piątek, 23 listopada 2012

Wisło moja...

Bul-Bul Tonę. Nie przywołuję tu francuskiego pływaka, opiewanego w pewnym czerstwym dowcipie. Sam się zatopiłem - w Wiśle, chociaż Wandy w niczym nie przypominam. Miło jest się jednak chodzić po piasku, który tak miło trzeszczy pod stopami i słuchać plusku fal gotowych opowiedzieć tak wiele niezwykłych rzeczy. Wystarczy tylko odpowiednio nadstawić ucha. Wiem, niespecjalnie nam to wychodzi. Już Wernyhora kazał kiedyś słuchać i gdyby nie napatoczył się przy okazji Wyspiański, to by z tego wyszła kolejna totalna klęska narodowa. Wisła pozwala się jednak zasłuchać. Jej mowę można próbować odgadnąć, przykładając do ucha ślimaczą muszlę. To też jest jakiś trop, ale więcej o niej opowiedzą materiały źródłowe, co nie znaczy oczywiście, że trzeba ich szukać w rejonie Baraniej Góry. Pani Dorota Kunicka z Muzeum Etnograficznego w Toruniu uratowała np. przed zniszczeniem wydaną zapewne niedługo po wojnie broszurkę reklamową Państwowej Żeglugi na Wiśle. Podzieliła się nią ze mną, za co jestem ogromnie wdzięczny, bo w książeczce tej są np. cenniki przedstawiające również trasy i tempo podróży – jak dotąd takie rzeczy mogłem jedynie próbować sobie wyobrazić. Być może takie informacje przydadzą się także innym próbującym ogarnąć ten cały dzisiejszy niedo-rzeczny bezwład, zatem publikuję broszurkę w całości, uzupełniając ją dwiema barwnymi relacjami z rejsów Wiślanych. Jedna pochodzi z lat 60. ubiegłego wieku, druga jest natomiast jakieś 20 lat starsza.
Podróż parowcem do Bałtyku? A choćby i na koniec świata! Jestem gotów, w każdej chwili. W Toruniu mogę nawet pomóc portu szukać. Kiedyś mieliśmy trzy, a ponieważ nie dawały sobie rady z nadmiarem statków, przed wojną inżynier Tłoczek, ówczesny główny architekt magistratu, zaprojektował jeszcze przystań pomocniczą dla miejskiego portu głównego. Miała powstać na wysokości Winnicy.
Też bym sobie, pracując na lądzie, odpoczął na wodzie. Bardzo chętnie! Ok., kilka lat temu miałem okazję, jednak apetyt rośnie, w miarę jedzenia. O jakich to jednak wieloletnich zaniedbaniach broszurka wspomina?! Nie chodzi jej chyba, na Boga, o ewentualne niedociągnięcia przedwojenne? Pewnie, że nie, bo do czego się tu przyczepić? Do tych kursujących jej korytem setek statków obładowanych ciężkimi tysiącami ton ładunku? Do tej krystalicznie czystej wody, na której temat nieco dalej będzie można znaleźć kilka słów niemal z pierwszej ręki? Do budowli regulacyjnych wznoszonych z kamienia i faszyny w ten sam sposób przez kilkaset lat? Dziś na ich resztki zwracają uwagę tylko ekologiczni terroryści, którzy patrząc na obrośnięte posadzoną w ten sposób wikliną widzą w Wiśle „ostatnią dziką rzekę Europy”. Gówno prawda, obecne ptasie raje zawdzięczają swoje istnienie wysiłkom inżynierów i robotników sprzed lat. O tym, jak bardzo te faszynowo-kamienne budowle bywały zmyślne, można się zresztą przekonać przeglądając internetowe witryny kronikarzy wiślanych.
„Transport wodny wykonywany jest dzisiaj zaledwie w setkach tysięcy ton”. Zaledwie? Dziś ta liczba robi wstrząsające wrażenie!
„Statki Państwowej Żeglugi na Wiśle utrzymują komunikację pasażerską i turystyczną na przestrzeni prawie 1300 klm.” Ech, gdyby dziś mogły ją utrzymywać przynajmniej na 1/10 tego dystansu...
„Linia Warmijska...” Też bym sobie nią popłynął. Wychowałem się na pograniczu Warmii i Mazur, niedaleko Kanału Elbląskiego. Na własne oczy oglądałem więc ostatnie epizody destrukcji wschodniopruskiej cywilizacji. Później esencję tego obejrzałem w kinie, dzięki „Róży” Smarzowskiego. Oj, biedne wy polskie Ziemie Wyzyskane!
Znów piękny bocznokołowiec... Wyobrażam sobie, jak mogła wyglądać podróż takim statkiem. Tylko tyle mi zostało, bo ostatnie parowce wycofano z Wisły w latach 70. Pozwolę sobie jednak opublikować fragment listu mojego ŚP wuja, Krzysztofa Spandowskiego, który w 2009 roku otrzymał ode mnie niemiecki film propagandowy pokazujący kolorowe brzegi rzeki w czasach okupacji. Wuj odwdzięczył mi się obszerną, barwną i bardzo ciekawą epistołą.
Wisła siedzi we mnie od zawsze i głęboko. Z racji miejsca urodzenia, osobistych z nią doświadczeń od najmłodszych lat, opowieści rodziców, krewnych i znajomych ale też moich studiów i wielu lat pracy zawodowej. Studiowałem inżynierię sanitarną na Wydziale Budownictwa Wodnego Politechniki Gdańskiej a wykład inauguracyjny na pierwszym roku wygłoszony przez profesora Karwowskiego miał tytuł "Drogi wodne najtańszymi drogami transportowymi". Wierzyłem wówczas, że zdrowy rozsądek i oczywiste racje ekonomiczne wezmą w końcu górę nad absurdalna komunistyczną tendencją bezmyślnego niszczenia wszystkiego co może dobrze funkcjonować. Transport wodny na Wiśle właśnie dogorywał, tabor się wykruszał, koordynacja z transportem lądowym nie działała, porty i nabrzeża niszczały, szkody po falach powodziowych nie były usuwane, remonty ostróg regulujących nurt dawno zarzucono, etc... W latach 60-tych wybudowano zaporę wodną we Włocławku, w zamiarze pierwszą z serii, a jak widzimy jedyną. Jej lokalizacja z hydrotechnicznego punktu widzenia jest najgorszą z możliwych, a podyktowana była względami strategicznymi. Wojska Układu Warszawskiego potrzebowały trwałej przeprawy przez największą przeszkodę wodną w tej części Europy. Mosty, nawet najpotężniejsze, są bardzo łatwe do uszkodzenia. Budowa zapory w środku rzeki powoduje że poniżej niej następuje silna erozja dna, jego stałe obniżanie i w efekcie groźba jej zawalenia. Zapora włocławska jest już tego bliska. Dno obniżyło się już o 4 do 6 metrów. Ratunkiem jest wybudowanie kolejnej zapory poniżej, dla uzyskania tzw. efektu podparcia, najlepiej w rejonie Nieszawy. Oczywiście kolejnych poniżej również. Zasadą jest budowanie zapór od dołu rzeki. Za Gierka ogłoszono hucznie program ,,Akcja Wisła", wybudowania kaskady zapór w dolnym biegu Wisły, głosząc że to jego autorski pomysł. Cenzura i służby bacznie pilnowały żeby nikt nie wspomniał, iż projekt ten opracował profesor Narutowicz - późniejszy prezydent RP. Wiek XIX i początek XX-tego były złota erą budownictwa hydrotechnicznego i transportu wodnego. Niestety, Gierkowi nie udało się już naciągnąć zachodnich bankierów na kolejne kredyty. Ciekawy był ten niemiecki film. Sławiono w nim m.in. solidne wały przeciwpowodziowe. Prawda jest taka, że wybudowano je w 20-leciu międzywojennym. Znam to w miarę dobrze, bowiem ojciec mój przed wojną prowadził księgi w ,,Związku Wałowym Niziny Chełmińskiej", a od Twojego dziadka dostałem dokładnie 40 lat temu dziennik budowy wału na odcinku pomiędzy Chełmnem a Grudziądzem. W jego ręce trafił przypadkowo w Cechu Rzemiosł, gdzie nie był nikomu potrzebny. Arcyciekawy dokument obrazujący każdą fazę robót, odbiory jakościowe, odwieczne spory pomiędzy wykonawcą a inwestorem, a także obraz najwyższego profesjonalizmu i sztuki inżynierskiej. Dziennik ten sprezentowałem profesorowi Wesołowskiemu z Politechniki Gdańskiej, kiedy okazało się, że inspektorem nadzoru był jego śp. przyjaciel, sprzed wojny oczywiście. Nota bene nie był to pierwszy wał, stary, XIX-wieczny biegł bliżej Chełmna, istnieje do dzisiaj, jest na nim droga od gazowni, obok Brochu, w kierunku obecnego mostu i dalej na Dolne Wymiary. Rosną na nim stare kasztany. Broch, jak i inne tzw. łachy leżące wzdłuż wału nie są naturalnymi zbiornikami wodnymi lecz wybierzyskami kruszywa dla budowy wału. Przyjaciel moich rodziców -Jan Malinowski- z zacnej rodziny chełmińskich introligatorów, opowiadał mi jak w latach 20-tych jako harcerz płynął żaglówką z Chełmna do Warszawy a herbatę i posiłki gotowali na pokładzie. Zapytałem skąd braliście wodę? - jak to skąd, zza burty, była krystaliczna. Dla mnie to był szok bo żeglowałem po Wiśle w latach 60-tych a woda w niej była dodatkiem do ścieków. Stało się tak na skutek rozwoju wrednych gałęzi przemysłu bez jakichkolwiek oczyszczalni, to samo miasta, które w dużej części do dziś zrzucają ścieki bez żadnego lub tylko częściowego oczyszczenia, rolnictwo sypiące bez opamiętania nawozy a także kopalnie traktujące Wisłę jak wielką rurę kanalizacyjną do której bezkarnie spuszczają potężne ilości wód solankowych. Te solanki bardziej degradują Wisłę niż ścieki komunalne. Mam dużą satysfakcję, że w swoim dorobku zawodowym mam szereg proekologicznych przedsięwzięć, niektóre na naprawdę niebagatelną skalę. Ale o tym innym razem. Jeszcze jedno wspomnienie z dzieciństwa. Gdzieś tak w połowie szkoły podstawowej rodzice zabrali mnie i Marka na zorganizowany przez zakład pracy ojca 4-dniowy rejs statkiem z Chełmna do Gdańska. Był to bocznokołowy parowiec, ,,Wincenty Pstrowski", bliźniak tego z „Rejsu”. Na pokładzie grała zakładowa orkiestra, komin dymił, potężne koła mieliły wodę, towarzystwo liczne i ciekawe, załoga w szamerowanych mundurach, mnóstwo atrakcji. Sielanka nagle została przerwana ok. 20-tej, słońce na niebie a nasza matka postanowiła jak w domowym reżimie zagonić nas do łóżek. Starzy chcieli mieć święty spokój. Można było płakać ale nie przeciwstawić się. Na statku były trzy kategorie noclegów: I klasy - kabiny pod pokładem z miękkimi welurowymi tapczanami, II klasy- kabiny z drewnianymi leżankami, III klasy - ogólnie dostępne ławy na pokładzie. Z racji stanowiska ojca mieliśmy jako nieliczni I klasę. Wszyscy się bawią a my w więzieniu. Ale dobry Bóg nam pomógł, jak tylko się położyliśmy z welurów i podsufitki ruszyły na nas setki pluskiew. Rodzice niechętnie musieli nas ewakuować, na szczęście II-ga klasa była zajęta i dzięki temu resztę rejsu spędziłem na pokładzie. Prawdziwe życie jak wiadomo zaczyna się po północy i mogłem to wszystko podziwiać. A było co, jak to na firmowej wycieczce. Były tańce, śpiewy, ktoś wisiał na relingu i pozbywał płynów i zakąsek. Ale największy podziw wzbudzał kapitan i marynarze. Obsługa takiej potężnej maszynerii, wypatrywanie w świetle potężnego reflektora piaszczystych mielizn, na które i tak się czasem wpadało i trzeba było statek spychać bosakami, budziły ogromny szacunek pasażerów. No i magia munduru. Ta magia była przepotężna. Wszystkie kobiety i dziewczyny pożerały ich oczami. i nie tylko. Była jedna, kilka lat ode mnie starsza, ale bardzo mi się podobała. Nazywała się Kołeczko, jej ojciec był w firmie stolarzem. Jak większość pracowników był inwalidą, jedną nogę miał sztuczną i jedno oko szklane. To była pamiątka spod Stalingradu. W zakładowej orkiestrze grał na skrzypcach i fałszował, ale nie było to dokuczliwe bo inni grali głośniej i tak bardzo nie było tego słychać. W przeciwieństwie do moich rodziców nie zaganiał jej do kabiny, więc bawiła się bardzo aktywnie. Wyraźnie zainteresował się nią marynarz z załogi maszynowej, dwie belki na pagonach, złota kotwica na czapce, czarny wąsik, uwodzicielskie spojrzenie. Nie bez wzajemności. Orkiestra grała, noc, księżyc, marynarz co rusz niby to służbowo przechodził obok, ona odprowadzała go wzrokiem, a po którymś razie od niechcenia, powoli poszła korytarzem w kierunku dziobu. A ja za nią. Kiedy wyszedłem za załom przy schodkach ona znikała za uchylonymi drzwiami, po chwili wysunęła się głowa w białej czapce ze złotą kotwicą szybko omiotła wzrokiem korytarz w lewo i prawo i drzwi się zatrzasnęły. Podszedłem, lśniła na nich złota tabliczka ,,Maszynownia. Wstęp wzbroniony". Usiadłem na ławeczce przy kabestanie kotwicy dziobowej, skąd miałem wgląd w korytarz. Gdzieś po pół godzinie drzwi się uchyliły, głowa w czapce omiotła korytarz i się cofnęła, dziewczyna wyszła i dopinając ramiączka poszła w kierunku muzyki na rufie. Marynarz wyszedł po kolejnej minucie, niedbale, uśmiechnięty, czapka z tyłu głowy, widocznie zadowolony. Wówczas postanowiłem że zostanę marynarzem rzecznej floty.
„Wincentego Pstrowskiego”, przed wojną „Władysława Sikorskiego” widziałem na jednym zdjęciu, gdy stał zakotwiczony przy toruńskim nabrzeżu. Postaram się ten widok skopiować i tu umieścić. Szkoda, że trafiłem na niego nieco ponad rok po śmierci wuja.
Oto ten film. Wtedy był objawieniem, dziś jednak pewnie wszystkim pasjonatom Wisły jest dobrze znany. Mimo wszystko do dziś, choćby dzięki kolorom, robi wrażenie. Niemcy nakręcili go wiosną 1943 roku, gdy dożynali warszawskie Getto. Tam wszystko zasnute było dymami, a tu soczyste barwy – zieleń i czerwień cegieł Atlantydy Północy czekającej na swą bliską zagładę. No i ten barwny Toruń z tamtych ponurych lat... Tabela tras, dystansów, czasów podróży i opłat. Niezwykle cenna dla tych, którzy Wisłą mogą podróżować tylko dzięki literaturze. Czyli również dla mnie. W bardzo młodym wieku płynąłem co prawda statkiem pasażerskim do Ciechocinka, ale bałwan jednak skończony, pamiętam z tej wycieczki tylko wszechogarniającą nudę. Patrzyłem w lewo, patrzyłem w prawo i nic się nie działo. Widziałem same dłużyzny, a gdybym tak spojrzał choć na nazwę statku i ją zapamiętał..!
Statki linii Gdańskiej. Patrzę, liczę i cholera mnie bierze!
Rozkład jazdy. Proszę patrzeć, czytać i pakować walizki... Tabela opłat bagażowych znajduje się nieco dalej. Statkiem można przetransportować nawet motocykl z przyczepą! Posiadacze Junaków i Sokołów są jednak dziś w kraju równie rzadkimi krukami, co sternicy rzecznych statków. Żegluga Państwowa oferowała wtedy stałe rejsy od Krakowa? No proszę, a cztery lata temu, gdy jeszcze w sprawie Wisły na naszym północnym odcinku można było mieć nadzieje, słyszałem niezwykłe opowieści o człowieku, który dotarł królową polskich rzek kawałek za Warszawę..
Przystań w Warszawie. Fajna!
Ponownie spoglądam na tę rzeczną flotyllę i żółć zalewa mnie jeszcze bardziej.
Zniżki.
Opłaty za spanie i jedzenie na statkach.
Kabina sypialna II klasy, zatem chyba najwyższej na statkach PŻnW. Podobnie wyglądała ta, w której kimałem w 2008 pod zaporą we Włocławku, płynąc ciągnącym barkę holownikiem z Płocka do Fordonu. Pisałem wcześniej, że byczo się śpi w pociągach sypialnych, ale nawet stukot kół na szynach nie kołysze tak wspaniale, jak rzeczne fale. Do tego jeszcze, przed snem, nasłuchałem się opowieści wilków żeglugi śródlądowej, a ci mają gadanego! Ich opowieści, razem z transportem rzecznym, idą właśnie w diabły. Następców nie ma, a jeśli kiedyś się pojawią... Powstającej właśnie dziury pokoleniowej nikt nie załata.
Opłaty bagażowe. Gdyby ktoś potrzebował...
Bar na statku. Miło by było zakrzyknąć – Bar wzięty! Tylko gdzie go szukać?
Toruń ekspozyturą? O tempora, o mores!
Nie wiem, z którego roku pochodzi ta broszurka, cena tego 20-stronicowego druku reklamowego pozwala jednak odnieść się jakoś do wydrukowanych w nim cen biletów.

5 komentarzy:

Anek pisze...

http://www.zegluga.wroclaw.pl/articles.php?article_id=275 kapitan Fidelis coś tu wspomina o "Pstrowskim".

Anonimowy pisze...

Wyżywienie tak dobre aż w głowie się przekręciło . Dużo się zmieniło lecz nadal solanka do Wisły jest wpuszczana . Mamy tylko jedną odsalarnię wody po kopalnianej w Czerwionce - z niej sól .

Waldemar Danielewicz pisze...

Tak na marginesie statki nazywały się: PSTROWSKI a nie WINCENTY PSTROWSKI i GEN.SIKORSKI a nie WŁADYSŁAW SIKORSKI. Z tym że nazwę GEN.SIKORSKI miał od 1948 r. w 1955 zmieniono na PSTROWSKI. W czasie okupacji BELLA a do 1939 r. BELGIA przedtem KANIOWCZYK

Waldemar Danielewicz pisze...

A broszurka pochodzi z 1948 r.

SzymonS pisze...

Chylę nisko czoła! Czy mógłby się Pan podzielić adresem mailowym? Do mojej skrzynki można się dostać pisząc na wkompieli@wp.pl Wykopaliska wiślane prowadzę od dawna, często też mi coś ciekawego w ręce wpada, jestem jednak jedynie samoukiem. Tak daleko jak Pan, nigdy bym w tych historiach nie dopłynął.