czwartek, 3 listopada 2011

Granica, która łączy narody

Zimno wszędzie, szaro wszędzie... Trzeba więc sięgnąć do archiwum i wyciągnąć z niego garść zdjęć z niezbyt odległych czasów, gdy człowiek narzekał jeszcze na upał. Jesień wszak mieliśmy piękną tego roku! Wrzosu na bukiety jakoś nie zbierałem, kolekcja zdjęć bardzo mi się jednak rozrosła. Sporo przywiozłem chociażby z dwóch wycieczek, na jakie w pierwszych dniach października wybrałem się z uczestnikami Tralogu. Było to bardzo ciekawe przedsięwzięcie, w jakie zamieszały się uniwersytety z Kaliningradu, Torunia i Frankfurtu nad Odrą. Swoją drogą, czy mieszkanki Frankfurtu są frankfurterkami? W części polskiej, międzynarodowe grono tropiło pod Toruniem ślady dawnych granic głowiąc się przy tym, jak te skarby wykorzystać turystycznie. Słusznie, bo chyba nikt z tropicieli na brak atrakcji nie narzekał. Dawną niemiecką kolejową stację graniczną w Otłoczynie podziwialiśmy co prawda tylko z okien autobusu (szkoda, bo gdy byłem tam ostatnio, przed bardzo wielu laty, na kordonowe ciekawostki jeszcze nie zwracałem uwagi), gdy jednak dotarliśmy do przejścia drogowego, pojazd na moment udało nam się opuścić. Przed obiektywem płynie sobie zatem graniczna dawniej rzeka Tążyna, ja przycupnąłem na jej dawnym brzegu rosyjskim i spojrzałem na początek wielkiej niegdyś Germanii. Podobnie muszą się na to zapatrywać siedzące w błocie żaby, Germania prezentuje się tu bowiem w żabiej perspektywie.
Ta błotnista ścieżyna była pono, w granicznych czasach, traktem prowadzącym do Warszawy. Wtedy jednak, zapewne również błotnista, nie była aż taka wąska i nieprzejezdna. Na obu brzegach rzeki stały dawniej karczmy, po których dziś zachowało się jedynie wspomnienie. Bo te betonowe elementy, na jakie trafiliśmy przy brodzie, raczej z gościńcami nie mają nic wspólnego. Chyba wręcz przeciwnie, jak wiele takich w okolicy, najprawdopodobniej powstały pod koniec II wojny światowej, by nie dopuścić do Torunia nadciągających gości ze Wschodu.
Swoją drogą, miejsce mocno urocze. Czarownicy jednak zabrakło, co by w rzece prała skrwawioną koszulę i rzucała uroki.
Kto ma paszport? Pewnie nikt. W dzisiejszym świecie granice powinny być pod ochroną, jako zanikające dobro kulturowe.
Aleksandrów zaskakujący
No, może zaskakujący, to trochę zbyt wiele powiedziane. Po prostu pierwszy raz zobaczyłem wtedy odrestaurowane wejście dworca. Hm, nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem sobie, że to będzie wyglądało jakoś inaczej. No dobra, poczekamy, zobaczymy. Budynek dawnej stacji granicznej jest bardzo długi, rusztowania zniknęły dopiero z jego pierwszego fragmentu.
Zdziwiło mnie też, że na powitanie naszej międzynarodowej wycieczki przygazował sam burmistrz. Czas nas gonił, a tu włodarz zaczął przemawiać i przemawiać... Jak to włodarz. Szkoda tylko, bo zamiast go słuchać, i później jeszcze siedzieć tak długo w Ciechocinku, można przecież było zwiedzić w Aleksandrowie jeszcze cmentarz ukraiński, a może nawet zajrzeć na ruinę nekropolii prawosławnej, bądź zahaczyć o młyn słynny z tego, co działo się w jego murach w 1945 roku?

Roboty na wysokości? Tu?! Wolne żarty!
„Nie mogą schody, wyjść nigdy z mody...”
No, szczególnie takie.
Z mody może nie wyjdą, czy jednak uda im się dotrzeć do remontu? Od naprawianego fragmentu dworca jest do apartamentów cesarskich daleko...

Zobaczyłem wyremontowaną fasadę części wejściowej, poza nią jednak przywitały mnie same znajome widoki. Tak samo zapuszczone i zrujnowane. No, może z jednym wyjątkiem. W towarzystwie pana burmistrza udało nam się przejść na drugą stronę głównych drzwi carskiego pięterka. Dotarliśmy do miejsca wcześniej zarezerwowanego dla różnych Mikołajów, Pawłów i Aleksandrów, które jednak później służyło drużynom kolejarskim. Cara i maszynistę ogrzewał jednak ten sam piec.

Kurort samospalony
Jak ja nie lubię Ciechocinka... Przybyszom miasteczko się jednak spodobało. No tak, mieli na czym zawiesić oko, przecież właściciele zabytkowych budowli, którym zależy przede wszystkim na działkach, jeszcze wszystkiego nie spalili. Goście z zagranicy nie widzieli też wszystkich pogorzelisk. Tylko to jedno, przed grzybem.
Kolejnych potencjalnych podpalaczy pamiątek dawnego przygranicznego uzdrowiska, chciałbym jednak zapytać. Jak Państwo myślicie, kto się u was zatrzyma, gdy ogień strawi wszystko, co Ciechocinkowi nadaje charakter? Mogę się założyć, że sława uzdrowiska zgaśnie razem z kolejnymi pogorzeliskami. W takim Inowrocławiu na przykład, również można sobie przecież jodem odetchnąć i jakoś nic się tam nie pali, nie wali...

W polskim Baden-Baden, jakim stara się być Ciechocinek-Ciechocinek, nie można było ominąć bardzo ciekawej drewnianej cerkwi w stylu zauralskim. Zwiedziłem ją rok temu, ale i tym razem nie narzekałem na nudę. Poprzednio nie usłyszałem np., że obecny jej ikonostas został wykonany w Poczajowie. Hm... Ławra poczajowska zrobiła na mnie kiedyś wielkie wrażenie...
Nieszawa. Nieszczęście na uboczu
Nieszawy nie fotografowałem, ponieważ akurat oprowadzałem po niej grupę. Mimo dość ekspresowego tempa, ta była pod wrażeniem. Nic dziwnego, nie da się przecież przejść przez to wciąż jeszcze niezwykle malownicze miasteczko, będąc obojętnym na to, co się mija. Nieszawa tymczasem, jak zwykle zresztą, wdzięczyła się do obiektywu. Kto ciekawy, niech zerknie do sąsiadki, co całe to międzynarodowe stadko czynnie pasła urokami naszego regionu PASTWISKO SĄSIADKI.
Chyba udało mi się przekonać gości, że są w najbardziej granicznym punkcie w okolicy. Od wczesnego średniowiecza przecież, Nieszawa, gnana decyzjami politycznymi, trzy razy zmieniała miejsce lokacji. Za każdym razem przyszło jej się jednak znaleźć na granicy. Czerpała zresztą z tego spore korzyści. W średniowieczu, gdy jej konkurencją czuł się zagrożony wielki Toruń i w XIX wieku, gdy ulokowała się tu rosyjska komora celna na Wiśle, wtedy wciąż jeszcze wielkim wodnym szlaku handlowym Europy. Taak, przodkowie miejscowych ziomali, co dziś nie chcą oglądać obcych, nieźle sobie wtedy zarobili na przemycie...
Przybyszom z daleka opowiedziałem, że odwiedzili naprawdę wyjątkowe miejsce. Wspomniałem mieszkających tu kiedyś Rosjan, Niemców i Żydów, po których dziś nie zostało śladu (no dobra, są ruiny kirchy i pomnik Niemców pomordowanych po wojnie). Powiedziałem także, że prom, główna atrakcja północnego krańca wiślanego odcinka dawnego rosyjskiego imperium, w 1980 roku został zbudowany w Sandomierzu, podczas zaborów, południowym odpowiedniku granicznej Nieszawy.
Nie powiedziałem jednak, ze w chwili naszej wizyty, Nieszawa stanęła również na granicy bankructwa. W dniu, gdy tam trafiliśmy, Andrzej Nawrocki, piastujący od 20 lat stanowisko burmistrza, podał się do dymisji protestując przeciw beznadziei miasteczka położonego dziś daleko na uboczu.

Punkt wspólny
Chełmno granice w zasadzie ominęły. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby poszukujący ich reliktów Polacy z Torunia, Rosjanie przybyli z Kaliningradu i Niemcy z Frankfurtu nad Odrą, to miasto ominęli. Teoretycznie przynajmniej, każdy uczestnik Trialogu, powinien czuć się tu jak u siebie. Polacy wizytowali wszak miasto, które podczas zaborów, pozostało najbardziej polskim na całej ziemi chełmińskiej. Niemcy patrzyli na niedoszłą stolicę państwa zakonnego, kaliningradzcy Rosjanie mogli zaś podziwiać chełmińską farę, co się kiedyś stała pierwowzorem dla katedry w Królewcu.
Nie wiem, czy pozostali uczestnicy wycieczki docenili wagę miejsca, w którym się znaleźli. Naturalnie trafili do głównej miejskiej świątyni, skąd, od mojej ostatniej wizyty, zniknęły rusztowania zagracające lewą nawę. W tym miejscu moja babcia miała kiedyś swój zarezerwowany i ozdobiony tabliczką z nazwiskiem kawałek ławki. Tam również ja, dziecięciem będąc, wystawałem na mszach. Boże, jak strasznie się wynudziłem! Ksiądz w Pasłęku potrafił się z nabożeństwem wyrobić w trzy kwadranse, jego toruńskiemu odpowiednikowi, celebra zajmowała średnio sześćdziesiąt minut. Chełmiński proboszcz, przy tym samym, mozolił się wtedy przez półtorej godziny! Przez ten czas, poważnie zwielokrotniony, bo przecież nie modliłem się tam jednorazowo, dokładnie przestudiowałem każdy milimetr kwadratowy ściany prezentującej się przede mną. Obejrzałem zatem stojący przy niej stary, XVII- czy XVIII-wieczny toruński zegar, niezwykle cenną płytę jakiegoś średniowiecznego rycerza, no i malowidła ponad nią. Te były szczególnie interesujące, bo barokowy Bóg nakładał się tam na gotyckiego Św. Krzysztofa. Oba były jednak w zasadzie tylko cieniami, więc dawały spore pole dla wyobraźni.
Nie wiem, jak długo trwają teraz msze w chełmińskiej farze. Tym, co dzielą mój dawny punkt widzenia, bardzo jednak współczuję. Po konserwacji obu malowideł, na domysły raczej nie ma już miejsca...




Drzewo. Jego cienia, podczas wszystkich spędzonych w farze świętych godzin, jakoś nie wypatrzyłem. Pewnie dlatego, że głównie wtedy myślałem o tym, co zrobię po wyjściu z kościoła. Tymczasem ta roślinka jakoś mi drzewo życia nie wygląda...
Herb Chełmna na sklepieniu.
Pamiątka po wcześniejszej renowacji.
Bo ja tu, panie, akurat flagę wyprałem i wywiesiłem, by wyschła...
Tak sobie pomyślałem, gdy spod chełmińskiej fary, zobaczyłem tego jegomościa na tle biało-czerwonym. Wygląda jednak na to, że to jakieś pokłosie żalu smoleńskiego. Flaga wystawała za parapet na początku października, gdy penetrowaliśmy okolicę pod sztandarem Trialogu, w takim samym położeniu znalazłem ją również 1 listopada...

Jak wygląda z zewnątrz chełmiński kościół Św. Ducha? To można zobaczyć sięgając do archiwum strony. Święto-duszne zdjęcie umieściłem na niej jesienią ubiegłego roku. Tym razem nie celowałem obiektywem w fasadę, bo udało nam się wejść do środka.
Hm, ostatni raz byłem tu na pogrzebie babci, stąd sąsiadujący ze świątynią cmentarz, została wyprowadzona trumna. Przez 12 lat sporo się tu zmieniło. Dziś w kościele gospodarują chełmińscy nowi rycerze. Pod jego sklepieniem dominują zatem zbroje i inne żelastwo.
Oj, to jest Ślepowron, jeśli mnie wzrok i pamięć nie mylą... W takim razie jestem w domu.

Stoję u wejścia do kościoła Świętego Ducha i patrzę na kaplicę Świętego Marcina. Jedyną chełmińską świątynię, do której – jak dotąd – wejść mi się nie udało. Zajrzałem jednak do jej wnętrza przez dziurkę od klucza. Wygląda na to, że ogołocone zostało ono ze wszystkiego.
Dominikanie, mój ulubiony chełmiński kościół. Prezentował się tu już od frontu, który po wojnie posłużył za wzór odbudowywanej warszawskiej katedrze. Można go tu również podziwiać jego widok wiślany. A tak prezentuje się od strony przeciwnej.
Młyn pełen dobrych smaków
Co robiliśmy w Grucznie? Mieliśmy tropić granice, a przecież młyn we wsi położonej na przeciwnym Chełmnu brzegu Wisły, słynie z festiwali obżarstwa. Czyżbyśmy zatem mieli tu szukać granic dobrego smaku? Nic podobnego. Profesor Jarosław Dumanowski, toruński patron tego transgranicznego przedsięwzięcia, zaprowadził wycieczkę do miejsca, w którym granice dobrego smaku stara się od kilku lat odkrywać. Trzeba przyznać, że przesunął je całkiem daleko... Pierogi, jakimi nas tam poczęstowano, były niemal tak dobre, jak te babcine (to naprawdę duży komplement dla pierogów). Najbardziej ceniony nalewkarz kraju uraczył nas również próbkami swoich płynnych wyrobów, a te niemal sięgnęły ideałów przygotowywanych przez mojego wuja (w sprawie komplementów, proszę zajrzeć do poprzedniego nawiasu. Wiem, lepiej by było zajrzeć do wypuszczanych przez wuja butelek. No cóż...).

Podczas Festiwalu Dobrego Smaku, bochenek pieczonego na miejscu chleba, schodzi podobno za 10-12 złotych. Gdy usłyszałem cenę, pomyślałem sobie – zdzierstwo! Kiedy jednak zacząłem się takim świeżutkim okazem, wypieczonym na liściu tataraku, inhalować... A jeszcze bardziej, gdy tego spróbowałem... Gotów byłem wyłożyć nawet dwa razy tyle!

Obok młyna stoi dawny dom młynarza. Całą ścianę od strony krawędzi Doliny Wisły ma postrzelaną. Te dziury są pewnie pamiątką września 1939. Mając do czynienia z tyloma smakołykami, nie wnikałem specjalnie w historię. Jednak przed laty, podczas pierwszej wizyty w Grucznie, wdrapałem się na grodzisko, wlazłem też na skraj doliny. Zobaczyłem szosę prowadzącą do Bydgoszczy, która 72 lata temu była jednym ze szlaków wycofujących się wojsk armii Pomorze.
Młyn w palącym słońcu – od frontu i w całej okazałości.

Przed młynem można trafić na wiele ciekawych eksponatów gospodarczych. Choćby na maszynę wyprodukowaną w Chełmnie.
Początkowo była to Fabryka Maszyn Petersa. W II RP stała się chełmińską Unią, by po 1945 roku dźwigać szyld Ursusa. Dziś nad zakładami przy Dworcowej świeci się reklama Adriany. Chyba się świeci, bo fabryka nie jest już dziś tak silna, jak przed laty.

Dziadkowie trzymali w garażu wielki magiel pochodzący z tych samych zakładów, wyprodukowany tam jednak jeszcze przed 1920 rokiem. Dziś służy on mojemu wujowi za ozdobę ogródka.
Jakie fajne ule... Nie mogłem nie pozdrowić ich trzaskiem migawki aparatu. Obaj pradziadkowie trudnili się wszak pszczelarstwem, ścianę kuchenną ozdobiłem sobie nawet spadkowymi ramkami. Jedna z nich nadal kryje resztki plastra.
A to Polska właśnie...
Z Gruczna pojechaliśmy do Chrystkowa odwiedzić pochodzącą z konca XVIII stulecia chatę menonicką. Bardzo ładną i ciekawą! Na jej widok, każdy przybysz zaduma się pewnie: jaka menonicka?! Przecież tu wszędzie Polską pachnie! Te wierzby i gniazdo bocianie... Cały czas zresztą zamieszkane. Obecny gospodarz przybytku opowiadał mi zresztą przed laty, że po wyjątkowo mroźnej i długiej ziemie AD 1995/96 bociany zeżarły mu 300 kurczaków. Przyleciały zbyt wcześnie. Na łąkach brakowało kretów i żab, a tu przecież coś jeść trzeba... Tak bliski krajobraz w zagranicznym wydaniu. Dziwne? Nie, to przecież Polska właśnie...
Wspominam niżej swojego dziadka, z którym zresztą kiedyś tę chatę odwiedziłem. Przypomniał sobie jej przedwojennych właścicieli, z którymi – jeśli dobrze pamiętam – zetknął się jakoś podczas okupacji. Buu! Wiem, co się z nimi stało niedługo później. W styczniu 1945 roku, gdy nadchodziła Armia Czerwona, cała rodzina postanowiła się utopić w Wiśle. Ta jednak była skuta lodem, zatem wszyscy powiesili się w stodole. Tragiczne, ale w sumie, nic wyjątkowego. Gdzieś w rejonie Rowów jest wieś, której wszyscy niemieccy mieszkańcy popełnili w 1945 roku samobójstwo...
Za progiem chaty z Chrystkowa, śladów jej dawnych gospodarzy wciąż jeszcze można znaleźć sporo. Na strychowej belce jest nawet wybazgrolona lista bydlęcych strat, jakie przedwojenny właściciel poniósł w latach 30. z powodu powodzi.

Hmm, piękna kuchenka! I ile ciekawych rzeczy na niej;-)
Ta kuchenka może nie jest tak bogato wyposażona, jak poprzednia. Na jej widok jednak ciepło mi się zrobiło na sercu. A później, mimo tego, że się wcześniej w Grucznie objadłem, poczułem głód. Takie urządzenie stało bowiem w kuchni mojego chełmińskiego dziadka. Wspaniałej, ze względu na fasadę kościoła dominikanów, która fantastycznie zaglądała tam przez okno i cudownej przez to, co dziadziuś potrafił tam wyczarować. Bo jego talent kulinarny równał się z geniuszem gawędziarza... Oj, brakuje mi tych kaczek pieczonych z jabłkami, gulaszu, pikli jedynych w swoim rodzaju... Zachowałem sobie jeszcze słoiczek jego konfitur wiśniowych, trzymam go na jakąś bardzo specjalną okazję.
Kiedy byliśmy mali, dziadek opowiadał nam, że w piekarniku mieszka smok. Na dowód, donośnie trzaskał jego drzwiczkami. Czasami tam zaglądałem szukając potwora, ale piekarnik był pusty. Nic to jednak nie znaczy, smok nie mógł mieszkać tam na okrągło. Raz na jakiś czas musiał przecież ustąpić miejsca wspomnianej kaczce...

Pod tą strzechą kryje się wiele skarbów. Nagrobki są już chyba jednak przesadą...
Niebieska słuchawka
Toruń, miasto pod gwiazdami... Uczestnicy Trialogu tropili w naszym regionie relikty dawnych granic, poszukiwania zakończyli w Piwnicach, na granicy wszechświata. Dosłownie, bo to przecież największe w Polsce obserwatorium astronomiczne. Miejsce, pod każdym względem, wyjątkowe. Niech ktoś zabłądzi tu w maju, gdy kwitną wszystkie rosnące tam bzy.
Ja miałem takie szczęście, nawąchałem się, napatrzyłem i nasłuchałem. Pod koniec podstawówki na wycieczkę do Piwnic zabrała nas nasza wychowawczyni, Pani Janka Stroblowa. Świat, nawet taki u bram wszechświata, jest mały. Kto zabrał tralogowców w podróż do gwiazd? Profesor Andrzej Strobel. Wielki człowiek! Ależ mądrze i ciekawie mówił! Nie dziwię się szefowi grupy kaliningradzkiej, że nie był w stanie się od słów profesora oderwać.
Uczony mówił o gwiazdach, ale ludzie na ogół myśleli o rzeczach przyziemnych. Byli zmęczeni, głodni i spragnieni. Tymczasem, ta wycieczka po niebiosach, gdyby nie została przerwana, pewnie by trwała do dziś. Czas teraźniejszy byłby tu zapewne obowiązujący, bez względu na to, kiedy kto do tego wpisu zajrzy... Wyprawa zatem wróciła na ziemię, by na niej klapnąć przy ognisku i sięgnąć po kiełbaski oraz piwo. Przez cały dzień nałykałem się wtedy wrażeń, opaliło mnie miłe sercu pomorskie słońce. Pobiegłem zatem do ognia w podskokach, głodny jak cholera i spragniony jeszcze bardziej.
Nie nafotografowałem się więc. Tymczasem Piwnice są niezwykle pod tym względem interesujące. Dawny dwór Piwnickich, który służy teraz astronomom. Dwa budynki, kryjące pod swoimi kopułami teleskopy - jeden z nich jest bardzo stary... No i dwie anteny radioteleskopów, w tym ta na zdjęciu, największa w Środkowej Europie. Ciekawe miejsce, podczas burzy pioruny czują się tu bardziej u siebie, niż na szczycie Świnicy. Przed laty, widziałem w gazecie zdjęcie tej samej czaszy pokrytej zygzakami z nieba.
Piwnickie obserwatorium powstało z dala od miasta. Teraz miejskie satelity zaczynają je otaczać. I zakłócać pracę, toruńscy astronomowie szukają zatem nowej przestrzeni życiowej. W Borach Tucholskich planują budowę następnej anteny, tym razem największej na starym kontynencie.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Ależ się Pan ponuro brązowy zrobił! Kolorystyka fuj! ;)

Co do granic, to z trudem przychodzi mi przekraczanie linii Wisły, patrzę zatem na ogół z bezpiecznego prawego brzegu na owe wrogie Kujawy po drugiej stronie rzeki, znaczy się, na Podgórz! ;) Bywam tam w ostateczności......

anniar pisze...

Zacztałam się w Twoim pisaniu , podoba mi się, jeśli można będę tu zaglądać z przyjemnościa.:)

Anonimowy pisze...

Piszę raz jeszcze, bo coś mi nie wyszło. Gdyby były dwa wpisy o podobnej treści, to moja wina.

Pod wpływem Pańskiego tekstu postanowiłem, jak to się mówi po tej stronie granicy, opi...... coś na ciepło:)

był Pan w Chełmnie, był Pan u dominikanów. Mam pytanie - poznał Pan prawie-gotycką kotłownię z prawie-gotyckim kominem?

pozdrawiam serdecznie

JERZY pisze...

ciekawie się czyta o czymś co się zna od dawna - inne spojrzenie na to co znane - hmmm może nie do końca :-)

Anonimowy pisze...

Wysokość zaczyna się od 1m .- BHP.
Wybiorę się na wycieczkę śladami - Trzech Kultur .W Chrystkowie już byłem teraz dalej aż do doliny starych odmian jabłoni .
Ciekawie i ładnie podane historie .

SzymonS pisze...

Cała przyjemność po mojej stronie;)

Niemal gotycką kotłownię chyba widziałem. Nie pamiętam już dobrze. Przez tyle lat oglądałem ten kościół w stanie totalnej ruiny, teraz więc cieszę się zmianami. Jak widać, kotłownię i komin skutecznie mi one przesłoniły.
Pozdrawiam również!