
Średniowieczne belki, czerwone gotyckie cegły i niebieskie światło folii kryjącej miejsca pozbawione jeszcze wymienianych dachówek. A na zdjęciu ludzie, którzy krzątają się wokół tego, by gotycki skarbiec nadal był bezcenny.

Tam pod dachem kościoła, gdzie gotyk jest bardziej na dotyk, niż gdzie indziej, w zasięgu naszych rąk (i obiektywów) znalazły się ślady inżynierów sprzed stuleci. Choćby taki kołowrót, wciąż jeszcze ze śladami smaru. Chodziłem po deskach starszych od sienkiewiczowskiej Jagienki, jednak w przypadku tego urządzenia, daty jego powstania nie jestem pewny.

Kołowrót, tym razem na pewno średniowieczny.

Były znaki ciesielskie, a oto znaki murarskie. Pewnie jednak znacznie bardziej współczesne – XIX, bądź XX-wieczne. Średniowieczni mistrzowie chyba jednak nie stawiali tylu liter.

Moja ulubiona toruńska świątynia przykryta dachówką i folią, która pozwoliła nam tyle zobaczyć.

Na poddaszu u Panny Marii było już zupełnie inaczej. Dachówki zostały zmienione, więc zobaczyliśmy ciemność. Poza tym, o ile u Jakuba nad sklepieniem wznosiły się drewniane tarasy, tu była tylko plątanina belek, na których w kilku miejscach wytyczono ścieżki z desek. Pewnie różnych skarbów kryje się tam więcej, kościół jest wszak od swojego nowomiejskiego sąsiada starszy, jednak schowały się one przed nami w mroku. Poza tym, ze względu na układ komunikacyjny, zwiedzało mi się ten kościół znacznie trudniej. Nie prześladuje mnie lęk wysokości, w górach mogę przejść wątpliwą ścieżką nad głęboką i stromą przepaścią szczerząc paszczę równie szeroko, jak ta rozpadlina. Muszę jednak mieć oparcie dla rąk. Tu nie miałem, więc włażąc na jedną z belek, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że powrót może być trudny. Był. Mając do dyspozycji łańcuch, albo linę, mogę spojrzeć na dno piekła, jednak niski, ale wąski murek, bez wsparcia, staje się jednak trudną przeszkodą. Nie dotarłem więc do wszystkich okienek i nie wyjrzałem przez nie posiłkując się aparatem. Cóż, ja tu jeszcze wrócę, ale wcześniej pewnie buchnę gdzieś kawałek jakiejś poręczy, który wyjmę z plecaka i wtedy spenetruję każdy zakamarek.

Znów kołowrót. Tym razem chyba XIX-wieczny (i na kółkach), służący być może do wciągania żyrandola, bo tuż obok był otwór w sklepieniu.

Najlepszy widok pewnie by się ścielił przed nami z wieżyczek dawnego franciszkańskiego kościoła. Praca dziennikarza, poza tym, że jest fajna, miewa jednak swoje minusy – terminy. Kiedyś trzeba zawsze wrócić do redakcji, by spróbować przelać wrażenia na papier. W prasie codziennej czas zawsze płynie bardzo szybko, na zdobywanie wieżyczek nie mieliśmy już więc czasu. Czekają one jednak od 700 lat, chyba więc zdążymy tu jeszcze zajrzeć.

Święci Janowie pełni rusztowań.

Święty Maksymilian przyprószony... tynkiem.

1 komentarz:
mam w planach wiosenne myszkowanie po NMP, ale pod dach chyba nie dotrę;)
Prześlij komentarz