sobota, 25 lutego 2012

Muzyka duszy

Mimozami jesień się zaczyna... Kto by tu jednak, w takim otoczeniu, zwracał uwagę na mimozy? Po sturlaniu się z gór mieliśmy jeszcze dość czasu na zwiedzanie Worochty. Witały nas słynne wiadukty kolejowe, słynny kurort, oraz niespodzianki, a także dwie bardzo interesujące cerkwie. Przed każdą stał huculski krucyfiks. Dziś krzyżyk, przykład miejscowej sztuki naiwnej, osiąga ceny, jakie już dawno przekroczyły progi naiwności.
Sercem religijnego życia wsi jest dziś cerkiew zbudowana w latach 30. ubiegłego wieku. Nieco zapuszczony nagrobek upamiętniający ponad 70 polskich mieszkańców Worochty jest od świątyni młodszy. Ofiary spoczęły w tej ziemi w na początku 1945 roku, zamordowane zostały natomiast w sylwestra 1944/45. Pomnik stanął tu chyba dopiero w latach 90.
Przed tą świątynią również można znaleźć huculski krucyfiks.
Największym cerkiewnym skarbem Worochty jest jednak świątynia pochodząca z XVII wieku. Szkoda, że można ją było podziwiać tylko z zewnątrz...

Wycieczka w góry, zwiedzanie Worochty, a wszystko w strasznym upale. Kto by pomyślał, że to pierwszy dzień jesieni? Przecież w lipcu i sierpniu tak pięknej pogody nie było! Wrzesień, jako mój ulubiony miesiąc urlopowy, kolejny raz mnie nie zawiódł.
Po spacerze na takiej patelni trzeba było jednak wpaść do knajpy na jakieś piwo. Tu bardzo nas uderzył niezwykle odświętny wygląd innych współbiesiadników. Okazało się, że Worochta obchodziła właśnie jakieś swoje święto. Nie wiem, kto z nas wytrzasnął na ulicy pewną szaloną babcię (babcia starała się przepłoszyć czarnego kota, co stanął na jej drodze, by nie przyniósł imprezie nieszczęścia. Jak można wierzyć w coś takiego?! Klunio, który mieszka u moich rodziców jest czarny jak smoła i składa się z samej poczciwości! Nawet czerwony dywan, kwiaty i rozdające je dzieci w strojach regionalnych, nie będą w stanie skutecznie zastąpić kota, który z całą gamą mruknięć i miauknięć na twarzy biegnie do furtki, by przywitać się z tym, kto się do niej dobija...), która zaprowadziła całą naszą ekipę na plac przed miejscową szkołą, gdzie miały się rozpocząć świąteczne ceremonie.

Nie chcę być gołosłownym. Oto Klunio w wersji Metro-Goldwyn-Mayer.
Pieśń duszy (po hebrajsku jedid nefesz) odnosi się do tradycji żydowskiej, termin ten jest zresztą synonimem kabały. Ja się jednak wychowałem na „Weselu” Wyspaińskiego i na pochodzących stamtąd słowach „co się komu w duszy gra...”. Kiedy więc zobaczyłem zbliżającą się do sceny huculską kapelę, od razu wiedziałem, że nawet jeśli usta będą milczeć, to dusza będzie śpiewać.
Nazwy występującego ansamblu nie pomnę. Wszyscy jego uczestnicy stroje mieli bardzo krasne, jednak legendarnej urody Hucułek jakoś nie udało się tu dostrzec.
W tym momencie musiałem przypominać człowieka orkiestrę. W duszy grała mi już szykująca się do występu huculska kapela, której bardzo mocno akompaniowały zgłodniałe kiszki. Ze smakiem pochyliłem się więc nad buchającym parą kociołkiem, w którym dojrzewał kolejny specyfik miejscowej kuchni – zupa oparta na rybentrupach, wzbogacona wszystkim, co tylko do kotła wrzucić się dało. Nie dojadłem jej, bo składała się niemal w stu procentach z tłuszczu, a poza tym, orkiestra dała z siebie głos, nim zdążyłem dowiosłować się do dna zupnego naczynka.
Poleciałem zatem pod scenę i bombardowany nutami, stałem pod nią rozdarty dylematem – fotografować, czy dać się ponieść i tańczyć? Występ Hucułów trwał jednak bardzo krótko, a po nich, na scenie, zapanowało disco-ukraino, przy którym wszelkie wątpliwości mnie opuściły. Schowałem aparat i poszedłem szukać jedzenia.

Trombita, muzyczna wizytówka Huculszczyzny. Instrument służący do przekazywania sygnałów między połoninami. Bardzo magiczny, w którym odzywa się m.in. huk gromu, szum lasu i łomot wodospadu.

Od pierwowieku, w wyroków noc. Piorun, las i wodospad, trzej szumni posłańcy, radeczkę radzą, jak począć trembitę. W rewaszach (rewasz to deszczółka z naciętymi znakami używana do obliczeń) starowieku przekazane tak:
„Weź na trembitę suchar ze smereki, zdartej przez piorun, skruszonej piorunem. Wydrąż go w trąbę, szczelnie spleć i ściśnij łykiem z brzeziny spod wodospadu, z piany i szumu.”
I tak tłumaczy rewasz dawniej, dziś i jutro:
„Niech ma trembita gromu moc, donośność! Wodą wygrana, niechaj się osłucha z wszelaką tajnią wód, rodem z puszcz. Niechaj zagarnia, niech łączy jak woda.”
Z takim zamysłem sporządzona trembita, wyrzutnia dla grotów, co mają przeciąć dal, wyciąga się niezmiernie długo: trzy metry przeszło. A zbiera się, ściska w przekrój znikomy: w ustniku niespełna cal, w wydechu zaledwie trzy cale. Sucha, gładko spleciona, aż błyszcząca, leciutka, choć długa. Wytworna jak dziewczyna górska, a oporna jak gdyby niema. Człek nieświadomy gry nie wie co z nią począć, dopiero dla piersi mistrza, dla tchu wataha dostępna.
Z pioruna, z lasu, szumu wód, z wyrocznej nocy poczęta, rozdziera zapory. Z niej wyskakują jutrzenki, gody radosne i smutne, z niej wylewają się pory roku, lata i wieki...


Tak o trombitach pisał Stanisław Vincenz, w swojej huculskiej „Iliadzie”, czyli w „Na wysokiej połoninie. Prawdzie Starowieku” (księga I, rozdział „Za głosem Trembity”, wyd. Pogranicze 2002, tom I, str. 9).
Tak natomiast, budowę instrumentu opisuje Michał Kruszona.

Trombitę zanim drążono – rozłupywano. Czyniono to na specjalnym stole, korzystając z fachowych narzędzi. Kawałek drewna musiał zostać rozłupany idealnie przez środek najmniej na cztery części, a bywało, że i na osiem. To było niezwykle fachowe zadanie, przyglądano się suchemu, prostemu kawałkowi drewna. Sprawdzano, jak układają się w nim słoje i sęczki. Wybierano najmniej trzymetrowy odcinek dawniej strzelistego pnia, układano na stole – warsztacie i... puk, puk, puk – rozłupywano go na części. Każda z nich z osobna nazywana była woryną. Kiedy już nożami wybrano drewno, pozostawiając jego kilkumilimetrową zewnętrzną warstwę, powstawał korytarz, którym przebiegać będzie wydychane z huculskich płuc powietrze. Zanim to nastąpi, woryny składano idealnie, przymierzając miejsca wyznaczone wcześniej przez naturę. Tak drewno klejono na powrót kostnym klejem. Odtąd, mimo że puste w środku, niczym nie różniło się od pierwotnego pnia. Teraz, dla ochrony i wzmocnienia, owijano magiczny instrument borsuczym jelitem , a z wierzchu wygotowaną brzozową korą.

Michał Kruszona „Huculszczyzna. Opowieść Kabalistyczna”. Wyd. Zysk i S-ka, str. 77 i 78.


Trombitę mamy za sobą, huculska kapela nie może się jednak obyć również bez skrzypiec... Roman Kumłyk, ich największy karpacki wirtuoz, prezentuje się tu kilka wpisów dalej. Gdzie tkwią korzenie tego fantastycznego instrumentu? W piekle. Podobno wymyślił je sam diabeł, czego echo można znaleźć chociażby w filmach „Czarownice z Eastwick”, gdzie Jack Nicholson na nich gra, lub w polskim obrazie (bez obrazy) „Niech gra muzyka”, skąd strunowy geniusz instrumentalny dobywa się z głębokiego podziemia i stąd spływa na jednego z muzyków. Zresztą Szymon mu chyba było na imię. A skoro już o skrzypcowych geniuszach mowa... Niccolò Paganini również był pomawiany o konszachty ze Złym, bo zagrał kiedyś podobno fantastycznie na jednej strunie, gdyż inne w instrumencie złośliwa konkurencja mu poderżnęła.
Skrzypce, nawet mimo swojego diabelskiego pochodzenia, przylgnęły bardzo ściśle do człowieka. Niech ktoś sobie obejrzy film „Purpurowe skrzypce”.
Wschodnie Karpaty brzmią również cymbałami. Żadne legendy dotyczące pochodzenia tego instrumentu nie wpadły mi w uszy, być może dlatego, że się po prostu w nich nie zmieściły. Dlaczego? Proszę sobie posłuchać wyczynów rodzinnej kapeli Tafijczuków z okolic Werchowyny, werchowyńskiego Czeremoszu (zresztą wydaje mi się, że to właśnie cymbalista z zespołu Kumłyka dał w Worochcie popis swoich umiejęctności), Orkiestry pod Wezwaniem Świętego Mikołaja, węgierskiego zespołu Kalmana Balogha, czy też równie madziarskiej Fono Orchestra, co podczas Nowej Tradycji w 2007 roku zagrała jeden tak niesamowity cymbałowy kawałek, że pewnie anieli z orkiestry niebieskiej odłożyli swoje instrumenty zakłopotani. Proszę słuchać dalej, sięgając po kolejne zespoły. No i co? Muzyka wypełnia uszy tak bardzo, że innym głosom trudno będzie się do nich dopchać...
W przeglądzie huculskich instrumentów nie można pominąć bębna. W wielu miejscach na Ziemi potrafił on sprowadzić deszcz, wiele razy, w chwilach krytycznych, dodawał także otuchy tym, którzy skazani na śmierć, pozdrawiali prowadzących ich na nią wodzów.
We wspomnianym tu już filmie Andrzeja Barańskiego można zobaczyć, jak przy pomocy bębna wyprowadzić z palącego się domu płomienie... Huculszczyzna natomiast porywa jego hipnotycznym łomotem. Robi to zresztą z mocą, jakiej mógłby jej pozazdrościć Kaszpirowski.

Kto nie gra, ten tańczy. Na scenie i poza nią.





W Worochcie wciąż jeszcze można znaleźć sporo śladów przedwojennego uzdrowiska, jakim ta wieś stała się oficjalnie pod koniec lat 20. Hm, wieś... W sezonie liczbą mieszkańców nie ustępowała wtedy specjalnie wielu miasteczkom. Jak podaje przewodnik z Bezdroży, stałych obywateli liczyła ona przed wojną nieco ponad tysiąc, kuracjuszy przybywało natomiast pięć razy tyle. Znajdowała się tu między innymi willa premiera Kazimierza Bartla. Wszelkie dostępne mi źródła piszą o niej w czasie przeszłym, więc pewnie jej już nie ma. Drewnianych, choć na ogół podmurowanych, świadków tamtych czasów, w dzisiejszej Worochcie jednak nie brakuje.

Eternit, eternit i jeszcze raz, eternit...

W jego morzu można jednak czasami dostrzec także dachówki!
Kiedy pierwszy raz, jakoś na początku wieku, włóczyłem się po Ukrainie, uderzyła mnie różnica między tym, co widziałem i słyszałem na zachodnim i wschodnim brzegu granicznego do 1939 roku Zbrucza. Do Skały Podolskiej, na wszystkich ulicach dźwięczała ukraińska mowa, już jednak w Kamieńcu Podolskim zaczął dawać o sobie znać rosyjski, a hrywny, które miałem w portfelu, były tam często nazywane rublami. Ukraińskie flagi, jakie wtedy często wpadały mi w oko, mieniły się wszelkimi odcieniami oficjalnych niebiesko-żółtych kolorów... Po niecałej dekadzie ruble i rosyjski z Kamieńca zniknęły, a państwowe barwy zdecydowanie się ustabilizowały. Zresztą, jak pokazała Pomarańczowa Rewolucja, granice ukraińskiej świadomości przesunęły się daleko na wschód. Główny bastion Ukrainy otwartej na Europę nadal znajduje się jednak na Zachodzie, co można zauważyć chociażby przyglądając się płotom karpackich miejscowości.
Starą zabudowę Worochty ściera czas. Jej pozostałości muszą też konkurować z nowym budownictwem, które rozwija się tu bez poszanowania tradycji. Budynki dawnego kurortu giną przytłoczone klocowatymi wytworami współczesnej architektury.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Oby taka wstrętna budowla bez poszanowania tradycji powstała w Toruniu na Dębówce .Czy to ma sens - domy bez bieżącej wody i kanalizacji słabo izolowane ,proszę nie tykać tradycji to nie może przetrwać .

Sabvelso pisze...

Kurcze..ile tam jest ciekawych rzeczy do fotografowania. Myślę, że to ostatni dzwonek, zanim wkroczy tam wszędobylski "plastic fantastic" Szymonie rozbudzasz moją wyobraźnię. Kto wie, czy nie będzie ten region w moich planach wyjazdowych? Pozdrawiam serdecznie!

Iwona pisze...

Ja też muszę się tam wybrać. Kiedyś za sowietów byłam w Jaremczy.Pamiętam lejący deszcz i toaletowy koszmar.pozdrawiam