poniedziałek, 5 grudnia 2011

Przystanek pierwszy - Sandomierz

Uff, kolejne wspomnienie skarbów Torunia wywoła chyba u mnie mdłości. Przewietrzę zatem nieco stronę i napocznę archiwum wakacyjne. Za oknem panują grudniowe ciemności, więc chyba miło będzie popatrzeć na sfotografowane słońce. Bo też pogodę podczas całej podróży miałem wspaniałą. Nie rozumiem ludzi, których wczesna jesień skłania do marudzenia. Wrzesień jest przecież ozdobą kalendarza
Zanim ruszyłem na Ukrainę, by podbić wreszcie wymarzoną Czarnohorę, postanowiłem przeprowadzić błyskawiczny wypad po Polsce odwiedzając stare i dawno niewidziane kąty. Pierwszy na tym szlaku znalazł się Sandomierz. Cudne miejsce, jedno z najpiękniejszych miasteczek w kraju. Amerykanie pysznią się swoim San Francisco, co by jednak powiedzieli stając na rynku w San Domierzu? Swoją drogą, pod względem „świętych” miast, Polska może konkurować z dawnym hiszpańskim imperium. Na jego mapach było San Francisco, San Diego, San Sebastian... My mamy Sandomierz, Sanniki (czyli miasto Świętego Mikołaja – San Niki;-).
Najbardziej fotogenicznym punktem Sandomierza jest jego rynek z ratuszem, który w kraju ustępuje pola jedynie temu toruńskiemu. Przed nim kilka lat temu spoczęła kotwica, symbol powiązania miasta z niebem. Niebo zakotwiczyło się tu tak mocno, że w 2010 roku spowodowało powódź. Zabawa symbolami bywa czasami niebezpieczna...

Ratuszowy rzygacz minę ma dość niewyraźną...
Sandomierz reklamuje się jako miasto pięknie podświetlone. Czy słusznie? Przyjechałem z Torunia, miasta, które doznało naprawdę wielkiej iluminacji, wieczorem spojrzałem więc na Sandomierz dość krytycznie... Przy katedrze efekty świetlne przesłaniały drzewa, Ucho Igielne, czyli furta w murach, była pod tym względem częściowo nieczynna (z czterech lamp ukrytych w ziemi świeciły się tylko dwie). Iluminacja Świętego Jakuba była w ogóle porażką. Najlepiej na tym wieczornym tle prezentował się ratusz.
Studnia przed ratuszem. Widać ją chyba na „Ludziach Wisły” Forda, nie mogę jednak porównać, bo film gdzieś zgubiłem:(.
Kamienica Oleśnickich przy sandomierskim rynku, za którą znajduje się wyjście, bądź wejście, do legendarnych podziemi. Nie rozumiem tego. Sandomierz jest jednym z najładniejszych miast jakie nosi polska ziemia. Swoją główną atrakcją uczynił jednak lochy... Zwiedziłem je kiedyś i słowo daję, że każdemu turyście, który trafi kiedyś do drugiej stolicy Małopolski, polecam mieć oczy szeroko otwarte na powierzchni. Bo wizyta pod nią może przynieść wyłącznie rozczarowanie.
Zamek. A raczej to, co z niego po Potopie zostało...
Święte miejsce
Sandomierska katedra nie jest specjalnie fotogeniczna. Przynajmniej wtedy, gdy tonie w liściach...

Nie lubię kolejek. Zwiedzając więc teraz Sandomierz, nie wlazłem z tego powodu na szczyt Bramy Opatowskiej, nie zajrzałem także do wnętrza katedry. W sumie szkoda, robiłem do niej jednak ze cztery podejścia, i za każdym razem trafiałem na wycieczkę, albo na nabożeństwo. Podczas mszy kościołów nie zwiedzam, bo szukam w nich na ogół nie tego, czego pragną wierni. Ich punkt widzenia szanuję i nie przeszkadzam.
Z poprzednich wizyt pamiętam ten święty przybytek wytapetowany scenami męczeństwa różnych świętych. Prezentował się niczym przedsionek rzeźni, pełno tam było odciętych głów i innych kończyn. Najsłynniejszym wizerunkiem tego katowanego cierpienia była scena mordu rytualnego. Żydzi wrzucali tam do nabitej kolcami beczki jakieś katolickie dziecię, ale głównymi ofiarami byli tu właśnie oni, a nie legendarne dziecię.
Obraz wisiał, budził kontrowersje... Sam go przed laty widziałem, kościelna głowa Sandomierza była wtedy uosobieniem radiomaryjnego betonu. Jak jest teraz, nie wiem. Oglądając wystawę przed katedrą, ze zdumieniem zobaczyłem jednak, że ten piękny kościół posiada wiele innych, znacznie piękniejszych malunków.

O, mistrz Kadłubek... Mój ulubiony błogosławiony kronikarz;)
Zamek widziany z katedry, tuż przed zmierzchem.
Po reformie administracyjnej Sandomierz stał się miastem miłośników rocka;). Ten samochód stał akurat przed katedrą.
Do mnie dzieci wdowy!
Nie można odwiedzić Sandomierza i nie zobaczyć Świętego Jakuba. Nie można też zobaczyć Świętego Jakuba nie wspominając „Popiołów”. Kościół najkorzystniej wygląda od strony katedry. Gdzieś w tym miejscu, książę Gintułt, grany zresztą w filmie przez torunianina – Piotra Wysockiego – musiał zakrzyknąć swoje: Do mnie dzieci wdowy!

Obrazki czarno-białe są naturalnie kadrami z „Popiołów” Andrzeja Wajdy.
Latem katedra jest raczej mało fotogeniczna, zza drzew w zasadzie jej nie widać. Na filmie prezentuje się jednak lepiej. Jest trochę przydymiona, jednak tylko na tym zyskuje.
Święty Jakub oblężenie przetrwał.
Słynny portal dawniej i obecnie.

U Wajdy fortyfikacje wyglądają inaczej. Wydaje mi się jednak, że ten usypany przed kościołem wał, dziś ozdabiający okolicę Domu Księży Emerytów i sąsiadujący z Aleją Ludzi Dobrej Woli, mógł w 1809 roku stanowić zaporę dla Austriaków. Ale to tylko moje przypuszczenie.

Miejsce spoczynku
Kotwicę rzuciłem w motelu przy Zamkowej. Przed laty witałem tu nowy wiek. Ciekawy, stary budynek, jeszcze made in Russland, blisko centrum miasta, ozdobiony fantastycznymi starymi piecami...



Piecowa paszcza jest raczej skromna, a do tego, obsługuje swoim ciepłem dwa pokoje. Do tego jeszcze trzeba dodać okna pamiętające cara, przypominające o jego smutnym losie, przy pomocy przenikającego przez drewniane ramy wiatru... Zimą raczej tego miejsca nie polecam, w cieplejszych czasach trudno jednak o lepszą kwaterę. Kilka razy już tu wspominałem, jak byczo się śpi w starych murach, prawda?
Varia...ci
Ten dom położony jest przy drodze prowadzącej z katedry, w stronę zamku i kościoła Świętego Jakuba. Kiedyś mieszkał tam pewien staruszek i kot łasy na kocie chrupki.
Dziś chatka jest opuszczona, staruszek zapewne więc umarł. Śladu kota również nie znalazłem... Przynajmniej w tym miejscu, sierściuchy mają przecież siedem żyć...
Budynek również jest jednak bardzo żywotny. Nie sprawia rozsypującego się wrażenia.

Sandomierz zakotwiczył się pod niebem, osiadł również nad rzeką. Wielkie łabędzie pływają po przystani, której podczas poprzedniej wizyty w tym mieście jeszcze nie widziałem.
Po nazwisku, to po pysku... A za wykorzystanie kawałka nazwiska, powinno się oberwać po kawałku pyska;). Drogowskaz znajduje się na rozdrożu między katedrą i zamkiem.
Schody prowadzące ku Wiśle. U ich stóp znajdował się dom rodzinny Myśliwskiego. Z tego punktu widzenia owego miejsca nie widać, na lewo od latarni, można jednak dostrzec skraj Gór Pieprzowych - najstarszych w Polsce. Kiedyś się na nie wspinałem. Fajne miejsce, dużo komarów i wymytych w lessie dziur. Zwiedzanie okolic polecam więc raczej za dnia.
Łoj, ten budynek sąsiadujący z tymczasowo zasiedloną przeze mnie ulicą Zamkową, pamiętam jeszcze w wersji zamieszanej... Na murze wisi jednak tabliczka „do remontu”, a nie „do rozbiórki”. Budujące. Czy dla tego domu również?
Podróże podobno kształcą, ta jednak mnie zawstydziła. Biegając po historycznej części Torunia człowiek powinien zadzierać nos bardzo wysoko, by podziwiać wszystkie zbudowane cuda. Jednak ja, jako mieszkaniec Mokrego i pracownik starówki, na ogół oczy mam utkwione w miejskim bruku. Spojrzenie wyżej jest niezwykle ryzykowne, bo skazuje obserwatora na wdepnięcie w psie gówno. Podczas podróży odwiedziłem wiele miast – polskich i ukraińskich. Widziałem przy okazji kilka psich kup, tylko kilka. Idąc do pracy, mijam ich znacznie więcej...
Toruń, co tu dużo gadać, jest najbardziej zasranym ze wszystkich miast jakie widziałem. Czy prezydent Michał Zaleski, siedzący w swoim fotelu już trzecią kadencję, świata nie zwiedza?! Gdyby tak było, na pewno by tę bolesną prawdę dostrzegł. Tymczasem, nasze miasto wydało spore pieniądze na promocyjną akcję odsrywającą, dzięki której gówna, wszechobecne na ziemi, pojawiły się również na bilbordach. Gówno to dało, kupy wyrosły nad gruntem, wzbudziły tam kontrowersje, zniknęły i niczego nie zmieniły. Bo nie mogły. Jak pokazał przykład innych miast, najlepszym orężem w walce z zasranymi chodnikami i trawnikami, jest straż miejska wlepiająca gówniarzom – czyli posiadaczom psów, którzy po swoich pupilach nie sprzątają – ciężkie mandaty. U nas się tego nie robi, miasto zatem tonie w psim nawozie. I bardzo dużo na tym traci.

Brama Opatowska – przywitała mnie w starym Sandomierzu i pożegnała. Z jej wysokości widać całe stare miasto, tym razem się jednak na nią nie wspiąłem, bo – podobnie jak przed bramą katedry – pod prowadzącymi na szczyt schodami rozłożyła się spora kolejka, do której nie chciało mi się podłączyć.
Panorama
Pojawiłem się w tym mieście wiele lat przed ojcem Mateuszem i od razu poczułem się jak u siebie w domu. Uwielbiam takie małe miasteczka, które na niemal każdym kroku przypominają o swojej dawnej wielkości. Zupełnie jak Chełmno, niedoszła stolica państwa zakonnego... Przed wiekami Sandomierz był przecież drugim miastem Małopolski.
Tych podobieństw jest zresztą więcej. Ratusz, piękny przykład polskiego aliansu gotyku i renesansu. Zrezygnuję tu z lokalnego patriotyzmu i przyznam, że sandomierska wersja tego połączenia nie ma sobie równych. Ratusz, no i jeszcze ta panorama wiślana... Torunia pod tym względem nic nie przebije. Zawieszone na wzgórzach Chełmno wygląda z rzeki cudownie, ale nie jestem pewien, czy Sandomierz nie jest pod tym względem bardziej obiecujący, bo co my tu widzimy? Katedrę, gotycki dom Długosza i wielki renesansowy gmach Collegium Gostomianum. Pięknie to wygląda, jednak za tą cudowną architektoniczną barierą kryją się domy o antycznych piwnicach i przeważnie powojennych nadbudowach. Nadbudowa, hmm, Marksem to nieco pachnie... Bez względu jednak na bazę, Chełmno być może z Wisły wydaje się bardziej odległe, jednak w obrębie swych murów, kryje niemal same średniowieczne oryginały. Sandomierz tymczasem jest bardzo obiecujący na wyciągnięcie ręki, lecz o ile za bramami Chełmna, niemal na każdym kroku człowiek otwiera paszczę ze zdumienia, tu często trafia na efektowną dekorację. Kiedy jednak wejdzie na sandomierski rynek, zobaczy studnię i ratusz...

Zamek od strony rzeki i przystań, po której dzień wcześniej pływały wielkie łabędzie.
Kiedy przed laty pierwszy raz przechodziłem przez ten most, uderzył mnie widok ostróg na Wiśle. Uderzył dość boleśnie, bo w Sandomierzu wyglądały one jak nowe, a w Toruniu trudno było dostrzec ich ślady. Minęło kilkanaście lat, u nas ślady „główek”, bądź doskonale pamiętanych z dzieciństwa medalików, na których się bawiłem (nie mam pojęcia, dlaczego je tak nazwałem), zatarły się niemal całkowicie. A tu nadal ktoś o nie dba.
Panoramę zostawiłem za sobą i spojrzałem na północny kraniec dawnej Galicji. Ta część Sandomierza miała się w międzywojniu pięknie rozbudować... Wrzesień 1939 roku przyszedł jednak zbyt szybko, by miasto mogło stać się planowaną stolicą Centralnego Okręgu Przemysłowego. Drugi brzeg nadal więc wygląda zadupiowato, choć gdzieś za tymi krzakami, powinna być stocznia, w której na początku lat 80. powstał bardzo prototypowy prom – dziś jedna z największych atrakcji Nieszawy. Idąc na dworzec kolejowy, minąłem ulicę Stoczniową, każdemu miastu na trasie mogłem jednak poświęcić średnio 24 godziny, a sandomierska doba zbliżała się właśnie do końca...
Dawid i Goliat
W sumie nie wiem, co mam w tu napisać. Brakuje mi słów. Ta fotografia jest karykaturą.
Ograniczę się więc tylko do wskazówki, że na taki obrazek wpada się na dawniej austriackim brzegu Wisły. Obie świątynie stoją przy ulicy Lwowskiej, prowadzącej na świętej pamięci dworzec kolejowy.

W odróżnieniu od betonowego świętego gówna, na kapliczce warto zawiesić oko. Kolejne dziesięciolecia zapewne niczego pod tym względem nie zmienią, sakralny Dawid nadal będzie ciekawy, a Goliat... żałosny.


Nie ma takiej stacji - Sandomierz
Jak każdy cywilizowany człowiek, do Sandomierza postanowiłem się wybrać pociągiem. Podczepiony do lokomotywy środek lokomocji jest najlepszych ze wszystkich, jakie dała nam ewolucja. Można sobie poczytać, popatrzeć przez okno... Już o tym kilka razy pisałem. Aby podczas podróży jak najwięcej zobaczyć, listę połączeń i noclegów przygotowałem sobie w domu. Na początku zatem, w wyszukiwarkę internetowego rozkładu jazdy wpisałem: Toruń Główny – Sandomierz. Wyskoczyły wyniki, spojrzałem na godziny... Siedem, całkiem nieźle. Zaraz, zaraz, a dlaczego mam się tyle razy przesiadać? I po jaką cholerę pojawiły się tu pociągi Eurocity? Przyjrzałem się dokładniej... No tak, siedem godzin... plus 24, nie spojrzałem wcześniej na daty dzienne. Czegoś takiego nie są jednak w stanie wyczarować nawet Polskie Koleje Państwowe. Dokąd więc mnie ten rozkład jazdy chciał doprowadzić? Do Sandominic w Rumunii? Pysznie, ale nie o to miasto mi akurat chodziło. Pewnie, z rozpędu, Sandomierz wpisałem niedokładnie i durna sieć wpisała cel podróży automatycznie.
Kolejny raz wypełniłem więc rubryczki dokładniej. I zdębiałem. Nie ma Sandomierza! Jak to? W Polsce masowo zamyka się linie kolejowe, jednak ofiarami decydentów padają jedynie szlaki niezelektryfikowane, które zresztą ostatnio wracają do łask. Sam akurat nieco wcześniej czytałem, że Przewozy Regionalne pojawiły się w Zamościu i okolicach. Tymczasem przez Sandomierz biegnie przecież ważna, dwutorowa linia, tędy wiedzie najkrótsza droga z Warszawy do Przemyśla! Tyle razy tędy jechałem, na sandomierskim dworcu zdarzyło mi się nawet przed laty spać – to piękne miasto, które chce być turystycznym pępkiem kraju, było pozbawione taniej bazy noclegowej, zresztą chyba pod tym względem, nic się tam nie zmieniło.
No dobra, w kraju powstało jednak wiele spółek kolejowych, na początku się nawet z tego cieszyłem, bo to przecież zawsze jest jakaś konkurencja dla PKP. Życie jednak pozbawiło mnie tej radości, bo odezwało się w tym przypadku przysłowiem: Gdzie kucharek sześć... Może więc połączenia z Sandomierzem obsługują jakieś Koleje Małopolskie, o których nic nie wiem? Zacząłem więc szukać jakiegoś stacyjnego rozkładu jazdy, trafiłem jednak na stronę, na której wyczytałem, że rzeczywiście, linia, z powodów technicznych, kilka lat temu została zamknięta, a w opuszczonym budynku stacji rozgościła się dyskoteka. Sic transit gloria mundi... Chyba nawet silna dawka Barei nie uodporni mnie na taką porcję nonsensu.
Cóż więc, pociągiem dojechałem do Kielc, a dalej przebijałem się autobusem.


Na odszukanej stronie wyczytałem, że linia sandomierska ma zostać wyremontowana w okolicach 2020 roku. Jeśli do tego czasu nie będzie jej trzeba budować od nowa, gotów jestem zjeść swoją czapkę. A nawet rękawiczki i szalik – co mi tam! Po kilku latach od zamknięcia szlaku, wygląda jednak na to, że wełniana dieta mi raczej nie grozi.

Chwała? W takim miejscu raczej dość umiarkowana.
Przez takie tory, po których nic nie jeździ, również nie można przechodzić?
No jasne...
Reklamę zauważyłem wracając z dworca. Firma ma swoją siedzibę w Chwałkach, a z takim nazwiskiem szefa, chwalić się może niesamowicie. Choćby tak – Wziąłem Kwaska i mój dom od razu nabrał kolorów;)
צומיר
Jedyna zaleta tego, że ciężar publicznego transportu dźwiga dziś w Sandomierzu wyłącznie dworzec autobusowy polega na tym, że aby zobaczyć cmentarz żydowski, nie trzeba specjalnie gnać na miejski koniec świata. Kirkut znajduje się tuż przy dworcu, można go zatem zwiedzić przy okazji. A że dworzec jest na zadupiu... To już insza inszość.


Wiele cmentarzy żydowskich już zwiedziłem, ale wciąż chylę czoła przed sandomierskimi kamieniarzami. Na zdjęciach może tego aż tak nie widać, kto mi jednak nie wierzy, może sam pojechać i zobaczyć. Na pewno na tym nie straci.



Ściana płaczu? I cmentarz również, bo choć jego piramidalne lapidarium można znaleźć chyba we wszystkich poświęconych polskim Żydom książkach, nekropolia sprawia dość przygnębiające wrażenie. Przez płot sąsiaduje ze szkolnym internatem, ale jego mieszkańcy najwyraźniej wpadają tu tylko po to, by się napić lub napalić. Młodzieżowe ekipy sprzątające, jeśli takowe Sandomierz posiada, najwyraźniej udzielają się gdzie indziej.

No i co tobie łachu jakiś parchaty dało to, że do tych tablic dodałeś swoje litery?
Bożnica z kirkutem nie sąsiaduje. Położona jest na starówce, jak niemal wszystko w Sandomierzu - bardzo malowniczo. Im bardziej krętymi ścieżkami człowiek chadza, tym generalnie dla niego ciekawiej i lepiej. Odbiór takich przypadkowych migawek może być jednak trudny, więc przywiezione widoki postanowiłem nieco poukładać. W tym przypadku, tematycznie.
Świątynia, jeśli dobrze pamiętam, pochodzi z XVII wieku. Wewnątrz znajduje się dziś Archiwum Państwowe, oraz jakieś, pamiętające jej świętą przeszłość, freski, których znów zresztą nie udało mi się zobaczyć.
Obok synagogi można znaleźć P jak Początek. Nigdzie jednak nie było widać Końca.
Tak sobie wyobrażam Kielce...
Pierwszy raz jednak po aparat, sięgnąłem podczas tej wyprawy w Kielcach, gdzie musiałem się przesiąść z pociągu na autobus. Okolice obu dworców mocno się zmieniły, trafiłem akurat na wielkie wykopki, budowę jakiejś drogi. Obok przystani autobusowej został rozebrany jakiś budynek, którego nie pamiętam – gleba była mocno nasiąknięta potłuczonymi cegłami. Mimo wszystko, sam dworzec PKS nadal jest równie obłędny jak kiedyś.

8 komentarzy:

JERZY pisze...

hmm ten sandomierz jakoś nie wygląda jak ten z ojca mateusza :_(

Anek pisze...

Kochane Kielce! Polecam klasztor na Karczówce :) Piękne tam mają nazwy ulic, za dworcem zdaje się jest Maślana. I Kino Moskwa.

Kasia pisze...

znamy Kielce, znamy... o dworce oba;) a Twój plan podróżny nie wywalił Ci przypadkiem gdzieś przesiadki na tramwaj i przedzierania się nim na inny dworzec?;)

SzymonS pisze...

Spoko, spoko! Piękny Sandomierz jeszcze się pojawi.

Kieleckie kino Moskwa mnie nie widziało, klasztor na Karczówce - jak najbardziej. Gdybym się tak nie spieszył, na pewno bym Kielcom poświęcił więcej miejsca. Biegnąc z dworca na dworzec, zdążyłem np. kątem oka zobaczyć, że sąsiadujący ze stacją kolejową bar mleczny trzyma się jeszcze. W klasie maturalnej, wracając ze spędzonego w Górach Świętokrzyskich sylwestra, wpadłem tam na obiad i za ostatnie dwa złote kupiłem zupę z drugim. Zupę jakoś zjadłem, drugie natomiast... składało się z kartofli i kiszonej kapusty. Kartofle okazały się jakieś gliniane, a kapusta pływała w occie. Byłem głodny, ale nie aż tak...
Na tramwaje tym razem trafiłem tylko we Lwowie, ale z nich nie skorzystałem. Cholera, chyba nigdy jeszcze nie jeździłem po Lwowie tramwajem. A tymczasem pani Dulska...

Anonimowy pisze...

Wspomniał Pan Piotra Wysockiego , mieszkał na ul. Łaziennej jego brat Aleksander też aktor chodził do Szkoły Podstawowej nr.1 . W ostatniej klasie brał udział w wystawianej sztuce - Zemsta . To było w 1967 r (oczywiście Olek ).Piotr w Czterech Pancernych był porucznikiem - zdjęcia w Bydgoszczy .Stały anonim .

JERZY pisze...

podoba się!

Anonimowy pisze...

Jestem pod ogromnym wrazeniem bloguo Sandomierzu.To moje ukochane miasto.Mieszkalam w nim w latach 1958-1970.Maz byl oficerem u lotnikow.Kiedy krecili Popioly to nasi zolnierze statystowali jako wojska Napoleonskie.Oficer ktory prowadzil wojska do ataku to nasz kolega tez oficer.Mial ksywe Fernandel bo byl do tego aktora bardzo podobny.Wtedy tez poznalam mlodziutkiego Daniela Olbrychskiego i Piotra Wysockiego.Na koniec zdjec byl bankiet w klubie oficerskim.I ja tam bylam i miod i wino pilam...email:halina40013@autograf.pl......

SzymonS pisze...

Szkoda, że zajmuję się gazetowym opisywaniem Torunia, a nie Sandomierza. Ciekawy tekst można by było o kulisach kręcenia "Popiołów" napisać...