poniedziałek, 24 stycznia 2011

Port Zimowy

Od tego powinienem chyba zacząć opis mojej wiślanej przygody, blogspot jednak chronologię stawia na głowie, więc w sumie chyba nic się nie stało. Jakoś w kwietniu AD 2008 snułem się po Bydgoskim Przedmieściu (jak miło jest się po nim snuć!), a wracając do strefy UNESCO, przeszedłem się wzdłuż Wisły. Dzięki przodkom mam jej sporą domieszkę we krwi – wszak filisackie korzenie od strony babci tkwią w Chełmnie podobno już od XVII wieku. Nie mogłem zatem przejść obojętnie obok Portu Zimowego, który sam też zresztą miło pamiętam, bo ćwierć wieku temu próbowałem się tam nauczyć żeglowania. Przez 25 lat to miejsce się bardzo zmieniło, pomyślałem więc sobie, że tu przyjdę i napiszę portowi epitafium. Przyszedłem, ale spotkałem w nim fantastycznych ludzi, którzy nadal pływają, a na dodatek, mnie również zabrali na statek. No i tak się zaczęła kolejna piękna przygoda - wody pełne są przecież ryb, ale roją się również od przygód!
Dzięki rejsom i różnym starym zdjęciom, jakie później opisałem i opublikowałem w gazecie, udało mi się dotrzeć do zakotwiczonych już wilków rzecznych. Nad Wisłą zawsze rodzili się podróżnicy i poszukiwacze przygód, w jednym z poprzednich postów wspominałem o byłym marynarzu, który swoją opowieść zaczął od tego, że każdy powinien mieć w domu globus.... Trafiłem zatem nad rzekę i wróciłem dzięki temu do korzeni.
Dwa miesiące później opisałem również innych podróżników przedzierających się od miejsca, w którym Wisła staje się żeglowna, do jej ujścia. Spotkałem ich na przystani AZS-u, na co dzień pełnej śmieci, opuszczonej i odwiedzanej czasami przez ptasią grypę (to tu w 2006 roku znaleziono pierwsze w Polsce zarażone łabędzie). Opisałem w gazecie tą całą toruńską nadrzeczną mizerię i doczekałem się za to dość gwałtownej reakcji magistratu. Toruń pamięta o swoich wiślanych korzeniach i wspiera je na każdym kroku.... Tyle tylko, że przed wojną w mieście były trzy porty - ten najstarszy w miejscu, gdzie dziś jest bulwar (po tym porcie nie ma śladu), pochodzący z końca XIX wieku Port Zimowy i sięgający korzeniami początków XX stulecia Port Drzewny. W planach Ignacego Tłoczka, głównego przedwojennego architekta miasta (swoją drogą, dlaczego nie ma on w Toruniu jeszcze swojego pomnika? Po stokroć na niego zasłużył... Może więc, zamiast szóstej figurki JP II?) była również kolejna przystań u wylotu Winnicy. Niebawem w tym miejscu będą cumowały barki, które przytransportują Wisłą części budowanego nowego mostu. Gdyby nie wojna mielibyśmy więc CZTERY porty, a co mamy teraz? Grówno! Czy więc skłamałem pisząc, że teraźniejszość jest smutna? Przecież w Toruniu właśnie, w czasach Polski Odrodzonej, swoje żagle rozwijała flota II RP. Mieliśmy szkołę morską i jedną z pierwszych baz Marynarki Wojennej. Sam widziałem zdjęcie z połowy lat 20., na którym marszałek Piłsudski wizytował zakotwiczony w Porcie Zimowym monitor. Fotografia była sfatygowana i nie mogłem na niej odczytać nazwy, ale to był ten sam typ, co ORP „Horodyszcze”, a później ORP „Toruń”.
Fotografię zobaczyłem jednak później. Najpierw długo szukałem jakiegokolwiek archiwalnego obrazka, by zilustrować nim tekst o porcie. Z pomocą, jak zwykle, przyszedł Pan Bohdan Orłowski, gospodarz strony oToruniu.net, który podesłał coś takiego. Zdjęcie zostało zrobione najprawdopodobniej w czasie okupacji, bo zawracająca motorówka ma zdaje się hitlerowską banderę. Barki na pierwszym planie, które są załadowane faszyną do budowy umocnień brzegowych, również posiadają niemieckie oznaczenia. Dziś mam plik zdjęć, film, a dzięki niemu już niemal 1500 osób zobaczyło w kinie CSW, jak przed laty wyglądał Port Zimowy...

Jeden z moich wilków rzecznych opowiadał, że jeszcze pod koniec lat 70., gdy zimą spłynęły do portu wszystkie statki, można było suchą nogą pokonać cały basen przechodząc z jednego pokładu na drugi. Ja, z połowy lat 80. pamiętam port obstawiony po brzegach statkami, ze środkiem wypełnionym pływakami refulera. Refuler to taki wielki odkurzacz, który pod wielkim ciśnieniem i z wielką prędkością wyciągał z rzeki piasek. Ten sam dawny wiślany marynarz opowiadał, że gdy raz pod Nieszawą kopali przy pomocy tego urządzenia, by dnem Wisły puścić jakiś kabel, pewien gospodarz dogadał się z ich kapitanem, że podjedzie furmanką, a refuler naładuje ją piaskiem. Wiślany piasek jest wyśmienity... Furmanka podjechała, maszyna poszła w ruch i po minucie na brzegu pojawiła się góra, która przykryła wóz, z kopczyka ledwo wystawała zaprzężona do niego szkapina. Udało się ją uratować, jednak gospodarz przez cały dzień musiał machać łopatą (żwir rzeczny jest bardzo ciężki), by móc wyjechać.
Sznur pływaków widziałem jeszcze jesienią 1996 roku w nocy po Dniu Nauczyciela (to była piękna noc, zupełnie jakby wyrwała się z lata) siedzieliśmy na bulwarze zgłębiając wiśniówkę na rumie. W pewnym momencie na rzece pojawił się statek, który błyszczał reflektorami, niczym UFO z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia. Po chwili dołączyły do niego dwie inne jednostki, równie bogato iluminowane i ciągnące za sobą warkocze pływaków. Próbowały się z tym ładunkiem wyminąć, a jeden nawet zarył przy okazji dziobem w bulwar.
Tak było kiedyś. Dziś w porcie i na Wiśle króluje wolna przestrzeń.

Na pierwszym planie na pochylni widać „Wisłę”, za nią, obok hangaru, stoi natomiast stara „Katarzynka”, która kilka tygodni później została przeniesiona na bulwar, gdzie stoi do dziś.
To jest „Kaczor”, statek wybudowany w latach 30. w Prusach Wschodnich. Prawdopodobnie pływał najpierw po Kanale Elbląskim, później miał jakąś wojenną przygodę, po której zachował stanowisko dla karabinu maszynowego. W końcu trafił na Wisłę i w Toruniu najpierw pływał, potem rdzewiał, a teraz jest restaurowany.
Port Zimowy z końca lat 30 na filmie Bogusława Magiery.
Podobną łódkę wiosłową widać na młodszym o 30 lat zdjęciu z powodzi.
Góry, tabun pędzących koni, statki pod żaglami – symbole przygody i swobody. Mi się na tym obrazku najbardziej jednak podoba samochód, który jednak w filmie wyświetlanym na dużym ekranie, prezentuje się znacznie efektowniej.
Obrazek niewyraźny, bo to zrzut z filmu, ale musiałem go dać. Ona stała w Porcie Zimowym w 1939 roku, 45 lat później w tym samym miejscu, ale przycumowana do brzegu od ul. Portowej, później Popiełuszki, była bazą naszej szkółki żeglarskiej. Ta składała się z dwóch bliźniaczych jednostek, w jednej stała koza w swej wersji piecykowej, druga natomiast pełniła rolę hangaru. Do dziś pamiętam ten zapach drewna i wody... Obie barki pochodziły z początku XX wieku, na początku obecnego stulecia, znalazłem je w Porcie Zimowym, gdzie później szlag je trafił. Szlag, czy też może raczej – płomienie.
A to jest Port Zimowy podczas wielkiej wody, jakoś pod koniec lat 60. Fotografia pochodzi z archiwum pana Romana Kuźmińskiego, jednego z budowniczych toruńskiego bulwaru.

3 komentarze:

JERZY pisze...

toruń, nieszawa po drodze ciechocinek a w pobliżu aleksandrów, Wisła... coś mnie ostatnio walnęło i czytam Nienackiego Wyspę Złoczyńców - coś jest w tych terenach że znalazły się jako krajobraz w tej opowieści :-) Było...nie minęło - zwiadowcy historii zawsze odkryją coś ciekawego co warto przypomnieć. Baardzo ciekawe.

Sabvelso pisze...

Jak zwykle Szymonie z pod Twojej ręki wychodzą ciekawe opowieści. Kiedyś,,.(dawno za czasów edukacyjnych) snułem się po Bydgoskim, z kolegami przycumowałem w Porcie Zimowym aby uzupełnić paliwo w zbiornikach ;)Było lato, pogoda przedwakacyjna a my siedzieliśmy stroną rufową na trawie i wagarowaliśmy.Za wiele z tego rejsu nie pamiętam, wysiadł mi kompas,na domiar złego, nikt z nas nie nadawał się na holownik.
Ah..młodość jest głupia i piękna i tak szybko mija.
Wspaniały reportaż!

SzymonS pisze...

"Wyspa złoczyńców"... Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Nieszawy pomyślałem siebie, mój Boże, przecież to Antoninów! Ale to była zupełnie inna Nieszawa, niż w czasach Niecnackiego i - niestety - już bardzo różna od tej dzisiejszej.
Paliwa zabrakło i kompas nawalił?;-) Pięknie napisane! Dobrze, że Was nadzór wodny nie zatrzymał...