowerach i piorunochronach. Jego warsztat znajdował się przy Wielkich Garbarach 14, dziś 8. O tu:
Jeszcze przed 1920 rokiem Gęsicki przeniósł się na Bydgoską 41.
Mamy już pierwszy samochód, jeden z pierwszych warsztatów, teraz warto by się było rozejrzeć za pierwszym prawem jazdy. Wytropił je pan Bohdan Orłowski, gospodarz strony oToruniu.net.
Pierwsze w Toruniu przez władzę policyjną wydane pozwolenie (4.12.1905 r.) na prawo jazdy samochodem opiewa (po niemiecku oczywiście, że: „…Antoni Kamula z Torunia jest obeznany z maszynowymi urządzeniami wozu silnikowego i umie w zupełności z niemi się obchodzić - pisało "Słowo Pomorskie" jesienią 1932 roku.
Cytowany na oToruniu.net artykuł ze "Słowa" został ozdobiony ciekawymi zdjęciami antycznego pojazdu i jego właściciela, co pan Bohdan na swojej stronie wykorzystał - polecam. Przedwojenni dziennikarze popełnili jednak błąd pisząc, że samochód Kamuli był pierwszym, jaki pojawił się w mieście. Nie zmienia to jednak faktu, że w 1905 roku, kiedy piekarz razem ze swoim kolegą, Janem Ruchniewiczem, właścicielem fabryki pierników, która znajdowała się na rogu obecnych ulic Kościuszki i Wojska Polskiego, wsiadł do auta i wjechał nim na Rynek Staromiejski, wzbudził sensację.
Jak opowiada p. Kamula, każde ukazanie się tego wozu w mieście bądź na szosie wzniecało panikę wśród koni: wywracanie się wozów do rowów i ponoszenia przez konie było na porządku dziennym, tak, iż nieraz na szosie, ujrzawszy daleka zaprząg konny, p. Kamula musiał swój samochód zatrzymać, by przeczekać, zanim konie przejadą - pisało "Słowo". - Miał p. Kamula nawet wypadek przejechania: na szosie dziewczynka z przestrachu, na widok takiego „potwora” dostała się pod samochód, na szczęście jednak pomiędzy koła, zaś dzięki wysokiemu umieszczeniu podwozia, samochód przejechał nad dzieckiem, nie wyrządziwszy mu żadnej krzywdy.

Swoją drogą możliwe, że Antoni Kamula kupił w 1905 roku samochód u Teodora Gęsickiego. Jego piekarnia przy Krzyżackiej (dziś Ślusarskiej) 7 znajdowała się tuż obok warsztatu.
Być może również był to ten sam pojazd, jaki okazał się zbyt drogi dla dwóch rosyjskich arystokratów. Kamula otrzymał prawo jazdy w grudniu 1905 roku, Rosjanie chcieli kupić auto pod koniec października. Naturalnie są to tylko moje przypuszczenia.
Piekarnia Kamuli musiała cieszyć się dobrą sławą, pan Antoni inwestował również w nieruchomości. Kiedyś w Archiwum przez przypadek dostałem teczkę domu na rogu ul. Kościuszki i Batorego. Lubię go, więc do papierów zajrzałem. Okazało się, że dom zbudował właśnie Antoni Kamula, niestety jednak gdzieś posiałem notatki, zatem szczegółów nie podam.
Sam piekarz tam raczej nie mieszkał, obrał sobie lokum bardziej reprezentacyjne. Po zniesieniu części fortecznych ograniczeń budowlanych, magistrat zabrał się za urządzanie najbardziej eleganckiej części miasta. Wytyczono wtedy ulicę Kerstena, o której w 1913 roku prasa pisała, że będzie najpiękniejszą ulicą Torunia. Już wcześniej, w rejonie obecnej ul. Chopina, rozpoczęła się budowa kamienic. W 1907 roku stanął tu dom zaprojektowany przez toruńską spółkę architektów Rosenau & Wichert.
Kamula był jednym z pierwszych jej lokatorów.
Piękna kamienica została ponad dwie dekady temu wpisana do rejestru zabytków. Kilka lat temu zmieniła właściciela. Nowa gospodyni najpierw oczyściła budynek z mieszkańców, a później miała przystąpić do urządzania tu apartamentów.
Z planów nic nie wyszło, kamienica została zamurowana. Kilka razy wprowadzali się do niej bezdomni, w listopadzie 2014 oraz listopadzie 2015 roku doszło tu do dwóch tragicznych pożarów. W pierwszym jeden z bezdomnych, szukając ucieczki przed płomieniami, wyskoczył z piętra na bruk dziedzińca i zmarł w drodze do szpitala. W drugim policjanci wynieśli z budynku podduszonego już dzikiego lokatora, jednak mimo reanimacji, człowiek zmarł. Po każdej wizycie bezdomnych wejścia były na nowo zamurowywane, jednak to murowanie przypominało walkę z wiatrakami.
Niedawno właściciel zmienił się ponownie. Przystąpił raźno do dzieła, porządkując wnętrza. Rozmach, z jakim to robi, budzi spory niepokój, jednak niemal każdy jego krok jest bacznie śledzony przez spore grono społeczników, którzy już kilka razy narobili wokół tego rabanu.
Antoni Kamula mieszkał przy Chopina 26 do emerytury. Pod koniec lat 20., lub na początku 30. przeprowadził się na Słowackiego 47.
Na zakończenie kłania się Państwu samochód z pochodzącej z 1908 roku reklamy zakładu samochodowego przy ulicy Strobanda 20. Gdzie wtedy była ulica Strobanda? Dla ułatwienia dodam tylko, że dziś budynek, na którego zapleczu znajdował się warsztat, ma numer 26 i znajduje się w nim hinduska knajpa.

Rondo Grossówny

Rondo Heleny Grossówny ma zostać "ochrzczone" w sobotę 10 grudnia o godz. 12. Impreza będzie miała ciąg dalszy, bo udało się wreszcie przenieść tablicę, która znajdowała się na ścianie byłego Naszego Kina. Tablica wylądowała na ścianie szkoły przy Łąkowej. Wykombinowaliśmy kawałek taśmy filmowej. Jeżeli dyrekcja szkoły się zgodzi, to taśma zastąpi wstęgę, czy co tam się przecina przy odsłanianiu tablic.
Bilety ani tym bardziej bezpłatne zaproszenia nie będą potrzebne, jeśli ktoś ma czas i ochotę, niech przyjdzie.

środa, 7 grudnia 2016

Tu byłem. Zły

Na początku listopada wybrałem się do Warszawy. W zasadzie zostałem wybrany, nasze Archiwum Państwowe prezentowało tam Akt Erekcyjny Związku Pruskiego, który został wpisany na listę skarbów archiwalnych UNESCO, a ja zapewniałem obsługę prasową. Więcej o tym tutaj i tutaj.
Pociąg przyjechał półtorej godziny przed uroczystością w Pałacu Namiestnikowskim, postanowiłem więc wykorzystać okazję i skoczyć na róg ul. Żelaznej i Krochmalnej, gdzie w "Złym" Tyrmanda znajdował się Bar Słodycz. Łaziło mi to po głowie już od kilku lat, wcześniej jednak nie miałem czasu ani okazji. Kiedyś w tych okolicach często bywałem, odwiedzając mieszczący się przy Krochmalnej antykwariat "Cytat". Jego właściciel, nieodżałowanej pamięci Przemysław Cieślak, tak jak ja uwielbiał książki Władysława Zambrzyckiego. Opracowywał ich kolejne wydania, dzięki czemu zdobyłem "Kwaterę bożych pomyleńców". Z niecierpliwością czekałem też na moją ulubioną "Naszą panią radosną", której niestety pan Przemysław wydać już nie zdążył. Gnany więc wrażeniami z Zambrzyckiego, o "Złym" wtedy nie pomyślałem.
Warszawa jest straszna, ma jednak w sobie magnes. Zawsze lubiłem te odrapane kamienice Śródmieścia i Woli, z burzliwą historią wypisaną na fasadach.
Trudno obok nich przejść obojętnie. Z drugiej strony ciekawe, jak długo jeszcze będzie można je oglądać. Dawno nie widziałem tylu ruin.
Tak, mam paprocha na matrycy aparatu.
Dawno po Warszawie nie łaziłem, ominął mnie prawie cały syf związany z reprywatyzacją. Sporo rzeczy mnie ominęło, do celu dotarłem bezbłędnie, ale tylko dzięki wyczuciu kierunku, bo centrum zmieniło się tak bardzo, że nawet nie próbowałem szukać zapamiętanych kiedyś punktów orientacyjnych.
Bar Słodycz był gdzieś tutaj.
Kuba Wirus przystanął na rogu Żelaznej i Krochmalnej, rozejrzał się wokoło, po czym spojrzał w górę. Szeroko i wysoko ciągnęła się tu odrapana ściana domu, usiana odrapanymi balkonikami. Z obydwu stron kamienicy widać było czarne deski wysokiego parkanu, zakończonego drutem kolczastym. Tuż przy Kubusiu widniały założone okiennicami okna parteru: przez szpary okiennic przesączało się światło i muzyka akordeonu. Wieczór był chłodny i drzwi wejściowe zamknięte. W drzwiach, za szybą, wisiała szklana tablica głosząca niebieskimi literami: Warszawskie Zakłady Gastronomiczne - Bar "Słodycz - IV Kategoria.
Ze "Złego"
 Jeszcze rzut oka z głębi Krochmalnej.
Na delektowanie się literackimi słodyczami niestety nie miałem już czasu. Nie chciałem się spóźnić na archiwalną imprezę, poleciałem więc dalej, mrugając tu i tam aparatem.
Te szafy były kiedyś takie przytłaczające, a teraz stały się takie malutkie...
Prudential w niekończącym się remoncie.
Akt Erekcyjny Związku Pruskiego wystawiony w Sali Chorągwianej Pałacu Prezydenckiego. Jedno zdanie i tyle wielkich liter...
Oryginał dokumentu przyjechał do Warszawy w bardzo komfortowych warunkach - klimatyzowanym pojazdem, w towarzystwie konserwatora i ochroniarza pod bronią.
Lubię moją pracę. Dzięki niej czasami czuję się jak maratończyk. Pojechać do Warszawy, obskoczyć uroczystość, potem wrócić do redakcji i całość opisać. Wszystko w jeden dzień.
Lecąc na pociąg zajrzałem jeszcze na plac Grzybowski, gdzie nadziałem się na takie kuriozum.
Ruiny przykryte szmatami udającymi fasady widziałem m.in. w Berlinie, tam jednak taki wystrój był tymczasowy, a tu ściany i okna zdążyły już wyblaknąć. No i jeszcze te balkony... Autorom tej kompozycji pomyliło się coś z roślinnością, która powinna wyrastać ze skrzynek ustawionych na oknach i balkonach, a nie z rynien.
Krasnal w bramie jakiś mocno osowiały...

O tak, ten krasnal, który od końca XIX wieku siedzi w sercu żydowskiej Warszawy, na pewno pamięta wiele.
Ładne kraty. U nas też kiedyś takie były.
Tego Warszawie zazdroszczę. Każda historyczna ulica jest tam opisana, a przy Próżnej można jeszcze zobaczyć, jak zmieniały się tabliczki z nazwami. Czy w Toruniu nie można by było zrobić tego samego? 
Swoją drogą niedawno zgłosił się do mnie pewien człowiek, który właśnie poszukiwał wzorów dawnych tabliczek z nazwami toruńskich ulic.
Zdjęcie ze specjalną dedykacją dla Literołapa.
 Jeszcze płyta, też z literkami.
Do PAST-y stamtąd niedaleko.
😁
Do odjazdu pociągu zostało jeszcze 15 minut, więc poleciałem uwiecznić budynek Rotundy. Być może to była ostatnia okazja, bo PKO chce ją zburzyć. Bankowcy zdjęli z niej szmaty reklamowe, więc w sumie miałem szczęście.
Jeszcze jeden mały skok w bok, ku majaczącym w dali literom...
No, najwyższa pora zmienić kartkę w kalendarzu i przejść do innej historii.

Społeczny raport o stanie Twierdzy Toruń

Jak już wcześniej pisałem, właśnie ukazał się "Społeczny raport na temat stanu Twierdzy Toruń". To pierwsza publikacja działającego od kwietnia ubiegłego roku Toruńskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Wspierany przez wolontariuszy zespół naszych forteczników pod wodzą Adama Kowalkowskiego, bardzo się napracował, efekt tych wysiłków, moim nieskromnym zdaniem, jest imponujący. To pierwsze takie opracowanie, jakie pojawiło się od ponad 20 lat, kiedy inwentaryzację obiektów twierdzy przeprowadzili Krzysztof Biskup oraz Bożena i Lech Narębscy.
Raport został wydany dzięki wsparciu finansowemu Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Zawiera opisy ponad 200 obiektów. Każdy jest zaznaczony na mapie, każdemu towarzyszy zdjęcie, schemat i krótki rys historyczny. Poza fortami są tam również budowle mniejsze i mniej znane.
Zainteresowanych odsyłam na stronę TOnZu, gdzie można się zaopatrzyć w cyfrową wersję Raportu.

niedziela, 30 października 2016

Dobra(?) zmiana czasu

Tik-tak... To tak zamiast puk-puk. 
Nasz zegar stary pogubił się trochę w czasie. Pokazuje godzinę jedną, która zresztą nie jest tak do końca zgodna ze wskazówkami strefy Sarajewo - Zagrzeb - Warszawa, wybija natomiast coś zupełnie innego. Poczekam jeszcze chwilę, aż przejdziemy na czas zimowy i postaram się dojść z nim do ładu. Będzie to taki mały krok w stronę względnego porządku w porównaniu z tym, co działo się sto lat temu, kiedy Toruń wracał do normalności po pierwszej zmianie czasu.
Nikt nas jednak nie goni, więc zacznę od nieco innej historii. Kilka miesięcy temu, przeglądając wydania "Gazety Toruńskiej" z 1887 roku, złowiłem dość intrygującą notkę.
Zegarmistrz toruński R. Schefler przy ulicy Szerokiej nad składem umieścił zegar elektryczny własnej fabryki i ten zimą i latem nocami ma być oświetlany.
Szukając dodatkowych informacji zajrzałem do gazet niemieckich, znalazłem w nich jednak słowo w słowo to samo, tylko po niemiecku. Dalsze połowy nic nie dały, dzięki księgom adresowym udało mi się jedynie ustalić, że Schefler miał na imię Reinhold, a jego zakład znajdował się przy obecnej Szerokiej 20.
Opatrzność czasami czuwa nad poszukiwaczami. Nieco później, przeglądając zbiory Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej trafiłem na ciekawą pocztówkę z pierwszych lat XX wieku...
Fotograf kątem obiektywu złowił zakład Scheflera, uczynił to zresztą w chwili, kiedy jakiś pracownik zegarmistrza, albo może nawet on sam, zmieniał coś na wystawie. Nie wiem, czy na zdjęciu widać pierwszy elektryczny zegar w Toruniu, przyznać jednak trzeba, że reklama zakładu jest oryginalna i gustowna.
Różni się to dość mocno od obecnego wyglądu głównej ulicy toruńskiej starówki...
W tamtych czasach na starówce rosło znacznie więcej drzew, najbardziej reprezentacyjne trakty miasta nie znały zaś zjawiska buddyzmu, czyli zastawiania ich budami z pseudopamiątkowym badziewiem, co niestety obecnie jest dość nagminnie stosowaną praktyką.
Dobra, ale tym razem to nie o bałaganie w przestrzeni miała być mowa, lecz o zamieszaniu w czasie. Jego zmianę z zimowego (normalnego) na letni po raz pierwszy wprowadzili Niemcy w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1916 roku. Pomysł się nie spodobał, chociaż - co było dość zaskakujące - w polskiej prasie ta reforma przeszła praktycznie bez echa. "Gazeta Toruńska" notkę na temat umieściła z kilkudniowym opóźnieniem, przedrukowując zresztą opublikowany jeszcze przez zmianą tekst z "Ziemianina".
Wedle rozporządzenia Rady Związkowej dzień 1 maja 1916 roku rozpoczął się już o godzinie 11 w nocy 30 kwietnia. Czas przyspieszył się o godzinę, zegary więc wszystkie wedle tego ustawiono. Liczne bardzo otrzymujemy zapytania, jak mają urządzić się gospodarze, czy prace o godzinę wcześniej rozpoczynać, kiedy kończyć i jak wobec tego „nowego czasu” postąpić. Rada nasza jest prosta: nic nie zmieniać.
Tekst jest długi i traktuje głównie o tym, że człowiek pracujący na roli musi się trzymać zegara niebieskiego, na podobne fanaberie nie zwracając uwagi. Mimo wszystko Ordung muß sein, zatem wiosną 1916 roku przesunięto wskazówki wszystkich zegarów, również tych kościelnych.
Znalazłem jeszcze opublikowaną nieco później informację o tym, że jakiś sąd w Niemczech usprawiedliwił pewnego obywatela, który z powodu zmiany czasu spóźnił się na rozprawę. Latem zmiana czasu wymusiła korektę przepisów dotyczących zwolnień dzieci szkolnych z powodu upałów. Odbyło się to bez zbędnych ceregieli, punkt pomiaru temperatury został po prostu przesunięty o godzinę.
Po pierwszych zawirowaniach czasowych świat wrócił do normy na przełomie września i października 1916 roku. Odbyło się to bez fajerwerków. Toruńska prasa tym razem poinformowała jednak o zmianie ze stosownym wyprzedzeniem.
„Z powodu zmiany tak zwanego czasu latowego w nocy z 30. września na 1 października nastąpi także zmiana w komuni kacyi kolejowej. Kto zatem w nocy na 1 października zamierza podjąć ważniejszą podróż, postąpi przezornie, jeśli poprzednio poinformuje się na kolei o czasie odjazdu pociągów.”
Proszę zatem kontrolować zegary. W Toruniu co prawda sporo jest takich, które stoją w miejscu, lub działają według zasad, które nigdzie indziej nie są stosowane, jednak wpatrując się w tarcze i wskazówki, często można znaleźć klucz do bardzo ciekawej historii.