poniedziałek, 17 stycznia 2011

Płynę Wisłą, płynę - na Zalewie Włocławskim

Sterówkę mieliśmy nabitą elektroniką, ale nasz kapitan i nawigator byli ludźmi starej daty, kierowali się przede wszystkim oczami i tym, na temat rzeki wiedzieli. Na Zalewie płynęło się bardzo swobodnie, bo nie było mielizn, popis swoich umiejętności dali jednak poniżej zapory. Nurt w zdewastowanej Wiśle się zmienia i choć szlak wodny jest co jakiś czas wytyczany na nowo, czasami trzeba było wyznaczające go boje ominąć. Oni tak sobie stali, patrzyli i czytali z rzeki, jak z książki – każda fala, każda zmarszczka na wodzie miała dla nich znaczenie. Niesamowite! Kiedyś kopałem na wykopaliskach archeologicznych i przeżyłem coś podobnego, gdy zdzieraliśmy kolejne warstwy ziemi, spod których wyłaniały się cienie bruzd pola sprzed 2000 lat, ślad ogniska pamiętającego czasy Biskupina...
Nasz nawigator (ten, który miał kajutę obwieszoną kiełbasami) spotkał w Płocku znajomego, z którym w 1990 roku łowił ryby. On został nawigatorem, a znajomy nadal zajmował się moczeniem kija, podarował jednak część swojej zdobyczy. Pierwsze kilometry na Zalewie pokonaliśmy więc wdychając niebiańskie zapachy z kuchni i słuchając odgłosów smażenia. A później... Biedny Kant patrzył tylko w gwiazdy, ja ich wtedy jeszcze nie widziałem, bo było jasno, ale ten wiatr, woda, słońce i wiślana ryba skubana paluchami, zagryzana świeżym chlebem... Można w tym było zamknąć wszystkie imperatywy świata!

Lecą sobie kormorany. Gdzieś po drodze widziałem wyspę, która im służyła za lądowisko. W sumie nie dziwię się, że te ptaki największą popularnością cieszą się w piosenkach. Z daleka widziałem, że wszystkie drzewa na ich terenie wypalone były do pni.
Kormorany nie były jednak jedynymi latającymi przedstawicielami zalewu. Gapiąc się na prawo i lewo, w pewnym momencie dostrzegłem na horyzoncie coś dużego, co na pierwszy rzut oka mogło przypominać szybowiec, czasami jednak poruszało skrzydłami (kiedy szybowiec zaczyna ruszać skrzydłami, trzeba się przygotować na katastrofę [kata strofa, czyli fragment wiersza wypowiedziany na szafocie przez tego, który zejdzie z niego nie tracąc głowy – to dość trudne zadanie dla poety]). Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem, ale marynarze znają doskonale to co tu pływa i to co tu lata. Wytłumaczyli mi więc, że orzeł bielik nie jest nad Zalewem niczym wyjątkowym. Baaa!

Cholera, jak to miło jest popatrzeć na Wisłę tak majestatyczną i pełną życia – ptasiego, rybiego i tego pływającego pod żaglami. Szkoda, że ten rzeczny raj pojawia się tylko na tak małym odcinku.
Trochę dziwnie się płynie mając za sobą takie tony rozpędzonej stali. Podobno ktoś kiedyś holował barkę jakąś nędzną łupiną. Na którymś zakręcie barka wjechała holownikowi w d... rufę i załoga musiała opuścić najpierw szalupę, a później swoją jednostkę...

Niedaleko Włocławka na prawym brzegu pokazał się jakiś ciekawy folwark. Zwierząt nie widać, ale budynki gospodarcze prezentują się całkiem okazale.

3 komentarze:

Anek pisze...

Ehhh zazdroszczę wyprawy... Ale baba na pokładzie to podobno niescenscie.

W Wistce jest dwór, też siwy, ale zaraz za wałem, więc po lewej stronie Wisły. A to chyba będzie Tulibowo :P

Sabvelso pisze...

Jak zwykle Szymonie zmusiłeś mnie abym płynął wraz z Tobą - choćby w wyobraźni. Szkoda, że rejs się urwał jak film po ciepłej wódce ;)
No nic przechodzę do następnego odcinka ;)

Natasha Hikita pisze...

Witam, mam na imię Natasza i jestem z Ameryki. Nie mówię po polsku w ogóle, więc używam Google Translate. Właśnie natknęliśmy się na blogu podczas badania mój rodzinny majątek w Polsce.Ciekawe gospodarstwo można mówić o na swoim blogu jest moja rodzina nieruchomości znany jako Tulibowo. Moja babcia, Maria Goscicka Popinska, dorastał wraz z rodziną tam przed II wojną światową i nieruchomości została podjęta z nich po wojnie. Chciałem tylko podziękować za udostępnienie tego obrazu, to naprawdę wiele znaczy dla mojej rodziny i I.