W sumie jednak nie ma się czemu dziwić. Bohaterowie sienkiewiczowskiej trylogii, bodajże na kartach „Ogniem i mieczem” dumali skąd wziął się fenomen polskiej kawalerii i niemieckiej piechoty. Doszli do wniosku, że Bóg stworzył konia i różnym narodom kazał go nazwać. Polak powiedział – koń, a Niemiec – Pferd. Na to Stwórca miał się wkurzyć i Germańcowi naurągać, że na jego dzieło mówi „pfe”. Dziś prawda jest jednak taka, że Niemcy są końską potęgą, a Polacy mozolnie gonią końskie ogony swoich sąsiadów. Cóż z tego, że Charlie Watts, perkusista Stonesów kupuje konie w Polsce, o czasach olimpijskich sukcesów majora Dobrzańskiego możemy sobie tylko powspominać, a rzeczywistość, zamiast rżeć, skrzeczy.
Skoro już jednak o ogierach mowa, to przypomniała mi się pyszna historyjka. Ogier de Busbecq, Flamand w służbie króla Francji był w XVI stuleciu jego posłem na dworze tureckim. Wizytując Stambuł, zahaczył oczywiście o bazar, gdzie spotkał ludzi, którzy co prawda nosili się po turecku, ale byli jednak od pozostałych mieszkańców Osmańskiego Imperium mocno wyżsi, a poza tym byli blondynami i między sobą rozmawiali językiem, który Busbecq był w stanie zrozumieć. Okazało się, że byli to ostatni potomkowie Wizygotów, którzy tysiąc lat wcześniej przelali się przez wschodnie granice Imperium Romanum. Poseł pojawił się w Stambule za pięć dwunasta, to było ostatnie pokolenie... Dzięki temu jednak, że Ogier nie przeszedł obok tego zjawiska obojętnie, do naszych czasów dotrwał jedyny słownik wizygocki. Chwała Ogierowi!
1 komentarz:
Salve,
bardzo przyjemna gaweda Acana o koniach a sprawa polska, o slynnym XVI wiecznym pamietnikarzu i dyplomacie Ogierze ... plus fotki koni zawsze mile widziane...
pozdrawiam
Prześlij komentarz