środa, 15 maja 2013

Rowerowa majówka graniczna II

Poligon, bunkry, stacja w Otłoczynie i przelewająca się w niezwykłym miejscu Tążyna... No dobrze, jednak dawna granica najlepiej smakuje przy zgniłych lekko kolejowych wrotach rosyjskiego imperium, czyli na dworcu w Aleksandrowie Kujawskim. Imć Michał Kokot, zapatrzony w okazałe drzewo, stwierdził kiedyś, że słychać w nim szum dziejów. Tutaj historia gwiżdże, bucha parą, dymi i piszczy hamulcami lokomotyw. Nadaje też przy pomocy kolejowego telegrafu historie w rodzaju tej o przejętym przez powstańców styczniowych na aleksandrowskim dworcu traktacie Alvenslebena, lub taką, jaką grzebiąc w starych gazetach starałem się opisać poniżej.

Z zewnątrz zaczyna to jakoś wyglądać, ale pod odnowionym portalem nadal stara farba odpada płatami. No i w ogóle Mordor jakiś panuje.

Na najbardziej niezwykłym budynku kolejowym w tej części Europy trwa wyścig z czasem i walka z grzechami zaniedbania, co mają tam bardzo bogate tradycje.

Łażąc po dworcu nie mogliśmy naturalnie pominąć apartamentów cesarskich z prowadzących do nich pyszną klatką schodową. Podziwiam ją za każdym razem, gdy do Aleksandrowa zajrzę, więc kilka razy dałem już tu słowny i fotograficzny wyraz zachwytu na jej widok. Ba, żeby tylko jeden – zachwycałem się całymi zdaniami! I nadal gotów jestem to robić, choć z każdym rokiem żeliwna konstrukcja wygląda coraz gorzej.
Za drzwi, które teraz, dzięki uprzejmości pani z Urzędu Miasta stanęły przed nami otworem, również już zajrzałem, przechodząc różne granice z uczestnikami Trialogu. W relacji z tamtej wyprawy zostawiłem dość szczegółowe studium pieca, co najpierw miał służyć głowom koronowanym, a później ogrzewał te odziane w kolejarskie czapki. Taki widok zawsze jednak oczy cieszy, więc przechodząc cesarskie progi, nie mogłem się powstrzymać, by choć powierzchownie tego pięknego urządzenia nie uwiecznić.

Na początku września 1879 roku na dworcu w Aleksandrowie spotkali się dwaj cesarze – niemiecki Wilhelm I i rosyjski Aleksander II. Wizyta gościa z zachodu była dla nadgranicznych mediów pewnym zaskoczeniem.
Z Aleksandrowa dochodzi nas w tej chwili pewna wiadomość, że o godzinie 2-giej z południa, przybywa tamtąd rzeczywiście cesarz niemiecki Wilhelm i spotka się tam z carem Aleksandrem, który już o 12-tej będzie w Aleksandrowie. Obaj cesarze zabawią tam do 9-tej wieczorem, poczem cesarz niemiecki odjedzie ku Królewcowi, car Aleksander zaś wraca do Warszawy. Zdaje się, że decyzya co do tego zjazdu zapadła nagle, car bowiem miał dziś wyjechać z Warszawy do Odessy, a dyspozycje cesarza Wilhelma także były innego rodzaju.
Informowała „Gazeta Toruńska” w środę, 3 września pękając przy okazji z tego, że w Aleksandrowie przez całą noc na drogę, jaką miał pokonać car, wylewano asfalt.
Z dawnego zjazdu monarchów obecny Aleksandrów czerpie pełnymi garściami, od kilku lat organizując ciekawy festiwal. I bardzo dobrze, była granica jest jedną z najciekawszych i najbardziej niedocenionych atrakcji naszego regionu.

W pomieszczeniach z pięknym piecem zamieszkał tylko jeden władca i nie był to car. Ówczesny gospodarz tych ziem oddał swoje, najlepsze w Aleksandrowie lokum, gościowi.
Szczegóły o pobycie dwóch cesarzy północy w Aleksandrowie dochodzą bardzo skąpo publiczności. Wiemy dotąd tylko, że po przybyciu cesarza Wilhelma i powitaniu się obu monarchów mieli obaj w mieszkaniu dla cesarza niemieckiego w dworcu kolejowym przygotowanem półgodzinną rozmowę, poczem cesarz Aleksander udał się do przeciwległego domu, w którym sam mieszkał. Dom ten należący do budynków straży celnej, jest zwykle mieszkaniem okrężnego dyrektora celnego, generała Tixena. Około godziny 5-tej rewizytował cesarz Wilhelm cara Aleksandra w tem jego mieszkaniu, a następnie zasiedli wszyscy do obiadu
.
Cesarz (widoczny poniżej) spędził więc na dworcu noc z 2 na 4 września 1879 roku, a w ten sposób donosiła o tym „Gazeta Toruńska” w sobotę, dwa dni po noclegu.
Hmm, ja też w Aleksandrowie kimałem, jakoś na początku lat 90., ale do kronik się z tym nie wpycham. Pamiętam jednak, że na dworcu była wtedy obszerna poczekalnia i bar.

W czwartek, podczas drugiego dnia wizyty, car (na fotografii) udał się do niedawno zbudowanej cerkwi, która stała koło dworca, a później rozmawiał z cesarzem. Po śniadaniu obaj wsiedli do pociągów i opuścili Aleksandrów. Świątynia stała w miejscu, gdzie dziś jest sklep. Jej zdjęcia, stojącej i rozbieranej w latach 30. XX wieku, można zobaczyć w książce "Dawny Aleksandrów".
Obaj monarchowie doczekali się zdjęcia wykonanego na stacyjnym peronie. Gdzieś je kiedyś widziałem, w każdym razie kojarzę je jak przez mgłę. Pewnie dlatego, że było dość niewyraźne. Cesarz pruski prezentuje się tam w mundurze rosyjskim, a rosyjski w pruskim. Taka wymiana koszulek może dziś nieco dziwić, ale kiedyś najwyraźniej nie była niczym niezwykłym, na stronie oToruniu.net można bowiem znaleźć notkę pochodzącą z „Gazety Toruńskiej”, a nieco poprzedzającej zjazd, bo opublikowanej we wrześniu 1868 roku.
Wczoraj po południu po godzinie czwartej, jak nam powiadano, pędziły dwie lokomotywy w biegu najszybszym z pociągiem sześciu wagonów przez Majdan za Wisłą, ku Aleksandrowu, wioząc cara Aleksandra z jego orszakiem z Poczdamu do Warszawy. Rakuski fldmpor. ks. Thurn i Taxis imieniem cesarza austryackiego ma go powitać w Warszawie. Powiadano też, że od granicy do samej Warszawy wzdłuż kolei już od 3 dni wyciągnięto kordon posterunków kozackich, tak gęsty że prawie co 100 kroków postawiono — niewiadomo — czy straszaka czy strażnika? W Aleksandrowie car zatrzymał się 15 min, a z pruskiego munduru przebrał się w rosyjski.

XIX-wieczne spotkanie dwóch koronowanych krewniaków, którzy wspinali się po tych przepysznych schodach szczegółowo opisał w swojej książce pan ROBERT STODOLNY. Poza tym, w ubiegłym roku, Aleksandrów ozdobił Festiwal dwóch cesarzy niezwykle interesującą pograniczną konferencją, której plony również, mam nadzieję, będzie można kiedyś przeczytać.

Po przejechaniu większej połowy trasy zakotwiczyliśmy się w Nowym Ciechocinku na ranczu, nieco nieszczęśliwie nazwanym ranchem. To bardzo przyjemne miejsce, w którym można było rozprostować spracowane odnóża i dać wytchnąć nadwyrężonym przez rowerowe siodełka pośladkom, pasąc się przy okazji pieczoną nad ogniskiem kiełbasą. Z jedzeniem trzeba się jednak było spieszyć, ze względu na ptasią konkurencję. Nie znam się na pawiach, ale podejrzewam je o bliskie pokrewieństwo z sępami. Tak przynajmniej wynikało z zachowania czterech towarzyszących nam przy ognisku pawic, z których jedna prezentuje swoje wdzięki poniżej. Nie wiem czy to ona, czy jej koleżanka o mało nie pozbawiła mnie posiłku. Gdy przygotowałem sobie chleb oraz mięsiwo i odwróciłem się, by sięgnąć po kijek, ptaszydło wskoczyło na stół i na dodatek w ogóle nie przejęło się tym, co o nim myślę, a co głośno wyraziłem. Dopiero dość zdecydowane kroki zmusiły głodomora, by porzucił swoje niecne plany. Zdobywając w tych okolicznościach informacje na temat ptactwa ozdobnego dowiedziałem się, że pawie należą do zwierząt umiarkowanie mięsożernych. Przy obiedzie towarzystwa dotrzymywał nam także sympatyczny kotek, z którym naturalnie się podzieliłem. Jeden z rzuconych kawałków mięsiwa został jednak przejęty przez ptaszysko, które uciekło unosząc swoją zdobycz i skonsumowało ją gdzieś na boku. Jak wspomniałem, pawie są mięsożerne tylko częściowo, żaden z tych sępów na szczęście nie rozszarpał kota., choć patrząc na pawi apetyt i natręctwo, można było to uznać za cud.
Za płotem rancza znajduje się bardzo interesujący i równie zarośnięty cmentarz STARY CMENTARZ W NOWYM CIECHOCINKU, którego tym razem chyba ostatecznie nikt nie zwiedzał – po jedzeniu mieliśmy strzelanie z wiatrówki, a później trzeba już było ruszać nazad.

„Rancho pod Olszyną” teoretycznie jest Ośrodkiem Sportów Konnych, w praktyce jednak jest to zwierzyniec. Czego tam nie ma! Krowy, kury, kaczki, droga na Ostrołękę... Poza wspomnianymi pawiami są też owce, jedna z nich, gdy tam dotarliśmy, uczyła się dopiero skubać trawę – urodziła się jakieś dwa tygodnie wcześniej. Nie chcę nic mówić, ale wygląda mi na czarną owcę w rodzinie...


... tymczasem tak prezentuje się ten ptak od zadniej strony.
Wracając byłem już na tyle zmachany, że nie chciało mi się wyciągać z plecaka aparatu. Szkoda, bo przez to nie mogę się podzielić obrazkowymi wrażeniami z bardzo malowniczego Otłoczyna, tym razem w jego wersji wiejskiej, nie kolejowej, z pięknym kościołem i bardzo urodziwym drewnianym budynkiem punktu do niedawna pocztowego. Nie uwieczniłem także malowniczego szlaku nad Wisłą, którym chciałem wracać. No właśnie, w Otłoczynie nasza grupa się podzieliła, jedni ruszyli szos, chcąc dotrzeć do pomnika ofiar katastrofy kolejowej z 1980 roku, reszta natomiast pojechała nadrzeczną trasą rowerową. Ja trochę zmarudziłem i na ten szlak wyruszyłem sam, by w pewnym momencie zaryć nosem w płot otaczający jakiś nowy dom. Szukając kolejnych znaków, dotarłem do szosy. Cóż, szlak został przerwany, bo ktoś się na nim wybudował – jakie to w naszych okolicach typowe...
Na dawną trasę nr 1 wypełzłem w miejscu sąsiadującym z drogą do pomnika, a że nasi właśnie tam byli, skręciłem na parking i ostatecznie wylądowałem przy torach.

5 komentarzy:

Obserwator Toruński pisze...

Czytając obydwie relację żałuję, żałuję, żałuję że nie mogłem wziąć udział w tej wyprawie! ...ale też cieszę się, że wyprawa się odbyła, że mogła powstać ta pyszna relacja. Dla mnie to zachęta by w stosownym momencie zerwać się z fotela za nic mając komputer i podążyć śladami. Ino jak gdy wytyczonego na mapie szlaku brak? Nie pomogą mi żadne wykręty: nadejdzie, oj nadejdzie kiedyś taki dzień, że na czuja, posługując się skrupulatnie wydłubanymi z tej relacji nazwami i faktami trasę tą powtórzę. Delektując się wspominanymi szczegółami.
- Niech tak się stanie!

SzymonS pisze...

Panie Obserwatorze, wycieczkę zawsze można zorganizować ponownie. Kilka osób nie pojechało, bo nie mogło, do kilku innych wiadomość o niej nie dotarła na czas, o czym z żalem mi donieśli. Cóż... Może kiedyś, innym razem.

Anek pisze...

A niektórzy nie mogli i nie chcieli :P

Widoki są istotnie dużo ładniejsze. Co więcej, zabrakło zollamtu w Silnie widzianego z Otłoczyna, więc cała wyprawa do powtórki. W razie obaw rowerowych, służę waszmościom golfiną i upierdliwym towarzystwem:) Ja się, niestety, na rower nie kwalifikuję, bo moja kobyła marki Jubilat II już sama po piwo jeździ (czasem też dziurawi puszki). Jak wrócę, oczywiście. Jeśli wrócę, oczywiście.

JERZY pisze...

http://jerzy-foto.blogspot.com/2011/11/dziwne-pomysy-basen-na-tazynie.html mam pyatnie może ktoś odpowie mi łaskawie na nie: czy opisane przeze mnie w w/w poście miejsce z rowem i słupakami to granica? dziękuje i pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Fragment: "Nadaje też przy pomocy kolejowego telegrafu historie w rodzaju tej o przejętym przez powstańców styczniowych na aleksandrowskim dworcu traktacie Alvenslebena, lub taką, jaką grzebiąc w starych gazetach starałem się opisać poniżej." powinien brzmieć: Nadaje też przy pomocy klejowego telegrafu historie w rodzaju tej o zatrzymanym przez powstańców styczniowych pociągu i przejętej korespondencji dyplomatycznej skierowanej do ambasadorów w Berlinie i Paryżu, lub taką, jaką grzebiąc w starych gazetach starałem się opisać poniżej."
Dokumentów tzw. konwencji Alvenslebena nie przejęto na dworcu w Aleksandrowie.
R.S.