czwartek, 9 lutego 2012

MojRzeszów

Rzeszów w zasadzie powinien być moją czwartą stacją na drodze ku Ukrainie. No, powiedzmy, że trzecią i pół, bo do miasta dotarłem już po zmroku i opuściłem je przed świtem.
Szukałem rynku, korzystając ze wskazówek tubylców, dotarłem do jakiegoś placu, który mógł nim być. Zdziwiła mnie jednak panująca w tym miejscu wieczorna pustka. O tym, że coś jest nie tak, przekonałem się czytając tabliczki z nazwami ulic – Berek Joselewicz, nawet w MojRzeszowie, nie jest chyba patronem traktu przebiegającego przez serce miasta... Kiedy wpadłem na znany mi ze zdjęć budynek synagogi, wszystko stało się jasne. Trafiłem do centrum miasta dawno już wymarłego. Dosłownie, bo obok bożnicy znalazłem park z tabliczką, że tu przez kilkaset lat, aż do II wojny światowej, znajdował się cmentarz żydowski. O dziwo (niektórzy, zamiast „O, dziwo!” mówią „O, kurwa”), właściwy rynek – bardzo żywe centrum miasta – znajdował się o krok dalej.
Synagoga wyszła kiepsko, ale jedno zdjęcie zrobiłem szukając noclegu, a drugie idąc przed świtem na dworzec. Ranne na pewno jest gorsze. Hm... ranne?
„Ojcze, ty krwawisz!
Ależ nie synu, to tylko moje ranne pantofle...”


Obecna stolica wschodniej Małopolski bardzo mnie zaskoczyła. Jak dotąd, znałem ją tylko od strony architektonicznie dość paskudnego dworca kolejowego, który po ostatnim remoncie, jest na pierwszy rzut oka równie brzydki, ale jednocześnie olśniewająco czysty. Tym razem zanurzyłem się nieco w głąb miasta i zobaczyłem m.in. bardzo ładny i tętniący nocnym życiem rynek. Nocne życie? To lubię, rzekłem, to lubię! Dałem więc w nie nura, tym bardziej, że kwaterę główną ulokowałem w tutejszym PTSM-ie, położonym bardzo praktycznie, bo przy samym rynku, ale wciąż jeszcze hołdującym standardom z lat 70. (przy cenach już zdecydowanie współczesnych).
Rzuciłem kotwicę w knajpie przy rynku i do późnej nocy nie tykałem kabestanu. Po mieście także już specjalnie nie chodziłem. Zdjęcia w ciemnościach wychodzą mi dość umiarkowane, a Rzeszów na pewno wart jest, jeśli nie mszy, to na pewno powrotu za dnia. W Czarnohorze został mi jeszcze do zdobycia Pop Iwan, więc na pewno ja tu jeszcze wrócę!
Na zdjęciu widać rzeszowski ratusz.

- No i czego mi tak stoisz nad głową – mówi orzeł do Tadeusza Kościuszki, który wdrapał się na cokół stojący w sercu rzeszowskiego rynku.
Kolejne kroki stawiałem już na Ukrainie. Mimo tego, że w Mościskach passing was for bided, przebudowane na Euro 2012 przejście przekroczyliśmy całkiem sprawnie.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Z Rzeszowa pomnikowa foto pamiątka to WIELKA PIPA tylko trzeba odpowiednio się ustawić najlepiej z Hotelu Rzeszów robić jej fotkę .

Roman Salach pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Roman Salach pisze...

Będąc ponownie w Rzeszowie proszę koniecznie zaliczyć Podziemną Trasę Turystyczną „Rzeszowskie piwnice”. To jedna z większych atrakcji pod rzeszowskim Rynkiem.

Pozdrawiam
romsal