piątek, 18 listopada 2016

Raport o stanie twierdzy

Zapraszam na premierę "Społecznego raportu na temat stanu Twierdzy Toruń". Pierwszego takiego opracowania od 23 lat i pierwszej publikacji toruńskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Nasi fortecznicy bardzo się napracowali, przez siedem miesięcy zinwentaryzowali 208 obiektów.
Raport będzie miał premierę w piątek 25 listopada o godz. 18 w jak zwykle gościnnym Domu Muz przy ul. Podmurnej 1 w Toruniu.
 

niedziela, 30 października 2016

Dobra(?) zmiana czasu

Tik-tak... To tak zamiast puk-puk. 
Nasz zegar stary pogubił się trochę w czasie. Pokazuje godzinę jedną, która zresztą nie jest tak do końca zgodna ze wskazówkami strefy Sarajewo - Zagrzeb - Warszawa, wybija natomiast coś zupełnie innego. Poczekam jeszcze chwilę, aż przejdziemy na czas zimowy i postaram się dojść z nim do ładu. Będzie to taki mały krok w stronę względnego porządku w porównaniu z tym, co działo się sto lat temu, kiedy Toruń wracał do normalności po pierwszej zmianie czasu.
Nikt nas jednak nie goni, więc zacznę od nieco innej historii. Kilka miesięcy temu, przeglądając wydania "Gazety Toruńskiej" z 1887 roku, złowiłem dość intrygującą notkę.
Zegarmistrz toruński R. Schefler przy ulicy Szerokiej nad składem umieścił zegar elektryczny własnej fabryki i ten zimą i latem nocami ma być oświetlany.
Szukając dodatkowych informacji zajrzałem do gazet niemieckich, znalazłem w nich jednak słowo w słowo to samo, tylko po niemiecku. Dalsze połowy nic nie dały, dzięki księgom adresowym udało mi się jedynie ustalić, że Schefler miał na imię Reinhold, a jego zakład znajdował się przy obecnej Szerokiej 20.
Opatrzność czasami czuwa nad poszukiwaczami. Nieco później, przeglądając zbiory Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej trafiłem na ciekawą pocztówkę z pierwszych lat XX wieku...
Fotograf kątem obiektywu złowił zakład Scheflera, uczynił to zresztą w chwili, kiedy jakiś pracownik zegarmistrza, albo może nawet on sam, zmieniał coś na wystawie. Nie wiem, czy na zdjęciu widać pierwszy elektryczny zegar w Toruniu, przyznać jednak trzeba, że reklama zakładu jest oryginalna i gustowna.
Różni się to dość mocno od obecnego wyglądu głównej ulicy toruńskiej starówki...
W tamtych czasach na starówce rosło znacznie więcej drzew, najbardziej reprezentacyjne trakty miasta nie znały zaś zjawiska buddyzmu, czyli zastawiania ich budami z pseudopamiątkowym badziewiem, co niestety obecnie jest dość nagminnie stosowaną praktyką.
Dobra, ale tym razem to nie o bałaganie w przestrzeni miała być mowa, lecz o zamieszaniu w czasie. Jego zmianę z zimowego (normalnego) na letni po raz pierwszy wprowadzili Niemcy w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1916 roku. Pomysł się nie spodobał, chociaż - co było dość zaskakujące - w polskiej prasie ta reforma przeszła praktycznie bez echa. "Gazeta Toruńska" notkę na temat umieściła z kilkudniowym opóźnieniem, przedrukowując zresztą opublikowany jeszcze przez zmianą tekst z "Ziemianina".
Wedle rozporządzenia Rady Związkowej dzień 1 maja 1916 roku rozpoczął się już o godzinie 11 w nocy 30 kwietnia. Czas przyspieszył się o godzinę, zegary więc wszystkie wedle tego ustawiono. Liczne bardzo otrzymujemy zapytania, jak mają urządzić się gospodarze, czy prace o godzinę wcześniej rozpoczynać, kiedy kończyć i jak wobec tego „nowego czasu” postąpić. Rada nasza jest prosta: nic nie zmieniać.
Tekst jest długi i traktuje głównie o tym, że człowiek pracujący na roli musi się trzymać zegara niebieskiego, na podobne fanaberie nie zwracając uwagi. Mimo wszystko Ordung muß sein, zatem wiosną 1916 roku przesunięto wskazówki wszystkich zegarów, również tych kościelnych.
Znalazłem jeszcze opublikowaną nieco później informację o tym, że jakiś sąd w Niemczech usprawiedliwił pewnego obywatela, który z powodu zmiany czasu spóźnił się na rozprawę. Latem zmiana czasu wymusiła korektę przepisów dotyczących zwolnień dzieci szkolnych z powodu upałów. Odbyło się to bez zbędnych ceregieli, punkt pomiaru temperatury został po prostu przesunięty o godzinę.
Po pierwszych zawirowaniach czasowych świat wrócił do normy na przełomie września i października 1916 roku. Odbyło się to bez fajerwerków. Toruńska prasa tym razem poinformowała jednak o zmianie ze stosownym wyprzedzeniem.
„Z powodu zmiany tak zwanego czasu latowego w nocy z 30. września na 1 października nastąpi także zmiana w komuni kacyi kolejowej. Kto zatem w nocy na 1 października zamierza podjąć ważniejszą podróż, postąpi przezornie, jeśli poprzednio poinformuje się na kolei o czasie odjazdu pociągów.”
Proszę zatem kontrolować zegary. W Toruniu co prawda sporo jest takich, które stoją w miejscu, lub działają według zasad, które nigdzie indziej nie są stosowane, jednak wpatrując się w tarcze i wskazówki, często można znaleźć klucz do bardzo ciekawej historii.
 
     

sobota, 8 października 2016

Rondo Heleny Grossówny

Uff, wreszcie się udało. W czwartek toruńscy radni miejscy klepnęli rondo Heleny Grossówny. Starania o to, aby królowej przedwojennego srebrnego ekranu poświęcić kawałek przestrzeni w jej rodzinnym mieście trwały sześć lat.
Na zdjęciu Grossówna na okładce tygodnika "Kino" z 1937 roku i ze zbiorów pana Krzysztofa Trojanowskiego, który o upamiętnienie Grossówny zabiegał.
Pan Krzysztof najpierw zaproponował, aby Grossówna została patronką bezimiennego wtedy ronda przy ul. Mickiewicza. Pomysł się gospodarzom miasta spodobał i... utknął na mieliźnie zapomnienia.
Na zdjęciu Helena Grossówa w operetce „Piękna Carrena” („Noc w San Sebastian”) Ralpha Benatzky`ego w reżyserii Witolda Zdzitowieckiego wystawionej na deskach toruńskiego teatru w kwietniu 1931 roku. Fotografia ze zbiorów pana Krzysztofa.
Grossówna urodziła się na Mokrem 25 listopada 1904 roku. Półtora roku później, wraz z przyłączeniem Mokrego do miasta, stała się więc mieszkanką Torunia. Udało nam się znaleźć dom, w którym mieszkała - stoi on do dziś na rogu dawnej ul. Wodnej (dziś PCK) i Głowackiego.
Adres przy Wodnej wspominany jest w Toruniu do dziś. Okazało się jednak, że dom przy PCK 30 nie jest tym, w którym przyszła gwiazda się urodziła. Nikt z nas by tego nie wiedział, gdyby nie pani Elżbieta Komassa, szefowa biblioteki w szkole przy Łąkowej, gdzie w 1911 roku Helena rozpoczęła edukację (a ja zrobiłem to samo, w tym samym miejscu 74 lata później;-).
Pani Komassa znalazła spis uczniów z początków XX wieku, a w nim panią Helenę zameldowaną przy Lindenstraβe 71, a więc przy obecnej ul. Kościuszki i to dość daleko, za młynami. To ci psikus...
Ten dom się nie zachował, został zburzony przy okazji przebudowy ul. Kościuszki w latach 70. Na szczęście wcześniej zdążył go sfotografować pan Andrzej Kamiński. Pierwszy dom Grossówny to ta chałupka z dwuspadowym dachem, częściowo zasłonięta przez ciężarówkę.
Grossowie mieszkali tu do jakiegoś 1920 roku, później przeprowadzili się na Wodną, skąd pani Helena ruszyła na podbój teatralnych scen i kinowych ekranów.
W miejscu pierwszego domu ze dwa lata temu powstało rondo, pomyśleliśmy więc, że byłoby idealnym miejscem dla Grossówny. Pan Krzysztof złożył wniosek, przewodniczący Rady Miasta poprzedniej kadencji odesłał jednak pismo na półkę. Rada się zmieniła, pan Krzysztof spróbował zatem po raz trzeci, adresując pismo do obecnego przewodniczącego Marcina Czyżniewskiego. Wniosek przeszedł szybko i bez żadnego problemu.
Mam nadzieję, że fala sukcesu wpłynie również na fundatorów tablicy pamięci Grossówny, która została w 2009 roku umieszczona na ścianie toruńskiego "Naszego kina". Kina już nie ma, pod zapomnianą tablicą balują pijaczkowie. Tablica już dawno powinna zostać przeniesiona, ale jakoś przyrosła do ściany i nie można jej ruszyć, co bardzo martwi m.in. syna Heleny Grossówny pana Michała Cieślińskiego, który bywa w Toruniu częstym gościem.
Grossówna zapewne pojawi się na rondzie w swoje urodziny. Fajnie by było, aby przy okazji w księgarniach pojawiła się również biografia aktorki. Prace nad nią trwają. Po wielu perturbacjach powinna się ukazać w przyszłym roku.
Proponuję umilić sobie czas oczekiwania kilkoma piosenkami z panią Heleną w roli głównej.
Jeszcze jeden kawałek z "Pawła i Gawła" z 1938 roku.
Słynna piosenka bez Grossówny, ale o niej. Z filmu "Piętro wyżej" (1937 r.).
Coś do tańca...
I coś na pamięć. Oba ostatnie kawałki to fragmenty "Zapomnianej melodii" z 1938 roku.

Pociąg odjechał. Dworzec również

Zdjęcia z wjazdu pierwszego pociągu na Dworzec Północny nikomu z miłośników dawnego Torunia przedstawiać nie trzeba. Fotografia wykonana 28 lutego 1910 roku przy okazji otwarcia linii kolejowej do Czarnowa jest bardzo popularna. Z pewnością jednak trzeba by było przedstawić zdjęcie pierwszego pociągu na dworcu w Czarnowie. To ten sam obrazek. 
Znane zdjęcie na pewno nie zostało zrobione na Dworcu Północnym, ale właśnie w Czarnowie. Wszelkie wątpliwości pod tym względem rozwiewa piękne zdjęcie stacji czarnowskiej z przełomu lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. Znajduje się ono w zbiorach Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Chełmży. Dzięki uprzejmości jej pracowników mogłem ozdobić nim jedną ze swoich gazetowych stron ze starociami.
Jak wygląda zdjęcie z domniemanego Dworca Północnego, każdy widzi. A obrazek dworca w Czarnowie, wraz ze stosownym opisem, można znaleźć tutaj.

niedziela, 25 września 2016

Portowy tragarz patrzy z góry



Czasami zdarzają mi się chwile zwątpienia. Patrzę na fasady kamienic, w których – jak mi się wydaje - przewierciłem już wzrokiem niemal każdą cegłę, obejrzałem klatkę schodową, podwórko i z żalem myślę sobie, że niewiele mi już zostało do odkrycia. Nie podskoczę z radości na widok nieznanego wcześniej starego napisu reklamowego, bo od dawna nic nowego pod tym względem się nie pojawiło i pewnie nie pojawi. To samo dotyczy wyprodukowanych w Toruniu płyt kanałowych czy innych drobiazgów, które lubię i z których często udaje się wycisnąć jakąś ciekawą historię.
Tak sobie dumam, a potem okazuje się, że opinie o tym jakoby myślenie miało mieć kolosalną przyszłość, są mocno przesadzone. A ja, patrząc na swoje rodzinne miasto z powątpiewaniem, jestem zwyczajnym durniem. Otrzeźwienie przychodzi w różnych okolicznościach, na przykład pod wpływem niespodziewanego kontaktu z okazałą kamienną płytą.
Działając pod sztandarem Toruńskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami zorganizowaliśmy niedawno spotkanie poświęcone starym napisom reklamowym. Polowanie na wychodzące ze ścian duchy dawnych toruńskich firm składało się z dwóch części. Najpierw była pogadanka w Domu Muz, a później zajęcia w terenie, czyli spacer po literowym szlaku. Maszerując przez starówkę zawinęliśmy na ul. Ducha Świętego, gdzie można zobaczyć dwie reklamowe perełki z dawnych czasów. Przy okazji trochę nas jednak zniosło pod bramę Klasztorną. Tam jedna z uczestniczek wycieczki zatrzymała się przed kamienicą nr 1 i zapytała – a co to jest tam u góry?
Kamienica ma niewiele ponad sto lat, na tle staromiejskich weteranek wygląda więc dość blado. Poza tym po wojnie została przebudowana, sporo przy okazji tracąc. Na pierwszy rzut oka jest dość zwyczajna, zatem się jej nie przyglądałem. Źle zrobiłem, bo przez to nie zauważyłem umieszczonej na fasadzie bardzo starej płaskorzeźby portowego tragarza i umieszczonego pod nim niemieckiego podpisu.
Gdyby nie pani uczestniczka naszego spaceru, której zresztą jestem niezmiernie zobowiązany, mnie nie oświeciła, pewnie nadal bym chodził po mieście pogrążony w debilnej nieświadomości. Kiedy już dojrzałem tragarza, z hukiem ułożyły mi się we łbie elementy swego czasu bardzo mnie nurtującej układanki. Kiedyś, przeglądając wydania „Gazety Toruńskiej” z 1884 roku trafiłem na informację o starej płaskorzeźbie znajdującej się nad wejściem spichlerza stojącego przy bramie Panieńskiej (Klasztornej). W związku z przebudową magazynu, pamiątka przeszłości miała zostać zdemontowana, prasa wyraziła nadzieję, że trafi do muzeum. Próbowałem się czegoś o tym antyku dowiedzieć, bez skutku.
Okazało się, że tragarz miał wielkie szczęście, bo w drugiej połowie XIX wieku trafił na bardzo odpowiedzialnego i świadomego wagi takich pamiątek inwestora. Napisałem o nich tutaj: "Kamienny tragarz z ulicy Ducha Świętego"

sobota, 16 lipca 2016

Ciekawy świat toruńskiego pogranicza


Pan Mieczysław Wilczewski napisał fantastyczną książkę. Z drobiazgowością godną etnografa przedstawił w niej barwny świat swojego dzieciństwa, którego centrum w latach 50. i 60. znajdowało się przy ulicy Podgórnej w Toruniu. Opisał go niezwykle barwnie, „Mój Toruń. Wspomnienia chłopaka z Mokrego” czyta się więc jednym tchem. To bardzo przyjemna lektura, a poza tym niezwykle ważna. Jej wartość rośnie z każdym zburzonym domem i każdym zniszczonym ogrodem na pograniczu Mokrego i Chełmińskiego Przedmieścia. Dziś jest więc już w zasadzie bezcenna.
Książka ukazała się na początku czerwca nakładem wydawnictwa Adam Marszałek. Jako Toruński Oddział Towarzystwa Opieki nad Zabytkami bardzo temu kibicowaliśmy, z przyjemnością zatem zapraszamy na spotkanie z autorem. Odbędzie się ono w święto E. Wedla, czyli 22 lipca, w Domu Muz przy ul. Podmurnej 1 o godz. 17.
Ceglano-drewniane tło przygotowanego przez Kamila Snochowskiego plakatu, nikogo nie powinno dziwić. Pan Wilczewski wychował się w szkieletowej kamienicy przy ul. Podgórnej 28 i dobrze to wspomina. Książka i jej okładka mówią zresztą same za siebie.
W piątek będzie można powspominać pod dachem, natomiast w sobotę 23 lipca zapraszamy na spacer. Wspólnie z autorem przejdziemy się po pograniczu Mokrego i "Chełmionki", startując o godz. 10 ze skrzyżowania Szosy Chełmińskiej i ul. Podgórnej. Niecałe 20 lat temu to miejsce wyglądało tak:
Do zobaczenia! 

niedziela, 26 czerwca 2016

Wiktoria grunwaldzka

Na tym naszym toruńskim zabytkowym łez padole, o dobre wiadomości jest cholernie trudno. Szczególnie
o takie. Przekazując ją powinienem się więc chyba oblec w garnitur, którego nie mam.
Samorząd województwa Kujawsko-Pomorskiego uratował przed zniszczeniem dawne kino "Mars",
a po wojnie "Grunwald" przy ulicy Warszawskiej.
Spaprany przez kolejne powojenne przebudowy budynek, dziś nie wygląda najlepiej, jednak wiosną 1933 roku, kiedy zbudowany ze składek Dom Żołnierza, dzieło architekta Adama Jarosławskiego zostało oddane do użytku, było wizytówką toruńskiego modernizmu. Na zdjęciu niżej widok od strony ulicy Warszawskiej.
A tu od Woli Zamkowej.
O początkach kina można przeczytać tutaj i tutaj.
Tak wyglądała opisywana w pierwszym tekście kabina projekcyjna. Tu prezentuje się ona na powojennym zdjęciu.
A tu widać wspominane przed wojną jej wyjście na zewnątrz.
Wojskowe kino przy ulicy Warszawskiej zostało otwarte pod koniec lat 20. Filmowa przygoda w obecnym budynku zaczęła się w roku 1933. Projektor działał tu do końca pierwszej dekady obecnego stulecia. Później armia wystawiła gmach na sprzedaż, z czego skorzystał jeden z toruńskich deweloperów. "Nowości" poinformowały o tym jako pierwsze. Nowy gospodarz nie miał wtedy jeszcze sprecyzowanych planów na przyszłość. Później okazało się jednak, że jego zdaniem historyczny budynek nie nadaje się do niczego, trzeba więc go zburzyć i w tym miejscu postawić coś nowego. Na to jednak nie zgodził się konserwator. Zrobił się raban w mediach, a deweloper znalazł się w kropce. 
Z opresji wyratował go marszałek województwa, który postanowił budynek kupić i po remoncie, ale zachowując oryginał, oddać go Teatrowi Impresaryjnemu. Czy pan marszałek nie mógłby w takim razie zaopiekować się również innymi toruńskimi zabytkami? Przynajmniej tymi na masakrowanych przez władze miasta przedmieściach?
Ilustracja poniżej jest fragmentem oryginalnego przedwojennego folderu z kina "Mars". Reklamował film "Drapieżne maleństwo" z genialną tragiczką Katarzyną Hepburn i Cary Grantem, jedną z najlepszych hollywoodzkich komedii lat 30. Obraz powstał w 1938 roku, na ekranie kina przy Warszawskiej pojawił się niedługo przed wybuchem wojny.
Przekazując radosną wiadomość na łamach gazety ogłosiłem konkurs dla tych, którzy opiszą swoją przygodę w kinie - toruńskim, lub jakimś z regionu. Bywalców Piątej strony też zapraszam. Historie można przesyłać do końca lipca 2016 roku na adresy: szymon.spandowski@nowosci.com.pl, lub w wersji tradycyjnej: Szymon Spandowski Redakcja "Nowości" ul. Podmurna 31, 87-100 Toruń. Wśród autorów rozlosuję dwie książki Katarzyny Kluczwajd "Toruńskie teatry świetlne, czyli kina, wytwórczość filmowa i miejscowe gwiazdy 1896-1939" ufundowane przez autorkę.

Godziny duchów

A skoro już o kinach mowa. Podczas Święta Bydgoskiego Przedmieścia na chwilę ożywiliśmy przedwojenne kino "Palace", powojenny "Bałtyk. Kiedyś była to jedna z największych i najlepszych świątyń X Muzy w Toruniu. To tutaj właśnie, w grudniu 1929 roku, miała premierę "Panienka z chmur", jedyne skończone dzieło toruńskiej wytwórni filmowej założonej przez Bernarda Marwińskiego. Relacja z pierwszego pokazu tutaj.
Budynek przy ulicy Mickiewicza powstał w 1926 roku. Jest jednym z dwóch w Toruniu wzniesionych od razu z myślą o kinie. Pozostałe były do tej roli adaptowane. Działało najprawdopodobniej do jesieni 1993 roku. Dokładnej daty jego zamknięcia nie pamiętam, jednak ostatnia notka o jego programie, jaką z nalazłem w "Nowościach", pochodzi z 30 września A. D. 1993. Później ulokowała się w nim Biedronka, co zresztą jest jedynym takim przypadkiem w mieście.
Swoją drogą, kiedy przeglądałem te archiwalne repertuary zacząłem się zastanawiać, jak to się stało, że w tamtych czasach na wagary do kina chodziłem tylko czasami. Dziś bym siedział przed ekranem przez cały dzień.
Akcja pod "Bałtykiem" była genialnym pomysłem Kamila Snochowskiego, czyli Literołapa, który nakłonił toruńską agencję reklamową Nowa, aby wypożyczyła ona za darmo i na tych samych zasadach dostarczyła słup reklamowy. Słup stanął przed dawnym kinem, a Kamil ozdobił go przedwojennymi afiszami i innymi reklamami filmów wyświetlanych przed wojną w kinie "Palace".
Widowisko było zorganizowane profesjonalnie. Mieliśmy nawet bilety, oryginały pożyczyła nam Malwina Rouba, a ja je skopiowałem w ilościach hurtowych. Mogłem zabawić się w konika:-).
Przy okazji pokazaliśmy też rekonstrukcję kamienicy przy ul. Mickiewicza 70, która znajdowała się w sąsiedztwie, ale została zburzona. Wygląd tego oraz trzech innych budynków odtworzył Kamil na podstawie oryginalnych planów i archiwalnych zdjęć. Zaprezentowaliśmy je na Święcie Bydgoskiego Przedmieścia rok temu, kiedy przebraliśmy się za deweloperów z przełomu XIX i XX wieku. Tak się składa, że większość niszczonych budowli szkieletowych na Bydgoskim, zwanych przez niektórych ruderami lub starymi budami, wznieśli dawni toruńscy przedsiębiorcy budowlani, jako swoje rezydencje i wizytówki.
Ha, ja nie relacjonowałem tej zeszłorocznej imprezy, a ona fajna była. Prawie udało nam się wynaleźć wehikuł czasu, co widać na zdjęciu Jacka Melerskiego.
Poza wizualizacjami, jak się dziś mówi i strojami, przygotowaliśmy również kolorowanki dla dzieci, odrysowując projekty architektów sprzed stu lat. Tu akurat koledzy pracują nad słynną Zofijówką przy Bydgoskiej 26, gdzie w pierwszej połowie lat 20. ubiegłego wieku, w pensjonacie Kazimiery Żuławskiej działał jeden z najsłynniejszych salonów ówczesnej Rzeczypospolitej.
Jeżeli rzeczywiście takie będą Rzeczypospolite, jakie jej młodzieży chowanie, nasze obecne problemy z przekonaniem bliźnich do tego, że pruski mur jest dla Torunia tak samo ważny jak gotyk, są chyba przejściowe. Mali kolorujący robili to z wielkim zaangażowaniem.
I było ich całkiem sporo.
Finał konkursu na zdjęciu któregoś z kolegów.
Młodzież korzystała z rekonstrukcji...
To też nie jest moje zdjęcie. Całą dokumentację fotograficzną można znaleźć na stronie Toruńskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, czyli organizatora imprezy.
W przypadku Zofijówki mogła też zerknąć na zrujnowany oryginał, bo pod nim właśnie się rozłożyliśmy.
Przy okazji pomogliśmy też parze Niemców, którzy wybrali się do Torunia szukać śladów swojego przodka, budowlańca z końca XIX wieku. Mieli jego stary adres, jeszcze z czasów sprzed reformy, która przypisała budynki do ulic. Gmachu na Bydgoskim Przedmieściu szukali przy ulicy Bydgoskiej. Pan Bohdan Orłowski, gospodarz strony oToruniu.net, do którego zadzwoniłem, szybko ustalił jednak, że przodek mieszkał przy obecnej ulicy Mickiewicza, na przeciwko kina. Zdjęcie też nie jest moje. Tomka Stochmala?
 Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego gospodarze Torunia nadal umieszczają w historycznych miejscach tablice głównie po polsku i angielsku. Przecież czasy, w których negowaliśmy wkład Niemców w rozwój Torunia już dawno minęły. Przykro nam się robi na widok tablicy w Wilnie informującej, że Ignacy Domeyko był wielkim synem dwóch narodów - litewskiego i chilijskiego - sam ją widziałem. A jak się sami zachowujemy?
 No dobra, zanim się już całkiem w dygresjach pogubię...
Podczas Święta Bydgoskiego Przedmieścia A. D. 2016 zabraliśmy się za wywoływanie duchów. Zrobiliśmy imprezę przed świetnej pamięci kinem "Bałtyk". Opowiedzieliśmy o nim, pokazując m.in. jego projekt widoczny na pierwszym zdjęciu. Kiedy zrobiło się dostatecznie ciemno, odpaliliśmy projektor i na na fasadzie budynku wyświetliliśmy film. Początkowo mieliśmy zamiar pokazać tylko jego kawałek, publika wytrwała jednak do końca. Sprzęt zwijaliśmy tuż przed północą. To było niesamowite przeżycie, bo poza światłem latarni, przeszkadzał nam księżyc w pełni, który przez prawie cały seans wisiał nad kinem.
Do zobaczenia za rok na Bydgoskim Przedmieściu, przed laty najbardziej eleganckiej dzielnicy Torunia.

czwartek, 12 maja 2016

Z drugiej strony pocztówki

Dorzucę jeszcze trzy słowa (no, może trochę więcej) do tego, co napisałem w poprzednim poście.
Każde stare zdjęcie ma dwie strony - awers i rewers. Retro-kłusownicy znają jednak tylko jedną stronę medalu, ponieważ ściągają wyłącznie obrazki. Tymczasem słowa umieszczone na odwrocie pocztówek, bardzo często bywają dużo ciekawsze od ilustracji. Ale, żeby je odczytać, trzeba mieć w ręku oryginał...
Niedawno zrobiłem większe zakupy. Znalazłem kilka ciekawych obrazków wystawionych na sprzedaż przez ludzi z Niemiec, Francji, Szwajcarii, Chorwacji, czy Bułgarii. Bardzo mnie fascynuje, jakimi drogami chodziły toruńskie pocztówki i zdjęcia, że zawędrowały tak daleko? 
Tak się akurat zdarzyło, że większość moich zakupów opuściło miasto podczas pierwszej wojny światowej. Zdjęcia wracały zatem do domu po stu latach...
Wśród nich była fotka imponującego brodacza stojącego na tle ściany z pruskiego muru. Nie mogłem jej nie kupić:-). Przesyłkę z dalekiego kraju listonosz dostarczył 29 marca 2016 roku. Otworzyłem kopertę, spojrzałem na zdjęcie, a później razem z Anią pochyliliśmy się nad treścią.
 
Proszę spojrzeć na datę. Pocztówka została wysłana z Torunia 29 marca A. D. 1916. Wróciła zatem równo sto lat później! Muszę przyznać, że to było mocno poruszające...
Na wypisane przed laty słowa dybię z wielkim zapałem od pewnej przygody, jaką pewnego razu przeżyliśmy we własnej kuchni. To takie "babcine" miejsce, z kredensem, stołem, szragankiem, makatkami, oknem w dachu i różnymi starociami. Miło się tam siedzi, więc dość często kuchnia jest sercem domu. W takiej właśnie scenerii nasz serdeczny kolega zademonstrował nam skarby ze swojego archiwum. Miał w nim niepozorną pocztówkę składającą się z dwóch obrazków. Jedno przedstawiało wnętrze cementowni, w której powstają jakieś elementy, na drugim widać było ich montaż w toruńskiej rzeźni miejskiej. Pocztówka dokumentowała narodziny pierwszego betonowego stropu w regionie. O tego.
Z tego powodu zresztą kolega pocztówkę kupił. Górny obrazek pokazujący pracę w cementowni wyglądał tak:

Przyglądaliśmy się tej pocztówce, aż Anię olśniło, że patrzymy na kartkę reklamową firmy Reinharda Uebricka, toruńskiego przedsiębiorcy budowlanego z końca XIX i początków XX wieku, a poza tym również radnego miejskiego i autora pierwszego profesjonalnego przewodnika turystycznego po Toruniu. 
Można powiedzieć, że Uebrick jest naszym dobrym znajomym, pojawia się przy okazji niemal każdej naszej wyprawy w przeszłość. Pod koniec lat 70. XIX stulecia zbudował dla siebie szkieletową kamienicę przy Bydgoskiej 35, która "spaliła się" na początku 2006 roku. Później wzniósł sobie nową siedzibę, piękną kamienicę na rogu ul. Rybaki i Kujota (przed 1920 rokiem Uebricka). Kierował pracami przy budowie siedziby TNT, zaprojektował i wzniósł budynek fabryki pierników Weesego przy ul. Strumykowej, miał swój udział w powstaniu teatru, Dworu Artusa, zbudował kamienicę przy ul. Św. Katarzyny 4... Kilka słów i zdjęć na temat jego osiągnięć znajduje się tutaj. Na początku XX wieku zbudował również cementownię Pod Dębową Górą, to z jej wnętrza pochodzi właśnie prezentowany wyżej obrazek. 
Jak się okazuje, on również był konstruktorem pierwszego betonowego stropu w regionie, który na początku ubiegłego stulecia powstał w toruńskiej rzeźni.
Pochodząca z lat 80. XIX wieku rzeźnia, kawał bardzo ciekawej architektury przemysłowej, również już nie istnieje. Jej budynki były kamieniami milowymi na szlaku, jakim zmierza obecny gospodarz miasta uwalniając Toruń od ciężaru zabytków. Pardon, rzeźnia nigdy nie trafiła do rejestru!
Wracając jednak do Reinharda Uebricka... Dowiedzieliśmy się o człowieku bardzo dużo, nie udało nam się jednak ustalić, gdzie dokładnie został pochowany. Grób tego zasłużonego człowieka nie istnieje, nie ma więc, gdzie postawić znicza. 
Wiele razy czytaliśmy o Uebricku w różnych dokumentach z epoki, nie trafiliśmy jednak na żadne jego zdjęcie. W pewnym sensie się zaprzyjaźniliśmy, ale zawsze dzieliła nas przepaść - Toruń XIX-wieczny bywa dziś bardziej obcy niż miasto Kopernika. Nasz dobry znajomy Reinhard Uebrick, o którym staramy się dzisiejszemu Toruniowi przypomnieć, zawsze był postacią wspominaną jedynie w gazetach i oficjalnych dokumentach sprzed lat.
Siedząc w kuchni wpatrywaliśmy się w obrazki z pocztówki Piotra. W pewnym momencie Ania odwróciła obrazek i spojrzała na adresata. 
O cholera, Helene Uebrick!
Rzut oka na podpis nadawcy. Reinhard Uebrick!
Później było równie ciekawie. Nasz architekt zapraszał swoją krewną na święta do Torunia. Wcześniej wysłał jej zgodę na przyjazd do miasta. 
Zaraz, po co komu taki dokument? 
A kiedy została pocztówka wysłana? 
15 grudnia 1914 roku!
Tuż przed pierwszym Bożym Narodzeniem wielkiej wojny. Miasto było wtedy jeszcze uważane za twierdzę na linii frontu, wjazd do niej był mocno utrudniony. A korespondencja, podobnie jak w kolejnych latach wojny, była cenzurowana, czego dowodem jest stosowna pieczątka.
W ten oto sposób udało nam się dotknąć bardzo nas interesującej historii. Stało się tak jednak tylko dlatego, że mieliśmy do czynienia z oryginalną pocztówką i poza obrazkiem, mogliśmy również zerknąć na znajdującą się na jej odwrocie treść.

środa, 11 maja 2016

Most z dedykacją

Niedawno sypnęło mostowymi rocznicami. 9 marca minęły 163 lata odkąd ruszające lody na Wiśle zniszczyły drewnianą toruńską przeprawę, zabierając nie tylko most, ale również pracujących na nim robotników. Więcej na ten temat tutaj.
Kilkanaście dni później stuknęło 145 lat odkąd toruńska Rada Miasta podjęła decyzję o budowie kolejnego drewnianego mostu, który okazał się ostatnim. O tym też napisałem w cotygodniowej porcji gazetowych staroci.

Mostowe wątki wrzucam również tutaj, ze specjalną dedykacją dla pana Marka Gotlibowskiego, który lubi mi z Piątej Strony wybierać stare zdjęcia, wykazując jednak dużo mniej zaangażowania w podpisywaniu źródeł. Nigdy też nie zapytał się o zgodę na ich ponowne wykorzystanie. Tak przy okazji - na zdjęciu widać ostatni drewniany most toruński z drugiej połowy XIX wieku, a nie fragment wojennej przeprawy, jak raczył pan na swojej stronie napisać.
Podobni kłusownicy niestety mnożą się w internecie jak króliki. Na Facebooku powstają kolejne strony, których autorzy żonglują kradzionymi zdjęciami nie oglądając się na nic. Pół biedy, jeśli te fotografie służą im jako ilustracje jakichś własnych odkryć. Na ogół jednak chodzi tylko o to - Łoł, mamy fajne stare zdjęcie - klikajcie! 
Jeden z takich ekspertów wrzucił raz zdjęcie bazyliki w Chełmży i ogłosił konkurs. Zapytał, co to jest? Internauci zaczęli więc odpowiadać - to jest bazylika w Chełmży, zostali jednak szybko skorygowani, ponieważ zdaniem gospodarza, zdjęcie przedstawiało... kościół na Podgórzu.
Inny specjalista ozdobił swoją stronę fotografią przedstawiającą kilku facetów kąpiących się w Wiśle, na tle zniszczonego podczas wojny toruńskiego mostu drogowego. Pod zdjęciem umieścił apel do czytelników, aby odezwali się ci, którzy rozpoznają swoich dziadków. Problem w tym, że kąpieli zażywali żołnierze niemieccy. Wątpię, aby nieszczęśnikowi chodziło o dziadków z Wehrmachtu. Po prostu zdjęcie zwinął, właściciela nie zapytał o szczegóły.
Smutny do bólu jest przypadek kolejnego kłusownika, który wrzucił na swoją stronę film Bogusława Magiery. Skopiował go z płyty dołączonej do książki Katarzyny Kluczwajd "Toruń między wojnami". Skontaktował się z nim wnuk pana Bogusława, odbił się jednak od ściany głupoty i arogancji. Kłusownik, zamiast posypać głowę popiołem, ruszył do ataku. Bo skąd on może wiedzieć, że ma do czynienia z potomkiem autora?! (Nazwisko ofiarodawców pojawia się na początku skradzionego filmu, jest też w książce) I kiedy autor zmarł, bo może prawa autorskie już nie obowiązują?! (autor został zamordowany przez Niemców w obozie koncentracyjnym, nie trzeba się wysilać, żeby się tego dowiedzieć. Poza tym, skoro żyją spadkobiercy, ich prawa do filmu nie przemijają).
To tylko jedna strona medalu. Jeśli chcecie chwalić się archiwalnymi zdobyczami, proszę bardzo, róbcie to jednak tak, żebyście nikogo nie okradali. Kupowane na aukcjach stare zdjęcia, które z takim zapałem podbieracie kosztują i to często sporo. 
Gdybym przyszedł do restauracji, nażarł się tam za 200 złotych, wyszedł i nie zapłacił, to właściciel tej knajpy pewnie by się bardzo wkurzył. I słusznie. A co ma zrobić kolekcjoner, kiedy ktoś kradnie mu zdjęcie kupione za 200 złotych?
Jak by zareagował właściciel sklepu z odzieżą, gdybym mu zwinął marynarkę? Zdjęcia potrafią kosztować więcej niż marynarki, a przerzucane z jednej złodziejskiej strony na drugą, bardzo tracą na wartości.
A co z podkradanymi i puszczanymi dalej bez podpisu zdjęciami żyjących fotografów? Czym te zdjęcia różnią się od krawatów czy obiadów?
Lubicie państwo stare zdjęcia? To uszanujcie źródła, z których je bierzecie, bo inaczej te źródełka wyschną. 
Mój kolega kupił kiedyś w antykwariacie album ze zdjęciami niemieckiego sapera, który na początku I wojny służył w Toruniu. Wchodził z aparatem wszędzie, więc niemal każda fotografia jest bezcennym skarbem. Są tam zdjęcia przygotowanego do wojny jednego z toruńskich fortów, obrazki z przejścia granicznego w Pieczeni oraz fotografia mostu, jaki podczas wojny zbudowali w Toruniu saperzy. Tego, o którym krążyły legendy, że podobno istniał i jeździła po nim kolejka wąskotorowa. O tej przeprawie się mówiło, nikt jej jednak nie widział. Aż do teraz. Zdjęcie sapera jest jedynym, jakie do tej pory wypłynęło. Poprosiłem kolegę, żeby się swoim skarbem podzielił. Napisałem o moście w gazecie, dołączyłem zdjęcie. Wyraźnie podpisałem, skąd je mam, jednak ci, którzy puścili je dalej, już sobie tego trudu nie zadali. Do dziś mam z tego powodu wyrzuty sumienia i o rzadkie zdjęcia nikogo nie proszę. Zresztą prawdziwi zbieracze coraz częściej na publikacje zdjęć się nie godzą. Bo po co, przecież zaraz ktoś zdjęcia ukradnie...