sobota, 3 grudnia 2011

Kolejny kandydat do rozbiórki?

W odpowiedzi na tekst o odnalezionym budynku pierwszego toruńskiego dworca, dostałem dość gorzkiego maila, którego autor wypominał, że poświęcamy w gazecie tyle miejsca obiektom już nieistniejącym, gdy tymczasem tak wiele wciąż jeszcze żywych, woła o ratunek. W sumie ten list nawet mnie ucieszył, bo wydawało mi się, że trąbienie w tej sprawie na alarm, robi się już nudne. Miło mi również, że tylu osobom leży na sercu los murów, z których cegły wypadają lawinowo. Czytelnik skupił się na położonym w lewobrzeżnej części miasta, i dość szybko w ostatnich latach znikającym, miasteczku poligonowym, które pamięta jeszcze czasy pruskie. Pojechałem tam ostrząc sobie zęby głównie na stare kasyno. Zobaczyłem je jednak tylko przez płot, ponieważ znajduje się ono na terenie wojskowym, a dowódca jednostki, który jedyny mógł wydać zgodę na przekroczenie bramy, zajmował się akurat strzelaniem.
Cóż, trudno – ja tu jeszcze wrócę. Po cywilnej stronie wojskowego ogrodzenia,obrazków przedstawiających zabytkową mizerię również nie brakuje. Tuż przy nim chociażby, nadal jeszcze stoi wieża ciśnień. Kilka lat temu miasto przejęło ją od Agencji Mienia Wojskowego, ogłosiło kilka przetargów, na które oczywiście nikt nie odpowiedział, swoją aktywność w tej sprawie ogranicza więc głównie do zamurowywania okien. Jak widać na współczesnym obrazku, jest to klasyczny przykład syzyfowej pracy. Wszystko wskazuje na to, że niedługo się od tego zadania uwolni, pewien tubylec, gdy zagadnąłem go o wieżę powiedział, że niedawno się paliła. Pewnie to dla niej nic nowego...
Swoją drogą, historia tego budynku, doskonale pokazuje idiotyzm polskiego prawa. Zaangażowanie właścicieli miejskich zabytków w opiekę nad nimi, rozlicza miejski konserwator. Cóż jednak może on począć w sytuacji, gdy akt własności znajduje się w magistracie? Wlepi karę prezydentowi? Nie może, bo ten jest przecież jego przełożonym...
Zdjęcie archiwalne, jeszcze sprzed 1918 roku, pochodzi z kolekcji stałego czytelnika – Pana Zygmunta. Wielkie dzięki!

2 komentarze:

JERZY pisze...

dla mnie to jest jakaś zagadka na miarę odkrycia kamienia filozoficznego. jest budynek zabytkowy, właściciel - jakaś fabryka - upada, budynek całkiem dobry - stoi, stoi, jeszcze stoi, ma nadzór bo jest zabytek, rozpada się, miasto przejmuje, rozpada się, nie opłaca się kupić lepiej nowy postawić, miasto sprzedaje, budynek się pali, wreszcie mamy centrum handlowe :-)

SzymonS pisze...

Mnie to strasznie irytuje!
Toruń, miasto wpisane na listę UNESCO, które pyszni się swoimi starociami i czyni je własną wizytówką - magnesem przyciągającym turystów. To zrozumiałe, jest wyjątkowe, więc tym się chwali. W ten sposób również dobija się również do wrót Europy, bo jakie inne asy może schować w rękawie? Swoją bazę ma tu kilka sporych firm, jednak gdzie indziej przemysł rozwija się jeszcze lepiej. Toruniowi zostają więc uniwersytet i jego zabytki. Tymczasem... w ilu tych ostatnich już się paliło? Tormięs, własność prywatna, która znika z powierzchni ziemi, bo konserwator nie może zmusić właściciela, by ten porzucił swoje plany wyburzenia wszystkiego co stare i budowy czegoś nowego. Konserwator nie ma prawnej siły, miasto też często nie ma chęci, żeby swojego dziedzictwa bronić. Zabytkowa willa przy Krasińskiego, której właściciele chcieli mieć wolne pole do popisu, paliła się dwa razy. Można ją było uratować przenosząc w inne miejsce. Ostatecznie jednak, zajął się tym pewien pozytywny szaleniec, który przeniósł dom do Golubia-Dobrzynia. Magistrat się poddał...